Zdrowie

Grzyb do zadań specjalnych, czyli soplówka jeżowata i cztery korzyści dla mózgu

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
19 maja 2021
OLYMPUS DIGITAL CAMERA – fot. domena publiczna/CC BY-SA 2.0
 

Hericium Erinaceus, Yamabushitake, Soplówka jeżowata, Monkey’s Head, Old Man’s Beard, ale najczęściej Lion’s Mane, czyli po prostu „lwia grzywa”. Sprawa staje się jasna, gdy wrzucisz tę nazwę w google i pooglądasz sobie obrazki. Wtedy zobaczysz, że grzyb ten przypomina kudłatą białą grzywę lwa.



Dlaczego dziś jest o nim tak głośno?

Grzyb ten zawierają substancje bioaktywne, które mają korzystny wpływ na nasz organizm, zwłaszcza mózg, serce i jelita. Mówi się, że sopówka potrafi chronić przed wrzodami przewodu pokarmowego, obniża ryzyko chorób serca i układu krążenia, działa antybakteryjnie, zmniejsza stany zapalne w organizmie i stres oksydacyjny, podnosi odporność. W dodatku może być pomocna w kontrolowaniu poziomu cukru we krwi i genialnie wpływa na nasz mózg!

Brzmi trochę jak cudowny lek na WSZYSTKO! Czy to możliwe?

Soplówka to obiecujący, ale nie do końca poznany dobroczyńca. Nie ma jeszcze wystarczających badań klinicznych na ludziach, by móc postawić kropkę nad „i”. Większość testów przeprowadzono na zwierzętach i tu wyniki są… spektakularne. Więc potencjał wydaje się przeogromny!

Soplówka dobra dla mózgu!

Na razie najlepiej przebadane został wpływ tego grzyba na ludzki mózg. Okazuje się, że ten biały grzyb może chronić nas w przyszłości przed demencją, pomagać skupiać się podczas intensywnej nauki czy pracy, a nawet łagodzić stany depresyjne i lękowe. Nic dziwnego, że te właściwości odkryto setki lat temu! Soplówka była stosowana przez zielarzy i lekarzy medycyny chińskiej. Jest to grzyb występujący w lasach liściastych, w Polsce i wielu krajach Europy bardzo rzadki (chroniony!). Dlatego w Chinach i Japonii jest obecnie uprawiany na plantacjach.

Oto 4 korzyści zdrowotne dla naszego mózgu

1. Może chronić przed demencją

Niestety zdolność naszego mózgu do tworzenia nowych połączeń neuronowych wraz z wiekiem spada. Okazuje się, że soplówka zawierają dwa związki, które mogą stymulować wzrost komórek mózgowych: hericenony i erinacyny. Wykazano, że ekstrakty z niej zmniejszają objawy utraty pamięci u myszy, a także zapobiegają uszkodzeniom neuronów spowodowanym przez płytki amyloidu-beta, które gromadzą się w mózgu podczas choroby Alzheimera. I tu mamy ciekawe badanie –  przeprowadzone na starszych osobach dorosłych z łagodnymi zaburzeniami poznawczymi – które wykazało, że codzienne spożywanie trzech gramów sproszkowanego grzyba przez cztery miesiące znacznie poprawiło funkcjonowanie mózgu, jednak te korzyści zniknęły, gdy suplementacja została wstrzymana.



2. Poprawia koncentrację i nastrój

Przeprowadzono też naukowy test z udziałem kobiet w okresie menopauzy i wykazano, że codzienne spożywanie ciastek zawierających ekstrakt z soplówki przez jeden miesiąc, pomogło zmniejszyć zgłaszane wcześniej  uczucie irytacji i niepokoju oraz zwiększyło zdolność koncentracji. Fantastycznie!

