Psychologia

Magda. „Nie chcę dziś wychodzić. Tam jest mi dobrze i bezpiecznie. Cholera znowu płaczę”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
5 listopada 2015
Fot. iStock
 

Po raz kolejny jesteśmy na terapii u Magdy, która poznaje powoli mechanizmy swoich zachowań. Wie już, że złość nie jest niczym złym. Że nie musi wchodzić w rolę pilnej
i grzecznej uczennicy. Szuka powodów swoich reakcji, uczy się mówić o swoich emocjach, tych najbardziej skrywanych, o których nigdy wcześniej nie rozmawiała.

Piątek, godzina 15:00

Ja: Dzień dobry

Terapeutka: Dzień dobry. Co słychać?

Ja: Zawsze pani o to pyta: co słychać

Terapeutka: Tak? Nie zwróciłam uwagi

Ja: A interesuje to Panią? Co słychać? Co to za pytanie?

Terapeutka: Denerwuje Panią?

(nożesz, jasne, że denerwuje, bo przecież Ona i tak ma w nosie, co słychać)

Terapeutka: Chyba nie pytam zawsze co słychać?

(wrrrr, czepia się słówek)

Ja: No nie.

Terapeutka: A o co pytam?

Ja: Jak się czuję…

(gula w gardle. Jak się czuję, jak się czuję, czy my musimy zawsze o mnie?!?)

Ja: Nie chcę mówić o mnie.

Cisza

Ja: Moja przyjaciółka Ola jest w ciąży. Strasznie się cieszę. Ma już córkę, ale bardzo chciała drugie dziecko. To było jej marzenie. Dwa razy poroniła. Po pierwszym poronieniu nie bała się drugiej ciąży, ale jak znowu poroniła, to była masakra. Tak strasznie płakała, choć ona z tych, co emocje chowają głęboko. Pisała mi maile, nie mogła o tym rozmawiać. O, ona by się nadawała na terapię. Po prostu zero mówienia o sobie, dbania o siebie. Woli się schować w swojej skorupie niż dać sobie pomóc. Ma tyle rzeczy do przepracowania. Z jej mamą… Zresztą nieważne. Ważne, że jest w ciąży. I jest taka szczęśliwa. Bała się bardzo na początku, w ogóle nie chciała o tej ciąży rozmawiać. Teraz to już połowa, więc powodów do strachu mniej. I widzę, jak ona się cieszy, cudowne.

Terapeutka: Dlaczego o niej Pani opowiada? Nigdy Pani nie wspominała tej przyjaciółki. Była mama, siostra, Agnieszka, Beata. Ale Ola? Pierwszy raz o niej Pai mówi…

(tak, wiem, i nie wiem, dlaczego akurat o niej? Opowiadałam o Olce i już wtedy myślałam: O matko, dlatego o niej gadam??? Ale nie mogłam przestać)

Ja: Nie wiem…

Terapeutka: A nie mówiła Pani o sobie?

(nieeee, no nie. Czy wszystko, co mówię, musimy analizować?!?)

Ja: Ale ja nie jestem w ciąży…

Terapeutka: Mówiłyśmy ostatnio o spełnianiu marzeń, o zmianach, na które chce się Pani zdecydować. I których się Pani boi. Czy jej strach, nie jest Pani strachem. Jej się udało, po próbach, po stresie. Pani też się uda.

(i znowu ryczę. Czy ja kiedyś przeżyję choć jedną sesję bez płaczu? Jestem mięczak, nie potrafię zapanować nad emocjami. Wyrażam je tylko płaczem. Wzruszam się – płaczę, złoszczę się – płaczę)

Cisza. (oprócz mojego wycierania nosa. Widzę to. Już wiem, rozumiem, że nie mówiąc o Oli, mówiłam o sobie. Chowam się w skorupie, nie cierpię pytania: jak się czuję, co słychać, kiedy ktoś się mną interesuje, czuje się zagrożona, jak Olka. A może chcę myśleć, że ona tak ma?)

Terapeutka: Co Pani wie o mnie?

