Psychologia

„W trakcie terapii prowadzący zniszczył moje poczucie godności i wiary w siebie”

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
27 września 2022
fot. James Forbes/Unsplash
 

Po polskich ekranach krąży turecki serial „Inna Ja”, którego wątkiem, spinającym historie trzech kobiet, są ustawienia Berta Hellingera. W necie aż huczy od podnieconych osób, które podrzucają sobie serial i namawiają na poszukanie warsztatów z terapią systemową.


Bert Hellinger był dwudziestowiecznym, niemieckim psychoterapeutą, który dopracował system ustawień rodzinnych. Ustawienia rodzinne są metodą uporządkowania poplątanych relacji rodzinnych na osiach rodzic – dziecko a także dalszych i rodowych. Według Hellingera odpowiedzią jest pole morficzne, lub tzw. pole wiedzące, w którym podstawiony obcy człowiek jako przedstawiciel danej osoby w relacji z inną osobą, ma takie same odczucia jak osoba, której historia naprawdę dotyczy. Jak ptak, który przylatywał na próg domów i otwierał dziobem butelki, aby się dostać do mleka i kiedy po kilkudziesięciu latach znowu zaczęto stawiać butelki mleka na progu domów, to już nowe pokolenie tych samych ptaków robiło to samo i znacznie sprawniej. Wiedziały. I tutaj obowiązuje ta sama wiedza.

Kto szuka pomocy w ustawieniach?

Osoby, które mają problemy ze związkami, brakiem dzieci, brakiem partnerów, problemy w relacjach z otoczeniem, z pracą, pieniędzmi, swoją akceptacją, kobiecością, męskością, poczuciem, kim się jest i dlaczego.

Co widać na ustawieniach?

Prawdę o relacjach z rodzicami i między rodzicami. Dowiadujemy się o nienarodzonych dzieciach, traumach rodowych, związanych z wojną i obozami i niezasługiwaniem na życie, gwałtach, zdradach, braku miłości, samobójstwach, oszustwach etc. Czyli obraz rodzinny we wnętrzu. W czarnym wnętrzu.

Dlaczego o tym piszę?

Cztery lata temu poszłam na ustawienia. Nie wiedziałam, co to jest i po co tam idę, z jakim tematem. Chłopak, który mi wówczas bardzo imponował, namówił mnie, że po moim rozwodzie warto pójść. Oczyścić się. On tam był, dużo mu to dało chociaż zaliczył traumę… Wydawało mi się, że skoro osoba, w której się zakochałam i wręcz przez chwilę ze swoimi naukami stanowiła autorytet tak dla mnie, jak i dla wielu osób – nauczyciel buddyjski – to może warto. Jednak nadal nie byłam przekonana.

Dopiero po dużej kłótni między nami, w trakcie której dowiedziałam się, co o mnie sądzi, umówiłam się na spotkanie z prowadzącym ustawienia. Nota bene okazało się, że jest to osoba blisko związana naukowo z Bertem Hellingerem, człowiek – autorytet, autor książek i opracowań. Przyjechałam. Otworzył mi drzwi mężczyzna w średnim wieku, o bardzo szlachetnych rysach twarzy i przenikliwym spojrzeniu, a całość kontrastowała z fryzurą i ubiorem chłoporobotnika. Dobra, nie oceniam. Przyjechałam tutaj dla siebie. Poprosił, abym coś opowiedziała o sobie. Jego mina była znudzona, do tego ostentacyjne ziewanie, nie wiem czy mnie słuchał. Pośmiał się, a na koniec podsumował takimi słowami i inwektywami, że łzy leciały mi po twarzy. Stwierdził, że moja terapia się właśnie rozpoczęła. Dostałam nr konta, daty spotkań i ankietę do wypełnienia. Miałam dołączyć do grupy kilkunastu osób i rozpocząć pracę na najbliższe parę miesięcy.

Czytałam w necie o jego pracy z ludźmi. Opinie były podzielone, od zachwytów po groźby. Zdecydowałam, że sama zobaczę. Od tego czasu minęły cztery lata. Nadal nie zostało wypowiedziane przeze mnie wszystko to, co tam poczułam i co potem wpłynęło na moje życie. Z czasem zaczęłam zbierać informacje, jak jest na innych grupach i u innych prowadzących i coraz więcej rzeczy mi nie gra.

Osoby, które decydują się na warsztaty hellingerowskie, powinny być przez prowadzącego poinformowane, z czym mogą się spotkać, czego mogą się dowiedzieć, jakie mogą być skutki uboczne, jak organizm może reagować na terapię oraz jakie mogą być zmiany w otoczeniu. Mieć świadomość, że zobaczy się obrazy z życia swojej rodziny i bliskich, które nie do końca chcemy widzieć i dowiemy się tego, czego wiedzieć nie chcemy. Musi być gotowość do zobaczenia siebie i otworzenia się na siebie. Nawet biorąc udział jako reprezentant innej rodziny i sytuacji, widzi się kawałek swojej historii.

