Związek

10 pytań, które musisz sobie zadać, zanim odejdziesz

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
6 listopada 2016
Fot. iStock / Neustockimages
 

„Do widzenia” – to jedne z najtrudniejszych słów, jakie przychodzi nam w życiu wypowiedzieć. Pożegnania ludzi, a przede wszystkim relacji z nimi, może okazać się największym wyzwaniem. Jednak zanim powiesz „żegnaj”, odpowiedź sobie na kilka pytań. Nawet nie wiesz, jak bardzo pomogą puścić to, co było kiedyś ważne, a  już nie jest – i nie zgubić w afekcie tego, co nadal jest tobą, kawałkiem twojego świata.

Naucz się puszczać…

Ludzie przychodzą i odchodzą, niektórzy towarzyszą nam naprawdę aż „do końca”, inni są częścią naszego życia, tylko na moment,  na chwilę, idą z nami tylko w jakimś etapie – to naturalne. Czasem zostawiają po sobie bolesne blizny, innym razem poczucie, że było warto, nawet jeśli się skończyło. Zawsze znajdą się relacje, które po prostu się kończą – bez względu na to ile łez, cierpienia i poświęcenia w nie zainwestujemy.

Drugą najtrudniejszą lekcją w życiu po odchodzeniu, jest nauka puszczania tego, czego nie możemy lub nie chcemy zatrzymać. Bo nawet, gdy decyzji jesteśmy pewni – wcale nie tak łatwo przeciąć łaczącą nas z kimś innym nić.

To co każe nam kurczowo trzymać się związku z drugim człowiekiem, to niepewność, strach – wszystko co czeka nas w nowym, zmienionym już świecie bez niego. Dlatego od podjęcia decyzji do realizacji zazwyczaj czeka długa droga. Umiejętność godzenia się na pewną stratę jest dla większości ludzi dużym wyzwaniem. Pożegnania zawsze pozostawiają po sobie uczucie niepewności.

Poczekaj jeszcze chwilę…

… Jeśli masz wątpliwości. To nic złego, potrzebować czasu.

Udany związek, to jak ładnie ktoś opisał „ulica dwukierunkowa”, nie można oczekiwać, że związek będzie funkcjonował, jeśli jedna ze stron szuka zjazdu na autostradę lub już dawno zaparkowała gdzieś i ucina sobie drzemkę. Ale tak długo, jak trzyma nas poczucie, że warto spróbować, i że jeszcze można coś zrobić – zawsze warto podjąć próbę. I tu pojawia się bardzo ważna kwestia – podjąć próbę – dotyczy obu stron. Jeśli więc relacja jest dla ciebie cenna i jest realna szansa na to, by mogła na nowo zamienić się w tę prawdziwą, uczciwą, budującą. Spróbuj.

Czego nie warto na pewno robić? W odchodzeniu tylko dwóch rzeczy: irracjonalnie i bez nadziei tkwić w miejscu w nieskończoność oraz impulsywnie podejmować decyzje pod wpływem jednej chwili. Więc zanim zdecydujesz się opuścić kogoś dla ciebie ważnego (kiedyś), zadaj sobie te pytania. Nie oczekuj, że odpowiedzi pozwolą ci tego uniknąć – ale na pewno pomogą ci puścić zbyt cieniutką nić.

10 pytań, które musisz sobie zadać zanim odejdziesz

Dlaczego odchodzisz?

Kop głęboko w swoich myślach i uczuciach, daj sobie czas, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Zazwyczaj odpowiedzieć automatyczna różni się od tej, którą przychodzi po dłuższej chwili zastanowania. Warto zapytać siebie: dlaczego chcesz naprawdę odejść od swojego partnera.

Czy nadal będę sobą, gdy odejdę?

