Psychologia

Paraliżuje cię czasami strach? Kolejna bezsenna noc, kolejny lęk… znasz to?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 października 2015
Fot. iStock
 

Odbiera energię i wszystkie pozytywne argumenty, które wywołujesz, gdy czujesz, że zapadasz się w milionie wątpliwości i obaw?

I nie mówię tu o strachu, który każda z nas zna. Strachu o dziecko, o to, czy bezpieczne będzie w szkole, przedszkolu. Obaw związanych z pracą, czy szef doceni starania, czy kolega firmy  jest wobec ciebie uczciwy. Nie mówię o lękach, które pojawiają się, gdy słuchasz wiadomości w radiu, przeglądasz gazetę, czy zerkasz na serwisy internetowe.

Mówię o strachu, który (masz takie wrażenie) pojawia się znikąd. Na początku mylisz go ze spadkiem formy, z chandrą, z jesiennym  przesileniem. Stajesz się mało cierpliwa, wiecznie zmęczona. I ten ucisk w żołądku. „Mam napad paniki” mówisz przyjaciółce. A kiedy ona pyta dlaczego, nie potrafisz wytłumaczyć.

Trudno ci się przyznać, że się czegoś boisz? Że boisz się banalnych rzeczy? Nie wojny, końca świat, czy głodu. Boisz się tego, co od ciebie jest zależne. Strach dla ciebie jest okazaniem słabości? Więc nie przyznasz się do niego, bo właśnie tej słabości boisz się najbardziej.

Przyjaciółka mówi mi: „Powiedz sobie, czego się boisz. Nazwij to. Wtedy łatwiej z tym strachem walczyć.” Tak, wiem, że to dobra rada, ale jeszcze na chwilę ją odsuwam. Tłumaczę się sama przed sobą, że to zmęczenie, że potrzebuję chwili wolnego, spokoju, że jak już się wyśpię, to wszystko minie.

Tymczasem sen nie pomaga. Jeśli już przychodzi, to jest urywany nerwowymi snami. Budzę się z szeroko otwartymi oczami. Układam w głowie plan na kolejny dzień, obiecuję sobie, że załatwię wszystkie zaległe sprawy, by nie czuć podenerwowania odkładaniem pewnych rzeczy na ostatnią chwilę. Próbuję eliminować wszystko to, co wpływa na mój słabszy nastrój. To działa tylko przez chwilę. Bo tak naprawdę mam ochotę usiąść i sobie popłakać. Czuję, że narasta we mnie coś, co przejmuje kontrole nad moimi emocjami.

Jest noc. A ja myślę o tym, że może jednak czegoś się boję. Próbuję to nazwać. Kalkuluję, czy mi się to opłaci. Bo dzisiaj boję się, że jestem za słaba, że zabraknie mi sił na kolejny dzień. Że nie wstanę rano, zrobić dzieciom śniadania, że nie uśmiechnę się do męża, że nie wyjdę z psem na spacer. Boję się, że położę się na kanapie i przeleżę dzień gapiąc się bez sensu w sufit. Boję się, że zapadnę w marazm ze strachu. Strachu przed sobą, przed zmianami, które sama wywołałam, do których doprowadziłam, a one już się dzieją. Stoję pod ścianą i muszę wybrać stronę, w którą pójdę. To moment, kiedy trzeba coś zrobić. Tymczasem strach mnie paraliżuje. Chciałabym być małą dziewczynką, która siada na kolanach swojego taty. Obejmują mnie wielkie ramiona i tata rozśmiesza mnie jakimiś głupotami. Wtedy tak łatwo było ten strach przegnać. Teraz nie jest to już takie proste.

fot. iStock/ caracterdesign

fot. iStock/ caracterdesign

A ty? Czujesz czasami, że rośnie ci gula w gardle, serce bije szybciej i mocniej, i nie masz pojęcia skąd się bierze. Miewasz wrażenie, że wszyscy wokół są lepsi od ciebie, że oni decydują o swoim życiu, tylko ty tkwisz cały czas w tym samym. I niby nic się nie dzieje. A raczej, to co się dzieje powinno cię wprawiać w dobry nastrój. Bo czeka na ciebie awans, zmiana stanowiska, a może zmiana pracy. A może okazuje się, że teraz ty musisz o czymś zadecydować – sprzedaży mieszkania, rozpoczęcia starań o dziecko, bycia szczerym wobec przyjaciół, postawienia na swój rozwój, zakończenia lub rozpoczęcia związku.

