Zdrowie

W chwilach ataków urojeniowych pomaga, gdy ktoś mówi: Nazywasz się Dorota, mieszkasz z mężem i psem. Jesteś bezpieczna

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
14 czerwca 2022
 

Dorota K. Solarska przez dziesięć lat pracowała w Polsce jako trenerka biznesu i coach – indywidualny oraz grupowy. Miała prominentnych klientów. Dwa fakultety z dyplomem.  W 2014 r. zdiagnozowano u niej chorobę afektywną dwubiegunową. Następnie diagnozę zmieniono na chorobę schizoafektywną oraz zaburzenie osobowości typu borderline. Dziś Dorota wydała e-booka „Artystka przetrwania. Życie z chorobą psychiczną”, Oficyna Związek Otwarty. Rozmawiamy z Dorotą o jej doświadczeniu choroby psychicznej. Pytamy, jak reagować, jak przyjaźnić się i kochać osoby z diagnozą zaburzeń osobowości i zaburzeń psychicznych.

Czy widziałaś wpis na Instagramie Pauliny Młynarskiej, na którą spływa hejt typu: „Wariatka, ma chorobę dwubiegunową po ojcu”.  Paulina napisała: „Nie mam na szczęście tej bardzo poważnej, strasznej dla osoby chorej i jej otoczenia, przypadłości. Jednak czynienie inwektywy z choroby jest rzeczą wyjątkowo okrutną wobec osób nią dotkniętych. Wyjątkowo podłe to”.

– Stoję murem za Pauliną. Nikt nie wybiera sobie choroby psychicznej, co więcej, ona może dotknąć każdego i wydaje mi się, że to jest dla społeczeństwa najbardziej przerażające. „Wariaci” są przecież gdzieś indziej, gdzieś daleko, nie wśród nas. Nie są tacy, jak my.

A jest wręcz przeciwnie; bo badania pokazują, że co czwarty Polak przechodzi przez kryzys psychiczny. Oznacza to, że każdy z nas ma w swoim otoczeniu kogoś, kto cierpi w ten sposób. Pytanie, czy o tym wiemy, czy też chorzy skutecznie nauczyli się ukrywać swój ból? Bo cały czas wiele osób wierzy, że najlepiej jednak nie okazywać słabości, zaciskać zęby i przeć do przodu.

Mitów na temat osób chorych psychicznie jest wiele!

– Co więcej, niestety stygmatyzacja ma się doskonale, a łatka „wariata” czy „psychicznego” przykleja się do nas w zasadzie na zawsze. Pokutuje także przekonanie, że ci, którzy zachorowali albo musieli mieć trudne dzieciństwo, albo chorobę w rodzinie. A to nie zawsze tak wygląda. Szczęśliwi też mogą zachorować. I to również jest trudne do przetrawienia.

Stygmatyzacja wyraźnie też odsłania się w języku, jakim się posługujemy do ośmieszania czy deprecjonowania innych. Po prostu porównujemy ich do osób chorych: „On chyba zwariował!”, „chyba ci odbiło”, „brakuje jej piątej klepki”, „on chyba ma depresję, bo tak się mało odzywa”, i tak dalej. „Miałem zwariowany dzień”, mówimy. Oczywiście nie mamy pojęcia, jak NAPRAWDĘ wygląda zwariowany dzień. Bo gdybyśmy mieli, na pewno nie użylibyśmy tego sformułowania. Pamiętam, jak zupełnie rozłożyła mnie na łopatki akcja społeczna „Nie świruj – idź na wybory”. Płakałam ze złości. Na szczęście organizatorzy się zreflektowali. Ale, nie szukając daleko, moja koleżanka psycholożka, krytykując działania rządu, nazywała polityków „psychiatrykiem”. Było mi przykro.

rys. Dorota K. Solarska

Czy kiedykolwiek pogodziłaś się z myślą, że już nie jesteś zdrowa i że nigdy nie będziesz?

– Mogę powiedzieć, że są dni, kiedy jestem z tym pogodzona, przyzwyczajona wręcz. Ale są też takie, kiedy z nienawiścią patrzę na zestaw trzech leków, które muszę brać codziennie. Czasem myślę sobie „nie jest tak źle, już trzy tygodnie bez objawów”. Jednak są też tygodnie, kiedy urojenia pojawiają się trzy, czterokrotnie i wydaje mi się, że już nie dam rady i że całe to życie trzeba jakoś „ostatecznie rozwiązać”.

Kiedy wspominam siebie sprzed ośmiu lat, wydaję się sobie taka beztroska. Wtedy nie przyszłoby mi do głowy, że zachoruję. Psycholożka, coach, trenerka biznesu, do tego dwa tytuły magistra, dodatkowa edukacja, prominentni klienci… Ja miałabym zachorować psychicznie? Wolne żarty! A jednak. Było to największe zaskoczenie mojego życia.

