Lifestyle Psychologia Związek

4 autodestruktywne zachowania niekochanych córek

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
10 kwietnia 2017
4 autodestruktywne zachowania niekochanych córek
Fot. iStock / _Ella_
 

Miłość rodziców to podstawowe, pierwotne uczucie, które jest naszą bazą, naszym filarem przyszłych emocji i przekonań. Troska, opieka, wrażliwość okazywana dzieciom przeradza się później w pewność siebie, pewność innych, przekonanie o własnej wartości i o  tym, że zasługujemy na to, by nas pokochać. Niestety, czasami w dzieciństwie nie otrzymujemy dostatecznej porcji rodzicielskiej miłości i wchodzimy w dorosłość z wielkim brakiem w sercu i duszy.

Często dorosłe kobiety nie do końca uświadamiają sobie, że czegoś w ich dzieciństwie zabrakło lub nie dostrzegają efektów, jakie brak rodzicielskiej miłości miał i nadal ma na ich życie. Nie widzą tego, że odrzucają siebie i swoje uczucia, że ich zaufanie wobec innych i samych siebie jest niewystarczające, a odczuwane emocje blokowane gdzieś w środku, tłamszone i nie wypuszczane na zewnątrz. Niekochane córki mogą zmagać się z zaburzeniami odżywiania, popaść w nałogi i uzależnienia, obsesje – to wszystko wyraźne sygnały tego, że zmagają się w jakimiś problemami. Zdarza się jednak, że autodestruktywne zachowania są niemal niezauważalne, subtelne, niejako ukryte, lecz mimo tego szkodliwe i krzywdzące. Oto cztery z nich, które występują najczęściej.

Przesadny samokrytycyzm

Niemal wszystkie niekochane córki w dzieciństwie były narażone na przemoc werbalną ze strony rodziców i brak pochwał – podkreślano ich wady, wytykano błędy, wyzywano, umniejszano sukcesy lub ignorowano je. Zewnętrzna krytyka wyglądu, charakteru i zachowania został przekształcona w wewnętrzną – dziewczynka, a później kobieta, zaczyna myśleć o sobie źle, ma niskie poczucie własnej wartości, nie umie cieszyć się z własnych osiągnięć i sukcesów. Każdy popełniony błąd wynika z jej cech i braku wiedzy lub umiejętności, każda porażka jest wyłącznie jej winą. Według niekochanej córki, jej własna wartość to dużo mniej niż zero. Zmiana takiego sposobu myślenia jest ciężką pracą indywidualną kobiety i często potrzebne jest tutaj wsparcie terapeuty. Trzeba uświadomić sobie, że nasze przekonania są jedynie echem tego, co słyszało się w dzieciństwie od rodziców, a negatywne oceny i opinie w głowie to nie prawdziwy opis sytuacji, a destruktywny nawyk myślowy.

Wrażliwość na odrzucenie

Odrzucenie i wykluczenie z relacji to nic przyjemnego i boli każdego z nas. Jednak niekochane córki, z deficytem poczucia bezpieczeństwa i wielką potrzebą nieustannego potwierdzania zaangażowania i uczuć partnera, swoim zachowaniem mogą wprowadzać do związku niepotrzebne napięcie i niejako same wywoływać problemy. Doszukują się trudności tam, gdzie ich nie ma, wszędzie widzą sygnały świadczące o zdradzie i kryzysie, męczą partnera domagając się wyraźnych gestów mówiących o jego miłości. Nawet jeśli mężczyzna daje im odczuć, że je kocha, one i tak wiedzą, że to nie skończy się dobrze i w końcu zostaną porzucone i skrzywdzone – takie myślenie działa niczym samospełniające się proroctwo i często partner zmęczony ciągłymi wymaganiami i napięciem rezygnuje z dalszych starań i ze związku.

Powtarzający się schemat

Wszyscy lubimy to, co znamy – czujemy się wtedy bezpieczniej, pewniej, bardziej swojsko. Niekochane córki znają jedynie toksyczne relacje i choć marzą o miłości, akceptacji i trosce, często wybierają sobie partnerów, znajomych i przyjaciół, którzy traktują je podobnie, jak ich rodzice! Wpadają w ten sam, powtarzający się schemat, nie potrafią uciec od poniżania, podważania ich wartości i werbalnej agresji. Dopóki nie uświadomią sobie powodów, dla których wybrały właśnie taką toksyczną i niszczącą relację, nie dostrzegą podobieństwa partnera czy przyjaciela do swoich rodziców, nie będą mogły sobie pomóc i wprowadzić koniecznych zmian.

