Psychologia

„Spuścić powietrze i odpłynąć w kolorowy świat”. To pragnienie prowadzi kobiety prosto na dno uzależnienia

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
29 października 2021
fot. vladans/iStock
 

Nadchodzą coraz krótsze dni, zimne i ponure. Po codziennej rutynie szukamy czegoś, co nas rozluźni i „wycziluje”. Najczęściej to alkohol, czasem inne używki. O tym, co kobiety w nałogach i dlaczego to robią, rozmawiam z terapeutą od uzależnień Beatą Aszyk, która prowadzi terapie o uzależnieniach dla Inkubatora Twojego Sukcesu.


Beata dlaczego kobiety się uzależniają? Dlaczego wchodzą w nałogi?

Nie mamy do końca pewności, czemu niektóre osoby się uzależniają, a inne nie. Kobiety sięgają po np. alkohol, narkotyki, leki z wielu powodów. Bardzo często szukają w nich  ulgi, nagrody, środka na ból wewnętrzny, na sen. Wiele kobiet żyje pod presją własnych przekonań, biorą na siebie dużo obowiązków, czują się niedoceniane, zmęczone, sfrustrowane, mają poczucie bezradności, czy tkwienia w pułapce, życia bez satysfakcji i poczucia, że to się zmienić nie da… A alkohol choć na chwilę znieczula, podobnie, jak tabletka…

Mózg zapisuje sposób na szybkie i skuteczne poprawienie stanu choć na chwilę, a stąd już niestety łatwa droga do uzależnienia. Mamy też bardzo dużą grupę kobiet, tzw. wysokofunkcjonujących, które żyją na wysokich obrotach, w dużym stresie. Po ciężkim dniu potrzebują czegoś, co je wyciszy, pozwoli zasnąć, zresetować się, by następnego dnia znów zacząć dzień w pełnej gotowości.

Kobiety, których partner pije, czasami piją razem z nim, wierząc, że wtedy on nie wyjdzie z domu. To daje im iluzję kontroli nad sytuacją, ale niestety odkrywają też siłę nałogowego regulowania uczuć, czują szybko i skutecznie ulgę, bo tak działa alkohol.

Kiedy możemy mówić o uzależnieniu?

Kryteria diagnozowania uzależnienia są bardzo jasne i konkretne. Mamy z nim do czynienia wedy, gdy nie mamy kontroli nad ilością i częstotliwością spożywania alkoholu, a w wyniku picia ponosimy bolesne konsekwencje. I mimo to znów sięgamy po alkohol, ponieważ np. doświadczamy przymusu picia. Pojawia się coraz większa koncentracja na źródle uzależnienia, coraz mniej aktywności życiowej jest skierowane w inne dziedziny życia.

Jest coraz większa grupa osób: kobiet i mężczyzn, którzy sięgają po alkohol w ukryciu, tak, by nikt nie widział. I tu konsekwencje bardzo długo są widoczne dla uzależnionego, to on o poranku myśli: znów przesadziłem, nie tak miało być…

Konsekwencje uzależnienia mogą też widzieć inni – wypadek po użyciu substancji, odebranie dziecka, utrata pracy, choroby somatyczne np. choroby trzustki, wątroby, polineuropatia.

„Mój ojciec pije wódkę tak, jak my herbatę. Piwo, jak my wodę. A ja? Mam ataki paniki i napady gniewu”

Czy taka cowieczirna lampka wina to już jest uzależnienie?

Może być. Wszystko zależy od tego, co by się stało, gdyby jej nie było. Jeśli ktoś jej pozbawiony jest wściekły, napięty, nie może się jej doczekać, warto się temu uważniej przyjżeć, po co ona jest, co daje.

Od czego się najczęściej uzależniają kobiety? Od alkoholu, od narkotyków?

Często to jest alkohol. Bo jest łatwo dostępny i społecznie akceptowany. Kobiety często uzależniają się od środków uspakajających i przeciwbólowych. Coraz częściej od mediów społecznościowych, zakupów, nikotyny.

Znam kobiety, które w swojej pracy muszą wykazać się kreatywnością, skutecznością i bardzo często po szufladach, torebkach w pracy trzymają narkotyki.