Dlaczego niektóre choroby psychiczne pojawiają się nagle i w dodatku tak późno – dopiero po trzydziestce, przed czterdziestką?

– Choroby psychiczne mogą się pojawić w zasadzie w każdym wieku. Jednak statystycznie częściej wcześniej niż później. To kwestia indywidualna. Myślenie: „Uff, mam czterdzieści lat, więc już nic złego mi się nie stanie”, jest błędem. W klinikach psychiatrycznych spotykam wielu młodych i starszych ludzi, pogrążonych w wielkim cierpieniu. Czuję żal, a jednocześnie bardzo egoistyczną ulgę, że choroba oszczędziła mi tych kilkunastu lat i pojawiła się tak późno. Miałam szczęście, że pierwsze „uderzenie” pojawiło się u mnie już po trzydziestce.

rys. Dorota K. Solarska

Czy osoba z borderline, ze schizofrenią albo chorobą dwubiegunową, ma szanse na miłość?

– Każdy ma szansę na miłość! A tacy połamani ludzie – jak my – chyba nawet potrzebują takiej szansy jeszcze bardziej.

Pytam w kontekście nowych partnerów. Czy powinniśmy ich informować o swojej chorobie psychicznej?

– Moim zdaniem powinniśmy informować. Ja zwykle szybko to robię, nawiązując nowe znajomości przyjacielskie, czy w ramach moich działań wolontariackich. Przy okazji staram się przede wszystkim edukować i instruować. Wręcz spisać instrukcję obsługi. Na przykład: słuchaj, mogę mieć dni, kiedy będę się wydawać na haju. Umówmy się, że wtedy zabierasz mi karty do bankomatu. Mogę mieć dni, kiedy będę tracić kontakt z rzeczywistością. Bądź wtedy przy mnie i mów do mnie. Mogę mieć dni, kiedy nie będę już chciała żyć, ale pamiętaj, że to minie i że to nie oznacza, że cię nie kocham. Schowaj wtedy wszystkie ostre przedmioty i leki. I tak dalej. Brzmi to ciężko, ale jest wykonalne.

A jakie zasady ustaliłaś ze swoim mężem?

– U mnie w związku najważniejszą zasadą jest tzw. reality check (konfrontacja z rzeczywistością – tłum. red.). Oznacza, że ufam bardziej ocenie rzeczywistości mojego męża niż własnej. Wiem bowiem, że moja rzeczywistość często się wykrzywia. Jego – zwykle nie. W mojej książce jest cały rozdział napisany przez mojego męża. Wynika z niego, że partnerzy osób chorych mają życie jeszcze cięższe niż sami chorzy. Muszą bowiem ciągle funkcjonować w stanie podwyższonej gotowości. Teraz, po feedbacku od czytelników, Paweł mówi, że starał się pokazać najcięższą stronę życia we troje: ja, ty i choroba. Natomiast dla niego miłość oznacza: „kocham cię z całym twoim bagażem, nawet gdy nagle golisz się na łyso, wracasz do domu z kolczykiem w nosie, czy nie wychodzisz cały dzień z łóżka”. To tak, jakby karta „miłość” biła kartę „trudności”.

Moim zdaniem z kolei sama miłość do bycia razem nie wystarcza. Można kogoś kochać, a jednocześnie nie dać rady żyć z nim/nią i jego/jej chorobą. I odejść.

Wiele związków w takiej sytuacji nie wytrzymuje próby czasu. Co ty robisz, by pomóc  miłości?

– Przede wszystkim powinniśmy dążyć do maksymalnej niezależności, żeby odciążyć naszych najbliższych. Wielu z nich samych prędzej czy później popada w kryzys – depresję czy wypalenie. Ja mam w swoim zespole wsparcia psychiatrę, terapeutkę traumy i asystenta psychiatrycznego. Cały czas uczę się też nowych strategii, które pomagają mi przetrwać najtrudniejsze momenty bez np. wzywania męża z biura na ratunek. Wiem, jakie rezerwowe leki wziąć w konkretnej sytuacji. Jestem wyczulona na pierwsze niepokojące sygnały.

Życie w związku z osobą chorą jest wymagające, nie ukrywajmy tego. Oczywiście, wiele zależy od przebiegu choroby. Mnóstwo osób żyjących z diagnozą ma dłuższe okresy remisji, czyli braku objawów; może to być nawet kilkanaście lat. U mnie wynoszą one maksymalnie kilka tygodni. Tak zwany ciężki przypadek.