Bardzo często zatracamy się w związkach, oddajemy im całkowicie, każdym kosztem – szczególnie my, kobiety, zakopujemy głęboko „siebie sprzed związku”. Po co masz zadać to pytanie? Nie po to, by dokładać sobie zmartwień. Nie po to, by płakać nad tym, ile straciłaś, zapomniałaś. Jeśli zatraciłas siebie w tym związku, możesz obawiać się zmian, świata, który opiera się na nim – jego znajomi, hobby, a nawet marka herbaty, którą kupowaliście. Skonfrontuj to, co się zmieniło i co razem ze związkiem zamknęłaś w pudełku i to co, zmieni się teraz, gdy związek zakończysz.

A może właśnie odejście zamiast przytłaczać, pozwoli ci swoje pudełko na nowo otworzyć albo zrobić całkiem nowe?

Jeśli jednak czujesz, że te wszystkie rzeczy nie są ważne, a ty nie będziesz już bez niego sobą – może to moment, żeby rozważyć decyzję, czy nie była podjęta pod wpływem impulsu?

Czy widzę siebie z tą osobą za pięć lat?

Czy to w ogóle możliwe, czy potrafisz o tym pomyśleć? Czy chcesz być z tą osobą za pięć lat? Pamiętaj, że czas może niszczyć lub budować, pytanie czy chcesz jeszcze się przekonać o tym, jak ten czas wy wykorzystacie.

Czy z tą osobą czuję się szczęśliwa?

Tak po ludzku, zwyczajnie. Gdy sie budzisz, gdy zasypiasz. To szczególnie ważne pytanie, jeśli decyzja o rozstaniu spowodowana jest jakimś jednym nagłym wydarzeniem.

Czy jestem lepszym człowiekiem dzięki temu związkowi?

Co zyskałaś dzięki tej relacji? Czego się nauczyłaś? A może po analizie okaże się, że jest odwrotnie. To również jedno z kluczowych pytań, czy dzięki temu związkowi jestem sobą, taką jaką pragnę być – czy może sama stałam się kimś trochę obcym.

Czy kochasz tę osobę, prawdziwą – a nie swoje wyobrażenie o niej?

Czy kochasz go takim, jakim jest?  A może związek okazał się pasmem rozczarowań. Pytanie brzmi: czy jestem rozczarowana tym, co on robi – czy może tym, że zupełnie inaczej to sobie wyobrazałam, planowałam (choć on zawsze taki był)?

Czy jeśli nie zakończę tego teraz, będę żałować?

Są sytuacje, w której odejście może okazac się jedynym wyjściem – przynajmniej w danej chwili. To przede wszystkim sytucje, w których występuję przemoc w jakiejkolwiek formie. Wtedy żaden obietnice nie są warte poświęcenia. Powiecie, że zdarza się, że ludzie się zmieniają, że można taki związke naprawić – owszem, ale zamiast obietnic, wymaga to ogromnej pracy i czasu.

Jaką wartość ma dla mnie ta osoba?

Czy naprawdę on jest dla mnie tak ważny, czy po prostu boję się życia w pojedynkę? Czasem ten czas ze sobą samą, jest najcenniejszym prezentem na przyszłość.

Czy jesteś zaangażowana w ten związek, poświęcasz mu czas?

Czas jest najcenniejszym towarem, czas, który poświęcasz bliskim ci osobom. Pamiętaj, że ten zawsze znajdzie się, dopóki bedziesz tego chciała. To jak jest teraz?

Jakie będzie moje życie, kiedy odejdę?

Spójrz po raz kolejny w przyszłość, odważnie, i powiedz jakie bedzie (może być) twoje życie za rok, dwa trzy – jeśli odejdziesz. Co tam widzisz?


Źródło: Lovepanky


Związek

W życiu nic nie jest nam dane na zawsze, dlatego nie bądź tak głupia, jak ja. Nie trać swojej niezależności w imię miłości

Listy do redakcji
Listy do redakcji
6 listopada 2016
Fot. iStock/Sensay
 

Dlaczego piszę? Żeby was ostrzec, żebyście nie były takie głupie jak ja, nie rozsiadały się wygodnie w waszych związkach, ze spokojem i poczuciem bezpieczeństwa wierząc, że teraz to już na zawsze i wszędzie i na pewno.