(na początku ustaliłyśmy, czy się znamy. Nie mamy wspólnych znajomych. Jesteśmy dla siebie obcymi osobami, tylko tak terapia ma sens)

Ja: Wiem, że ma Pani syna. Była Pani w ciąży, jak zaczynałyśmy terapię.

Terapeutka: No tak (uśmiech). A co jeszcze? Jak sobie Pani wyobraża moje życie?

Ja: Sama Pani wychowuje syna. Mieszka pod miastem. W domu. Za nim jest taka duża łąka. I sąsiedzi daleko.

Terapeutka: Mam psa?

Ja: Tak. Dwa. (śmieję się)

Terapeutka: Małe?

Ja: Nieeee, duże. Piękne wilczury.

(czuję, jak się uspokajam mogąc mówić o niej)

Ja: Mieszka Pani z rodzicami, ale oni się zbytnio nie wtrącają w Pani życie. Tata jest ciepły, wyrozumiały, kochający. Zawsze może Pani na niego liczyć. Mama jest, gdzieś tam z boku zupełnie.

Terapeutka: A rodzeństwo?

Ja: Siostra. W podobnym wieku. Bardzo się kochacie, wspieracie.

Terapeutka: A gdyby się okazało, że mieszkam tu niedaleko, w wieżowcu. Na ósmym piętrze. Mam psa, yorka, małego szczekającego….

Ja: Nieee, to niemożliwe. To w ogóle do Pani nie pasuje.

Cisza. (ciekawe czy się zgadza – myślę)

Terapeutka: O kim Pani mówiła, czyje życie Pani sobie wyobraziła? Moje?

(czuję trzask w głowie)

Ja: A nie?

(jeszcze się bronię)

Terapeutka: To ja Panią pytam. O kim mi Pani przed chwilą opowiedziała?

(tak, wiem… wzdycham)

Ja: O sobie. Chciałabym, żeby tak wyglądało moje życie.

(Ona uśmiecha się tak ciepło. Chciałabym się do niej przytulić. Podziękować, że otworzyła mi oczy. Usłyszeć, że to wszystko jest możliwe. Nie chcę dziś wychodzić. Chciałabym zostać z tym obrazem, który powstał w mojej głowie. Tam jest mi dobrze i bezpiecznie. Czuję tę wyjątkową więź z terapeutką. Kocham ją. Wiem, że to co czuję do niej, czuję do siebie… Cholera, znowu płaczę)

Dzwoni dzwonek. Koniec na dziś. Muszę wyjść.

Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Magdy:

  1. Pierwszy raz. „To był impuls. Czułam, że lecę głową w dół i zaraz się rozbiję, że nie mogę nad tym zapanować”

  2. Walka z murem. „Wszystko we mnie krzyczy, zerkam na zegarek, ile czasu zostało?”

  3. Nie chcę dziś wychodzić. Tam jest mi dobrze i bezpiecznie. Cholera znowu płaczę –  czytasz ten odcinek


Psychologia

Magda. Dwa kroki do wolności

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
21 listopada 2015
Fot. iStock / pixalot
 

Terapia bywa męczącą. A raczej to my bywamy nią zmęczeni. Magda też jest. Nie ma ochoty mówić o emocjach. Chce odpocząć. Po prostu sobie posiedzieć.

Piątek. Godzina 15:00

Gabinet jest surowy. Biurko, kozetka fotel dla niej – jeden, drugi dla mnie. Wiem, że przyjmują tu też lekarze innej specjalizacji. I chusteczki na tym biurku. Pewnie potrzebne tylko podczas wizyt u niej. Kiedyś się śmiałam, że to takie „filmowe”, te chusteczki. Śmiałam się, jak pierwszy raz wyciągnęła je dla mnie. Płakałam i śmiałam się. Powiedziałam jej wtedy, że zastanawiałam się zawsze, czy one faktycznie w gabinecie psychoterapeuty są potrzebne.

Nad jej głową wisi tablica z opisanym przewodem pokarmowym i jakimiś chorobami. Nic z niej nie udało mi się zapamiętać. Czasami patrzałam na balkony mieszkań naprzeciwko. Wolałam myśleć, co robią ludzie, którzy tam mieszkają, niż co słychać u mnie.

W gabinecie wisiał obraz. Jedyna ładna rzecz.