Utknięcie w toksycznej relacji

Niekochane córki mają problem z określeniem własnych uczuć i nazwaniem swoich emocji.  Nie ufają samym sobie, a doświadczenia z dzieciństwa zbudowały w nich przekonanie, że są nic nie warte i niczego tak naprawdę nie wiedzą.  Dlatego nawet jeśli podświadomie czują, że ich związek unieszczęśliwia je i krzywdzi, nie potrafią go zakończyć i porzucić toksycznej relacji, tkwią w niej coraz bardziej pogrążając się w smutku i samotności. Boją się, nie mają zaufania wobec własnych działań, decyzji i uczuć. Aby zmienić swoją sytuację, muszą zmierzyć się z własnymi emocjami, zbudować zaufanie wobec samych siebie i odważyć na powiedzenie „chcę, potrzebuję, czuję”. Wyzwolenie się z takich fałszywy przekonań nie jest proste, ale jest możliwe – wymaga jednak najpierw uświadomienia sobie problemu i dostrzeżenia posiadanych trudności.


 

Na podstawie: www.blogs.psychcentral.comwww.charaktery.eu

Zapisz


Lifestyle Psychologia Związek

Te wstrętne bachory. Czy w Polsce dzieci do lat 5. powinny mieć zakaz wstępu do restauracji?

Redakcja
Redakcja
10 kwietnia 2017
Fot. iStock
 

Na początku roku restauracja we Włoszech zakazała wstępu dzieciom do 5. roku życia. Decyzja ta spotkała się z falą krytyki głównie ze strony matek, które zapowiedziały, że już się tam więcej nie pojawią oraz nie kryły, że czują się urażone. I wiecie, co się stało? Obroty wzrosły, liczba klientów zwiększyła się o 50 proc.. Dlaczego? Czy dzieci to aż tak wielki problem w lokalach i aż tak przeszkadzają innym gościom, że ci wolą unikać miejsc, gdzie grasują maluchy? I czy w Polsce właściciele punktów gastronomicznych powinni zdecydować się na taki krok?

Jest poniedziałek, południe. Słońce pięknie świeci, czuć prawdziwą wiosnę. Siedzę w ogródku w jednej z warszawskich knajpek na najczęściej uczęszczanej ulicy. Przede mną stoi filiżanka pysznej herbaty. Wybór miejsca nie jest przypadkowy. To tu przychodzi wiele matek, które wpadają na ulubioną kawę wypijaną w towarzystwie swojego dziecka. Przyglądam się im z zainteresowaniem – kobiety są  w różnym wieku. Gównie ubrane na sportowo, w trampkach i związanych włosach. Obserwuję też maluchy, wiek ciężko mi określić, ale nie sądzę, żeby miały więcej niż 4 lata. W sumie, na logikę, dzieci w tym wieku o tej porze powinny być w przedszkolu – oczywiście pod warunkiem, że znalazło się miejsce i zostały przyjęte.

Jedne są znudzone i dziobią łyżką w jedzeniu, inne bawią się ze sobą. Dwie dziewczynki zostały przyjaciółkami i tworzą lalkom wymyślny domek. Widać, że się dobrze dogadują. Patrzę na nie i przysłuchuję się ich zabawnym rozmowom. I myślę sobie, że takie grzeczne dzieci to skarb, a ich matki to szczęściary. I że szkoda, że takich dzieci w lokalach jest tak mało.

Bo w tym momencie ogłuszył mnie wrzask i coś przeleciało mi pod nogami. Po chwili spod stolika wyłoniła się czarna główka, a zaraz całe małe ciało, które pobiegło przed siebie nie obniżając tonu. I tak biegał samopas po ogródku. „Gdzie jest jego matka?”-  pomyślałam, rozejrzałam się dookoła i natrafiłam na matkę – siedziała spokojnie przy stoliku, popijała swoją kawę. A dziecko miała po prostu gdzieś.

– To normalne, wiele matek nie reaguje na zachowanie swoich dzieci – zwraca się do mnie młoda kelnerka, którą zagadnęłam. – Nie uświadamiają sobie, jakie to niebezpieczne. Przecież nosimy tace z gorącymi napojami i jak takie dziecko podleci nam pod nogi, to przecież o nieszczęście nietrudno – mówi przejęta. – Staramy się uważać, ale nie zawsze jesteśmy w stanie. Matki powinny brać odpowiedzialność za swoje dziecko, bo to, że przyszły na kawę do lokalu, nie znaczy, że mają wolne, a my staniemy się niańkami – dodaje na koniec. W pełni ją popieram.