Takie kobiety mają przekonanie, że muszą sobie poradzić, bo są multizadaniowe, bardzo ambitne. Często, bo chcą udowodnić mężczyznom, że też mogą zwyciężać. Jednak, nawet osoba, która świetnie sobie radzi w dużym stresie, ma ograniczone możliwości energetyczne. Jej układ nerwowy też potrzebuje wyciszenia i regeneracji. Jeśli się nadmiernie ekspluatują, czasami potrzebują „turbodopalania”, takiej dodatkowej energii. To taka cała działka używania „energetyków” i to różnych. I takich, które pojawiają się w sklepach, ale i też tych nielegalnych. Bo… musimy sprostać zadaniom. Kto, jak nie my? 🙂

„Biała kreska” jest też popularn, np. na seks. Po to, aby się rozluźnić, poczuć więcej. Kobiety w stresie coraz mniejszy mają kontakt ze swoim ciałem, a seks często jest jak odreagowanie stresu. Zgadzasz się ze mną?

Kokaina jest droga, mało kobiet ją bierze – oczywiście mówimy o średniej krajowej. Na pewno powoduje efekt „wow”. Koszmarny środek, jaki się pojawił to syntetyczny mefedron. Niestety zwiększa te doznania i bodźce, ale bardzo szybko uzależnia. Marihuana powoduje, że po zapaleniu odczuwamy wszystko, co się wokół nas dzieje, bardzo intensywnie, mózg nie odsiewa bodźców istotnych bardziej i mniej. Prawda jest taka, że coraz częściej mamy problemy z życiem seksualnym, m.in.: z powodu wielu przekonań jak tego typu: „tego nie mogę, tego nie powinnam, to może być źle zinterpretowane, a co on powie i pomyśli?”.

Bo partner nie rozumie, bo nie ma prawdziwej bliskości, nie znamy swoich potrzeb, bo jesteśmy po prostu zmęczeni. A czego chcą faceci? Chcą fajnego seksu i chętnej, wyluzowanej kobiety. Tego samego chcemy i my, mniej lub bardziej świadomie. Aktywniejszego i bardziej kolorowego życia seksualnego. I jeśli po narkotyku jest fajniej, to może tak się stać, że wchodzimy w to.

Kiedy powinnyśmy się udać po pomoc? Kiedy powinna zapalić się nam ta czerwona lampka, aby pójść na odwyk? Lub kiedy nasi bliscy powinni zareagować? Kiedy jest ten breaking point?

Utrata kontroli i ponoszenie bolesnych konsekwencji. I teraz tak: dla rodziny te bolesne konsekwencje będą w innym miejscu, a dla uzależnionego w innym. Rodzina widzi wcześniej i mówi: „to jest nie ok, to mnie zabolało, to niszczy nam życie, tak dalej być nie może.” Uzależnieni mówią, że to ich nie dotyczy i że rodzina jest przewrażliwiona, bo przecież i w rodzinie się piło, i sąsiad pije, i koledzy czy koleżanki. Przełom jest wtedy, kiedy uzależniony też poczuje, że ma dość i widzi, że coraz gorzej się czuje, że jego uzależnienie zaczyna mu przeszkadzać.

Dlatego, kiedy uzależniony trafi na detoksykację, straci prawo jazdy, straci pracę, partnera, dziecko, to jest bardzo dobry moment, by zaczął leczenie. Bo to jest strata, która dotknęła tego człowieka na tyle, że można z tego zbudować motywację do zmiany czegoś w jego życiu. Dać nowy początek. To idealny moment, kiedy sięga się dna, zaboli. Bo kiedy nadal chronimy i ratujemy uzależnionego, to on nie cierpi na tyle, by cokolwiek zmieniać, skoro nie jest jeszcze tak źle…

No właśnie, przecież najboleśniej dotknięci są nasi partnerzy, rodzina, dzieci. Kiedy widzą, że coś jest z nami nie tak, a my mówimy, że są przewrażliwieni i generalnie jest w porządku, że się czepiają.

Osoby uzależnione są chore. Awantura ich nie uleczy. Rozmawiając z nimi na trzeźwo, warto powiedzieć, czemu są ważni, co w nich cenimy, że wierzymy w nich, mogą wtedy poczuć „dobry klimat” do dalszej rozmowy. I wówczas możemy pociągnąć ten wątek, że są dla nas najważniejsi, ale to, co zrobili było dla nas i innych niedobre i przykre. Kiedy powiemy o swoich uczuciach i postawimy granice, że ich zachowanie nas rani i więcej się na to nie zgodzimy, powiemy wprost, jakie zachowania są dla nas nieakceptowalne – wtedy jest szansa na zmianę.

Każdy normalny człowiek lubi mieć kontrolę i dokonywać wyborów w różnych ważnych dla siebie tematach. My im, uzależnionym, mówimy, co jest w nich dobre, co jest w nich ważne i dlaczego chcemy o nich walczyć, ale jednocześnie mówimy, na co nie dajemy zgody.