Jak już wspomniałam, dla mnie najważniejszą zasadą w naszym związku jest właśnie reality check , ale także zakładanie dobrych intencji drugiej strony oraz przegadywanie wspólnie wszelkich niepokojących zjawisk, wydarzeń i emocji. Mam szczęście, bo jestem z wykształcenia psycholożką i gestaltystką, więc mam niezbędną do tego nomenklaturę i pewnego rodzaju przygotowanie. Mój mąż jest natomiast bardzo wrażliwym i empatycznym partnerem. Rzadko, choć zdarza się, potrzebujemy pomocy osoby trzeciej (np. terapeuty par) w rozwikłaniu trudności w relacji.

rys. Dorota K. Solarska

Czy powinniśmy informować pracodawcę, że chorujemy?

– To zależy od rodzaju i przebiegu choroby czy zaburzenia. Ja na przykład nie jestem w stanie podjąć żadnej „zwyczajnej” pracy, bo symptomy pojawiają się zbyt często. Mogę tworzyć w domu, malować, pisać wtedy, kiedy czuję się dostatecznie dobrze.

Uważam jednak, że jeśli mamy na przykład chorobę dwubiegunową o lżejszym przebiegu, to może nie jest to dla pracodawcy kluczowa informacja. Czasem będziemy wulkanem energii, czasem będziemy pracować wolniej czy z większym oporem. Wydaje mi się również, że w dużej mierze decyzja zależy od relacji, jaką mamy z pracodawcą oraz znajomości siebie samej, jak dalece można na mnie polegać. Ja wiem o sobie tyle, że ze mną bywa różnie i zupełnie nie jest to moja wina.

 

Ostatnio do moich aktywności udało mi się włączyć wolontariat. Na drugim spotkaniu powiedziałam, że mogą być takie dni, kiedy nie będę miała siły wyjść z domu. Usłyszałam: „Dobrze, że nam mówisz, będziemy organizować backup”. Moi przyjaciele z grupy teatralnej także wiedzą, że czasem przychodzę na spotkania, a czasem piszę, że nie dam rady, bo źle ze mną. Dziękują mi i rozumieją. Kolega powiedział mi ostatnio, że jestem bardziej przewidywalna niż wielu jego zdrowych znajomych, gdyż zawsze może liczyć na jasność sytuacji w moim przypadku. Szczęście w nieszczęściu.

W książce opowiadasz o ogromnym lęku społecznym przed wychodzeniem z domu, bo atak paniki, bo psychoza… Czy to można próbować jakoś pokonywać?

– Warto jak najlepiej poznać siebie i granice swoich możliwości. Nie przełamywać się na siłę, tylko zbierać dobre doświadczenia. Bywa różnie. Czasem czułam się słabiej, ale mimo wszystko wyszłam z domu i dobrze mi to zrobiło. Moim zdaniem warto starać się nie myśleć: „Muszę wyjść”. Lepiej: „Co jest w tym momencie najlepszym rozwiązaniem, czego będę mniej żałować: wyjścia czy niewyjścia?” Zdarza się, że jedynym sposobem na przetrwanie jest zakopanie się pod kołdrą i „zniknięcie”. To czasem najlepszy wybór.

Jestem przeciwniczką rzucania się na głęboką wodę, gdy nie umiemy pływać. Wywoła to tylko jeszcze większy lęk i odwiedzie nas od kolejnych prób w przyszłości. Zdarza mi się nie chcieć pójść na własny wernisaż. Szukam wtedy rozwiązań, jak uprzyjemnić sobie takie wyjście. Zwykle obstawiam się znajomymi, żeby nie musieć prowadzić small talków z obcymi. Kiedy zaczynam czuć się niewygodnie, zmykam do domu po angielsku – w sposób niezauważalny. Po powrocie stosuję głęboki relaks i odcięcie od bodźców.

Jak przyjaźnić się z osobą z zaburzeniami osobowości?

– Tak jak z każdą inną osobą, mam ochotę odpowiedzieć. Nie jesteśmy przecież w gabinecie osobliwości. Najważniejsze jest poznanie tej osoby, ustalenie z nią „instrukcji obsługi”, umówienie się właśnie na reality check, wzajemne zaufanie i znajomość własnych ograniczeń oraz granic. Wierzę także, że edukowanie się, samodzielne lub wspólne z zakresu takiej choroby, jest kluczowe. Tak, by wiedzieć, kiedy mówi do mnie przyjaciółka… a kiedy już jej choroba.

Znam taką sytuację, że ktoś nagle zaczyna chorować. Znajomi w pracy orientują się, że to halucynacje, że manipulacje spowodowane urojeniami. Często takie osoby są w szoku i kompletnie nie wiedzą co robić? Informować rodzinę? Jak możemy pomóc w takich sytuacjach?

