Zdrowie

„Bardzo pomocnym ćwiczeniem, kiedy depresja pchała mnie ku śmierci, było wyobrażenie sobie własnego pogrzebu”

Redakcja
Redakcja
9 sierpnia 2021
fot. KatarzynaBialasiewicz/iStock
 

Debiutancka książka Katarzyny Zachacz, pochodzącej z Podkarpacia, a obecnie mieszkającej na Wyspach i pracującej jako stewardesa, dotyka ważnego społecznie problemu, jakim jest anoreksja. Autorka dzieli się z czytelnikami historią swoich zmagań z chorobą, przeplatając ją naukowym i psychologicznym spojrzeniem na anoreksję.

Przedstawiamy fragment książki “Z anoreksją na pokładzie. Wyznanie stewardesy” (BookEdit, 2021)

„W tym samym czasie moje ciało dawało mi coraz wyraźniejsze sygnały, że brakuje mu sił na podstawowe funkcje życiowe. W mojej głowie pojawiały się coraz częściej dwie opcje wybudzenia się z tego koszmaru.

Pierwszą z nich było zaśnięcie na zawsze spokojnym snem bez żadnych koszmarów. Wiele razy chciałam zasnąć i nic nie czuć, nie słyszeć tego wzrastającego z każdą minutą głosu anoreksji w mojej głowie. Chciałam się uwolnić spod jej władzy drogą, która usatysfakcjonowałaby ją najbardziej – drogą śmierci.

Doświadczając zaburzeń odżywiania, wiele osób cierpi na depresję. Anoreksja często chodzi z nią w parze, udając najlepsze przyjaciółki. Możesz sobie tylko wyobrazić lub znasz to, jakim arcytrudnym wyczynem jest służenie dwóm niezadowolonym, ciągle narzekającym i chcącym więcej pasażerkom. Są najlepszymi koleżankami, świetnie się dogadują i obydwie popychają do działań niepożądanych, chociażby samookaleczenia.

Depresja nie sprawia, że postrzegamy siebie negatywnie, a wręcz odwrotnie nasze negatywne myśli, własna krytyka i brak miłości do samych siebie sprawiają, że doświadczamy depresji. Najczęściej negatywne myśli o nas samych kryją się w podświadomości, a my bez weryfikacji, czy są prawdą, wierzymy w nie. Sama skupiałam całą moją uwagę na negatywnych odczuciach, krytykowałam swój wygląd, tym samym zupełnie nieświadomie mnożąc te złe myśli o sobie i pogrążając się w depresji.

Ponad 60% osób dotkniętych anoreksją przejawia epizody tego stanu1. Depresja i popełniane pod wpływem tego stanu samobójstwa sprawiają, że anoreksja, jak już wspomniałam wcześniej, jest śmiertelnym zagrożeniem oraz ma najwyższy współczynnik śmierci wśród chorób psychicznych. Należy pamiętać, że na ten parametr składają się nie tylko samobójstwa, ale także w bardzo dużej mierze konsekwencje związane z wyniszczeniem organizmu, jakimi są m.in. zawały serca.

Występowanie epizodów depresji u osób walczących z anoreksją jest związane z niedoborem hormonu serotoniny. Hormon ten jest produkowany w około 90% w przewodzie pokarmowym. W czasie podejmowania częstych głodówek jelita są narażone na zaburzenia związane z prawidłowym funkcjonowaniem, tym samym nie produkują wystarczającej ilości hormonu serotoniny, potocznie zwanego hormonem szczęścia.

Bardzo ciężko jest przeciwstawić się myślom, które pojawiają się w głowie, kiedy spotykają się te dwie przyjaciółki. Wiele razy rozpatrywałam drogę, która według nich jest dla mnie najlepsza – śmierć. Tym samym ja mogłabym poczuć ulgę i upragniony spokój, a one mogłyby szukać kolejnej ofiary, co zapewne udałoby im się bardzo szybko. Jestem z siebie bardzo dumna, że nie wybrałam ich drogi, jednak posłuchałam własnego wewnętrznego GPS, który mówił coś zupełnie odwrotnego.