Nic nie jest na pewno i na zawsze. Nie ma takiej rzeczy, do której możesz mieć niepodważalną pewność, a już na pewno nie do drugiego człowieka. To tylko człowiek, tak jak ty, jak ja. I choćby wydawało ci się, że znacie się jak łyse konie, że po tylu latach związku on już nie jest w stanie niczym cię zaskoczyć, to może bardzo się zdziwić. Bardzo.

Byliśmy razem 17 lat. Poznaliśmy się jeszcze na studiach. Ja na trzecim roku, on pisał pracę magisterską. Ja z rozbitej rodziny, ojca właściwie nie znałam, odszedł, gdy miałam niecałe trzy lata. Mama dwoiła się i troiła, by nigdy niczego mi nie brakowało, jakby wypruwanie sobie przez nią żył na nowe spodnie dla mnie miały mi zrekompensować jego nieobecność. Patrzyłam na jej starania ponad siły i nienawidziłam go za to, co jej zrobił…

On, jak się okazało z rodziny sukcesu. Rodzinna firma, dochodowa od wielu lat z dobrą renomą, właściwie działalność rozpoczynał jeszcze jego dziadek. Fajny, spokojny chłopak. Co poczułam pierwsze: poczucie bezpieczeństwa. A przecież to jedna z tych potrzeb, którą w pierwszej kolejności chcemy zaspokoić. Ja – z domu, w którym każda złotówka obracana była trzy razy, gdzie mama pracowała na dwa, czasami trzy etaty, gdzie ja pracowałam od kiedy mogłam, żeby mamie pomóc, nagle poznaję chłopaka, który nigdy tego nie doświadczył.

Nie był typem, który na lewo i prawo szasta pieniędzmi. Ale miał w sobie taką pewność, która mnie pociągała. Jego mama powiedziała: „Fajna, taka skromna” – myślała, że nie słyszę.

To nie była przekalkulowana miłość. Po prostu się w nim zakochałam. W chłopaku, który zabrał mnie w wakacje na żagle, który zapraszał do kina, który swoim starym co prawda oplem, ale jednak własnym autem woził za miasto na wycieczki. Była w nim taka beztroska… Kiedy powiedział: „kocham cię”, byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie.

Nie wiem, kiedy to się stało. Kiedy z zaradnej dziewczyny, która zawsze umiała o siebie zadbać stałam się zależna od drugiego człowieka. Kiedy straciłam pewność siebie, kiedy pozwoliłam, by powoli odbierano moją niezależność…

Wzięliśmy ślub. Piękne wesele. Miałam z mamą o nich się nie martwić, choć czułyśmy się nieswojo na początku, że to jego rodzice finansują niemal wszystko. Ale przyszła teściowa przytulała mnie i mówiła: „Kochanie, przecież to wszystko zaraz będzie też twoje”. Szybko zaszłam w ciążę. Chyba nawet w naszą noc poślubną. Nie poszłam do pracy po studiach, zostałam w domu. Miałam zająć się urządzaniem naszego miejsca na ziemi, domu, który mój mąż dostał w spadku po swojej babci. Piękny z dużym ogrodem. „Jeszcze się nie pracujesz, teraz najważniejsze, żebyś dbała o siebie i naszą córeczkę” – mówił on. Ufałam mu. Było nam dobrze. On pracował w firmie ojca. Jego rodzice raczej nie wtrącali się w nasze życie. Dzwonili pytając jak się czuje, wpadali na kawę. Zapraszałam ich na obiad. Normalne życie.

Urodziła się Ola. Macierzyński. Wszyscy mówili, że lepiej jak z nią zostanę w domu, w końcu to najważniejszy czas w jej życiu i mama powinna być blisko. Druga ciąża, bo lepiej przecież od razu dwójka, na co czekać. Nawet nie wiem, kiedy stałam się częścią ich scenariusza idealnego życia.

Córka, syn. Piękny dom. Ładna synowa. Szczęśliwa rodzina. Sielski obrazek. Dzieci poszły do przedszkola, a ja chciałam w końcu iść do pracy. Trudno było mi coś znaleźć, a on powtarzał: „no przestań za takie pieniądze? Lepiej, żebyś w domu była”. No i byłam.