Moja koleżanka, mama 4-letniej Marysi, należy właśnie do tego typu matek, za co mocno ją krytykuję i przestałam już z nią wychodzić do kawiarni wiedząc, że zabierze córkę ze sobą. Ten mały potworek sprawił, że ja nie raz świeciłam oczami przed innymi klientami, którzy patrzyli na nas z pogardą. Ale Ewa się tym w ogóle nie przejmuje. – Przecież cały czas mam ją na oku, nie odważy się oddalić. To tylko dziecko i ma prawo się bawić, a ja nie będę jej ograniczać – tłumaczyła uśmiechnięta, kiedy pytałam się, dlaczego nie reaguje. A potem wybuchała głośnym śmiechem, bo jej ukochana córeczka zaliczyła upadek, a ja z duszą na ramieniu biegłam zobaczyć, czy nic jej się nie stało. Oczywiście nie opuszczał mnie wkurzony wzrok gości i głośne komentarze, w których zostałam obsmarowana, jak nigdy wcześniej.

Nic dziwnego, że pozostali klienci mają dosyć dzieci w lokalu i nie ukrywają swojego oburzenia. – Biegające, hałasujące maluchy potrafią zepsuć spokój, który powinien towarzyszyć podczas posiłku w restauracji. Nie po to przychodzę na posiłek i za niego płacę, żeby wysłuchiwać wrzasków – mówi 27-letnia Patrycja, bezdzietna, którą zapytałam o zdanie. – Dlatego jak najbardziej popieram decyzję włoskiej restauracji. I mam nadzieję, że takie przepisy pojawią się też w polskich lokalach – dodaje.

Patrycję popiera także 23-letnia Monika (panna bez dzieci), która nie wchodzi do knajpy, gdy widzi znajdujące się przy stoliku dziecko. – Nieważne, czy na razie siedzi grzecznie. Zaraz i tak zacznie wrzeszczeć – opowiada.- Maluchy szybko się nudzą i są niecierpliwe, więc za chwilę da popis i pokaże, że jest niezadowolone. Dlatego jak najbardziej jestem za wprowadzeniem zakazu wpuszczania dzieci do lat 5. – stwierdza z pewnością w głosie.

– Nie powinniśmy denerwować się na dzieci, lecz na matki – zwraca uwagę 31-letnia Marta, która ma 4-letniego Stasia. – To one są winne, bo nie reagują i pozwalają dzieciom szaleć. Dlatego zamiast wprowadzać zakazy, powinniśmy wpłynąć na świadomość matek – kontynuuje. A ja się pytam, czy ma jakiś pomysł na to, jak to zrobić. – Nie wiem – odpowiada ze szczerością. – Ale ja znam dobrze swoje dziecko i wiem, kiedy ma humorki. Dlatego, jeśli danego dnia  moje dziecko jest niegrzeczne, to nie zabieram go do knajp

Cóż, zgadzam się, że wina leży po stronie matek. Ale matek-ignorantek, czyli tych, które nie reagują. Dlatego nie chcę krytykować wszystkich kobiet, których dzieci są głośno zachowują się w lokalach. Bo właśnie jestem świadkiem sceny, w której matka ze łzami w oczach przeprasza wszystkich klientów, płaci za ledwo wypitą kawę i wyprowadza dziecko.

Przypominam sobie swoją koleżankę, która często znajduje się w takiej sytuacji. – Wiesz, ostatnio byliśmy na obiedzie w centrum handlowym. I Kaśka tak strasznie zaczęła się drzeć, że nie wiedziałam, co mam z nią zrobić – mówi mama 2-letniej, przesłodkiej dziewczynki. – Taa, przesłodkiej… – śmieje się. – Dopóki nie zacznie płakać w miejscu publicznym. Wszyscy się na mnie gapią i na pewno myślą, że jestem złą matką – stwierdza i coś w tym jest. – Patrzą się na mnie, jakbym robiła jej krzywdę. A ona się nie chce uspokoić. Nic nie pomaga. Dlatego ze wstydem znoszę takie akcje. Nie mogę się doczekać, kiedy urośnie – kończy.

W podobnej sytuacji znalazła się matka, którą spotkałam w zeszłym roku. Utkwiła mi w pamięci, bo widziałam jej bezradność. Akcja zaczęła się w lodziarni. Młoda kobieta, na oko 30-latka, przyszła ze swoim synem, może 4-letnim i starszą kobietą, swoją matką bądź teściową. Dziecko jadło w spokoju lody i na głos się śmiało, lecz nagle coś w niego wstąpiło – bez powodu. Zaczął wrzeszczeć i położył się na ziemi. Kobieta próbowała go uspokoić, jednak bezskutecznie.