– Leciałam kiedyś samolotem, gdy jeszcze byłam zdrowa. Okazało się, że na pokładzie znalazła się dziewczyna w ostrej psychozie i jej mdlejący tata, wyczerpany pilnowaniem jej od kilku dni. Usiadłam przy niej i zaczęłam jej słuchać – snuła urojenia. Na miejsce przylotu wezwano już karetkę. Po tym incydencie kolega psychiatra powiedział mi: „Nic nie mogłaś zrobić. Trzeba było podać ogromną dawkę leków antypsychotycznych, natychmiast”.

Wracając do twojego pytania, uważam, że trzeba od razu poinformować rodzinę i ustalić dalszą procedurę. Być może taka osoba choruje już od jakiegoś czasu, tylko symptomy pozostawały przez jakiś okres uśpione i rodzina wie, co w takiej sytuacji robić. Jeśli nikt nie wie, co robić, wezwijmy karetkę. Pamiętajmy jednak, że jeśli ta osoba nie stanowi zagrożenia dla siebie i innych, musi wyrazić zgodę na hospitalizację. Mnie w momentach ataków urojeniowych pomaga, gdy ktoś do mnie mówi proste rzeczy: „Nazywasz się Dorota Solarska, masz 41 lat, jesteś teraz w Bernie, gdzie mieszkasz z mężem i psem. Jesteś bezpieczna. Czy masz przy sobie leki? Weź tyle tego, tyle tamtego. Jeśli jesteś w domu, połóż się i spróbuj po tych lekach zasnąć lub zadzwoń do swojego asystenta psychiatrycznego”. Po kilku latach chorowania mam procedurę na każdą okazję…

Dziś już łatwiej mówić o depresji czy nawet o chorobie afektywnej dwubiegunowej, ale to przecież nie wszystko.

– W społecznym postrzeganiu pojawia się pewna hierarchia zaburzeń i chorób psychicznych. Najbardziej „oswojona” jest depresja. Coraz więcej w tej sprawie publikacji, czy też „coming outów” osób publicznych. Choroba dwubiegunowa też staje się „modna”, coraz więcej się o niej pisze, wiele dobrego w zakresie edukacji robi pod tym względem Joanna Bąk. Najgorzej ma się schizofrenia. Wciąż jest za mało społecznej wiedzy, że tacy chorzy mogą żyć latami bez objawów. Schizofrenik kojarzy się z niebezpiecznym dziwakiem. A prawda jest taka, że statystycznie osoby chore są mniej niebezpieczne niż zdrowe. Jeśli już komuś zagrażają, to najczęściej sobie. Natomiast o chorobie schizoafektywnej nie pisze się już w ogóle. Czuję się więc po pierwsze nieco osamotniona, a po drugie – cieszę się, że tak wiele stron poświęcam jej w mojej książce.

Wszystkie rysunki zamieszczone w tekście wykonała Dorota K. Solarska.


Dorota K. Solarska – autorka książek, artykułów, sztuk teatralnych i bloga; malarka, graficzka, której prace wystawiane są w Szwajcarii i w Polsce. Z wykształcenia psycholożka i dziennikarka, ukończyła także Szkołę Counsellingu Gestalt z dyplomem counselora oraz podyplomowe studia ExpressiveArts w European Graduate School w Szwajcarii. Przez dziesięć lat pracowała w Polsce jako trenerka biznesu i coach – indywidualny oraz grupowy. W 2014 zdiagnozowano u niej chorobę afektywną dwubiegunową, następnie diagnozę zmieniono na chorobę schizoafektywną oraz zaburzenie osobowości typu borderline. Mieszka, tworzy i choruje w Szwajcarii.


Zdrowie

Jagna Kaczanowska: Ja i moje nowe cycki. Bardziej cierpiałam z powodu alergii, niż po rekonstrukcji biustu. Serio!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
14 czerwca 2022
 

Dziennikarka i pisarka, Jagna Kaczanowska, osiem miesięcy po operacji wycięcia nowotworu  poddała się rekonstrukcji piersi. Rozmawiamy z nią o tym, jak się teraz czuje, czy nowy biust jej się podoba i dlaczego na co dzień kompletnie o nim nie myśli. Tak szczerej rozmowy dawno nie było!

Porozmawiamy o twoich piersiach?

– Porozmawiamy.

Dwa miesiące temu poddałaś się rekonstrukcji piersi. Jak się dzisiaj czujesz?

– Dobrze, nawet bardzo. Muszę jeszcze przez miesiąc chodzić w gorsecie, który podtrzymuje biust, by wszystko się ułożyło. Nie wolno mi dźwigać. Ale nie czuję się obola i… cóż, żyję już normalnie.

Czy długo musiałeś czekać na implant? Do momentu aż lekarz powiedział: „Jest pani już zdrowa, więc daję zielone światło?”