3. Może przyspieszyć powrót do zdrowia po urazach układu nerwowego

Nadal prowadzone są też bardziej szczegółowe badania nad przyspieszeniem powrotu do zdrowia po urazach układu nerwowego poprzez stymulację wzrostu i naprawy komórek nerwowych. Na razie wykazano, że soplówka wpływa na taką poprawę w badaniu na szczurach i dlatego naukowcy postawili tezę, że może również pomóc zmniejszyć nasilenie uszkodzeń mózgu człowieka po udarze. Czekamy więc na dalsze ustalenia.

4. Pomaga złagodzić łagodne objawy depresji i lęku

Nawet jedna trzecia ludzi, mieszkających w krajach rozwiniętych doświadcza objawów lęku i depresji. Chociaż istnieje wiele przyczyn tych zaburzeń, jednym z czynników może być przewlekły stan zapalny w organizmie. Co ciekawe – dowiedziono, że ekstrakt z soplówki ma działanie przeciwzapalne, które może zmniejszyć objawy lęku i depresji u myszy. Inne badania na zwierzętach wykazały, że ekstrakt może również pomóc w regeneracji komórek mózgowych i poprawie funkcjonowania hipokampu, regionu mózgu odpowiedzialnego za przetwarzanie wspomnień i odpowiedzi emocjonalne. Brzmi bardzo obiecująco.

Jak go zdobyć?

Nic trudnego. Wystarczy poszukać dobrej aptece lub sklepie ze zdrową żywnością w wersji sproszkowanej lub w suplemencie z soplówką jeżowatą w roli głównej.
Szukaj tylko u renomowanych producentów.


Zdrowie

Syndrom „siódmego roku”? Dziś kryzysy pojawiają się dużo wcześniej. Wtedy kończy się pierwsza namiętność

Redakcja
Redakcja
19 maja 2021
Photo by Charlie Foster on Unsplash
 

Podstawą stworzenia dobrego związku jest… samoakceptacja. Poprzez kontakt z samym sobą stajemy się bogatsi wewnętrznie, a tym samym ciekawsi dla naszego partnera – zwraca uwagę psychoterapeuta Jakub Zając z Centrum Terapii Dialog.

Po czym można rozpoznać dobry związek?

Tyle ile związków, tyle może być wariantów dobrego związku. Ale na pewno mogę powiedzieć, że nie wyobrażam sobie dobrego związku bez pewnej dozy bliskości i intymności. Kluczowe są też elementy przyjaźni i miłosnego uczucia. Dobry związek jest wtedy, gdy w świadomy sposób dbamy o niego, np. dobrymi rytuałami, planowaniem wspólnego czasu, gdy inicjujemy sytuacje, które budują bliskość, czułość, intymność, dobre wspomnienia, np. wyjścia do knajpy, wyjazdy, miłe wieczory.

Dlaczego niełatwo jest zbudować dobry związek?

Może dlatego, że aby stworzyć dobry związek trzeba lubić siebie samego. Gdyby poobserwować ludzi, którzy są razem szczęśliwi łatwo zauważyć, że każda z tych osób ma także dobrą relację z sobą samym. Trudno mi wyobrazić sobie, że można stworzyć dobry związek, gdy nie potrafimy się dogadać sami ze sobą. Problemy, które wnosimy do relacji wpływają na nią, dlatego warto pamiętać, że droga do dobrego związku prowadzi przez rozpoznanie swoich problemów i pracy nad sobą.

Ale czy to znaczy, że jeśli mam problemy ze sobą, to nie mam szansy na dobry związek?

Tak kategorycznie, bym tego nie ujął, ale coś w tym jest. Jeśli ktoś ma za sobą parę związków i w każdym kolejnym coś nie gra, to być może trzeba się trochę nad sobą zastanowić.

Co zatem można zrobić, by tworzyć lepszy związek?

Podstawą jest samoakceptacja. Bo jeśli będę mieć pozytywne zdanie o sobie, to nie będę potrzebować partnera, który by mi to potwierdzał. Oczywiście to miłe jeśli partner o tym mówi, ale jeśli ja tego od niego oczekuję. Jeśli jestem w związku po to, aby tego słuchać, jeśli obarczam partnera takim „obowiązkiem” to nie wpływa dobrze na relację. Nie chodzi bowiem o to, by partner był źródłem naszej samoakceptacji, partner może nam jedynie to potwierdzać.