Zmieniłam się. Z roześmianej dziewczyny, stałam się spiętą kobietą, która wszystko musi mieć pod kontrolą. Jakbym nieustannie była na cenzurowanym. Między nami dochodziło do kłótni, przede wszystkim o to, że w domu wszystko jest na mojej głowie – sprzątanie, gotowanie, opieka nad dziećmi, on wiecznie w pracy, albo na delegacjach. Jak już na weekend wracał do domu, to potrzebował odpocząć, wyluzować. Chodził na basen, siłownię, wyjeżdżał na żagle. Sam. Bo przecież musiał odpocząć. Ja nie mogłam narzekać? Ja, która miała wszystko. Jak Kopciuszek, którego książę uratował i dał jej wszystko. Tylko bucik zaczął być trochę przyciasny…

„Czego ty jeszcze ode mnie chcesz” – słyszałam, gdy prosiłam, żebyśmy wspólnie wybrali się na wycieczkę do lasu. „Nie za dużo wymagasz” – gdy pytałam o wakacje i jego czas wolny, żeby było wiadomo, jak się zorganizować. Przejął firmę wraz z bratem po ojcu. Jeszcze więcej nie było go w domu.

Postanowiłam poszukać czegoś dla siebie. Skończyłam pedagogikę. Dostałam pracę w jednej ze szkół z oddziałami integracyjnymi. Kilka godzin na szkolnej świetlicy. Nie musiałam zarabiać nie wiadomo ile– tak wtedy mi się wydawało. Jego postawiłam już przed faktem, że idę do pracy i że ta w żadnej sposób nie koliduje z opieką nad dziećmi. Chciałam wyrwać się z domu, do normalnych ludzi, oderwać od zależności, kiedy ktoś zapraszał nas na imprezę ze względu na pozycję mojego męża.

Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Kłóciliśmy się coraz więcej. On pakował się i wyjeżdżał bez słowa na weekend. Ja z dziećmi, z pracą. Pamiętam, jak pomyślałam: „A co, jeśli będziesz chciała odejść?”. I nagle dotarło do mnie, że nie mam nic. Kilkaset złotych wypłaty. Bez doświadczenia. Z dwójką dzieci. Dom był jego, firma jego. My nawet nie mieliśmy wspólnego konta. On mi po prostu przelewał pieniądze. Nigdy nie brakowało, nigdy też nie wyliczał, zresztą ja też ich nie wydawałam bez powodu.

Kiedy dowiedziałam się, że ma romans, pierwsza myśl: „Wyprowadzam się”. I stajesz z pustą walizką w ręce i nagle z całą siłą dociera do ciebie – ale gdzie? Z czym? Jak? Do matki, która by tego nie przeżyła? Co z dziećmi? Za co je utrzymam. Za co będę żyć. Wysyczał mi tylko: „Jak odejdziesz, zniszczę cię”.

Nie znalazłam wtedy w sobie tyle siły i odwagi, by odejść. Zaczął się największy koszmar mojego życia, który trwał cztery lata… Cztery lata upokorzeń, poniżania, żebrania najpierw o miłość, później o możliwość odejścia. Były dni, kiedy nie mogłam wstać z łóżka. Gdyby nie dzieci, nie byłoby mnie dzisiaj. Musiałam w końcu zobaczyć na jak głębokim dnie się znalazłam. Jak pogubiłam się, jak bardzo zaufałam drugiemu człowiekowi, jak stałam się od niego zależna tłumacząc to kiedyś poczuciem bezpieczeństwa. Dzisiaj wiem, że prawdziwe bezpieczeństwo możemy dać sobie same nie oglądając się na nikogo.

Zrobiłam to. Stanęłam na nogi. Z dziećmi mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu, mam własną działalność, on na szczęście po wielkiej batalii płaci alimenty, ale nie liczę już na to, że tak będzie zawsze. Znalazłam sposób na siebie. Tyle tylko, że zdecydowanie za późno. Wiem, że mogłabym uniknąć całego koszmaru, gdybym nie straciła swojej czujności… Odzyskuję spokój.

