Psychologia

Magda. Pierwszy raz. „To był impuls. Czułam, że lecę głową w dół i zaraz się rozbiję, że nie mogę nad tym zapanować”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
19 października 2015
Fot. SnapWire / Cole Patrick / CC0 Public Domain
 
Ruszamy z cyklem „Zapiski z terapii”. Będziemy opowiadać co dzieje się w gabinetach u psychoterapeutów. Co daje terapia, dla kogo jest, w czym może pomóc. Wszystkiego dowiedzie się czytając historie pacjentów i ich wrażenia z terapii.
Cykl rozpoczynamy relacją Magdy. Magda jest po trzydziestce, ma męża, dwójkę dzieci. Terapię zaczęła w momencie, w którym czuła, że dusi się w swoim życiu. Wydawało się jej, że wszystko z powodu… śmierci Taty.

Dlaczego się zdecydowałam na terapię? To był impuls. Jeden dzień, kiedy miałam poczucie, że tonę, że nie mam już siły zapanować nad swoim życiem, emocjami. Wyszukałam numer. Zadzwoniłam. Miałam poczucie, że ktoś wyciągnął rękę, żebym się nie utopiła. Że ktoś spojrzy na moje życie z boku i powie, co mam robić. Tak… tu się bardzo myliłam.

Co czułam idąc już na terapię? Chyba przede wszystkim ciekawość. To było z pewnością najbardziej dominujące uczucie. Byłam ciekawa, co się wydarzy, czego się dowiem o sobie. I bałam się. Bardzo. Że dowiem się czegoś, czego nigdy nie chciałam wiedzieć.

Pierwszy raz. Piątek, godzina 15:00

Terapeutka: Dlaczego Pani do mnie przyszła?

Ja: Właściwie, to nie wiem.

Terapeutka:???

Ja: Kiedy zadzwoniłam do Pani, żeby się umówić to był impuls. Czułam, że lecę głową w dół i zaraz się rozbiję, że nie mogę nad tym zapanować.

Terapeutka: A dziś Pani tego nie czuje?

Ja: Dziś to nie wtedy (śmieję się). Właściwie szłam do Pani i się zastanawiałam, po co idę, wszystko jest już w porządku.

Terapeutka: Co znaczy w porządku?

(co za uparta baba, dałaby spokój i bym wyszła)

Ja: No, że już nie spadam. Udało mi się zatrzymać, mam nad tym kontrolę.

Terapeutka: A jednak Pani przyszła…

Ja: Bo się umówiłam, nie mogłam nie przyjść.

(czuję, jak rośnie mi gula w gardle, ja na fotelu, ona też, patrzy tak spokojnie, a ja za chwilę nie wydobędę z siebie ani słowa, bo się zwyczajnie rozpłaczę, w głowie rozbrzmiewa pytanie „co się z tobą dzieje?”)

Cisza (mam wrażenie, że powinnam coś dodać, powiedzieć)

Ja: Nie wiem… Mam dość, chcę się zapaść pod ziemię, zasnąć i przeczekać, aż to wszystko się skończy.

(mówię „wszystko” i już wiem, że to ogólnik, że będę musiała to nazwać, chcę uciec, ale Ona chyba to wyczuwa)

Terapeutka: Proszę opowiedzieć o sobie.

(więc opowiadam, o rodzicach, o tym, że tata nie żyje – wtedy byłam pewna, że tym się skupimy, o dzieciach, pracy, mężu, który wkurza mnie pierdołami, skupiam się na dzieciach, mówienie o nich daje mi spokój, zresztą to taki bezpieczny temat)

Terapeutka: Proszę opowiedzieć o tym, jak była Pani mała, pierwszą rzecz, jaką Pani pamięta.

Ja: (szukam w głowie, cisza się przedłuża) Nie wiem, jak tata zaprowadza mnie do przedszkola. 200 metrów przed nim mnie zostawia, żebym sama już sobie doszła. Biegnę i się wywracam, kiedy się oglądam tata już jest daleko. Nie wołam go. Taka pozdzierana, z kolanem rozbitym wchodzę do przedszkola.

(dziwię się, że to pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy, przecież jest tyle innych, szybko uzupełniam wspomnienia)

Ja: Pamiętam też, jak dostałam pod choinkę lalkę, nienawidziłam lalek… I jak łyżwy dostałam i jeździłam na nich po chodniku, były takie zimy, że chodniki były oblodzone.

Terapeutka: A siostra?

Ja: Siostra? Pamiętam, jak mamę zabierali do szpitala, jak tata przyszedł do cioci, u której byłam i powiedział, że mam siostrę.

Terapeutka: Co Pani czuła?