Ważna jest też umiejętność zarządzania własnym stresem. W obecnych czasach, gdy pracujemy na pełnych obrotach, żyjemy w ciągłym w biegu, czynnikiem powodzenia w długofalowym związku jest to, jak radzimy sobie z sytuacjami stresowymi. Z pozoru wydaje się to nie mieć znaczenia dla tej sytuacji, jednak stres potrafi narobić wiele zamieszania. Przyniesiony z zewnątrz, niezarządzony, najczęściej rozładowywany jest na bliskich, a to musi odbić się na relacji.

Sporo stresu dostarcza nam pandemia. Jaki ma ona wpływ na związki?

Co tu dużo mówić, to trudny czas dla wszystkich. Mamy wiele stresów, żyjemy w poczuciu wielkiej niewiadomej. Wymóg izolacji sprawił, że spędzamy ze sobą w jednym domu, czasem w jednym pokoju 24 godziny na dobę, jesteśmy nasyceni tymi relacjami – a to nawet bardzo dobre związki może wystawić na solidną próbę.

Ale zdarza się też, że taki wspólny czas wpływa na niektóre pary pozytywnie, wręcz ożywczo – wreszcie mają więcej czasu dla siebie, częściej się widują, mają więcej okazji do różnego rodzaju zbliżeń, także do seksu. Tak może się zdarzyć szczególnie jeśli przed pandemią partnerzy nie mieli czasu dla siebie, dużo pracowali, mijali się, byli w częstych rozjazdach.

Jak w czasie pandemii chronić się przed wspomnianym wcześniej nasyceniem relacją?

Z grubsza w ten sam sposób jak wtedy, gdy nie ma pandemii. Ale akurat w tym czasie jeszcze ważniejsze wydaje się zadbanie o czas wyłącznie dla siebie samego. Chodzi o to, aby była równowaga – jeżeli jesteśmy bardzo dużo i intensywnie ze sobą, nabiera to szczególnego znaczenia. Gdy nie mamy w domu warunków do tego, aby pobyć samemu pomóc mogą spacery czy wyjście gdzieś osobno. To jednak nie powinny być przypadkowe chwile, warto je zaplanować i regularnie powtarzać, np. wtorkowe popołudnie jest tylko dla mnie i co by się nie działo nie zmieniam tego, bo jestem dla siebie ważny. Warto pamiętać, że przez kontakt z samym sobą stajemy się bogatsi, a tym samym ciekawsi dla naszego partnera.

Porozmawiajmy o kłótniach. W idealnych związkach nie powinny się zdarzać?

To nieprawda. Powiem więcej – byłoby zaskakująco gdyby ich nie było. Nawet w najlepszych związkach może bowiem nastąpić chwilowe „zmęczenie materiału”.

To absolutnie normalne. Właściwie bałbym się związku, w którym cały czas jest idealnie – to pachnie dla mnie wyparciem, niezauważaniem czegoś. Fakt, że bywamy sobą zmęczeni jest zupełnie naturalny – pytanie co z tym robimy. Jest fantastyczna książka „Żyć w rodzinie i przetrwać”, w której słynny psychoterapeuta Robin Skynner i nie mniej słynny komik John Cleese prowadzą rozmowę o tym, jak życie w rodzinie wpływa na nas, na nasze relacje i sposób postrzegania świata. Okazuje się, że w dobrych związkach partnerzy prowadzą cały czas rodzaj obserwacji siebie w akcji i dyskutują o tym co widzą.

To pokazuje, że związek jest tematem do rozmowy, należy więc jak najwięcej rozmawiać.

Ale pamiętajmy też, że bliskość i intymność są trochę chaotyczne, nie da się ich zaplanować. Dlatego udoskonalanie w nieskończoność, ciągłe wyjaśnianie wszystkiego, rozkładanie na atomy każdej sprzeczki, niekończące „rozkminianie” problemów, może być meczące dla drugiej strony i może oznaczać problemy w bliskości z tą drugą osobą.