Piszę ten tekst podczas kolejnej bezsennej nocy. Nazwałam to, czego się boję. I zdałam sobie sprawę, że znam ten stan. Już kilka razy byłam w tym miejscu. Nie lubię wyrażenia „strefa komfortu” , kiedyś go w ogóle nie rozumiałam, ale wiem, że to trafne określenie tego, co wokół mnie bezpieczne i znane. Dzieci, rodzina, praca, znajomi, przyjaciele. Strefa komfortu wyznacza nam granice działań i zakres podejmowanych przez nas decyzji. Na jej obrzeżach wartę pełni strach. A ja stoję właśnie przed nim, opuszczam tę bezpieczną strefę. Po raz kolejny decyduję się na zmianę. Tyle tylko, że ta już kolejna wydawała mi się naturalną. A jednak taką się nie okazała. Bo zmiana zawsze niesie ze sobą strach. Teraz to widzę. To ten strach nas ogranicza, nie daje spać, czasami determinuje podjęcie decyzji, byleby tylko nie pozwolić nam wyjść poza wyznaczone wcześniej granice komfortu.

Walka z tym strachem jest wyczerpująca. Nawet słusznie podjęta decyzja może budzić wiele obaw i wątpliwości. Strach zawsze zasieje ziarno niepewności. Będzie chciał cię zatrzymać w ciepłym i bezpiecznym miejscu. Podpowiada ci: „W końcu nie jest tak źle. Podołasz czemuś nowemu? Jesteś aż tak dobra? Rozejrzyj się, zobacz, jakie świetne osoby masz wokół? Czujesz się wystarczająco silna?”, szepce w głowie. A Ty miotasz się trochę jak lew w klatce.

Nazwij swój strach. Powiedz, czego się boisz, wtedy on tobą nie zawładnie. Zrób krok do przodu. Wszystko co nowe i dobre musi iść w parze z lękami. To naturalne. Boisz się? Pośpij, pobiegaj, idź na spacer, wypłacz się. Niech będzie ci smutno, zmiana to też strata, żałoba po niej. Ile trwa? Nie wiem. Wiem, że po drugiej stronie czeka fascynujące nowe. Ja już na zmianę się zdecydowałam i jestem jej pewna. Gdzieś w środku jest we mnie przekonanie, że dam radę. Muszę tylko jeszcze chwilę pobyć w swojej żałobie za tym, co zostawiam. Ty też sobie na to pozwól. A później idź do przodu! Tam też jest bezpiecznie.


Psychologia

Czy seks w sieci to już zdrada? Zanim odpowiesz, przeczytaj

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 października 2015
Fot. i Stock
 

Wyglądali na świetnie rozumiejącą się parę.  Byli małżeństwem trzy lata, kiedy urodziła się Hania. Po pięciu latach od ślubu ona przyłapała go na zdradzie. 

W idealnym związku

Anka i Maciej poznali się na studiach. Oboje kochali chodzenie po górach i wycieczki rowerowe. Najpierw byli przyjaciółmi. Ślub wzięli kilka lat później. Praca, mieszkanie. W ich życiu pojawiła się córka – Hania.  

ONA
 
Ciąża była cudownym czasem. Byliśmy sami, bez rodziców i teściów. Dużo rozmawialiśmy, wyobrażaliśmy sobie, jak to będzie, kiedy zostaniemy rodzicami.”