Nic nie jest przypadkowe. Nie zawsze jesteśmy na wszystko gotowi, a z drugiej strony bardzo łatwo nam kogoś oceniać i obwiniać. W czasie ustawień otwiera się energia. Energia właśnie tego pola informacyjnego, ale także osób, biorących udział w ustawianiach. Dowiadujemy się o życiach i historiach innych, obcych ludzi. Ta wiedza i doświadczenia łączą na całe życie, bo i historie są bardzo intymne. Dlatego tak bardzo istotna jest rola prowadzącego, który ma przeprowadzić przez ten proces.

Dla mnie osoba, na którą trafiłam, może ze względu na lata poświęcone tej formie terapii, była znieczulona na historie swoich podopiecznych. Na pewno zrobił z tego sposób na życie. Swoje życie. Jednak prowadzenie terapii, w której dopuszcza się ludzi z grupy do oceniania i osądzania innych oraz podsycanie emocji, było jak przestępstwo. Otwieranie ustawień bez oczyszczania energii w grupie doprowadzało do wielu pomieszań w umyśle i brania na siebie ładunku emocjonalnego innych ludzi. A to wprowadzało niepokój i lęki.

Okazało się, że w grupie są ludzie, którzy mieli opętania, próby samobójcze oraz inne poważne zaburzenia i nie do końca powinni być łączeni z grupą. Jednak wszyscy, czy chcieli indywidulanej terapii, czy nie, zostali wsadzeni do jednego wora. Co więcej, były osoby, które nie chciały ujawniać publicznie, z jakim problemem przyszły i zostały do tego zmuszone. Osoby, które nie mogły i nie chciały wykonywać ustawień, bo im to nie wychodziło, zostały do tego także zmuszone. Została stworzona nawet grupa w necie, na której mieliśmy się między sobą wymieniać spostrzeżeniami i interpretacjami tego, co było na sesji. U Hellingera jest to zabronione. Nie wolno o tym mówić, energia ma sama znaleźć rozwiązanie. A tutaj każdy był terapeutą.

Coraz więcej ludzi zaczyna się zajmować terapeutyzowaniem innych, bez wiedzy i przygotowania. Bo czują misję. Poznałam kiedyś chłopaka, który reklamował się jako prowadzący ustawienia systemowe dla mężczyzn. Byłam zaskoczona jego młodym wiekiem, bo skąd miał czas na praktykę? Zapytałam, czy jest po szkoleniach, praktykach, superwizjach. Opowiedział mi, jak to rano wstał któregoś dnia i natchnęło go, że to jest jego misja. Misja zbawiania mężczyzn przez ustawienia. Niedługo potem ten chłopak zginął w wypadku samochodowym.

Wracając do mnie. Cztery lata zajęło mi domknięcie rozgrzebanych procesów po terapii. Na ostatnim spotkaniu zrozumiałam, po co przyszłam, a jednocześnie zostałam poproszona o udział w ustawieniu, którego do dzisiaj żałuję i przez długi czas nie mogłam sobie z nim dać rady emocjonalnie. W trakcie terapii prowadzący zniszczył moje poczucie godności i wiary w siebie. Efektem było wejście w związek, który o mały włos nie zniszczyłby mnie psychicznie i fizycznie, a który był konsultowany – tak konsultowany, bo nawet po zakończeniu terapii jest obowiązek konsultacji ważnych wydarzeń w życiu z prowadzącym – i doradzono mi, abym w nim wytrwała. Na szczęście posłuchałam siebie i uciekłam.

Terapię tę przypłaciłabym stratami na gruncie psychicznym i materialnym. Pytałam innych osób, które były ze mną w grupie, jakie mają po tym czasie odczucia. Większość z nich odnosi się nie do samej metody, a do prowadzącego i żalu do niego o to, co zrobił, a wręcz przyznają się do uszczerbku na zdrowiu.

Podobno trafia się na takiego mistrza, na jakiego jest się gotowym. Ja trafiłam wówczas i na chłopaka, i na mistrza, którzy nienawidzili kobiet i temu służyły ich argumenty i nauki. Na koniec kupiłam książkę autorstwa Berta Hellingera i poprosiłam prowadzącego, aby coś mi w niej napisał. Długopis przestał pisać… Ustawienia systemowe są darem, potrzebą serca, a nie modą, bo koleżanka czy kolega też był. To nie wybieranie autorytetu, a człowieka który z otwartym sercem i współczuciem pomoże nam przejść przez proces.