Wybierz życie. Ile razy bałeś się zaufać nawigacji w obawie przed wylądowaniem na wąskiej kamienistej drodze, może co gorsza tym samym pokonując trasę w dłuższym, niż przewidywałeś czasie… Krótsza trasa nie zawsze jest najlepsza oraz niekoniecznie prowadzi do celu. Jadąc dłuższą drogą, może uda się znaleźć nowe lepsze rozwiązanie lub zobaczyć albo spotkać coś, co odmieni twoje życie. Z wielkim strachem, przerażeniem i lękiem przed przyszłością wyłączyłam anoreksja – GPS, a włączyłam własny, który mam z sobą cały czas i który zawsze prowadzi najlepiej, mimo że czasem wydaje się inaczej.

Anoreksja cały czas próbowała nawigować mnie według jej zasad i czasem jej się udawało, ale zdałam sobie sprawę, że mam się słuchać własnego wewnętrznego, najlepszego i najnowszej generacji GPS, wewnątrz mnie – mojego serca.

Odrzucenie myśli, jakie podsuwa depresja, nie dzieje się z dnia na dzień. Jest to ciągła, bardzo trudna bitwa, w której niesamowicie ważne jest pokazanie sobie, że sam wiesz, co jest dla ciebie najlepsze.

Momenty depresji pogarszały mój stan psychiczny. Byłam coraz bardziej zagubiona, smutna, apatyczna, przygnębiona i obojętna na świat, który się cały czas toczył obok mnie. Nie czułam się jego częścią, nie było mnie w stanie zainteresować nic poza tematami, które podsuwała mi anoreksja – jedzenie, kalorie, waga, ćwiczenia. Miałam ciągle wahania nastroju, byłam impulsywna i sama nie potrafiłam zrozumieć swojego zachowania. Nie byłam dobrym rozmówcą ani słuchaczem. Mimo że byłam obecna ciałem i ktoś do mnie mówił, nie potrafiłam się skupić na najprostszych słowach, jakie były do mnie wypowiadane. Każda moja rozmowa kończyła się tematem mojego „zdrowego jedzenia”, niezależnie od tego, czego dotyczyła na początku. Wszystko sprowadzałam do tematu dotyczącego kontroli kalorii. Tkwiłam w zamkniętej bańce, która tylko rosła, a ja liczyłam na to, że jak najszybciej pęknie i tym samym poczuję ulgę.

Bardzo pomocnym ćwiczeniem, kiedy depresja pchała mnie ku śmierci, było wyobrażenie sobie własnego pogrzebu. O ćwiczeniu tym przeczytałam w książce Stephena Coveya „7 nawyków skutecznego działania”. Polega ono na zastanowieniu się, co mogłyby powiedzieć oraz poczuć bliskie mi osoby, znajomi, spoglądając na moje zdjęcie przepasane czarną wstążką. Myśląc o tym, w mojej głowie pojawia się niewyobrażalny smutek. Mimo że anoreksja podsyła mi myśli mówiące, że wybierając ten sen, nie będę czuła żadnego rodzaju bólu i powinnam jak najszybciej zasnąć. Pojawiają się w moich oczach łzy, kiedy widzę tę scenę w głowie. Rozpacz najbliższych, brak kontaktu z nimi oraz utrata możliwości odkrywania niesamowicie pięknego świata sprawiają, że głos dwóch kumpelek popychający mnie do śmierci przestaje dominować.

Drugą możliwością, którą wybrałam i dzięki której ponownie mogę cieszyć się życiem, było pójście do łazienki, umycie twarzy bardzo zimną wodą, spojrzenie w lustro i powiedzenie sobie: Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje, wygrasz tę wojnę, wstań i zacznij walczyć! Wybrałam drugą opcję, mimo to pierwsza możliwość nie znikła, ciągle pojawiała się w mojej głowie z nadzieją, że zmienię zdanie i się poddam.

Podobnie jest z zakupem biletu na samolot. Mamy dwie możliwości, pierwsza to codzienne przeglądanie ofert, sprawdzanie, zastanawianie się i odkładanie decyzji zakupu. Druga to przejrzeć ofertę linii lotniczych, wybrać lot, który nas najbardziej interesuje, i kupić bilet.