ON
– Dwie kreski na teście  zaskoczyły nas. Planowaliśmy dziecko, ale chyba się nie spodziewaliśmy, że tak szybko nam się uda. Kiedy urodziła się Hania, oszalałem na jej punkcie. To prawda, że mężczyzna czuje się ojcem, dopiero, kiedy może dziecko wziąć na ręce, a prawdziwa więź tworzy się przez kilka pierwszych miesięcy życia dziecka.

Hania rosła, a Ania miała poczucie, że bez obecności osób trzecich wspólnie z mężem dzielą obowiązki. Bardzo dbała o to, by nie dopuścić do tego, przed czym wszyscy ostrzegają – odtrąceniem mężczyzny, kiedy kobieta całą swoją uwagę skupia na dziecku. Ona karmiła, a on kąpał, na zmianę wstawali w nocy. Wspólnie chodzili na spacery. Tylko Anka zmęczona codzienną rutyną przestała o siebie dbać.

Czyżby kryzys?

Hania nie miała jeszcze roku, gdy  wyjechali w trójkę w góry, dla potwierdzenia, że choć tyle się zmieniło, oni nadal mają pasję i ją realizują. Coś jednak zazgrzytało. „Zobaczyłam zdjęcia z gór i przeraziłam się swoim wyglądem. Nie wiem, dlaczego wcześniej tego nie widziałam. Otyła, w szerokich spodniach, matka Polka, którą nigdy nie chciałam być.” wspomina Anka. Maciej tego czasu nie wspomina zbyt dobrze: „Hania wyciągała z nas energię. Byłem też zmęczony zmęczeniem żony. Rozumiem, że można nie dosypiać, że rutyna sprawia, że zaplątujemy się w jakieś dziwnej atmosferze i nastroju. Ale ja też tam byłem, też pomagałem. Czułem się niewidoczny. To, że wstawałem do Hani w nocy nic nie dawało, Anka i tak wieczorem zasypiała razem z dzieckiem.”

Walka o lepsze

Anka postanowiła wziąć się za siebie. Dieta, sport, zdrowe jedzenie w domu. Piekła chleb, robiła sałatki, wymyślała wyjątkowe dania. Miała poczucie, że robi to dla siebie, ale przede wszystkim dla Macieja, dla ich związku. Chciała mu pokazać, że nadal o siebie dba, w ten sposób udowodnić mu, że zależy jej, by w jego oczach być cudowną kobietą, nie tylko matką. On natomiast, pomimo całej miłości do córki, chciał mieć w domu także kobietę. „Ktoś może powiedzieć – męski egoista. Ale to nie tak. Wy kobiety wymagacie od swoich partnerów, by o was dbali, chcecie, by dawali wam poczucie bezpieczeństwa. Co więcej, zależy wam na tym, by w naszych oczach czuć się wyjątkowo i atrakcyjnie. I was nikt nie nazywa egoistkami. A nam zależy na tym samym. Wtedy, gdy Hania miała około roku tęskniłem za spojrzeniem pełnym namiętności, ponownie chciałem poczuć się jak mężczyzna, który pociąga kobietę, którą kocha. Tyle tylko, że widziałem poplamioną koszulkę żony i ją samą zasypiającą wieczorem przy Hani.”

Inny punkt widzenia

Ance się wydawało, że w jej związku wszystko powoli wraca na dobre tory. Wyznała przyjaciółce, że po długim czasie znowu poczuła, że są małżeństwem.  Mówiła, że to dobry czas w ich życiu, szczęśliwy. Z punktu widzenia Macieja rzeczywistość wyglądała inaczej: „Nasze rozmowy sprowadzały się do tego, co Hania jadła, ile spała, co zrobiła. Jaki jest plan na jutro, na pojutrze, co wspólnie w trójkę zrobimy w weekend. Byliśmy jak dobrze naoliwiona trójczłonowa maszyna.” Anka miała natomiast poczucie, że właśnie tak powinno wyglądać ich życie.Kiedyś podczas kolacji ze znajomymi Maciej powiedział, że w domu brakuje mu kobiety. Obruszyła się. Przecież tak się starała.