Jeśli patrzycie dziś na faceta, który siedzi obok was, który was utrzymuje. Jeśli myślicie – praca może poczekać, na nic nam nie brakuje. Jeśli nie zależy ci na twoim zawodowym rozwoju, bo dzieci, bo dom, bo obiad dla niego. Otrząśnij się! Zacznij działać, zadbaj o siebie, o własną niezależność. Nie mówię, że kiedyś musicie się rozstać, ale mówię, że nic nie jest nam dane na zawsze. Proszę cię, nie bądź tak głupia jak ja.


Związek

Mężczyźni mają porno, a kobiety filmy romantyczne. A co gdyby miłość była jak z filmu?

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
6 listopada 2016
fot. iStock/ AleksandarNakic

Mój znajomy zawsze powtarza, że mężczyźni mają porno, a kobiety filmy romantyczne, a i jedno i drugie skutecznie zaburza im spojrzenie na związki. Niby doskonale wiemy, że miłość przedstawiana w filmach i serialach jest lukrowaną wersją codzienności i często mija się z prawdą szerokim łukiem, ale mimo to wciąż mamy nadzieję na podobną love story w rzeczywistości. Może nie przyznamy się do tego otwarcie, może nie powiemy tego głośno w towarzystwie, ale kręcą nas te wyświechtane gesty, wzruszające do głębi wyznania i szalone pomysły z czerwonymi balonikami, płatkami róż i skrzypkiem (niekoniecznie na dachu) w tle. Ach, gdyby miłość nasza codzienna była taka jak z filmu…

Pierwsze spotkanie = zakochanie

Pierwsze spotkanie z naszym lubym oznaczałoby jedno – z miejsca trafiłby nas potężny grom, Ziemia przestałaby krążyć wokół Słońca burząc przy tym teorię Kopernika, a opowieść o tej niezwykłej chwili poznawałyby następne pokolenia podczas każdego rodzinnego spotkania i niezmiennie doprowadzałaby ona zebranych do łez. Najlepsze okoliczności na poznanie miłości swojego życia to przypadkowe spotkanie na pokładzie samolotu, ewentualnie statku (ale Titanic odpada, bo trudno o happy end), tajna misja szpiegowska, wielki dramat w życiu osobistym, podróż w czasie, pomyłka w hotelu i zakwaterowanie w jednym pokoju lub bohaterska interwencja i wyciągnięcie z opałów. Bo przecież nie powiesz, że poznałaś go podczas kłótni o koszyk w Biedronce,  na mszy w kościele, na portalu randkowym albo pijackiej imprezie przyjaciółki – to zbyt banalne.

I oczywiście, od razu wiesz, że to ON – twój jedyny, wyśniony i wymarzony, małżonek przyszły i ojciec dzieci twych, opoka twoja, wsparcie i bratnia dusza. Wiesz już po chwili, że albo z nim, albo z żadnym, a on myśli o tobie dokładnie to samo i nie spocznie, póki nie zostaniecie parą do grobowej deski, pokona piętrzące się przeszkody i pokrzyżuje szyki waszym wrogom.

Bez przeszkód, to bez sensu

A wrogów mieć będziecie, bo przecież bez nich byłoby nudno i zbyt łatwo. Z pewnością znajdzie się twój były, ewentualnie jakiś przyszły –  niedoszły, który mącić będzie, w konspiracji działać zamierza, a kto wie, może i sztamę trzyma z Jego eks dziewczyną, która oczywiście chce odzyskać swojego faceta. Owa eks spróbuje twojego wymarzonego uwieść, wrobić w ciążę, rozsieje perfidne plotki, będzie mieć myśli samobójcze (głośno i wyraźnie Jemu przedstawione) lub wymyśli intrygę tak skomplikowaną, że sama się w niej zagubi i w końcu przegra z kretesem. W końcu to miłość filmowa, dobro zwyciężyć musi!