Czy naprawdę istnieje coś takiego jak syndrom „siódmego roku”?

Więcej badań jest nawet na temat syndromu czwartego roku. I faktycznie, o ile statystyka nic nie mówi o pojedynczym człowieku tylko o masach ludzkich, to jednak coś jest na rzeczy. Następuje taki moment w związku, kiedy dochodzi do naturalnego przesycenie sobą, do spadku zainteresowania partnerem. To nieuniknione. Oczywiście nie musi to być od razu kryzys, który nas łamie,  z którym nie wiemy jak sobie poradzić. Jednak kryzys jest wielką szansą dla związku.

Jak to rozumieć?

Każdy kryzys nas wzbogaca, czegoś nas uczy. Dobrym sposobem przekonania się o tym jest terapia par. Nie jest to żaden wstyd – wiele dobrych związków ma za sobą takie doświadczenie. Terapię par z jednej strony należy potraktować jako następstwo kryzysu – warto wybrać się na nią, gdy nie radzimy sobie sami z problemami. Ale to może też być świetna okazja, żeby przyśpieszyć rozwój związku – pod warunkiem jednak, że naprawdę chcemy być razem. W przeciwnym razie terapia się nie uda.

Są osoby, które uważają, że długotrwałe związki są dla ludzi nienaturalne. Zgadza się Pan z taką teorią?

Jest całkiem pokaźna grupa ludzi, która wchodzi w serie 4-letnich związków. Cztery lata to uśredniony czas, kiedy kończy się pierwsza namiętność, ale jeszcze nie wykształca się w pełni intymność. Zmieniając partnera w takim momencie możemy mieć wszystko od nowa – fascynację, uczucie świeżości, namiętność. Jednak mimo wszystko dużo tracimy. Broniłbym długofalowych związków, bo one dostarczają nam jednak unikatowych doznań, rozwoju siebie, którego nie zapewnią nam krótkotrwałe związki. Ale nie podąłbym się ocenić czy lepszy jest jeden 50-letni związek niż trzy 15-letnie.

Sporo mówi się o tym, że kiedyś to naprawiało się związki, a teraz wymienia się partnera i jest po problemie…

Faktycznie produktowo-transakcyjny model związku to trochę znak naszych czasów. Taki mamy też model współczesnego życia i to przekłada się na relacje międzyludzkie. Jednak warto zauważyć, że kiedyś często dogadywanie się odbywało się wielkim kosztem własnych potrzeb. Oczywiście kiedy remedium na pierwszy kryzys jest myśl o zmianie partnera, to coś jest nie tak. Natomiast kulturę szybszych rozwodów mimo wszystko oceniam jako lepszą niż tę, w której za nic w świecie się nie rozstaniemy i latami trwamy w złych związkach. Przez mój gabinet przewija się wystarczająca liczba pacjentów skrzywdzonych dziwnymi układami rodziców. Zresztą – mamy jedno życie, więc czy jest sens marnować je w związku który nie jest satysfakcjonujący? Więcej szans nie będzie.

Wiele par jest ze sobą ze względu na dzieci. To słuszne czy nie?

Jest wiele opinii na ten temat. Osobiście uważam, że argument bycia ze sobą dla dzieci jest chybiony. W gabinecie często słyszę: jestem wkurzona na rodziców, że się nie rozstali, a ja latami musiałam patrzeć na rozkład ich związku. Gdyby się rozstali miałabym przejrzystą sytuację i emocjonalne wzorce, a to, że żyli ze sobą pod jednym dachem czując do siebie niechęć było strasznie ciężkie.