Rozmawiając o wpływie uzależnienia jednej osoby na cały system, dobrze jest mieć przygotowane informacje, gdzie osoba chora może szukać leczenia. Bo wielokrotnie może być tak, że oni mieli już w głowie myśl, że potrzebują pomocy, ale nie wiedzą, gdzie pójść i zadzwonić, wstydzą się napiętnowania. Teraz sięgnięcie po pomoc i to taką nieodpłatną – a przecież większość ludzi uzależnionych nie ma pieniędzy na leczenie i to długoterminowe – jest dla nich wyzwaniem. Dlatego fajnie jest mieć taką wersję w ręce i powiedzieć, że jest taki ośrodek, jest taki lekarz czy terapeuta i dać uzależnionemu wybór.

Trzeba też mieć na względzie, że osoba uzależniona może powiedzieć, że poradzi sobie sama, bo może być przekonana, że wie, jak to zrobić. Warto wtedy powiedzieć, ok, ale jeśli jednak to ci nie wyjdzie, umawiamy się, że zgłosisz się do profesjonalisty. Mimo wszystko mają wybór: czy same, czy z pomocą terapeuty? Natomiast z czystym sumieniem mogą sobie powiedzieć „próbowałem, ale mi nie wyszło, daj mi te swoje sposoby”. To oznacza wybór. Ludzkie i z szacunkiem podejście do problemu, a nie bycie marionetką, sterowaną przez innych bez prawa głosu i wyboru, decyzji o swoim życiu. A tak mogą sami zadecydować, która opcja jest dla nich najlepsza. Mają wtedy poczucie wartości: jestem człowiekiem i sam decyduję o swoim zdrowiu. To pomaga w terapii. Robią to dla siebie, a nie poświęcają  się dla rodziny. Traktują to jako inwestycję w siebie.

Dodam, że ludzie którzy przychodzili z nakazu sądowego do szpitala, najczęściej przez dwa tygodnie „międlili to”, że ktoś ich zmusił do terapii i to w takiej formie, że ich nie zrozumiał. A tak daje sobie czas i przyzwolenie na skorzystanie z różnych opcji. I powie terapeutce, że jest gotowy spróbować, a to oznacza już dziesięć kroków do przodu.

Powiedz, czy musi być sytuacja ekstremalna aby cokolwiek się zmieniło?

Nie. Bardzo często jest tak, że ludzie do mnie przychodzą i mówią „nie podoba mi się to, źle mi jest z tym”. Każdy człowiek ma swoje „dno”, swoją ścianę do której dochodzi i czuje, że coś mu się nie podoba i nie chce już tak dłużej żyć. Na szczęście większość ludzi nie musi dochodzić do miejsca, w którym już nic więcej nie ma. Pamiętajmy, że uzależnienie to choroba postępująca. I wcześniej czy później wejdzie się na kolejny etap uzależnienia, a wtedy organizm się bardziej popsuje, układ nerwowy także, nie mówiąc już o relacjach społecznych itd. Nie musi tak być i nie musi do tego dojść. Dlatego my pracujemy nad tym, aby ludzie mogli się jak najszybciej zgłosić do terapii, aby nie musieli cierpieć i trafiać na taki etap w życiu, kiedy pewne rzeczy i fakty są już nie do odkręcenia.

Uzależnienie kobiet od alkoholu. 8 szkodliwych mitów, w które nie można wierzyć

Co stanowi o tym, że można zaufać terapeucie? Powierzyć mu z zaufaniem swoje demony i piekła w głowie i ciele? Bo każdy się boi, że jak pójdzie, to zostanie oceniony, zbesztany, poniżony, ukarany. Będzie porównany do wszystkich najgorszych.

Sama doskonale wiem, jak trudne jest to zadanie, aby otworzyć się przed terapeutą. Kiedy spotykam się z pacjentem, to mówię o tym, żeby pamiętał, że spotyka się człowiek z człowiekiem. Mamy wspólny cel. Ty chcesz czegoś, a ja chcę ci pomóc. Najprawdziwsza prawda jest taka, że trzeba dobrze się poczuć ze swoim terapeutą, bo jeśli nie poczujemy tego „flow”, to niewiele możemy zyskać. Czasem warto poszukać kogoś innego, rozmawiać o tym, co nam przeszkadza, bo to może być bardzo rozwojowe. Niektórzy potrzebują mamuśki, inni zamordysty, jeszcze inni przyjaciela. I to jest w porządku. Każdy z nas jest inny i czego innego potrzebuje i co innego daje. Tak jest z uzależnionymi i też tak jest z terapeutami. Więc najważniejsze jest to, aby była empatia, zrozumienie, a przede wszystkim szacunek. Ja na przykład lubię swoją pracę i pacjenci mówią mi, że to czują. Wiem, że ludzie mogą zdrowieć, że są wartościowi i to oni czują. Ale przychodzą też pacjenci, którzy po pierwszym spotkaniu mówią mi, że potrzebują kogoś bardziej radykalnego i wymagającego. I to też jest ok.

Każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego dla siebie. Na pewno potrzebujemy szacunku i na pewno potrzebujemy aby ktoś nas słuchał, był uważny na nasze problemy. Moje doświadczenie jest takie, aby się pytać pacjenta czego potrzebuje i jak się z tym wzajemnym kontaktem czuje?

My, jako specjaliści: psychoterapeuci, psychologowie, terapeuci od uzależnień to niby ta sama grupa zawodowa, ale zajmujemy się zupełnie innymi rzeczami. Uzależnienie jest taką działką, gdzie się pracuje trochę inaczej. I nawet doskonały psychoterapeuta może nie wiedzieć o różnych „mykach” w leczeniu. Może pomóc rewelacyjnie z psychoterapią, natomiast te drobne – aczkolwiek istotne – myki w leczeniu uzależniania mogą mu umknąć. Można współpracować, można prowadzić dwie terapie jednocześnie.

Ja często współpracuję z psychiatrami, a także proponuję moim pacjentom zaufanych lekarzy lub psychologów, np. na testy. Bo nie ma jak współpraca, kompatybilność działań, doświadczeń i wiedzy. Wszyscy mamy coś. Każdy z nas ma kawałek pomocy do zaoferowania. Dla osób uzależnionych bardzo dużo pomocy jest w farmakoterapii, dużo można pomóc wiedzą psychologiczną, współpracą ze środowiskiem sportowym. Kiedy się uzależniony przestawi na inny i zdrowszy tryb życia, to dotrze do niego, jak nie niszczyć go sobie nałogiem i że życie ma fajniejszy „haj”, ale w trzeźwości.

Jak wygląda taka terapia? Ludzie boją się wbijania w poczucie winy i obniżania własnej wartości, bo już i tak czują się na totalnym własnym dnie emocjonalnym.

Osoby uzależnione są chore i to trzeba sobie uświadomić. To poważna choroba, a nie ich złośliwość czy rozrywka. Cierpią, bo mają poczucie, że są nikim i nie rozumieją że ktoś może chcieć być z nimi. Czują się nikim. Często doświadczają moralniaka, poczucia winy, ponoszą konsekwencje swoich działań i zachowań.

No to jak mają się czuć ? I to, co jest w terapii najważniejsze, to właśnie zobaczyć, co mają pod spodem. Dlaczego i z czym sobie nie radzą? Z kontaktami z ludźmi, z historią rodzinną, z emocjami, z partnerami, z pracą i obowiązkami? I spróbować im pomóc inaczej. Bo alkohol pomaga szybko i skutecznie, ale właśnie na skróty. I to nie jest tylko na poziomie naszego rozmawiania i zrozumienia, a ewidentnie na poziomie naszego mózgu. Nasz mózg potrzebuje nagrody. I taką jest alkohol, narkotyki, zakupoholizm itd. Dostaje nagrodę, dostaje spokój i ulgę, rozluźnienie i odpuszczenie, przyjemność, np.: po zażyciu alkoholu etylowego. A jak dostaje i to działa, to czemu ma z tego nie korzystać?

To jest taka rzecz, którą mózg robi przeciwko nam. Daje nam najszybszą i najbardziej efektywną formę działania, pozwala zapomnieć o dylematach codziennych, poczuciu winy. To jak komputer, jak twardy dysk. Potrzebujesz – dostajesz. Jest bodziec i interakcja. A dylematy ludzkie zostają między ludźmi. Więc to, co jest najważniejsze w terapii, to człowiek i zobaczenie,  co mu ten nałóg daje, dlaczego i do czego jest to mu potrzebne? Jeśli mu to zabierzemy, to czym innym sobie to zapełni? Czyli co by go cieszyło tak, aby miał frajdę z życia. Co innego niż picie.

Większość ludzi, którym pomagamy i którzy trzeźwieją i czują, że życie zaczyna być fajne, że związek i praca cieszą, czują, że tak chcą, nie chcą zniszczyć dobrego życia powrotem do czynnego uzależnienia. Realizują się na przykład w sporcie lub rybki sobie łowią. Zaczynają świadomie kierować swoim życiem.