Ja: Co czułam? Nie wiem, chyba się cieszyłam… Pamiętam, jak przyjechali z nią po mnie do przedszkola. Miała taką czarną głowę, długie sterczące włosy. Kiedyś, jak płakała, powiedziałam mamie, że pewnie ma mokro, nie chciało mi się jej bawić. Mama powiedziała, żebym ją przebrała. Więc zmieniłam jej pieluchę, zawołałam mamę, żeby włożyła ją z powrotem do łóżeczka, bo nie miałam jak. Mama była w szoku, że to zrobiłam. Miałam sześć lat.

(nie chcę mówić o tym, jak byłam mała, po co to komu, mam nadzieję, że już wystarczy tych wspomnień, nie chcę mówić o mamie, siostrze, chcę o tacie)

Terapeutka: A co Pani pamięta o mamie? Jak była Pani mała, takie najwcześniejsze wspomnienie.

(znowu grzebię w głowie, irytując się, że nie mogę sobie nic przypomnieć, w końcu jest).

Ja: No pamiętam, jak mama zaprowadziła mnie pierwszy dzień do przedszkola i zostawiła. Nie płakałam, pocieszałam wszystkie dzieci.

(uff, poczułam ulgę i dumę, że jednak coś znalazłam, niepokój czaił się gdzieś z tyłu głowy… nie wiedziałam, dlaczego się pojawił).

Terapeutka: Coś jeszcze, ale nie, nie z czasów, gdy była już Pani siostra, wcześniej.

(głowa mi paruje i nagle trafia do mnie, że nic nie pamiętam, że nic nie ma, pustka! I łzy w oczach)

Ja: Nie wiem, nie mogę sobie przypomnieć, ale na pewno coś było.

Terapeutka (ze spokojem): Możemy zacząć terapię, to nie będzie łatwe. Terapia to ciężka praca z samym sobą. Ja w tej pracy i zrozumieniu siebie mogę Pani towarzyszyć. Ale uprzedzam, będzie mnie Pani nienawidzić, będzie chciała stąd wyjść i nigdy nie wracać. Albo przyjść i nic nie mówić. Będzie Pani czuć nienawiść i zaraz potem miłość do najbliższych. Terapia to huśtawka emocji, nauczenie się mówienia o nich. Tak naprawdę od Pani będzie zależeć, w jakim tempie i w jakim stopniu się Pani z tym upora.

(czy naprawdę właśnie to powiedziała? Terapia zweryfikowała to, co ja chciałam usłyszeć, a co ktoś mówił naprawdę, później to odkrycie mnie zaskoczyło)

Terapeutka: To co, umawiamy się? Proszę sobie przypomnieć wspomnienia związane z Pani mamą, na następną sesję.

(nie przypomniałam sobie, okazało się, że jej nie pamiętam, jakby jej nie było wcześniej, kiedy byłam mała, pamiętałam, jak okładała mnie wieszakiem, bo czegoś nie zrobiłam – tylko raz mnie uderzyła, na rękach trzymała moją małą siostrę, ale miałam już wtedy siedem lat, reszta wspomnień jest jeszcze młodsza)

Piątek (już kolejny) godz. 15:00

(lubię moją terapię, najbardziej lubię, jak odkrywam coś dla siebie, uczę się, wchodzę z uśmiechem i opowiadam, jak świetnie się czuję, jak mierzę się z tym, o czym mówimy, wyciągam wnioski, jestem dumna z siebie)

Terapeutka: I liczy Pani na pochwałę?

(oniemiałam)

Terapeutka: Powinnam Panią pochwalić? Przychodzi tu Pani co tydzień, mówi o tym, jak świetnie sobie Pani radzi z terapią, opowiada mi Pani to wszystko, czego się nauczyła, jakie ma wyniki. Robi to Pani, żeby mi pokazać, jakim jestem świetnym terapeutą, a Pani wyjątkową klientką? Że zadzwonię do mojego superwizora i powiem: „Wiesz, jaką mam świetną dziewczynę, jakie robi postępy. To prawdziwy skarb”.

(siedzę lekko wmurowana, czy ona się ze mnie nabija? Czy jej ton jest sarkastyczny? Jestem w szoku i wściekłość we mnie narasta, ale uśmiecham się lekko)

Terapeutka: Wchodzi Pani w rolę grzecznej i pilnej uczennicy, która robi wszystko, by dostać jak najlepszą ocenę. A może w rolę grzecznej córki, która robi wszystko, by zadowolić swojego rodzica?