Znajdzie się też pewnie ktoś nieprzychylny w waszych rodzinach – może teść miał innego kandydata na oku, wasze familie konkurują ze sobą od lat, a może teściowe są starymi koleżankami z liceum i szczerze się nienawidzą, dlatego wasza miłość jest im nie po drodze. A może tak naprawdę jesteście rodzeństwem, twój brat sypia z Jego matką, twoja siostra jest w nim zakochana od kołyski i ta brutalna prawda złamie wasze serca w najmniej odpowiednim momencie – wszystko zależy czy życie ma bardziej przypominać „Romea i Julię” czy „Modę na sukces”.

Wielka miłość – wielkie gesty

Skoro miłość ma być taka, jak w filmach, to samo jej wyznanie (gdy w końcu do niego dojdzie) nie może składać się tylko ze słów „kocham cię” i kończyć zwykłym pocałunkiem. Taka chwila wymaga wyjątkowego entourage’u – płatki róż, szampan i mężczyzna we fraku przygrywający na altówce to niezbędne minimum! Dobrze widziane jest wykupienie połowy kwiaciarni, kolacja przy tysiącach świec ułożonych w serduszko lub pod gołym, rozgwieżdżonym niebem, napis z miłosnym wyznaniem utworzony przez samolot, wyjazd do Paryża (tego we Francji oczywiście), wiersz lub piosenka napisana specjalnie dla ukochanej albo wykupienie czasu antenowego w radiu lub telewizji. Nie zaszkodzi też wręczenie jakiegoś upominku – może być coś sentymentalnego, może być coś z karatami i od jubilera. Jako że nastolatkami już nie jesteście, raczej to drugie.

Wielka miłość, wielkie gesty i wielkie kłótnie – tutaj wszystko musi być czarne albo białe, na szarości nie ma w filmach miejsca. Jak kłótnia to nie o skarpetki i to, że ktoś zapomniał kupić chleb na rano. Na jaw wyjść muszą skrywane głęboko tajemnice, kłamstwa i oszustwa (dla dobra tej drugiej strony i ze szlachetnych pobudek, ale jednak oszustwa), zdarzy się dwuznaczna sytuacja, której nie można wyjaśnić, z nieznanych przyczyn, będą latać talerze, ktoś wybiegnie w pośpiechu i trzaśnie drzwiami, ktoś inny wyląduje zalany łzami na kanapie z pudełkiem lodów, ewentualnie butelką wina. Trochę pocierpicie, ale w końcu wszystko dobrze się skończy, a wasze pogodzenie pełne będzie wzruszających słów, namiętnych pocałunków i czułych gestów. Albo wylądujecie w łóżku, gdzie przeżyjecie najlepszy seks w waszym życiu, po którym wasza miłość wzrośnie i wzmocni się jeszcze bardziej.

Happy end (?)

A co po tym wszystkim was czeka? I żyli długo i szczęśliwie, oczywiście! Przynajmniej przez pewien czas, dopóki ktoś nie decyduje się na nakręcenie drugiej części waszej historii. A wtedy zdrada, kolejny powrót któregoś (lub którejś) z byłych, nieślubne dziecko partnera pukające nagle do drzwi, niespodziewana choroba, kryzys wieku średniego, problemy finansowe, kredyt hipoteczny, nastoletni bunt dzieciaków wykańczający całą rodzinę albo nowy adorator wzbudzający zazdrość i wprowadzający zamęt w wasze poukładane życie. Czy coś jakby filmowa rzeczywistość dogoniła w końcu naszą codzienność.

Zapisz

Zapisz


Zobacz także

Seks nasz małżeński. Czy w końcu jest lepszy czy gorszy od tego przedmałżeńskiego?

„Nie komplikuj, ciesz się, ufaj". Czego mężczyzna może nauczyć o miłości kobietę

7 głównych grzechów, które mężczyźni popełniają w związku

"Dotarło do mnie, że z własnej głupoty za chwilę zostanę sam. A przecież tak bardzo ją kocham". Miłości nie da się wysłać do korekty

Co się tak naprawdę liczy, czyli cechy idealnego partnera