Jak sobie zdadzą sprawę, że jak wypiją lub coś innego sobie wezmą na „zapomnienie” i potem będzie ich boleć główka, będą mieć inne dolegliwości, rodzina się będzie czepiać lub będzie zawiedziona znowu, to pomyślą sobie: „a po co mi to?”. Mają wtedy wybór: mogłem się napić ale nie zrobiłem tego. Już nie podświadomie, ale świadomie wybierają życie w trzeźwości. W tym kierunku idzie terapia. Oni dokonują już takich wyborów „wiem, że by mi to szybko i miło podziałało, ale nie chcę już wracać do tego stanu nietrzeźwości i ponosić konsekwencje. Mnie to już nie odpowiada”.


Psychologia

Nów w Skorpionie. Wykorzystaj go dobrze – zakończ wszystko, co ci nie służy

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
5 listopada 2021
fot. m-gucci/iStock
 

Uwielbiam Skorpiony, bo zawsze mówią bez ogródek, co im leży na wątrobie. Żadna niewygodna sytuacja nie jest zamiatana pod dywan. Skorpion czyści wszystko, co jest trudne i nie idzie na żadne kompromisy. I ten nów jest właśnie o tym. Aby przyjrzeć się, jak wiele poświęcamy z siebie, bo boimy się powiedzieć, że nam to nie pasuje. Kontynuujemy sprawy i relacje mimo, że one już dla nas nie działają, są martwe. Nie mamy z nich radości. Dlatego zastanówmy się co musi umrzeć, aby pojawiło się nowe? Emocje są intensywne. We mnie od kilku dni buzuje niezgoda na wyzyskiwanie, wyręczanie się mną, obarczanie mnie czyimiś problemami, życie na mój rachunek. Uwalniam to. Chcę świadomej wolności. Słowa i czynu.


A emocje? Buzują we mnie.

Mam wkurw na to co się dzieje z cenami: za paliwo, za kostkę masła. I nie chodzi o to, że żałuję pieniędzy ale, że te ceny są one absurdalne. I nikt nie bierze odpowiedzialności za to, co robi milionom ludzi. Jak mają żyć i z czego. Że ktoś mierzy nas swoją miarą. Miarą swojego portfela – „zarządcy”. Ktoś narzuca, jak i za ile mamy żyć. Podnoszenie stóp procentowych, gdzie jeden z ministrów, podobno matematyk, nie umie policzyć i się do tego przyznaje, o ile wzrośnie średnio kredyt na mieszkanie.

Mam wkurw na traktowanie kobiet, nas, przedmiotowo i umywanie rąk w kwestiach naszego zdrowia i przyszłości. To ciągłe karanie nas za to, że jesteśmy kobietami. A przed ołtarzem klęczą i się modlą do Matki Boskiej. Po co? Jak można czcić Kobietę, jednocześnie ją niszcząc? Naszą Pramatkę. I wycierać sobie nią usta i ręce. I sumienia.

Mam wkurw na wysługiwanie się ludźmi. Zrzucanie swojej odpowiedzialności na nas i umywanie od tego rąk. Robienie dla kogoś, narażając swoje życie i reputację. Za marne parę groszy. Cała odpowiedzialność i konsekwencje spoczywają na tych, co mają tylko robić i słowem się nie odzywać. Ten wyzysk i traktowanie ludzi jak bydło, jak mięso armatnie, jest da mnie nie do zaakceptowania. Ktoś nam coś każe, a my mamy to robić, a potem za to pokutować. I tu jest iunctim tego artykułu.

Właśnie odszedł mój serdeczny kolega. Niezwykle inteligentny, fachowiec na skalę światową. Facet w kwiecie wieku, który osierocił dwie córeczki i zostawił żonę w żałobie. Od kilku miesięcy się żalił, że nie chce iść ze swoim działem pod innego szefa. Bał się, że cała jego wieloletnia praca pójdzie na marne, że obaj się nie zrozumieją. Że ta zmiana będzie okupiona nie pracą i parciem do przodu, a wiecznym udowadnianiem sobie, kto ma rację. Tak newralgiczny obszar, w którym pracował, wymagał eksperckiej wiedzy. Jakiekolwiek niewłaściwe poprowadzenie sprawy rzutowało na straty dla całej grupy kapitałowej. Wiedza była tak specyficzna, że przez lata żaden prezes nie odważył się ingerować w ten obszar. A tu nagle ktoś zapragnął władzy i kontroli. Mój kolega żywił wielką nadzieję, że zmiany pójdą po jego myśli i odzyska swoją autonomię. Było to bardzo istotne dla dalszej przyszłości firmy,
której poświecił wiele lat życia. Nie poszły. Bardzo to przeżył, bo to oznaczało koniec jego kariery i zniszczenie dorobku nastu lat pracy. Wrócił z pracy do domu. Zawał i śmierć.  Perfidia polega na tym, że „szef” osobiście dzwonił i tulił w żalu rodzinę i znajomych.