Dlatego uważam raczej, że ze względu na dzieci warto jest się dobrze rozstać. Dzieci muszą wiedzieć, że dalej mają oboje rodziców, na których mogą liczyć, a tylko poszli różnymi drogami. Oczywiście zawsze to będzie dla nich bolesne, jednak pytanie co jest większym dramatem: cywilizowane rozstanie rodziców,  czy patrzenie jak rodzice się zwalczają, słuchanie ich kłótni, patrzenie na chłodną obojętność, czy lepiej mieć rodziców osobno, ale wiedzieć, że się szanują. Dodatkowo dzieci przejmują nieświadomie takie wzorce i praktykują w swoich późniejszych związkach. Dla mnie to kluczowy argument.

Czy możliwe jest stworzenie związku na odległość?

Długofalowo jest to bardzo trudne, bo jednak związek wymaga bliskości, także takiej terytorialnej bliskości ciała i nie mam na myśli tylko seksu, ale przytulania się, bycia blisko. Na dłuższą metę jest to ważne. Natomiast są związki, które przez kilka, kilkanaście miesięcy są rozdzielone i dają radę. Jest sporo badań, które pokazują, że bez „obrazu” jest trudno wzbudzić pewne pokłady empatii i współodczuwania, dlatego jeśli para musi się na jakiś czas rozstać warto zadbać o to, aby widywać się chociaż na zoomie czy innej platformie, sporo jest teraz możliwości. Warto dbać chociażby o takie kontakty, ale także próbować raz na jakiś czas zorganizować spotkanie „na żywo”, nawet gdzieś w połowie drogi. Generalnie przyjąłbym jednak takie myślenie, że to jest stan podwyższonego zagrożenia. Prawdopodobieństwo zbudowania trwałego, wieloletniego, szczęśliwego związku na odległość jest statystycznie małe. Odległość jest po prostu niebezpieczna dla związku. Choć oczywiście, jeśli czujemy się z tą osobą dobrze, warto spróbować.

A co z wiązaniem się z młodszym partnerem? Czy można zbudować dobry związek z dużą różnicą wieku?

W tym przypadku odpowiedź brzmi: tak, jest to możliwe. Jest to pewna trudność, ale nie mam poczucia, że taki związek z góry jest zagrożony.

Są pewne kwestie, które mogą okazać się problematyczne, jak na przykład to że po latach jeden z partnerów wciąż będzie w sile wieku, a drugi będzie już w wieku podeszłym. Jednak w dzisiejszych czasach 15 lat różnicy nie stanowi problemu. Zdecydowana różnica wieku, np. 30 lat, może okazać się kłopotliwa, ale jeśli jest miłość i czułość to czemu nie.

W ostatnich miesiącach, trudnych także dla osób samotnych, szczególnym zainteresowaniem cieszyła się aplikacja Tinder. Jak ocenia Pan taki sposób zawierania znajomości?

Budzi ona moje wątpliwości, choć być może jako psychoterapeuta mam nieco skrzywioną perspektywę – moja ocena bazuje na rozmowach z pacjentami, z których większość miała raczej trudne doświadczenia z nią związane. Ale zachowałbym jakiś rozsądek, wydaje się, że są sytuacje, w których Tinder może pomóc. Pytanie kto korzysta z tej aplikacji, bo jeśli ktoś, kto nie czuje się dobrze w swojej skórze i szuka za wszelką cenę partnera, który miałby być lekiem na jego kłopoty, to jest szansa, że taką osobę spotka tam wiele rozczarowań.

Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl

Jakub Zając, psychoterapeuta – Swoje doświadczenie zdobywał m.in. w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Przeszedł m.in. staż Gestalt w Instytucie Terapii Gestalt oraz szkolenie zawodowe w Instytucie Integralnej Psychoterapii Gestalt, oraz szkolenie Master Persons Analysis. Wspiera również firmy jako konsultant i trener oraz prowadzi roczną grupę rozwojową dla liderów w Akademii Psychologii Przywództwa Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej. Specjalizuje się w psychoterapii indywidualnej osób dorosłych, w tym szczególnie w obszarach: trudności w relacjach/braku satysfakcjonujących relacji; trudności w obszarze zawodowym związanych z pełnieniem funkcji liderskich, zaburzeń lękowych; zaburzeń nastroju i trudności w obszarze emocji; zaburzeń osobowości oraz wsparcia w rozwijaniu osobowości; zaburzeń z poziomu egzystencjalnego np. lęk przed śmiercią/odczucie pustki/braku sensu życia.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Zdrowie