Mimo olbrzymiego strachu i niepewności wybierz drugą opcję w obydwu przypadkach. Będzie to jedyna słuszna decyzja, a po podróży przekonasz się, że będzie to jedna z najlepszych decyzji w twoim życiu. Kiedy jest więc dobry moment na zakup biletu na lot? Teraz, w tym momencie!

dav

 


Zdrowie

Nie tylko arbuz, ogórek i pokrzywa. Naturalne diuretyki, które pomogą usunąć nadmiar wody z organizmu

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
9 sierpnia 2021
Naturalne diuretyki na obrzęki
Fot. iStock
 

Naturalne diuretyki to owoce, warzywa i zioła, które wpływają na przyspieszenie usuwania wody z organizmu. Włączenie ich do diety przy tendencjach do powstawania obrzęków, może być zbawienne. Czym są naturalne diuretyki i po jakie produkty warto sięgać przy problemach z zatrzymywaniem wody w organizmie?

Czym są obrzęki?

Obrzęki to nagromadzenie płynu w tkance, na zewnątrz komórek i poza naczyniami krwionośnymi. Mogą mieć różne przyczyny, ale często są efektem zatrzymania wody w organizmie. W tym przypadku najczęściej dotyczą  kończyn, szczególnie dłoni oraz okolicy kostek. Zazwyczaj nie stwarzają zagrożenia dla życia, ale mogą stanowić objaw choroby (niewydolność serca, POChP, nadciśnienie tętnicze, niedoczynność tarczycy).

Najczęściej obrzęki wynikające z zatrzymywania wody są efektem popełnianych błędów. Np. siedząca praca, brak ruchu lub upały, mogą sprzyjać ich powstawaniu. Wypijanie zbyt małej ilości wody paradoksalnie także wpływa na tworzenie się obrzęków. Odpowiada za to wazopresyna, czyli hormon, który wydziela się przy zbyt niskim poziomie wody i powoduje zatrzymywanie jej przez nerki. Inną przyczyną mogą być zaburzenia hormonalne, stosowanie antykoncepcji hormonalnej, lub po prostu naturalne wahania estrogenów  przed miesiączką. Wtedy najczęściej kobiety obserwują u siebie obrzęki i więcej kilogramów na wadze. Także stosowne leki mogą zatrzymywać wodę w organizmie.

Naturalne diuretyki  na obrzęki

Fot. iStock

Gdy obrzęki są częste i masywne, lub towarzyszą im niepokojące objawy, problem należy skonsultować z lekarzem.

W innym przypadku pomocne będą naturalne diuretyki, które pomogą usunąć obrzęki przez zwiększenie ilości produkowanego moczu, a przez to usunięcie nadmiaru wody z organizmu. Dzięki temu wspomagają m.in. oczyszczanie organizmu z toksyn, obniżają ciśnienie tętnicze.

Naturalne diuretyki — owoce

W przypadku, gdy obrzęki nie wynikają z choroby, pozytywny wpływ na ich redukcję mogą mieć owoce i warzywa. Są wśród nich naturalne diuretyki, które zawierają one bioflawonoidy. Substancje te uszczelniają tkanki i zapobiegają skłonnościom do wycieku płynów z naczyń włosowatych.

Naturalne diuretyki  na obrzęki

Fot. iStock/ Naturalne diuretyki

Arbuz

Arbuz  aż w 92% składa się z wody. Wykazuje działanie moczopędne, przyspiesza usuwanie toksyn, poprawia przemianę materii i pomaga utrzymać prawidłowy poziom płynu i elektrolitów w organizmie. Arbuz jest źródłem błonnika, witaminy C i witamin z grupy B (B1, B2, B3, B6, kwasu foliowego), beta-karotenu, wapnia i potasu.

Melon

W jego składzie znajduje się ponad 80% wody. Melon wykazuje działanie podobne do arbuza — jest moczopędny i działa oczyszczająco. Ponadto w melonie znajdziemy błonnik pokarmowy, witaminy oraz antyoksydanty, takie jak beta-karoten.

Ananas — naturalne diuretyki

Ananas dba o nerki, ponieważ zawiera 85% wody, ponadto stabilizuje poziom płynów i elektrolitów w organizmie. Warto sięgać po ananasy, ze względu na obecność błonnika pokarmowego, witaminy C i minerałów.