Słyszałaś o osobowości… księżycowej? Sprawdź, jaka jest Twoja i co to oznacza

Mam wkurw na to, że wchodząc pierwszy raz od dłuższego czasu na portal kariery zawodowej, wyświetla mi się facet, z którym pracowałam. Facet, który był głównym hamulcowym wszystkich decyzji i umywania rąk od odpowiedzialności. Okazało się, że awansował mocno w strukturze i jest głównym dowodzącym. Ale nie jest nim z powodu swojej zajebistości, a z powodu dobrego patrona.

A patron? Jest bardzo pomocny kiedy czegoś potrzebuje? Dla tego patrona pracowaliśmy kiedyś całym zespołem. Poświęcaliśmy się, po godzinach, załatwialiśmy sprawy, które były nie do załatwienia. Zawracaliśmy rzekę do źródła. Kiedy staliśmy się niewygodni, to telefon już nie był odbierany. Wraz z odejściem patrona straciliśmy pracę. On sobie znalazł nową, pomógł tej jednej osobie, a swojej ekipie dał wilczy bilet, aby nikt nie był z nim kojarzony. Tłumaczył się, że nic nie może. Mierność i bierność okazały się wyższym dobrem.

Dlaczego o tym piszę? Bo czas skończyć z wyzyskiem i mówieniem nam, co mamy robić i jak. Nie zgadzać się na mierność i wyzysk. Pracą dla kogoś kosztem siebie i bliskich. Zarządzanie nami przez ludzi, którzy nie mają kwalifikacji, wiedzy i odpowiedzialności. Którzy realizują się dzięki nam i żyją na nasz koszt.

Aby wyplątać się z tej spirali „niewolnictwa”, najpierw sami powinniśmy dać sobie zgodę na to, aby skończyć z jakąś chorą karmą niewolnictwa, wpuszczania nas w poczucie winy, karania, grożenia, zastraszania. Potrzeby cierpienia. Bo od tego też chorujemy. Nasze choroby nie wynikają z „chorób”, a z podstawowego czynnika, jakim jest strach i stres. Dajemy sobą manipulować i się zastraszać, bo ktoś uważa, że wie lepiej i że może nam dyktować warunki, jak mamy pracować, ile zarabiać i co jesteśmy warci. W strachu przed naszą wartością i unikatowością, zaniżają nasze poczucie wartości i pełnię cieszenia się życiem. Ktoś nam każe cierpieć i mówić, że życie nic nie jest warte i że jak nie będziemy żyć i pracować na takich, a nie innych warunkach, to czeka nas kara i strata.

Dlaczego dajemy się w to wciągać? Dlaczego chociaż raz nie zrobimy inaczej, aby zobaczyć co będzie i być może to jest dobre rozwiązanie dla nas? Ten nów jest właśnie o tym, o wolności i autentyczności, szczerości wobec siebie, o zakończeniu tego co nam nie służy, przyjęciu i pożegnaniu cienia, o podążaniu za własnymi marzeniami. O cenieniu własnego życia i tego czego chcemy. O zrobieniu tego pierwszego kroku. Zrobieniu inaczej niż zwykle, ale w zgodzie z własnym sumieniem i wolną wolą.

4 fazy księżyca – ich wpływ na zdrowie i urodę


Psychologia

Właśnie kończy się „krwawa pełnia”. To dobry czas, by zawalczyć o siebie. Stanąć w swojej prawdzie

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
22 października 2021
fot. Chayanan/iStock

Czy kiedy stajemy przed lustrem i patrzymy sobie głęboko w oczy, to jesteśmy szczerzy wobec siebie, akceptujemy siebie takimi jakimi jesteśmy? Czy możemy powiedzieć, że wszystko co robimy w życiu i dla siebie, robimy w zgodzie ze sobą? Robimy dla swojego dobra? Czy robiąc cokolwiek, podejmując decyzję, nawet o zakupie nowego ciucha zapytamy się siebie, czy to jest dla mnie dobre? Codziennie podejmujemy decyzje, pytamy się o coś lub nas o coś pytają. Zgadzamy się lub nie. Ale czy robimy to w zgodzie z wewnętrznym radarem? Z własnym czystym przekonaniem?