– Ależ Iwona, ja się uważam za osobę zdrową. Przed wycięciem guza nie miałam żadnych objawów choroby, bo nowotwór został u mnie znaleziony na wczesnym etapie. Oczywiście przeszłam chemioterapię, co może dla wielu brzmieć złowrogo, ale ona była podana prewencyjnie, żeby komórki rakowe gdzieś się nie namnażały. Kiedy obudziłam się po operacji wycięcia guza, to normalnie miałam dwie piersi, bo lekarz zrobił to na tyle ładnie, że nie czułam się okaleczona. Po prostu ekspander wypełniał pierś, z której wycięto nowotwór. Już widzę, że chcesz spytać, co to jest ekspander. To taki woreczek z solą fizjologiczną, który wkłada się podczas operacji w miejsce po wycięciu tkanki gruczołowej z guzem.

Wracając do twojego pytania. Lekarze dziś bardzo często robią operację wycięcia guza i rekonstrukcję piersi za jednym razem, czyli od razu wkładają implant silikonowy. Jednak mój lekarz tego nie robi, bo uważa, że bezpieczniej jest najpierw włożyć ekspander, tym bardziej, że nie było jeszcze wiadomo, czy nie będę miała radioterapii. Natomiast na rekonstrukcję czekałam osiem miesięcy z kilku powodów. Po pierwsze, ponieważ naprawdę wyglądałam w porządku i mi się nie spieszyło. A po drugie, nie cierpię znieczulenia ogólnego, które nie najlepiej toleruję. Zmotywowało mnie jednak to, że bardzo chciałam już wrócić do jazdy konnej, za którą bardzo tęskniłam, a z ekspanderem nie wolno jeździć konno, bo istnieje niebezpieczeństwo, że ten woreczek pęknie. Przy implancie takiego zagrożenia nie ma, można normalnie uprawiać sport.

Czy wszystkie operacje robiłaś na NFZ?

– Prawie wszystkie. Zapłaciłam tylko za symetryzację drugiej piersi, dlatego, że w Polsce jest bardzo długa kolejka, by zrobić to z refundacji NFZ. Nie wszystkie szpitale proponują też swoim pacjentkom takie operacje. A czym jest symetryzacja? To operacja zdrowej piersi, by wyglądała tak samo, jak ta z implantem. Dla mnie to jest ważne, bo piersi zmieniają się jednak z wiekiem. Jeśli jedna będzie jak spod igły z nowiutkim implantem, a druga – że tak powiem – nadszarpnięta zębem czasu, to efekt estetyczny wyjdzie średni.

Nie jest to jednak koniec moich zabiegów, ponieważ na jesieni czeka mnie tzw. rekonstrukcja brodawki, a potem tzw. pigmentacja medyczna. Oglądałam już zdjęcia, jak to będzie ostatecznie wyglądać i muszę ci powiedzieć, że dziś te tatuaże 3D są po prostu niesamowicie realistyczne, łudząco podobne do naturalnego kolorytu brodawek. Słyszałam, że w Polsce tylko kilka osób się tym zajmuje zawodowo.

Czytałam w książce „Seks bez cycków”, którą napisała lekarka ginekolożka i seksuolożka – Monika Łukasiewicz, że pacjentki skarżą się, że nikt z nimi nie rozmawia na początku choroby o możliwości rekonstrukcji piersi. A one są tak skupione na tym, by przeżyć, że w ogóle nie pytają, jak ich piersi będą wyglądać po operacji. To prawda?

– Nie spotkałam się osobiście z taką sytuacją, choć sporadycznie czytam w Internecie na różnych kobiecych forach onkologicznych takie wypowiedzi. Z tego co wiem, dzieje się tak w dużych szpitalach, w których jest straszny „przemiał” pacjentek. Lekarze nie mają czasu z nimi rozmawiać i opowiadać im o rekonstrukcji, czasem też pokutuje podejście: „niech się pani cieszy, że żyje, co z tego, że bez piersi”. Jestem zdziwiona i oburzona, gdy czytam takie historie! Jeżeli nie ma przeciwwskazań medycznych do rekonstrukcji piersi, to standardem w Polsce jest rozmowa z chirurgiem na ten temat. Dla mnie zawsze było oczywiste, że będę chciała mieć dwie piersi. Ładne piersi.

Tuż po mastektomii z wszczepieniem ekspandera, kiedy wróciłaś do domu, pozwoliłaś fotografce Iwonie El Tanbouli–Jabłońskiej zrobić sobie piękne czarno-białe zdjęcie.

– I w czerwcu tego roku to właśnie zdjęcie wygrało Grand Press Photo 2022 w kategorii Single – People. Uważam, że to zdjęcie jest piękne i że ciało w chorobie i po chorobie też może być seksy. Jesteśmy istotami seksualnymi od narodzin do śmierci, a nie tylko w wieku 20 lat.