„Napady paniki to moja codzienność. Tak się żyje w lęku”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
19 maja 2021
Photo by Ehimetalor Akhere Unuabona on Unsplash

Już wiem, że nerwica to siostra depresji. Tak samo niszczy, tak samo jej nie widać. Wiem, że jeśli spotykamy się na ulicy, myślisz, że jestem normalną kobietą. Jedną z wielu, które mijasz. Może parkuję samochód przy twoim aucie, może stoję za tobą w kasie. Nie stoję skulona, nie drży mi głos.

Jeśli jesteś moim pracodawcą, uważasz, że całkiem dobrze sobie radzę. Możesz na mnie polegać. Mam wyobraźnię, potencjał, potrafię pracować po nocy i genialnie „czuję” ludzi. Jeśli znasz mnie z Facebooka, czy Instagrama jesteś przekonany, że mam fajne życie. Dzieci, mąż, rodzice, podróże, przyjaciele i znajomi. Dużo znajomych.

Może tylko jeśli jesteś moim przyjacielem, to wiesz coś więcej. Ale też niewiele. Nie lubię mówić o słabości. Czasem wydaje mi się, że nie mam prawa. Moje życie jest poukładane. Nie nadaje się na scenariusz filmu, czy dobrą historię. Nie nadaje się na dramat, ani na komedię.

Moje piekło jest w mojej głowie. W moim ciele, które podąża za podszeptami umysłu. A może też to masz, a ja nie wiem tego o tobie. Lęk nie jest modny. Największą siłą jest pokonywanie siebie, mobilizowanie. Wyzwania. Jak więc pasuje do tego ból brzucha przed stresującymi sytuacjami? Nie, nie takimi, które da się pokonać.

Musisz czasem odwoływać spotkania, bo lęk jest tak silny, że nie możesz oddychać. Boisz się rozmawiać przez telefon, bo wciąż ci się wydaje, że osoba po drugiej stronie myśli, że jesteś głupia. Gorsza. A jeśli nawet tak nie myśli, zaraz zrobisz coś, co pokaże jej, że właśnie taka jesteś. Wolisz, więc unikać takich spotkań i rozmów. Tak, ludzie się na ciebie obrażają, że coś odwołujesz. Ale jak masz powiedzieć w tym świecie sukcesu, że ty się boisz? I tak naprawdę nie wiesz czego?

W nocy często nie śpisz.

W spokoju i ciszy wypełzają demony. Boisz się, na przykład, że twój mąż umrze na raka. Wali ci serce, klatka po klatce przed oczami stają ci obrazy. To jest pewne, on umrze. Widzisz nawet lekarza, który stawia diagnozę. Nie, nigdy nie byłaś w centrum onkologii.

Innym razem jesteś pewna, że on zginął w wypadku. Masz ochotę zadzwonić do niego milion razy. I jeszcze do jego znajomych. Nikt nie powinien spóźniać się do domu! To nie może skończyć się dobrze.

Boisz się, że umrze twoje dziecko. Potrąci je samochód. Ktoś je zgwałci. Znów widzisz to scena po scenie. Dusisz się z emocji. Już jesteś matką po stracie, choć dziecko spokojnie śpi obok. Widzisz też przed oczami śmierć innych swoich bliskich. Czasem swoją. Też pieprzyk, którego nie zbadałaś to na pewno rak, ginekolog nie zauważył guza, badania krwi kłamią. Ty jesteś chora! Znów nie możesz oddychać.

Wstydzisz się tego, bo wiesz, że są ludzie, którzy przeżywają te dramaty w realnym życiu. Ty może byś też przeżyła. Problem w tym, że i tak odtwarzasz to wciąż od nowa, choć realnie nie ma zagrożenia.