Uczymy się od dziecka, czym jest poświęcanie się dla innych i że nie można stawiać siebie w centrum. Bo są inni i trzeba się z nimi liczyć, dzielić, rozumieć, być empatycznym. Pytanie „co ja z tego będę miała”, to jak zbrodnia na ludzkości. Kto śmie tak pytać? Tylko człowiek bez skrupułów.

Wchodzimy w życiu w różne układy i zależności. Godzimy się na pewne formy, związki, obowiązki, opinie, poglądy itd. zgadzamy się dla świętego spokoju, dlatego że mamy wątpliwość, czy nasze czucie i nasze racje są na pewno właściwe, bo pewnie ktoś może wiedzieć lepiej od nas, skoro go wszyscy słuchają. Słuchamy, co nam mówią media, celebryci, jakie trendy, jakie poglądy polityczne, co czytać i co mówić. A ile w tym wszystkim jest nas dla siebie? Siebie? Wyobraźmy sobie siebie jako dziecko, które miało kiedyś swoje potrzeby i wprost je wyrażało. Dzieci są zawsze wprost i autentyczne. Co by powiedziało i co zrobiło? Teraz, jako dorośli godzimy się na konformizm i tłumaczymy sobie: „bo jakoś w tej masie trzeba żyć aby nie być samotnym”.

Zastanówcie się nad tym. Jak bardzo odchodzimy od swoich potrzeb i pragnień, ideałów. Rezygnujemy, bo gdzieś ktoś powiedział nam, że wie lepiej, co dla nas dobre. Jak się zmieniamy wbrew sobie, gdzie po latach już nam trudno powiedzieć, jakie się miało ideały i pragnienia. Zmieniamy się, bo chcemy zadowolić swoich rodziców i otoczenie. Należeć do grupy, być kochanym, uzyskać akceptację, aprobatę w pracy.

Widziałam wywiad z Marianną Schreiber u Kuby Wojewódzkiego. Uderzyło mnie stwierdzenie, że od kobiet PiSu oczekuje się „(…) że kobiety mają po prostu być porządnymi matkami, żonami i bardzo spokojnymi kobietami”. Ale czy one tego chcą? Czy chcą w tej sprawie zabrać głos? Czy mają odwagę? Nie. Po prostu tak ktoś wymyślił. To jak szariat lub judaizm.

Jak często stajemy się na modłę innych wyrzekając się siebie? A po to, aby zyskać poklask, przynależność do grupy, miłość religii. A może mają inne potrzeby, a dla utrzymania się w partii, wpływów, godnego wizerunku żony posła, trzymają się silnie twardych reguł polityki. Przecież, godząc się na związek, nie wiedziały, że pójdą tym samym w politykę. Ale może to kwestia wyznawanych wartości? Wyznawanych czy narzuconych? Akurat wiem o czym pisze i to z autopsji. Nie móc być sobą.

Na co dzień mamy oczekiwania, złość że coś się dzieje nie po naszej myśli, a problemy same się mnożą. Wszystko zwalamy na los, lub życie które uważamy że musi być ciężkie, bo robimy tak jak inni. Więc jeśli się zgodzimy na parę „zgniłych kompromisów”, to będzie lepiej? Nic bardziej mylnego. Tkwienie w niedopowiedzeniach, nieautentyczności zabiera całą naszą energię, zaczyna się choroba, która toczy nas.

Boimy się być sobą, ubrać się tak jak lubimy, zachowywać się i mówić to, co my chcemy. Bo co inni powiedzą? Ból gardła? Zapytaj się siebie, co ci w nim stoi i czego nie chcesz powiedzieć. To tak na rozgrzewkę. Gdybyśmy byli autentyczni i wiarygodni wobec siebie, bylibyśmy zdrowsi. Mniej przyjaciół i rodziny wokół? Partner strzelił focha lub drzwiami? Trudno. Tego kwiecia jest pół świecia. Ale to MY jesteśmy najważniejsi dla siebie. Patrzmy, co my mamy z tego życia i dlaczego tak mało dajemy sobie. Bo nadal z wszystkich możliwości bierzemy tylko kilka procent. Bo więcej nie wypada. Trzeba być skromną, pokorną, cierpliwą i cichą. Czy taka naprawdę jesteś?

W codziennej bieżączce uganiamy się za pewnymi schematami i wymaganiami wobec nas, które widzimy w mediach, które dostajemy jako programy od rodziny, wpisów rodowych, partnerów. Kiedy o tym pomyślimy, to czujemy że to nie jest do końca nasze. Widzimy, że realizujemy plan życia, który nie jest nasz a innych osób. Dlaczego? Czy wiemy po co tutaj jesteśmy i czego chcemy? Kim jesteśmy? Jacy jesteśmy naprawdę?