ONA

„Śmiałam się, że on się starzeje. Że wstaje nerwowy, strzela fochy, nie może spać. Bywało, że czułam się nieswojo budząc się w środku nocy, kiedy on siedział przy komputerze. Myślałam, że taki etap po prostu. Kwestia wieku, nie wiem… Próbowałam nie widzieć tego, co wokół.”

ON 

„Nie zauważała mnie. Byłem w jej oczach ojcem, partnerem do podziału domowych obowiązków. Kumplem. Kobiety myślą, że jesteśmy zakodowani na seks. Szybki numerek wieczorem i załatwione, odkreślone. Ale my potrzebujemy dodatkowych bodźców, które stereotypowo przeznaczone są dla kobiet – uwodzenia, spojrzeń, namiętności.”

Narastanie problemów

Jej niepokój wzbudził kiedyś sms przeczytany przypadkiem. Od kobiety, której nie znała. Nigdy nie przeglądali sobie telefonów, znali swoje hasła do poczty. Nawet chodzili osobno na imprezy. Zaufanie było podstawą ich związku. Ale ona przestała czuć się komfortowo. Miała wrażenie, że w czasie seksu on traktuje ją przedmiotowo, jest nieobecny, jakby jej nie widział. Nie rozmawiali o tym, może nie chcieli widzieć problemu. A może ona bała się pytać, czy coś jest nie tak. Wolała tkwić w przekonaniu, że wszystko dobrze się układa. Na zewnątrz byli nadal świetną parą

ONA

Kiedy zasieje się w Tobie ziarnko niepewności, to nie chce wyjść. Wręcz przeciwnie każe rozejrzeć się dookoła, przyjrzeć, czy czegoś nie przegapiasz. To nie było węszenie, to raczej poczucie, że dzieje się coś złego, pomimo wciąż tkwiącej we mnie pewności, że nasz związek wszedł w zupełnie nową szczęśliwą fazę.

ON

Jak się zaczęło? Zwyczajnie od reklamy gdzieś na boku strony. Kiedy żona spała nie reagując na moje prośby, byśmy razem spędzili wieczór, ja mogłem chociaż popatrzeć na nagie laski w sieci. Myślałem, że tyle mojego. Przecież nie robię nic złego. Później już było prosto, trafiasz na stronę, czat, ty zaczepiasz, ktoś zaczepia ciebie, zamykacie się w wirtualnym pokoju. Najpierw otwarta rozmowa o tym, jaki seks lubisz, na co masz ochotę. A później ona – ta po drugiej stronie robi to, o czym mówisz, opisuje ci wszystko dokładnie. Nigdy z Anką nie rozmawiałem tak o seksie, nie wiem czemu.

To, co nieuniknione?

Anka nie wytrzymała i pewnego dnia sprawdziła jego pocztę. Nie czuła się z tym dobrze, to jak zdrada – zaglądanie komuś w prywatność bez pozwolenia, nawet tej najbliższej osoby. Zobaczyła maile, zdjęcia przysłane od różnych kobiet, czasami nie twarz była ważna, ale ich waginy czy piersi. Jego zdjęcia też były – nagie, bez pokazywania twarzy. Wysyłane w odpowiedzi. W szoku złapała jego telefon, sms-y po północy od nieznanych numerów: „Jestem”, „Śpisz? Czekam.” Zarejestrowany seks na skype-ie.

ONA

„Kręciło mi się w głowie. Zwymiotowałam. Potem siedziałam pod ścianą, Hanka bawiła się klockami,  a ja jak odrętwiała gapiłam się w jeden punkt. Nie wpadłam w szał. Musiałam wszystko sobie poukładać. Podrukowałam zdjęcia.  I czekałam. Sama nie wiem na co.”