Iwona towarzyszy mi od samego początku w różnych momentach mojej choroby. Była ze mną w szpitalu, towarzyszy mi też w zwykłych czynnościach, jak zabawa z dziećmi czy spacer z psami. Ona tworzy z tego swój długofalowy projekt, pokazując moje życie.

Czy mogę spytać, jak twój partner zareagował na twój nowy biust?

– Odpowiem tak: my jesteśmy z sobą wiele lat, dlatego bardziej patrzymy na siebie jak na istoty ludzkie, a nie jak na zdekompletowane ciała. Oczywiście mój partner martwił się i troszczył, ale nie było tak, że jakoś przesadnie się cieszył, że będę miała nowe cycki. (śmiech).

Czy ty dziś stajesz przed lustrem i myślisz sobie: „Ależ ja mam fajne cycki!”

– Chyba… nie. Ale zastanawiam się, czy ten moment w ogóle kiedykolwiek nastąpi. Oczywiście nowy kształt jest teraz ładniejszy niż ten, który miałam wcześniej. Wiadomo – mam 45 lat, jestem po dwóch porodach i dwóch karmieniach piersią, więc oznaki starzenia się zostały cofnięte. Moje piersi wyglądają teraz jakbym miała jakieś trzydzieści lat. Jak patrzę w lustro, to widzę ładne piersi, ale naturalne, więc… no cóż, po prostu nie zwracam na nie specjalnie uwagi. I myślę, że to jest właśnie świetne po rekonstrukcji. Natomiast w szpitalu, gdy zobaczyłam dwie piersi po operacji – jedną z implantem, a drugą po symetryzacji – byłam zachwycona!

Ja dziś po prostu żyję i na co dzień nie pamiętam o piersiach, chemioterapii i operacji usuwania guza z 2021 roku. Niedawno byłam w moim ulubionym sklepie w Milanówku. Jeden z pracowników powiedział do mnie: „Dawno pani u nas nie było. I myśmy z kolegą o tym dziś rozmawiali”. Uśmiechnęłam się, ale dopiero, kiedy wyszłam, zrozumiałam: „Boże, oni chyba chcieli mi powiedzieć, że myśleli, że ja umarłam”. (śmiech). Opowiadam ci tę historię, żebyś zrozumiała, że ja na co dzień naprawdę nie myślę o raku. Czasem po prostu ktoś mi o tym przypomina.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką i opowiadałam jej, że czuję się jak wypluta, bo ostatnio pogoda jest do bani. A ona powiedziała: „No, ja też czuję się wypluta, ale ja jestem zdrowa”. Więc powiedziałam jej to, co tobie na początku: „Ależ ja też jestem zdrowa!” Oczywiście, będę jeszcze przez kilka lat pacjentem onkologicznym. Ale muszę ci powiedzieć, że w roku 2022 bardziej cierpiałam wiosną z powodu alergii i lejącego się wiecznie kataru, niż z powodu rekonstrukcji biustu. Serio!

To chyba dotykamy mitu, dotyczącego pacjentów onkologicznych. Cały czas nam wydaje się, że rak to wyrok!

– Kiedyś po prostu nowotwory piersi były późno wykrywane, razem z przerzutami. Być może dlatego wielu z nas myśli, że po nowotworze jesteś wiecznie chorym człowiekiem. Ale teraz, kiedy nowotwory są wykrywane we wczesnych stadiach, wszystko szybciej wraca do normy. Są już bardzo skuteczne linie leczenia, naprawdę, wiele kobiet ma szansę na pełne wyzdrowienie. Ważne, żeby zdążyć wyłapać chorobę w odpowiednim momencie. Kobiety nie powinny dawać się zbywać lekarzom, bo ciągle słyszę opowieści, że lekarz powiedział: „Pani jest za młoda na raka”, albo „To nie wygląda jak rak”. Trzeba robić badania, nawet prywatnie, żeby jak najszybciej mieć pełną diagnozę. To kluczowe.

Włosy mi odrosły, pierś pewnym sensie też, uśmiech pozostał. Oczywiście, że ja nie wróciłam do takiego samego życia, jakie miałam dawniej. Teraz wiem, co jest ważne. W psychologii to się nazywa wzrost potraumatyczny. Dziś mam poczucie ulotności życia i stałam się bardziej wyrozumiała dla siebie i dla innych, tolerancyjna i cierpliwa. Nagle wiesz już, czym nie warto się przejmować.

Kiedyś za bardzo przejmowałam się sytuacjami zawodowymi. A teraz już się tym po prostu nie przejmuję, bo uważam, że takie kłopoty są przejściowe. Leczenie w zasadzie też jest taką sytuacją przejściową.

Co dziś jest dla ciebie naprawdę ważne?