Dzisiaj sama zajęłam się pomocą ludziom, ale nie ucząc ich, a pomagając im znaleźć odpowiedzialnych i sprawdzonych przewodników, tak aby mieli sprawdzoną i wykwalifikowaną pomoc, odpowiedzialnych terapeutów i trenerów, a nie zaliczenie kolejnego filmiku i lajka na FB.


Psychologia

Może przy tej granicznej „40” warto rozsypać się przed samą sobą na miliony kawałków. I zrozumieć, czego się chce

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
20 lipca 2022
fot. Fuu J/iStock

Kobieta po czterdziestce. Zazwyczaj boimy się tego „wybicia zegara”. Jak to będzie, czy to będzie już starość, jak będę wyglądać, robić i czy ta młodość będzie mi jeszcze dana, gdzie będę pracować, jak będą wyglądać moje dzieci i czy ten mąż wciąż będzie taki sam? A czy będę uprawiać seks i mieć jeszcze miesiączkę? Strach.


Jako dziecko czułam, że moja czterdziesta to będzie mój „breaking point”. Będę najbardziej atrakcyjna, najlepiej się czuć, najwięcej rozrabiać i intelektualnie będę najwyżej. Będzie to smakowanie życia. Tak też się stało. Od kilku lat jest to czas szukania siebie i odkrywania na nowo. Też tak macie? Kiedy zaczyna wam chodzić po głowie pytanie, czy to co robię i w jakim jestem miejscu w życiu czy na pewno mi odpowiada? Czy jestem zadowolona z tego co zrobiłam, czy chce czegoś nowego?

Są te z nas, które czują się spełnione i rodzinnie i zawodowo i życiowo. Dzieci już w miarę odchowane, praca w miarę satysfakcjonująca, mąż w miarę spoko. Jest dobrze. To, na co macie ochotę, to otwarcie się na nutę szaleństwa. Poczucie jeszcze tych emocji i dreszczyk podniecenia kiedy się miało naście lub  dwadzieścia lat. Jest dojrzałość i znajomość swoich granic i możliwości, ale jest jeszcze przestrzeń na
powrót do czasów crazy.

Są także te z nas, które koło czterdziestki łapią się na tym, że żyły nie dla siebie, a dla rodziny i dla pracy. Kiedy wiecznie były na czyichś usługach i wypełniały przestrzeń innych potrzeb, ale nie dla siebie. Tutaj, w tym wieku zaczyna się rodzić bunt i retrospekcja z analizą dotychczasowego życia.

Zaczyna się robić rachunek sumienia, bilans zysków i strat i odkrywanie co tak naprawdę nas wkurwia  i nam nie pasuje. Wsiadamy na rollercoster i robimy powrót do przeszłości po to, aby móc ruszyć w inną przyszłość. Zaczynamy analizować to, gdzie i dla kogo pracujemy. Ile z tego mamy dla siebie. Jak wygląda nasze  małżeństwo i czy mamy z niego satysfakcję, co nam daje partner i kim jesteśmy w tym związku. Czy czujemy się wiecznie zmęczone, sfrustrowane i nie widzimy przestrzeni dla siebie, bo wiecznie wszystko jest na naszych barkach.

Plecy bolą, kark zesztywniały, nogi puchną, a nas coraz więcej rzeczy irytuje. Nie możemy patrzeć na siebie i na nasze otoczenie. W necie czytamy o różnych szamankach i szamanach, intencjach i medytacjach, które mają nas zmienić i uczynić szczęśliwymi. Zapewniają nas, że jak tylko chcemy, to już następnego dnia może nastąpić oczyszczające uzdrowienie. Szczerze mówiąc, najczęściej dostajemy jeszcze większego pomieszania i lęków, a do tego nikt nas nie rozumie i jeszcze wmawia nam że coś z nami nie tak. Chcemy przestrzeni i czegoś nowego. Jednak aby się to zadziało trzeba poukładać siebie, a nie rzadko zrozumieć to, co się stało w przeszłości i wyciągnąć z tego lekcje dla siebie. Wtedy następuje w życiu taki splot wydarzeń, który zaczyna nas wypychać z systemu i z tego co także dobrze znamy.

inteligentni ludzie, kobieta

fot. fcscafeine/iStock

Niektóre z nas zostają w starym, bo to co może niezbyt ładnie pachnie, jest mimo wszystko znajome i lepiej nie zmieniać. Nauczyli nas, że zmiana to coś gorszego, niepewnego i niebezpiecznego. Lepiej się trzymać tego co jest i nie kombinować. Naprawdę? To tak jakby wyrzec się połowy życia, bo nie wiemy co jest za zakrętem, a właśnie tam może być ten raj.