Naturalne diuretyki — warzywa

Ogórki

Ogórek aż w 96% składa się z wody, dlatego świetnie nawadnia organizm, działa moczopędnie i poprawia pracę układu krążenia. Obecność siarki oraz krzemu pomaga usuwać kwas moczowy z organizmu.

Pomidory

Pomidory zawierają 90% wody, są doskonałym źródłem potasu, witaminy C, E i kwasu foliowego. Pomagają obniżyć ciśnienie tętnicze krwi oraz stabilizują poziom płynów i elektrolitów w organizmie.

Pietruszka

Pietruszka (korzeń i natka) działa silnie moczopędnie oraz napotnie. Ponadto wykazuje działanie antyseptyczne, zapobiegając rozwojowi szkodliwych bakterii w pęcherzu moczowym i nerkach. Korzeń jest źródłem witaminy A  oraz witamin: C,  B, B6, B9,K, PP i E, żelaza, potasu, fosforu, wapnia, magnezu, cynku, sodu i manganu. Natka dostarcza witaminy C i A, żelazo niehemowe, oraz chlorofil o działaniu oczyszczającym organizm.

 Seler

Seler, zarówno korzeniowy jak i naciowy, wspiera wydalanie moczu z organizmu i zapobiega powstawaniu obrzękom, pozytywnie wpływa na pracę nerek, zmniejsza ciśnienie tętnicze.

Naturalne diuretyki — zioła

Zioła to naturalne diuretyki, które najczęściej spożywamy pod postacią herbatek. Dają one podwójną korzyść — zawierają wartościowe dla zdrowia substancje i doskonale nawadniają organizm.

Naturalne diuretyki  na obrzęki

Fot. iStock/Naturalne diuretyki

Pokrzywa

Pokrzywa to skarbnica zdrowia. Zawiera duże ilości witaminy C, K, E oraz B1, B2, B3, B5, oraz żelazo, magnez, krzem, mangan, miedź, cynk, selen, i inne. Zawiera kwasy organiczne, kwercetynę i rutynę (flawoniody), karoten i ksantofil (karotenoidy) i inne ważne dla zdrowia substancje. Pokrzywę od wieków stosuje się przy obrzękach, w leczeniu kamicy nerkowej, zapaleniu dróg moczowych.

Skrzyp polny — naturalne diuretyki

Skrzyp polny to dobre źródło witaminy C, żelaza, potasu, kobaltu, fosforu, wapnia. Zawiera flawonoidy oraz kwasy organiczne, sole mineralne. Skrzyp polny jest cennym wsparciem przy oczyszczaniu organizmu, działa moczopędnie i usuwa obrzęki.

Czarny bez

Czarny bez, zarówno kwiaty jak i owoce, to znany od wieków środek moczopędny i  przeciwzapalny, stosowany w medycynie ludowej przy kłopotach z nerkami. Wesprze organizm przy oczyszczaniu organizmu z toksyn oraz usunie obrzęki.

Mniszek lekarski

Zawiera witaminę C, karoten, witaminy z grupy B, oraz żelazo, wapń, fosfor, miedź, mangan, potas, kobalt, cynk, magnez, molibden i sód. Ponadto w jego składzie znajdują się kwasy fenolowe, flawonoidy, kumaryny. Wykazuje właściwości moczopędne i odtruwające, poprawia  pracę nerek.

Naturalne diuretyki to nie wszystko — co jeszcze wpływa na tworzenie się obrzęków?

Dla zdrowia nerek i unikania obrzęków równie ważne jest wypijanie przynajmniej 1,5-2 litrów wody dziennie. Woda, której duże ilości zawierają naturalne diuretyki, dobrze wypłukuje szkodliwe substancje z dróg moczowych. Ponadto należy przyjrzeć się diecie i unikać dużej ilości białka i soli, które obciążają funkcjonowanie nerek. Przy tendencji do obrzęków warto zrezygnować z alkoholu, który rozszerza naczynia krwionośne, przez co płyny przenikają z nich do przestrzeni międzykomórkowej.

Jeżeli wiele godzin siedzisz przy biurku, zapewne narzekasz na opuchnięte nogi. W takiej pozycji w kończynach krew i limfa przepływa wolniej, co sprzyja obrzękom. Warto zrobić częste przerwy choćby po to, by przespacerować się chwilę. Dobrze jest w miarę możliwości włączyć regularną aktywność fizyczną do rozkładu dnia.