ON

„Kiedy rzuciła mi zdjęciami w twarz w środku nocy w pierwszym momencie pomyślałem, o co jej do cholery chodzi? O co afera? O kilka zdjęć nagich kobiet na mojej poczcie?!? Co w tym złego?  Przecież żadnej z nich nawet nie dotknąłem. To tylko taka zabawa, która nikomu nie robi krzywdy.”

Maciej nie miał poczucie, że zdradził żonę. Zarzekał się: „Nigdy w życiu bym jej nie zdradził. Nie mógłbym. Kocham ją. Seks w sieci to zdrada? Poważnie? To, co by było, gdybym faktycznie z jedną z nich się umówił w realu?” – myślał wówczas rozdrażniony.

Anka wspomina, że Maciej zachowywał się, jakby to on był ofiarą. Jakby to kobiety go nagabywały, przysyłały mu zdjęcia, o które on przecież w ogóle nie prosił. Kiedy pytała, skąd miały jego numer telefonu? Milczał. Kiedy mówiła, że przecież on też do nich pisał. Nie odpowiadał. Kiedy w końcu powiedziała: „Pomyśl, co one o mnie myślą. Facet, który ma żonę i dziecko siedzi w nocy przed kompem i pieprzy się z obcymi laskami??” , nie wytrzymała. Dostała szału, krzyczała, że nigdy nie pozwoli mu się dotknąć, że go nienawidzi, że gdyby nie Hania już dziś kazałaby mu się spakować.

Czuła się zdradzona i upokorzona. Mężczyzna, którego kochała, któremu ufała bezgranicznie, zamiast powiedzieć: „Kochanie, mamy problem. Coś jest nie tak w naszym związku”, uciekł w swój świat. A on powtarzał, że chciał jedynie poczuć się znowu mężczyzną, którego pożąda kobieta. To nic, że namiętność była wirtualna. Jemu dawała namiastkę tego, czego brakowało mu w domu. Nie powiedział tego Ance? A może próbował, a ona nie słuchała pochłonięta tysiącem innych rzeczy.

Budowanie ze zgliszczy

Anka wspomina rozmowy z przyjaciółkami: „Ile razy pytałyśmy siebie nawzajem, co byś zrobiła, gdyby cię zdradził? Podczas tych rozmówi często definiowałyśmy tę zdradę. Jedna mówiła, że seks z inną kobietą skreśla mężczyznę od razu, inna, że nigdy nie zniosłaby, gdyby on był zafascynowany inną kobietą, a zdrada fizyczna byłaby jedynie wynikiem tej fascynacji” wspomina Anka dodając: „Nigdy nie przypuszczałam, że zdrada może mieć jeszcze jedno oblicze.”

Pytam, czy wie, czy kiedyś z którąś się z nich spotkał na żywo? „Nie wiem, nie interesowało mnie to. Jakie miało znaczenie? Zdradził nas. Poszedł na łatwiznę zapełniając sobie w najbardziej prymitywny sposób braki, które odczuł w naszym małżeństwie” – odpowiada Anka.

Maciej długo nie rozumiał, co się wydarzyło. „Przyszedł moment, kiedy dotarło do mnie, jak Anka to odebrała. Odważyłem się w końcu spojrzeć na całą sytuację jej oczami… Ona powtarzała; „Postaw się w mojej sytuacji. Odwróć ją. To ja siedzę w nocy przed kompem i jestem jedną z tych kobiet, które wysyłają zdjęcia obcym mężczyznom.” Bałem się, że ją stracę. Że już nigdy nie odzyskam.”

Pół roku życia obok. Później rozmowa, łzy, deklaracja, że on już nigdy i że ona wybaczy, zapomni. Dwa lat udawania, że wszystko wróciło do normy i że znowu są ze sobą szczęśliwi. Nikt nie wiedział, co się między nimi wydarzyło. Na zewnątrz nadal byli dla innych związkiem godnym naśladowania.