– Ludzie, których kocham i wypełnianie swojego życie czynnościami, które sprawiają mi przyjemność i dają poczucie spełnienia. Może łatwiej mi tak mówić, bo miałam szczęście. W miejscach, w których się leczyłam – głównie państwowo na NFZ – spotkałam znakomitych, oddanych lekarzy i empatyczne pielęgniarki, którym do dziś jestem wdzięczna, nawet za drobiazgi. Pamiętam, że pielęgniarki przed zastrzykami lub pobieraniem krwi mówiły do mnie, jak do małego dziecka: „A teraz ta mała pszczółka, która panią użądli, to ja”. Czasami słucham, jak inne pacjentki są traktowane w szpitalach przez personel medyczny i jestem w szoku. Ja nie musiałam zmagać się ani z chamstwem, ani z uprzedmiotowieniem.

Jagna, ty masz twardy charakter i sama walczyłaś o siebie. Nie czekałaś, że ktoś cię nagle wyręczy – mąż, matka, przyjaciółka. Czytałaś specjalistyczne artykuły, znalazłaś wspaniałych lekarzy, onkolożkę Małgorzatę Stelmaszuk i chirurga Klaudiusza Czerniawskiego oraz dobrą placówkę Lux Med, która ma podpisany kontrakt z NFZ.

– Nigdy nie postrzegam tego w kategoriach walki i jakiegoś specjalnego zbrojenia się do niej, ale w kategoriach zwykłego leczenia. Myślę, że najważniejsze, by trafić do lekarza, z którym się będziesz się dobrze czuła. Moja pani doktor pamięta, jak mam na imię, że kocham zwierzęta i jazdę konną. Jestem dla niej człowiekiem, a nie numerem PESEL. Podobnie dla mojego chirurga. Ale początkowo miał mnie operować inny lekarz. Pamiętam pierwszą wizytę, po której wiedziałam, że do tego lekarza już nie wrócę. On w ogóle nie patrzył na mnie, cały czas przeglądał papiery, a jak zadałam mu pytanie i cytowałam wyniki badań, których oczywiście nie przeczytałam w „Hallo!”, tylko w fachowej publikacji, żachnął się, że chyba za dużo wiem. To mnie strasznie zdenerwowało.

W końcu trafiłam do dr Czerniawskiego i u niego czułam się bezpiecznie. Dlatego, moim zdaniem, nie warto tkwić w szpitalu, który położony jest najbliżej twojego miejsca zamieszkania. Znam pacjentki, które dojeżdżały kilkaset kilometrów, by być tam, gdzie czuły się szanowane i zaopiekowane.

Wiele kobiet podziwia cię za siłę ducha!

– Powiem ci też, że dziś odzywają się do mnie dziesiątki kobiet, a niedawno napisała znajoma, która powiedziała, że tylko dzięki mnie udało jej się przejść tak bezproblemowo przez własną chorobę. Oczywiście, ja w to nie wierzę, bo uważam, że ona zawdzięcza wszystko sobie, bo znalazła siłę. Mocno wierzę w to, że to jest jednak nasz wybór, w jaki sposób będziemy chorować. Ale zawsze jest bardzo miło, gdy słyszę takie słowa i czasem zastanawiam się, czy nie powinnam stworzyć instytucji na podobieństwo douli, która towarzyszy ciężarnej. Może coś w rodzaju coacha onkologicznego, który pomaga kobietom przejść przez chorobę nowotworową.

Szczerze? Świetny pomysł!

– Kobiety chcą słuchać optymistyczny historii, a jeśli ktoś opowiada o swoim doświadczeniu onkologicznym bez martyrologii, bo sam to przeżył, to jest bardziej wiarygodny. Dlatego teraz piszę dla Wydawnictwa AGORA książkę, by kobiety mogły czerpać z moich doświadczeń.


Jagna Kaczanowska – dziennikarka, pisarka i psycholożka. Od stycznia 2021 roku wie, że zachorowała na raka piersi. Mam dwójki dzieci: Michała (6 lat) i Ani (3 lata). Partnerka Romana. Najbardziej znaną do tej pory serią autorki jest “Ogród Zuzanny”. To cykl powieści obyczajowych, w którym bohaterowie walczą o szczęście i nie mają zamiaru rezygnować z marzeń. Cykl szybko stał się bestsellerem w Polsce i cały czas przyciąga kolejnych czytelników.


Zdrowie

Jak zatrzymać nawilżenie we włosach – sprawdź!

Redakcja
Redakcja
14 czerwca 2022

W jaki sposób możesz sprawić, aby Twoje włosy były cały czas nawilżone? Na jakie elementy trzeba zwrócić uwagę i jakich kosmetyków powinnaś w tym celu używać?