Robiła, co mogła, ale wtedy swoje trzy grosze wtrącała ta starsza. Żeby zostawiła go w spokoju, że to dziecko i popłacze chwilę i się znudzi. Jednak ta młodsza wykazała się większą intuicją i zabrała chłopca z lokalu, po wcześniejszych ogólnych przeprosinach. Dziecko rzucało się na chodnik i nie chciało iść.

Oczywiście można mówić, że nie wolno generalizować, że dzieci też mają prawo do przebywania w lokalu i nie można im tego zabronić. Jednak uważam, że każdy człowiek powinien mieć prawo do zjedzenia posiłku w spokoju i restauracje z zakazem być może powinny pojawić się w Polsce.

I na koniec zwracam się jeszcze do matek, by bardziej zwracały uwagę na to, jak zachowuje się ich dziecko w lokalu, bo tak – dziecko to dziecko i ma prawo do zabawy, ale inni goście nie muszą mieć do niego cierpliwości. Więc nie zdziwcie się, jeśli ktoś wam kiedyś zwróci uwagę. Taki żywot matki.


Lifestyle Psychologia Związek

Dlaczego poślubisz niewłaściwą osobę. 5 bardzo złych, ślubnych motywacji

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
10 kwietnia 2017
Fot. Screen Instagram / august_joojoo

To jedna z tych rzeczy, których się obawiamy najbardziej. Robimy wszystko, by do tego nie dopuścić, a jednak okazuje się, że i tym razem nie wyszło. Wychodzisz za mąż za niewłaściwego mężczyznę. Poślubiasz niewłaściwą kobietę. Dlaczego?

Częściowo dlatego, że mamy naprawdę sporo, nieuświadomionych problemów, które pojawiają się, gdy staramy się zbliżyć do innych. Zachowujemy się „normalnie” tylko w stosunku do tych, którzy nas dobrze nie znają. A nie jest już nam tak łatwo, poznać kogoś naprawdę dobrze. Problemem jest to, że przed ślubem, rzadko zagłębiamy się w nasze wzajemne zawiłości. Możemy znać się kilka lat, mieszkać ze sobą, znać świetnie rodzinę i przyjaciół naszego partnera, a jednak nie wiedzieć o nim wszystkiego, co powinniśmy. Małżeństwo zawieramy więc :

1. Z rozpędu, jako „kolejny krok” w relacji

Jesteśmy już ze sobą tak długo, że naprawdę wypadałoby „coś z tym zrobić”. Niestety, długość związku nie jest miara jego długoterminowego sukcesu.

2. Pod presją

Wszyscy moi przyjaciele biorą ślub… nadszedł czas i na mnie. Rodzice wspominają o wnukach. Jest „jakiś” partner, nie ma co dłużej czekać. Skąd gwarancja, że znajdę lepszego?

3. Żeby się ustatkować

Nie wiadomo dlaczego tkwi w nas przekonanie, że jeśli kogoś nie szanujemy i nie kochamy dostatecznie przed ślubem, po ślubie nagle tak mocno zasmakujemy w małżeńskim życiu, że „wszystko się wyprostuje” i odechce się nam głupot. To jedna z najgorszych, „ślubnych” motywacji.

4. Żeby on/ona się zmienił/a

Odwrócona wersja poprzedniego punktu. Świadectwo małżeństwa nie jest licencją na to, że nasz partner stanie się nagle dojrzały. Takie podejście to również objaw naszej własnej niedojrzałości.

5. Żeby polepszyć swój status materialny

Jest wiele prawdy w starym powiedzeniu: „Jeśli ożenisz się dla pieniędzy, zapłacisz za to”. Dobra materialne nigdy nie mogą być podstawą stałego, udanego związku i nie dadzą ci gwarancji, że relacja przetrwa wszystkie kryzysy.

Oczywiście, idąc z ukochanym do ołtarza, czy urzędu, nie myślisz raczej o rychłym rozwodzie. Jeśli jednak w którymś z powyższym punktów odnajdujesz swoją motywację, pomyśl dwa razy, nim powiesz „tak”. Zaoszczędzisz sobie wielu rozczarowań.


Zobacz także

„Tego się nie robi”. Jak pewna pani „ukradła” drugiej męża i chciała go oddać

Mój mąż jest brzydalem i bardzo dobrze! Dla mnie oznacza to spokój i bezpieczeństwo

10 mitów i faktów o emocjach. Padłeś ofiarą któregoś z nich?