W końcu ona nie wytrzymała. Poszła na terapię. „Byłam jak wyzuta z pożądania. Ale tylko wobec mojego męża. Pociągali mnie inni mężczyźni. Fantazjowałam o nich, żeby pobudzić wyobraźnię podczas seksu z mężem. Z drugiej strony widziałam, jak on się starał wszystko naprawić. Nie mogłam już tak dłużej. Miałam poczucie, że mogę z nim żyć, ale na boku chciałam mieć kochanka.” W końcu zdecydowali się na wspólną terapię.

Minęło pięć lat. Dziś dopiero mówią jednym głosem, że to ciężka praca, że walka o ten związek nauczyła ich wiele.  „Tego nie da się zamieść pod dywan, przejść do porządku dziennego udając, że nic się nie wydarzyło, że zapewnienia, że już nigdy więcej nie wystarczą.” – mówi Anka. Maciej dzisiaj wie, gdzie jest granica, której już nigdy nie chce przekroczyć. „Nauczyliśmy się siebie słuchać i rozmawiać, nawet o tych najtrudniejszych rzeczach. Jesteśmy mocniejsi. Ja jestem.”

Pytam jeszcze Ankę, co by zrobiła, gdyby zdradził ją fizycznie, realnie, czy byłoby trudniej? „Nie ma dla mnie żadnej różnicy pomiędzy jedną zdradą o drugą. Zdrada to upokorzenie drugiej osoby, bez względu czy ma miejsce w wirtualnym czy rzeczywistym świecie.”


Psychologia

Do widzenia Perfekcjo! Tak naprawdę nie istniejesz

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 października 2015
Fot. iStock

Nie ma ludzi idealnych, nie ma też perfekcyjnych kobiet. Myślisz, że taką znasz? Przekonaj się, jak bardzo się mylisz.

Słowa „Tak. Oczywiście. Nie ma żadnego problemu” są ci dobrze znane? Uśmiechasz się i mówisz, że pomożesz, upieczesz, odbierzesz, pojedziesz? A kiedy dzwonią znajomi, że wpadną na weekend, ty po ciężkim tygodniu mówisz ciepłym głosem, jak bardzo się cieszysz?

I nie ma w tym fałszu. Z przyjemnością spotykasz się z  innym. Pomagasz im też z przyjemnością. Mówią o tobie: „Perfekcyjna”. Krygujesz się: „To nieprawda. To, co robisz, nie stanowi dla ciebie problemem, lubisz taka być.

Dzwoni koleżanka pytając, czy możesz podwieźć ją na lotnisko o czwartej nad ranem. Robisz szybką kalkulację w głowie. Zgadasz się, wiedząc,  że zdążysz wrócić, nim dzieci wstaną i trzeba będzie wyjść z  psem na dwór. Innego dnia przyjaciółka prosi o upieczenie tortu na urodziny swojego męża. Wiesz, że będzie ci trudno, ale przecież jakoś dasz radę, w końcu to dla przyjaciółki.

Masz dzieci, męża. Nigdy nie narzekasz. Mówisz, że przeciwności cię nakręcają, że lubisz, gdy życia stawia przed tobą nowe wyzwania. Każdą złośliwość losu potrafisz przekuć w pozytyw.

Jesteś świetną koleżanką, na którą zawsze wszyscy mogą liczyć. Znajomi uwielbiają do ciebie przychodzić, bo wiedzą, że zawsze wyczarujesz coś dobrego do jedzenia i stworzysz atmosferę.

Czasami mówisz, że dzieci cię wkurzają, ale raczej nikt nie traktuje tego poważnie. Przecież wszyscy wiedzą, że jesteś świetną matką. Z mężem stanowicie dobraną parę w oczach bliskich i dalszych znajomych.

Szef w pracy z pobłażaniem patrzy, gdy mówisz, że masz wątpliwości, czy uda ci się dopiąć nowy projekt. Śmieje się: „Ty nie podołasz, chyba żartujesz. Kto, jak nie ty.”