Tak, więc przychodzi czas, kiedy nasz kokon już nam nie pachnie, jest niewygodny, uwierający i ograniczający. Przeżyłam coś takiego parę lat temu, do tego weszła mi do znaku planeta Uran, robiąc totalną rewolucję tak, że kamień na kamieniu nie został. Myślałam, że nie przeżyję, ale przeżyłam. Zobaczyłam, ile daje czterdziestka, ile można odkryć dla siebie i w sobie. Talentów, pomysłów, jak się realizować i bawić życiem, ale też braków i niedostatków, pretensji do siebie i całego życia. Jak zacząć mówić „nie” i stawiać granice, bo wreszcie się zauważa, że pierwszą część swojego życia daje się innym i realizuje czyjeś programy i potrzeby, a siebie się stawia na końcu. Patrzy się najpierw jak
pomóc innym, a sobie mówi „jakoś to będzie, przecież dam radę, nie jestem najważniejsza”. Po czym się pada na twarz. Pojawiają się poważne choroby i … tutaj moment zastanowienia nad sobą.

Co będzie kiedy mnie zabraknie? Co będzie? Będzie nadal normalnie. Popłaczą i wrócą do swoich obowiązków. A Ty? Ciebie nie będzie. Więc czy jest sens oddawać siebie innym i zatracać się na rzecz innych? Co „ci” inni nam dają aby się poświęcać? Jezus się poświecił i świata tym nie zmienił, choćby nie wiadomo co nam wpajano. Ludzie są tacy, jacy byli i nie zawsze chcieli cierpieć i umierać za innych.

Może przy tej granicznej „40” warto rozsypać się przed samą sobą na miliony kawałków. Nie mylić z posypaniem głowy popiołem, bo nie o pokorę tu chodzi a o odwagę bycia w zgodzie ze sobą i stanięcie w swojej prawdzie. Powiedzieć czego się nie chce. To zawsze najłatwiej zdiagnozować. A potem czego się chce? Co boli i o co mamy i do kogo pretensje. Wtedy wyjdzie, że w sumie do samych siebie. Na jakim jesteśmy etapie samych siebie?

fot. ljubaphoto/iStock

Okaże się, że jesteśmy małymi dziewczynkami, które chcą do mamy. To ile mamy wtedy lat? I tu zaczyna się jazda, że bez względu na wiek tej czterdziestki, mamy po pięć lub sześć lat i jest nam źle i czujemy się niezrozumiałe, odrzucone, osamotnione. Partner nie daje nam tego czego chcemy ani nikt inny z otoczenia. Nikt w nas nie wierzy, bo przecież same mamy do siebie ograniczone zaufanie i jeszcze ile razy się w myślach zganimy za to i owo. No właśnie i tutaj jest praca z samą sobą. Zmęczone? No nie dziwię się. Gdy zaczyna się ten proces to odwrotu nie ma, a co najzabawniejsze, że odkrywa się siebie … płatek po płatku i końca nie widać. I nie wierzcie, że jak się pójdzie na terapię to się wszystko przerobi i będzie od razu pięknie. Nie ma takiej opcji. Dlatego, że z czasem zobaczycie, że każde wydarzenie lub osoba jest zapalnikiem do kolejnej zmiany.

Jak to wygląda? Zaczyna się zmiana pracy, czasem przeprowadzka i też zmiana otoczenia. Często rozwód, odejście dotychczasowych przyjaciół i znajomych, konflikt z rodziną, bo wreszcie zaczynasz mówić co ci nie pasuje. Partner? A może ktoś nowy lub odkrycie, że najbardziej komfortowo to jest nam samej ze sobą.

Eureka! Możemy robić rzeczy na które zawsze miałyśmy ochotę, ale nie było czasu lub zrozumienia, lub wiecznie byłyśmy za to krytykowane, musiałyśmy się tłumaczyć i robić to, co kochamy po kryjomu, bo komuś to nie pasowało. Zobacz, ile ciuchów kupiłaś sobie oficjalnie bez tłumaczenia się partnerowi lub chowania tego po szafach „Kochanie już dawno to mam, po prostu nie zauważyłeś”. Nagle zaczynamy stawiać siebie jako priorytet i pytać się przy każdej podejmowanej decyzji, czy to jest dla mnie dobre? Co czuję? Mówić, to na co nam nikt przez lata nie pozwalał. Słowa same napływają do ust. A jak się komuś to nie podoba, to niech zamknie za sobą drzwi.

Czy warto? Same sobie odpowiedzcie, albo wyobraźcie sobie, że kolejne czterdzieści lat będziecie mieć takie same jak pierwsze. Jak jest wam w tym dobrze to git, jak nie to …