FB/ohmepl

 


Zdrowie

Krystyna Janda: Nie myślę o tym, ile dają mi bliscy. Myślę o tym, ile ja im mogę dać

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
9 sierpnia 2021
Krystyna Janda, fot. Adam Kłosiński

„Nie myślę o tym, ile dają mi bliscy. Myślę o tym, ile ja im mogę dać”, mówi Krystyna Janda w wywiadzie o przyjaźni, sile rodziny i odpowiedzialności za ponad 400 osób w teatrach prowadzonych przez jej fundację. Przyznaje, że jest chorobliwą wręcz optymistką!

Widzowie wracają do teatrów?

– Tak, mamy prawie 100% dozwolonej frekwencji i rekordowe sprzedaże na jesień! Pracujemy bez przerwy od 16 lat, nie stać na wakacyjne zamknięcie. I jest pełno. Nasze spektakle uliczne, które pokazujemy na Placu Konstytucji i przy ul. Grójeckiej 65 i w przestrzeni Konesera, biją rekordy widzów. W soboty i niedziele, kiedy gramy bajki dla dzieci, przychodzi 500-600 osób. Stoją, siedzą, oglądają, biją brawo, krzyczą, wstają w podziękowaniu. Jestem szczęśliwa, tym bardziej że w tym roku zdecydowaliśmy sfinansować nasz teatr uliczny z datków widzów.

Pani miała kilka miesięcy przerwy w pracy w związku z epidemią?

– Przeciwnie! Nie grałam, ale jestem szefową, byłam przez cały ten rok w pracy bardziej niż zwykle, podejmowaliśmy setki decyzji, pisaliśmy wnioski, przez fundację przeszły tony papierów. Tak intensywnej pracy organizacyjno-biurowej, księgowej, koncepcyjnej nie pamiętam. Te teatry to duże przedsiębiorstwo i odpowiedzialność, cały właściwie czas, z przerwami, odbywały się także próby do nowych rzeczy. Po tym roku pandemii wypuściliśmy pięć premier, z których trzy zrobiłam ja, wyreżyserowałam je i w jednej z nich gram.

To był dziwny i bardzo, bardzo pracowity i trudny czas przetrwania. Trudny także od strony emocjonalnej, psychicznej, do tego wszystkiego dołączyła się gigantyczna nagonka na mnie i na naszą fundację. Nie, o przerwie nie było mowy. Mam uczucie, że stoję w krajobrazie po bitwie.

Większość teatrów ma teraz wakacje. Wy gracie pełną parą!

– Może dlatego u nas takie tłumy, że inni są zamknięci!? (śmiech). Gramy jak zwykle latem. No i pokazujemy nowości. Powstał w reżyserii Andrzeja Domalika wspaniały „Minetti. Portret artysty z czasów starości” Thomasa Bernharda z wielką rolą Jana Peszka to teraz nasza „perła w koronie”. Mamy „Aleję zasłużonych” Jarosława Mikołajewskiego, „Cwaniary” Sylwii Chutnik w reżyserii Agnieszki Glińskiej, spektakl, na który wszyscy długo czekali.

Podczas pandemii zrobiłam dwie komedie: czeską i bardzo nam bliską „Wspólnotę mieszkaniową” i „Coś tu nie gra” kanadyjski tekst, komedię polityczną, gatunek u nas w Polsce prawie niespotykany, a jego temat bardzo „rymuje się” z aktualnymi polskimi problemami. Wreszcie Cezary Żak „postawił” kryminał według bardzo znanej książki „Dziewczyna z pociągu”. Większość z tych tytułów wystartowała w czerwcu i wszystkie mają już swoją publiczność.

Wielu aktorom zapewniła pani w ten sposób pracę?