To tak, jakbyś ileś razy chowała bliskich i samą siebie. Nie potrafisz wytłumaczyć tego lęku, ale on cię niszczy, osłabia. I nie możesz włączyć pełnego trybu walki, bo przecież to WSZYSTKO CI SIĘ WYDAJE.

Boisz się zwyczajnych sytuacji. Odwlekasz działanie. Nie odpisujesz, nie widujesz się, nie idziesz do urzędu. Bo tam czeka straszność. Lepiej tego uniknąć.

Czasem dusisz się w pomieszczeniach.

To nie dzieje się zawsze, nie możesz się więc na to przygotować. Nagle, na lotnisku oblewa cię zimny pot i nie możesz nabrać powietrza. Spada na ciebie sufit, drżą ci ręce, czujesz suchość w ustach. Albo na zakupach. Za dużo ludzi koło ciebie i już czujesz, że on nadchodzi. Lęk. Ciemność przed oczami, obręcz, którą ktoś zaciska na twojej głowie.

A przecież jeszcze przed chwilą byłaś, jak ci ludzie obok: swobodna, spokojna i wiedziałaś, że żaden sufit na ciebie nie spada. I nikt niczego na tobie nie zaciska.

To po prostu napad paniki. Chemia mózgu. Niektóry mówią, że problemem jest temperament, inni, że pierwsze doświadczenia i brak poczucia bezpieczeństwa w dzieciństwie. Czasem tama puszcza, bo przeżywasz ogromny kryzys. Psycholodzy nazywają to „wyzwalaczami”. Drobiazgi, które poruszają ukrytą w tobie lawinę.

Lęk to twoje DNA, paradoksalnie mija, gdy bardzo dużo się dzieje i musisz walczyć. Gdy opiekujesz się innymi, gdy musisz kogoś wspierać. Pojawia się w chwilach pozornego spokoju. Męczy i dręczy. Grozi, że twój spokój zaraz się skończy. Mówi, że jesteś nikim i niczym, że nic cię nie czeka, nic się nie uda. Czasem atakuje tak absurdalnie, że sama nie wiesz, czy śmiać się, czy płakać.

Boisz się duchów, jak dziecko.
Ciemności.
Lasu.
Samochodów
Wysokości
Pająków
Latania
Zamknięcia

Zdarza się, że wpadasz w obsesję. Ubrania muszą leżeć równo, ręce być doskonale umyte, rzeczy ułożone w taki, a nie inny sposób. Długo nie wiesz, że to też „objaw”.

Boli cię całe ciało, więc chodzisz od lekarza do lekarza. Może to walące serce to nadchodzący zawał? Może zimne poty świadczą o problemach z krążeniem? Mroczki przed oczami są zaburzeniami neurologicznymi? W końcu ktoś wpada na pomysł, że to jednak nerwica lękowa. Wysyła cię do psychiatry, na terapię. Dostajesz leki.

Jeszcze nie wiesz, że dopiero po ich zażyciu zrozumiesz, co czują „normalni” ludzie. Albo co ty czułeś przedtem. Normalność. Organizm, który reaguje tylko na realne zagrożenia, umysł, którym nie rządzi strach. Sytuacje, które są sytuacjami, a nie Monte Everestami do zdobycia. Już nic nie destabilizuje ci życia. Do czasu. Bo lęk to przyczajony potwór. Zawsze może wrócić. Choć często pomaga sam fakt, że wreszcie się otworzysz. Na terapii albo przed przyjaciółmi. Ktoś złapie cię za rękę i powie: „Też to mam, też się boję”.


Zobacz także

Tran - olej z wątroby rekina czy dorsza

Tran – olej z wątroby rekina czy dorsza? Jak olej rybny wpływa na zdrowie?

10 nawyków żywieniowych, które odmienią twoje życie

8 hobby najlepszych dla twojego zdrowia – zobacz, jakie niosą ze sobą korzyści