Zawsze jesteś stawiana za wzór – bo konsekwentna (biegasz, dbasz o dietę), empatyczna, lojalna, dotrzymująca danego słowa.

Lubisz siebie taką.

A inni lubią przebywanie w twoim towarzystwie, choć niekoniecznie lubi ciebie samą. Przecież nikt nie przepada za idealnymi osobami, bo to one wpędzają nas w poczucie winy. Pokazują,  że staramy się za mało.

Fot. Flickr / Garry Knight / CC BY

Fot. Flickr / Garry Knight / CC BY

Nadal czytasz o sobie? Tej perfekcyjnej?

Bo perfekcja to samotność. To łzy gdzieś chowane w poduszkę. To zmęczenie, które czasami odbiera zdolność racjonalnego myślenia. To też strach. Nie, nie są dominujące. Czają się gdzieś z tyłu głowy. Bo przecież przychodzi moment, kiedy masz dość, czujesz zmęczenie i tym razem, to ty chciałabyś kogoś prosić o pomoc. Tylko jak? Kogo? Czy ktokolwiek potraktuje cię poważnie? Przecież ty nie narzekasz. Zapomniałaś, jak to jest się komuś wyżalić, pokazać, że jesteś słabsza.

Dzwonisz do przyjaciółki: „Mam chandrę, padam na twarz” – mówisz, a ona odpowiada: „Ty?!? Kochana, połóż się szybciej spać, rano znowu będziesz w formie.” Ne wyczuwa, że to głębszy problem, że sen nie pomoże,  a ty nie masz odwagi pociągnąć rozmowy. Słuchasz o jej podłej koleżance z pracy i kończysz rozmowę, gdy wiesz, że ona się wygadała.

Bycie perfekcyjną skazuje cię, na bycie  jedynie słuchaczem. Ty nie miewasz problemów, a jeśli już je masz, to zdaniem innych świetnie sobie sama z nimi radzisz, za co podziwiają cię wszyscy wokół.

Mówisz partnerowi, że dusisz się, że brakuje ci przestrzeni, że poczucie stania w miejscu dobija cię. A on głaszcze po plecach i żartuje, żebyś poszła pobiegać,  wtedy będziesz miała i przestrzeń i więcej powietrza.

Bycie perfekcyjną to brak zrozumienia dla gorszych dni, dla dylematów i wątpliwości. Przecież ty zawsze wiesz, czego chcesz i umiesz dążyć do celu.

Kiedy wychodzisz z imprezy, bo masz dość uśmiechania się do wszystkich i zmuszania się do świetnej zabawy, koleżanka obraża się, że nie dotrzymałaś jej towarzystwa, na którym jej tak bardzo zależało.

Bycie perfekcyjną to zgoda na udawanie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że zawsze będziesz w nastroju jakiego oczekuje od ciebie otoczenie.

Siedzisz w domu i czujesz bezsilność. Pomimo wielu przyjaciół wokół nie masz do kogo zadzwonić, komu się wyżalić. Nie wiesz, kto mógłby ciebie wysłuchać i doradzić.

Bycie perfekcyjną to samotność, na którą sama się skazujesz. Przecież idealni nie mają dylematów, nie potrzebują doradców, by podjąć istotne decyzje,  świetnie sobie radzą sami. W końcu za to inni tak ich uwielbiają…

Nadal jesteś tą perfekcyjną?

A może kogoś tak nazywasz? Jeśli tak, zadzwoń do niej, spytaj co słychać i zaproponuj wspólny wypad do kina, wpadnij z ciastem. Pokaż jej, że jest ktoś, kto o nią zadba, przy kim wcale nie musi być idealna. To wystarczy.


Zobacz także

Jeśli doświadczyłaś której z tych rzeczy, masz w swoim otoczeniu kogoś z negatywną energią

20 sposobów, żeby ułatwić sobie życie w 10 minut (albo mniej)

Potraktuj miłość jak dietę. Być może to najlepszy sposób na stworzenie dobrego związku?