– To był nasz cel także, by nie zostawiać ich samych. W obu naszych teatrach rocznie występuje około 400 artystów. W czasie pandemii starałam się nie tracić z nimi kontaktu i robiliśmy wszystko, żeby pracownikom etatowym płacić pensje. Zachować „tkankę” za wszelką cenę. Niestety stało się dużo dramatycznych rzeczy. Aktorzy zmieniali zawody, wielu młodych wróciło do rodziców, żeby koszty utrzymania podzielić z bliskimi, zdarzyły się tragedie i naprawdę smutne historie, a śmierć Piotra Machalicy była i jest dla nas prywatnie i dla fundacji wielkim dramatem. Jego nieobecność to wielka zmiana w naszych teatrach. Umarł w pełni sił twórczych, zostawił u nas trzy duże role i niezrealizowane plany. Dla mnie umarł ktoś najbliższy z najbliższych. Było i jest trudno.

Jakim cudem w obliczu tych wszystkich spraw udaje się wam jeszcze grać dla ludzi za darmo?

– Już mówię! Przez dziesięć lat ministerstwo kultury lub władze miasta dofinansowywały nasze akcje letnie na poziomie rzędu 100-180 tysięcy i za to graliśmy zależnie od dotacji 30-50-60 spektakli na ulicach Warszawy. Ponieważ jednak już drugi raz nie dostaliśmy pieniędzy, podjęłam decyzję, że nie czekam na „litość” władz i przeznaczymy na to pieniądze, które ludzie podarowali fundacji, odpisując 1% swojego z rocznego podatku. Zwykle za te dodatkowe jakby pieniądze robiliśmy jedną z premier w sezonie, w tym roku widzowie sfinansowali teatr uliczny, za darmo, dla wszystkich!

Ta dwuletnia przerwa w plenerowym graniu…

…zrobiła wielką wyrwę. A my przecież w naszym repertuarze „ulicznym” mamy wiele tytułów, w tym najważniejsze, bajki dla dzieci. Jest „Lament”, „Starość jest piękna”, „Flamenco namiętnie”, „Związek otwarty”, „2 000 000 kroków” i dwie bajki dla dzieci: „Czerwony kapturek” i „Jaś i Małgosia”. Przy okazji muszę powiedzieć, że entuzjazm i zaangażowanie dziecięcej widowni uświadomiło mi kolejny raz w tym roku, jak są ważne i potrzebne spektakle dla nich.

Dlatego w przyszłym roku trzeba koniecznie zrobić nową bajkę, może „Lisa Witalisa”, o którego proszą. Dzieci przychodzą po kilka razy oglądać ten sam spektakl, może dla ich rodziców znaczenie ma także to, że spektakle są za darmo.

Zastanawiam się, jak może pani pamiętać te wszystkie role i znajdować w sobie ciągle pokłady nowych chęci, by jeszcze reżyserować premiery?

– Ależ to wszystko jest rozłożone w czasie. Poza tym zapamiętywanie tekstów to dla aktora umiejętność zawodowa. Ja prywatnie nie pamiętam czasem, jak się nazywam! (śmiech). Tylko kiedy wchodzę na scenę, tekst przychodzi do mnie w sposób naturalny. No moze nie zawsze… Z nauczeniem nowej roli, robionej teraz w pandemii, miałam problem, ale też tekst „Alei zasłużonych” jest trudny jak piekło i szatani.

Pani wiele razy w wywiadach mówiła, że w trudnościach zawsze widzi perspektywę jasną. Skąd ta siła?

– Od 16 lat jestem szefową dużego przedsięwzięcia, fundacji i dwóch teatrów, które muszą się praktycznie utrzymać same. Wzięłam odpowiedzialność za ludzi, którzy mają rodziny, dzieci, kredyty, zaufali mi. To nie jest tak, że nie odpuszczam, bo jestem dzielna i mam wyjątkowy charakter. Ale to prawda, jestem chorobliwą wręcz optymistką. Szukam zawsze nie tylko najlepszego wyjścia, ale także rozsądnego, bezpiecznego, nie szarżuję. To mój obowiązek.

Podobno nawet wypoczynek na wakacjach zwyczajnie panią nudzi, bo tak kocha pani pracę w teatrze. Nie lubi pani pospać, poleniuchować?