Najczęściej przeżywamy życie z klapkami na oczach, jak w owczym pędzie. Po 40. zaczyna się analiza o co chodzi i czy jestem szczęśliwa?

Podobno przed przyjściem na ten świat, nasza dusza umawia się na pewien scenariusz życia, tu i teraz. Dobiera sobie partnerów, którzy będą nam „pomagać” czyli zawyżać poprzeczkę, po to aby nasza dusza mogła się realizować. Zobaczyć po co jest w tym życiu i tutaj, jaką ma pracę do wykonania.

Gdy już jesteśmy na świcie, zapominamy o tych umowach. Sytuacje, które nas spotykają, czasem dramatyczne, które nas bolą, obarczamy stwierdzeniem „taki los”. Ale sami sobie go kreujemy, uciekamy od nich i od swojej autentyczności. Zgadzamy się na układy, które nam nie służą. Słyszymy i bierzemy do siebie słowa, które nas na lata ranią, zamiast natychmiast na nie zareagować. Robimy z siebie śmietnik emocjonalny. Mamy chwilową nagrodę, np. pieniądze, które są ważne, ale nie najważniejsze, uśmiech i przytulenie partnera. Ale w głębi duszy cierpimy i w różny sposób zagłuszamy jej płacz. Strach nas paraliżuje. Tyle, że strach jest katem i nic nam nie daje. Ciągnie nas w dół.

A może tak, skoro właśnie kończy się „krwawa pełnia”, która symbolizuje prawdę i autentyczność, zawalczyć o siebie? Stanąć w swojej prawdzie? Postawić swoje granice, racje, własne słowo? Wejść w życie z odwagą. Co będzie? Będzie trochę dymu, ale pojawi się szacunek nas samych do siebie, ale też i innych do nas. Bo w dzisiejszych czasach szczerość i autentyczność to waluta. Nie na ostro, nie awanturą, a trochę z dystansu wyśmiać to i powiedzieć „okej, co ja mogę zrobić, aby to zmienić”?

Nie kto inny. To MY mamy wszystkie klucze do swojego szczęścia i sukcesu w ręku. Jeśli mamy trudnych rodziców, to wiedzmy, że trzeba zrobić wszystko, aby nie być takimi jak oni i powtarzać ich schematy. Trzeba stworzyć własny program, zgodny z własnymi potrzebami. Podobnie wśród znajomych. Nie „klaskać uszami” na każde zawołanie, a stworzyć własną markę. Z czasem podobny styl wejdzie wam także i do pracy i okaże się, że nie wszyscy jesteśmy „orkami”. Możemy wymagać i stawiać granice.

Dzieci często uczą nas autentyczności, spontaniczności i prawdy. Dzieci są zawsze „lepsze” niż rodzice. Dzięki tej inności ludzkość idzie do przodu i rozwija się. Partnerzy są naszymi lustrami, aby pokazać czego w sobie nie akceptujemy, czego pragniemy, dlaczego siebie nie kochamy. A nie po to aby robić, to co nam każą.

Prawda i samoakceptacja to filary miłości własnej. Moment pokochania siebie, to czas kiedy zaczynamy odrzucać wszystko co nam szkodzi, bo nas to ogranicza i zaczynamy chorować. Życia nie można się bać, trzeba iść przebojem i korzystać z nadarzających się szans. Życie w strachu i lęku sprowadza na nas tylko kłopoty i traktowanie siebie jako ofiary życia. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by patrzeć na świat przez pryzmat wdrukowanych programów z dzieciństwa, pracy, zobowiązań poglądowych i nie umiemy uwierzyć w inną prawdę, niż w tą którą otrzymaliśmy z zewnątrz.

Dlaczego nie patrzymy na siebie pod kątem tego, czego my pragniemy, jaki mamy cel? Jak to osiągnąć? Co jest dla nas dobre? Dlaczego nie wierzymy sobie i swoim odczuciom? Wzbraniamy się przed przejęciem odpowiedzialności za nasze emocje i myśli? Czekamy na coś „z góry” co przyjdzie i nas wybawi z opresji. Droga sama przyjdzie jeżeli będziemy wiedzieć czego chcemy. A każda autentyczna droga będzie dla nas dobra. Pojawią się nowi ludzie, nowe pomysły, rozwiązania. Trzeba tylko sobie zaufać, a nie powierzać swój los w ręce innych ludzi, czy absolutu. To my tworzymy siebie i to co nas spotyka. Wiem że trudne, ale działa. Na początek zrób chociaż jedną rzecz inaczej niż dotychczas 😉