Terapeutka: O czym Pani myśli.

Ja: O niczym. (dzisiaj mam pustkę w głowie, nie chce mi się niczego odkrywać)

Cisza

Lubię tak siedzieć i nic nie mówić. Gdzie ten czas, kiedy miałam jej tyle do powiedzenia. Tyle błahych rzeczy, które wydawały mi się ważne. Teraz doceniam tę ciszę.

I ten obraz.

Ja: Lubię ten obraz.

Terapeutka: Tak? Dlaczego?

Ja: Nie wiem. Taki spokój na nim jest.

Terapeutka: A co Pani na nim widzi?

Ja: Kota.

Terapeutka: Kota? (zdziwiona i uśmiechnięta odwraca się i patrzy na obraz)

Ja: No tak, kota. Kota w płaszczu. W długim czarnym płaszczu spod którego wystaje tylko ogon. Trzyma w łapach ten wielki różowy parasol.

Terapeutka: A jak ma na imię?

Ja: No jak. Findus. Zna Pani taką bajkę dla dzieci? O kocie Findusie i jego staruszku Pettsonie? Moje dzieci uwielbiają, ja też. Ten kot umie mówić. Pewnego dnia postanawia się wyprowadzić. Pettson urządza mu mieszkanie obok swojego domu. Zresztą mnóstwo jest tych historii.

Terapeutka: Ale opowiada Pani właśnie tę o wyprowadzce…

(wiem, co chce powiedzieć. Też stoję przed podjęciem decyzji, wkurza mnie, że widzi drugie dno. A ja chcę dziś spokoju. Bezpiecznego dla mnie tematu, bez trudnych emocji)

Terapeutka: Koty lubią chodzić swoimi drogami…

Ja: No tak.

(i koniec. Chusteczki. Tak łatwo mnie dotyka. Czuję znowu gulę w gardle, już nie chcę nic więcej mówić)

Cisza. Już nie ma w niej spokoju.

Ja: Zazdroszczę mu. Temu kotu z obrazu…

Terapeutka: Czego?

Ja: Że może iść, gdzie chce. Że może wybrać swoją drogę i iść powoli, nigdzie się nie spieszyć…

(dlaczego to tak boli, przecież to tylko cholerny kot z różowym parasolem)

Terapeutka: A jak Pani myśli, gdzie on idzie?

Ja: Nie wiem.

Kot w czarnym płaszczu z różowym parasolem jest na pierwszy planie. Przed nim jest już tylko biało brudne tło. Trochę jak śnieg.

Ja: Mam wrażenie, że za chwilę, za moment wejdzie w tę białą przestrzeń. A tam jest tak cicho i spokojnie. Tam jest szczęśliwy.

Terapeutka: Co Pani widzi?

(tak wiem, to nasza gra: nie umiesz mówić emocjach – opowiedz obrazkiem)

Ja: Widzę tego kota, jak patrzy przed siebie i widzi wielką przestrzeń. Taką, której nic nie zakłóca aż po horyzont. Jak wielka łąka. On musi tylko zrobić dwa kroki. Dwa kroki do wolności. Gdzie już od nikogo nie będzie zależeć. Gdzie jest spokój. I cisza.

Terapeutka: Co znaczy od nikogo nie zależeć?

Ja: Że tam może podejmować decyzje nie oglądając się na innych. Nikogo za sobą nie ciągnie. Nie przytłacza go odpowiedzialność. Jest taki lekki… I taki wolny. Nikt niczego od niego nie oczekuje…

(płaczę. Boże ile bym dała za to…)

Terapeutka: Dostałam ten obraz od znajomej. Była przed sześćdziesiątką, kiedy postanowiła spełnic swoje marzenie i zaczęła malować. Zawsze chciała to robić, tylko nigdysię nie składało. Zaprosiła mnie na swoją pierwszą wystawę… Ten obraz też namalowała…

Ja: Piękny.

Dzwonek. Koniec. Popatrzę na niego za tydzień.

Noszę ten obraz w głowie. I te emocje. Marzenia o wolności. Te dwa kroki to bardzo dużo. Ale robię je. Powoli. Przesuwam się powoli do przodu.

Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Magdy:

  1. Pierwszy raz. „To był impuls. Czułam, że lecę głową w dół i zaraz się rozbiję, że nie mogę nad tym zapanować”

  2. Walka z murem. „Wszystko we mnie krzyczy, zerkam na zegarek, ile czasu zostało?”

  3. Nie chcę dziś wychodzić. Tam jest mi dobrze i bezpiecznie. Cholera znowu płaczę

  4. Dwa kroki do wolności  –  czytasz ten odcinek


Psychologia

Ewa. „Chciałabym być dla Pani wyjątkowa, a przecież to tylko wykupione wizyty z obcą osobą. To takie dziecinne.”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
27 października 2015
Fot. Unsplash / Dominik Martin / CC0 Public Domain

Wracamy do Ewy, która zgłosiła się na terapię z powodu fatalnych relacji z mężczyznami i ogólnego poczucia, że nie jest lubiana przez innych. Ewa była w dzieciństwie bita przez ojca, do czego przyznaje się na jednej z wizyt. Terapeutka okazuje jej wsparcie i zrozumienie. Zaczynają rozmawiać o jej złości wobec mężczyzn, czy nie jest ona przeniesionym uczuciem z ojca. Ewa powoli otwiera się przed Terapeutką, ale też zaczyna okazywać jej swoją złość.

Środa 18.00 (dwa miesiące później)

Ja: Mam wrażenie, że Pani nie słucha.

Terapeutka: Skąd takie wrażenie?

Ja: Bo cały czas zerka Pani na zegar.

Terapeutka: Zerkam? Nie wydaje mi się..

Ja: No przecież widzę.

Terapeutka: Gdyby tak było, to co Pani myśli, gdy tak się zachowuję?

Ja: Że jest Pani instrumentalna.

(Hahaha, ale się miota)

Terapeutka: Instrumentalna? W jaki sposób?

Ja: Bierze Pani kasę i odlicza minuty.

Terapeutka: Ach, czyli wykorzystuję Panią finansowo?

(Chyba jest zirytowana)

Ja: Coś w tym rodzaju. Ma Pani w dupie, co mówię.

Terapeutka: Czyli jest Pani dla mnie nieważna?

Ja: Tak. Zresztą ma Pani mnóstwo takich pacjentów. Ledwo Pani pamięta, co tu mówią.

Terapeutka: Czy dałam Pani kiedykolwiek odczuć, że nie pamiętam tego, o czym Pani tu opowiadała?

Ja: Nie wiem… Raczej tak. Na pewno.

Terapeutka: A może Pani dać mi jakiś przykład?

(Jasne. Zapisuję sobie w pamiętniku jej błędy. Egocentryczka).

Ja: Już wiem. Nie pamiętała Pani imienia mojej mamy.

Terapeutka: Tak? To przepraszam.

Ja: No właśnie.

(Dobrze, że umie chociaż przepraszać. Moi rodzice nigdy nie przepraszali za nic)

Terapeutka: Coś jeszcze?

(O luuudzie…)

Ja: Nie pamiętam.

Terapeutka: Rozumiem więc, że fakt, iż raz nie pamiętałam imienia Pani mamy, świadczy o tym, że jest Pani dla mnie nieważna, czy tak?

(Cholera. Powinna pracować jako adwokat, a nie psycholog!)

Ja: Nie tylko.

Terapeutka: Co jeszcze?

Ja: Mówiłam, że nie pamiętam! (Zezłościła mnie)

Terapeutka: Jest Pani na mnie zła?

Ja: Tak. Bo tak Pani na mnie naciska.

Terapeutka: Próbuję zrozumieć. Nie chciałabym, by Pani czuła, że jest dla mnie nieważna.

Ja: Dlaczego?

Terapeutka: Bo tak nie jest.

(Miło. Cisza. A teraz płaczę. Idiotyzm! Czego tak beczysz? Podaje mi chusteczkę.)

Terapeutka: Coś Panią poruszyło w naszej rozmowie?

(Potakuję głową)

Terapeutka: Gdy powiedziałam, że jest Pani dla mnie ważna?

(Tak)

Terapeutka: Tak, jest dla mnie ważne, co Pani mówi. I to, że Pani tu jest.