– Spać nie mogę, czytanie to dla mnie przyjemne leniuchowanie i zawsze mówiłam, że praca jest o wiele bardziej interesująca niż zabawa, szczególnie praca twórcza, rozwijająca i budująca, której rezultaty widać natychmiast, każdego dnia. A poza tym, naprawdę muszę być stale pod ręką i do dyspozycji naszych teatrów, tak zdecydowałam 16 lat temu i jestem temu obowiązkowi wierna. W Polonii i Och-Teatrze mamy około 75 tytułów, w tym 8. z moim udziałem. A na szczęście ja się wciąż „sprzedaję” jak świeże bułeczki (śmiech), mimo kamieni rzucanych w moją stronę.

Od 12 lat gra pani w Och -Teatrze „Białą Bluzkę”. W te wakacje również! Czy to znaczy, że publiczność pokochała ten spektakl na podstawie tekstu Agnieszki Osieckiej w jakiś wyjątkowy sposób?

– Gram teraz po latach nową wersję „Białej Bluzki”, z innymi piosenkami. To inny spektakl, choć też według pomysłu i adaptacji Magdy Umer. Minęło od tamtej pierwszej wersji, robionej w okolicach stanu wojennego wiele lat, a dojrzała kobieta opowiada o tych sprawach inaczej. Myślałyśmy z Magdą, że będzie to spektakl w jakimś sensie historyczny, dla młodych pokoleń. Niestety sytuacja polityczna sprawia, że jest coraz bardziej aktualny. Za chwilę zagram dwusetny spektakl tej nowej wersji. Zamknęłam w pewnym momencie granie a teraz po dwóch latach przerwy, wznowiliśmy go na prośbę publiczności i za namowami reżyserki Magdy Umer. Ona ma rację, zyskał on nowe konteksty i ma inne znaczenie. Magdzie wierzę jak nikomu.

Może siła tego spektaklu to kwestia wyjątkowego porozumienia, jakie ma pani z Magdą? Ona z kolei przyjaźniła się z autorką tekstu Agnieszką Osiecką. Ile lat przyjaźni się pani z Magdą?

– Zaczęłyśmy się przyjaźnić w latach 80. przy okazji pracy nad sztuką „Abelard i Heloiza” dla Teatru Telewizji, zagrałam w nim z Zygmuntem Hübnerem, a Magda była reżyserką tego przestawienia. To był cudny czas i pan Zygmunt w wielkiej formie. Powstało wtedy coś ważnego i dobrego, także w naszym życiu prywatnym. Potem zrobiłyśmy też telewizyjną wersję tamtej pierwszej „Białej bluzki” i było jeszcze kilka naszych z Magdą wspólnych przedsięwzięć: „Kobieta zawiedziona”, „Marlena”, a ostatnio „Zapiski z wygnania”. To wiele, wiele wspólnych dni, godzin i lat.

Jaka „iskra” połączyła was z Magdą Umer tak mocno na lata?

– Cenimy się nawzajem, myślimy podobnie, mamy podobne poczucie humoru. Poza tym razem przeżyłyśmy dużo życiowych zakrętów. Kiedy poznałyśmy się, Magda była w ciąży i niedługo potem urodził się jej drugi syn Franek. Zaprzyjaźniłam się z jej mężem Andrzejem Przeradzkim, dla mojego męża także stali się bliskimi ludźmi. Dzięki Magdzie poznałam najbliższy mi krąg kobiet: Zuzię Łapicką, Magdę Czapińską i Agnieszkę Osiecką.

Tworzyłyście wyjątkową grupę – wszystkie piękne i diabelnie utalentowane. O takich kobietach Agnieszka Osiecka mówiła, że mają „zapalenie duszy”. Czy namówię panią na chwilę wspomnień?

– O naszych spotkaniach, lamentach i rozmowach napisałam już setki słów. To były lata spędzanych razem wakacji, wspierania się, wspólnie podejmowanych decyzji na różnych rozstajach dróg. Magda Czapińska, którą wszyscy kochają i do której zgłaszają się po jej piękne teksty, autorka arcydzieł w tej dziedzinie („Remedium”, „Święty spokój”, „W moim magicznym domu”) jest też uznaną terapeutką. To ona zawsze wspierała tę naszą „szaloną grupę”, spokojem i mądrymi radami i nadal jest opoką. Natomiast Zuzia Łapicka? Jej błyskotliwość, ogląd świata i ludzi bawił nas i nauczał. Ona była zawsze naszym srebrem i złotem, naszym szampanem. A Agnieszka Osiecka to Agnieszka! Pyta pani, co nas połączyło?… Wszystko. Trudno powiedzieć!