Przesuszone włosy

Przesuszone włosy to problem wielu kobiet – szczególnie w sezonie letnim. Problem ten objawia się przede wszystkim matową fakturą włosów i ich szorstkością, a do tego są nieprzyjemne w dotyku. Czasem nawet mogą wydawać lekko skrzypiący głos podczas pocierania. Wszystko to sprawia, że zarówno nawilżenie włosów, jak i utrzymanie tego nawilżenia to absolutne priorytety. Stale przesuszone włosy często pojawiają się np. po częstym farbowaniu lub stosowaniu nieodpowiednich specyfików do tego celu. Bardzo niekorzystnie działa też stosowanie takich urządzeń jak prostownica, lokówka czy suszarka ustawiona z mocno gorącym nawiewem. Działanie wysokiej temperatury skutkuje odprowadzeniem wody z włosa, co naturalnie zmniejsza faktyczny poziom nawilżenia. Oczywiście nie znaczy to, że jeśli nie farbujesz włosów i nie korzystasz z prostownicy, nie będziesz miała przesuszonych włosów – ogromny wpływ na taki stan ma bowiem również niewłaściwa pielęgnacja. Trzeba też podkreślić, że przesuszone włosy nie zawsze wiążą się z ich puszeniem. Powodów puszenia się włosów może być bardzo wiele, a tylko w niektórych przypadkach odpowiada za to zbytnie odparowanie wody ze struktury włosa.

Nawilżanie przesuszonych włosów

Odpowiednie nawilżenie włosów pomoże Ci przywrócić im miękkość oraz blask. Przy codziennej pielęgnacji warto stosować kosmetyki zawierające humektanty, czyli składniki nawilżające. Warto przyjrzeć się choćby używanym szamponom, w końcu mycie włosów to jeden z najczęstszych zabiegów, jakim je poddajesz. Dobrej jakości szampon powinien być pozbawiony takich składników jak alkohol czy mocne substancje myjące. Nie bez znaczenia pozostaje technika mycia włosów, najpierw rozpień szampon z wodą, zamiast aplikować go wprost z butelki. Masaż głowy wykonuj w sposób delikatny, nie musisz też myć włosów dwa razy. W kontekście przesuszonych włosów bardzo niewskazane są również tzw. suche szampony. Choć wiele kobiet docenia ich funkcjonalność, nie możemy zapominać, że skutki ich częstego stosowania mogą być bardzo niekorzystne. Podczas działania suchego szamponu skóra rozpoczyna reakcję obronną, w wyniku czego dochodzi do większego wytwarzania łoju. Praktyczne i skuteczne szampony, które nie tylko umyją włosy, ale również zapewnią Ci odpowiednie ich nawilżenie, znajdziesz w ofercie marki Avon. Dodatkowo wszystkie artykuły w asortymencie dostępne są w przystępnych i atrakcyjnych cenach.

Nawilżenie włosów to oczywiście nie tylko szampon, lecz cała moc innych kosmetyków. W ich składzie oprócz wspomnianych wcześniej humektantów na wyróżnienie zasługuję proteiny i emolienty. Odnośnie do utrzymania nawilżenia, największe znaczenie mają wymienione jako ostatnie emolienty. To substancje powlekające, które wygładzają pasma i zapobiegają utracie nawilżenia oraz odparowaniu wody z włosa. Znajdziesz je m.in. w odżywkach czy maseczkach do włosów. Samo nawilżanie to nie wszystko – przy niekorzystnych czynnikach, włosy mogą dość szybko wrócić do pierwotnego stanu. Dlatego zdecydowanie powinnaś zadbać także o to, aby optymalny poziom nawilżenia po prostu utrzymać.

Domowe sposoby na nawilżenie włosów

Ciekawostką jest, że nawilżyć włosy możesz także za pomocą wielu substancji, które prawdopodobnie masz w swoim domu. Nie podejmujemy się oceny, czy jest to lepsze rozwiązanie niż profesjonalne kosmetyki, warto jednak wiedzieć o takim rozwiązaniu. Chodzi tu np. o miód, zarówno lejący, jak i krystaliczny, czy po prostu cukier. Oprócz tego polecany jest np. żel z siemienia lnianego oraz żel aloesowy.

Nawilżenie przesuszonych włosów jest tak samo istotne, jak utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia. Kroki, jakie musisz podjąć w tym celu, nie są na szczęście specjalnie skomplikowane. Koniecznie sprawdź aktualną ofertę marki Avon, aby znaleźć najlepsze kosmetyki, które pozwolą Ci odzyskać świetną kondycję Twoich włosów!


Zobacz także

Mięśnie brzucha po ciąży – jak o nie dbać

Bakterie, szok termiczny, tonięcie – jakie zagrożenia wiążą się z plażowaniem

Niedobór magnezu – 11 sygnałów, które o nim świadczą