(Cisza. Siorbię nosem jak gówniara i jestem na siebie zła. Roztkliwiam się od jakiś sloganów, które sprzedaje wszystkim. No ilu ma tu pacjentów?? Koleś przede mną, laska za mną. Pięciu dziennie? Dwudziestu tygodniowo? Wszyscy jesteśmy ważni???)

Terapeutka: O czym Pani myśli?

Ja: Że niezłe ściemy Pani tu uskutecznia.

Terapeutka: Jakie na przykład?

Ja: O tej ważności. Ma Pani ze dwudziestu pacjentów tygodniowo…

Terapeutka: Dwunastu. Czy to zaprzecza temu, co powiedziałam?

Ja: I każdy jest dla Pani tak ważny?

Terapeutka: „Tak ważny”? Czyli jak?

Ja: Jak ja.

(Uśmiecha się do mnie ciepło i jeszcze bardziej mnie wkurza. Pewnie nie odpowie.)

Terapeutka: Wszyscy moi pacjenci są dla mnie ważni, choć mam różne uczucia i myśli wobec nich.

Ja: Jakie ma Pani uczucia i myśli wobec mnie?

(Chwilę patrzy na mnie. Jest uważna i zatroskana)

Terapeutka: Martwię się o Panią i troszczę. Lubię słuchać, gdy Pani opowiada o swojej córce. Lubię, jak się Pani uśmiecha. Myślę, że potrzebuje Pani czuć się ważna. I że jest Pani na mnie teraz zła, że nie jest Pani moją jedyna pacjentką, co rozumie Pani jako odbieranie sobie tej ważności. Chce Pani być dla mnie wyjątkowa, prawda?

(Skąd ona to wie???)

Ja: To śmieszne.

Terapeutka: Co jest śmieszne?

Ja: Takie dziecinne trochę. Że chciałabym być dla Pani wyjątkowa, a przecież to tylko wykupione wizyty z obcą osobą.

Terapeutka: Jestem dla Pani obca?

(W sumie nie. Jest mi bliska)

Terapeutka: Pani Ewo, dobrze Pani to ujęła. Pragnienie bycia wyjątkowym i ważnym dla mnie jest naturalne w przypadku wszystkich pacjentów. (Co mnie obchodzą wszyscy?!). Jest też naturalne dla Pani. Przenosi Pani pragnienia ze swojego dzieciństwa tutaj. Czy czuła się Pani oczkiem w głowie swoich rodziców? Taty? Mamy?

Ja: Rzadko.

Terapeutka: Tęskniła Pani za tym, prawda?

(Znów się rozpłaczę. Cienias)

Ja: Tak.

Terapeutka: Co oznaczało dla Pani bycie oczkiem w głowie?

Ja: (Hmmm). Chciałam, aby mama pozwoliła mi czasem spać ze sobą. (cisza) Chciałam, aby przywieźli mi pluszowego psa, gdy pojechali do Stanów, ale zapomnieli. (cisza). Chciałam, aby odrabiali ze mną lekcje czasami. Takie tam…

Terapeutka: Przykro mi, że Pani tego nie dostała. Każde dziecko tego potrzebuje. Mała Ewa też bardzo potrzebowała.

(Znów płaczę i mam dość. Resztę sesji siedzimy w ciszy. Tym razem ja patrzę na zegar i spokojnie odliczam minuty do końca).

Terapeutka: To tyle na dzisiaj. Dziękuję za tę sesję. Mam prośbę, proszę na kolejne spotkanie zanotować gdzieś gesty/słowa/reakcje innych ludzi, które byłyby dla Pani sygnałem, że jest Pani dla nich ważna. Cokolwiek.

(Aha. To zamieniam się w uczennicę i będę teraz odrabiać lekcje. Świetnie)

Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Ewy:

  1. Ewa, pierwsza wizyta. „Jestem tylko dzieckiem, któremu zrobiono złe rzeczy, dlatego jest złe”

  2. „Chciałabym być dla Pani wyjątkowa, a przecież to tylko wykupione wizyty z obcą osobą. To takie dziecinne.” – czytasz ten odcinek.