O swoich przyjaciółkach myślę jak o najbliższej rodzinie. To tak jakby mnie pani zapytała, co mnie połączyło z moją matką czy siostrą. Życie, podobne odczuwanie, „kalejdoskop zdarzeń”, jak mówiła Agnieszka. Niestety Zuzi i Agnieszki już nie ma z nami. Zostałyśmy we trzy. Obie Magdy i ja i każda tak samotna jednocześnie, osierocona.

Jest jeszcze pani najbliższa rodzina – córka Maria, synowie Adam i Andrzej oraz wnuki. Może to oni dają dziś pani ten nieprawdopodobny napęd do pracy?

– Raczej pracuję dla nich i mimo nich, bo moja praca jest egoistyczna i wymagająca. Są dorośli, wspaniali. Jest jeszcze córka mojego męża Magda Kłosińska i jej syn, wnuk męża. Magda pracuje w naszej fundacji, jest z nami od samego początku, wiele jej zawdzięczamy. Cieszy przede wszystkim to, że moim bliskim dobrze się układa, że realizują swoje plany, są prawymi, mądrymi i szlachetnymi ludźmi. Chyba są w rezultacie, mimo wielu zawirowań, szczęśliwi – to ma dla mnie największe znaczenie. Nie myślę o tym, ile oni mi dają. Myślę o tym, ile ja im mogę dać.

To pięknie, co pani mówi. Mam wrażenie, że ludzie w dzisiejszych czasach skoncentrowani są najbardziej na tym, by być kochanymi i by brać, nawet od najbliższych.

– Jak w każdej sytuacji zagrożenia. O dzieci jestem dziś spokojna, ale ciągle myślę o wnukach. Czekam z niecierpliwością, jakie będą ich wybory życiowe. Moja córka Marysia, wiadomo jest świetną aktorką, a ostatnio reżyserką. Magda, córka mojego zmarłego męża, jest stale ze mną, z nami w fundacji i jest opoką wielu naszych produkcji teatralnych, oparciem i przyjaciółką aktorów, ma wpływ terapeutyczny, zbawienny na sytuacje konfliktowe. Moi synowie Adam i Andrzej, odwiedzają mnie i są stale w kontakcie. Adam robi doktorat z fizyki i pracuje na uczelni, a Andrzej jest grafikiem komputerowym, wiecznie zajętym, robi między innymi nasze plakaty, ale też wiele innych rzeczy. Lena, starsza córka Marysi studiuje reżyserię filmową i już pracuje na planie, a młodsi są jeszcze niepełnoletni i szukają swoich dróg. Poza tym nie wiem, czy ich rodzice chcieliby, żebym o nich mówiła publicznie. W każdym razie nie tracimy kontaktu.

Nie boi się pani zatrudniać młodych aktorów, twarze zupełnie nieznane np. w „Stowarzyszeniu umarłych poetów”?

– Nie boję się, to mój konik zresztą – nowi aktorzy. W Och-Teatrze mamy chyba najwięcej debiutów w Warszawie, dlatego młodzi aktorzy do nas piszą, przychodzą, pokazują się. Liczą na nas. Stawiam na nich w nadziei, że przyniosą pomysły, nową krew, zrobią piękne role. Stawiam na ich młodość, talent, wyobraźnię, temperament. Ja w ogóle wierzę w nich i szanuję młodych! Rozumieją teraz często z tego świata więcej niż my i lepiej sobie z nim radzą. Dookoła w fundacji, w teatrach mam prawie samych młodych współpracowników, bez nich nie dałabym sobie rady.

Zresztą, krąży o mnie wśród nich dziesiątki anegdot na temat mojego zakręcenia i braku wiedzy na tematy bliskie nowym „normom” życia. Powoli staję się szefową specjalnej troski. Dobrze mi z tym.


Zobacz także

Wspinaczka górska – daj sobie wycisk

Dieta 5:2, czyli odchudzanie dla tych, którzy nie lubią sztywnych zasad i odmawiania sobie wszystkiego

Rak, który atakuje osoby pomiędzy 20. a 40. rokiem życia. Kiedy i co nam zagraża?