(łzy płyną mi po policzkach, czuję się upokorzona, zmieszana z błotem, widzę Ją, a raczej jej wielki obcas, którym wdeptuje mnie w ziemię, jak robaka nic nie znaczącego, a przecież tak się starałam, jak ona tak może mówić, nie chcę się chwalić, ja to naprawdę wszystko zrozumiałam, przerobiłam, idę w złą stronę? Co robię nie tak? Niech ona mi powie! Czy to źle, że się staram?)

Cisza

Cisza

Terapeutka: Co Pani czuje?

Ja: Nic (przełykam łzy)

Cisza

Ja: Jest mi smutno, bo to nie jest tak, jak Pani mówi, ja naprawdę się staram.

(chcę ją przekonać, że się myli, a może ja źle wybrałam terapeutę?)

Terapeutka: Ale ja nie powiedziałam, że się Pani nie stara.

(patrzę na nią kompletnie zdezorientowana)

Terapeutka: Jest Pani na mnie zła?

Ja: Nie

Terapeutka: Nie czuje Pani złości?

(gula w gardle znowu rośnie, mam wrażenie, że zaraz zacznę szlochać w głos, że już nic tego nie powstrzyma)

Ja: Mam gulę w gardle, nie mogę mówić.

Terapeutka: To proszę opowiedzieć, co jest w tej guli

(jak to opowiedzieć, co jest w guli? czuję się, jak przepuszczona przez maszynkę do mielenia mięsa)

Ja: Robaki

Terapeutka: Jakie robaki?

Ja (ocierają łzy, łapiąc oddech smarkając w chusteczki postawione na biurku): Jest taki zwiastun jakiegoś filmu. Nie wiem jakiego. Tam jest kobieta, która otwiera usta i wychodzą z niej robaki, całe mnóstwo, rozlewają się wokół. Ona jest taka przerażająca…

Terapeutka: Boi się Pani, że jak otworzy usta, to te robaki się wysypią?

Ja: Tak

(wydukuję i dociera do mnie, że ta gula to wściekłość, że to złość, którą tłumię w sobie, zamieniam w łzy i sztuczny uśmiech, otwieram oczy i chcę coś jeszcze powiedzieć, ale dzwoni dzwonek. Koniec. Do następnego piątku. Zostaję z tym.)

Dziś wiem, że te spotkanie z terapeutą to było najlepsze, co mogłam dla siebie zrobić. Terapia to nazwanie mechanizmów, które powodują te a nie inne uczucia. To mnie zaskoczyło najbardziej, że można przyjrzeć się sobie z boku. Do dziś to robię. Siadam na fotelu mojej terapeutki i przyglądam się sobie z dystansem, z wiedzą, którą zdobyłam. Wiele emocji potrafię nazwać, pochylić się nad nimi i dojść do tego, skąd się we mnie biorą. Nie powierzchownie, ale czym są głębiej powodowane.


Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Magdy:

  1. Pierwszy raz. „To był impuls. Czułam, że lecę głową w dół i zaraz się rozbiję, że nie mogę nad tym zapanować” –  czytasz ten odcinek.

  2. Walka z murem. „Wszystko we mnie krzyczy, zerkam na zegarek, ile czasu zostało?”

  3. Nie chcę dziś wychodzić. Tam jest mi dobrze i bezpiecznie. Cholera znowu płaczę 


Psychologia

Ewa, pierwsza wizyta. „Jestem tylko dzieckiem, któremu zrobiono złe rzeczy, dlatego jest złe”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
22 października 2015
Fot. SnapWire / CC0 Public Domain
 

Ewa jest silną, niezależną kobietą. Samotną, po rozwodzie. Ma 34 lata. Do gabinetu psychologa trafia, bo jedna z jej współpracowniczek rzuciła: „Jesteś nieznośna, nie da się z tobą wytrzymać, nikt cię nie lubi!”. Ewa chciałaby, żeby ją lubili. To pomogłoby jej budować relacje z innymi. Byłoby jej łatwiej w pracy, może kogoś by znalazła. Ale ludzie ją wkurzają: o nic nie dbają, tyle błędów popełniają! Jak można patrzeć na to łaskawym okiem?! Ech.

Środa 18.00 (Pierwsza wizyta)

Rozglądam się w poczekalni. Pani recepcjonistka skubie coś w paznokciach i próbuje przegryźć skórkę. Jak ja to dobrze znam! Ten nie dający spokoju kawałek palca, który zdaje się łaskotać, mamić, uwodzić i nieźle potrafi spier**lić dzień. Zwykle ląduje u swojej manikiurzystki z plastrem na ofierze swojej masochistycznej natury i tłumaczę, że niby co miałam zrobić, jak słaby ten naskórek jak diabli. A ta farbowana blond lala znęca się nad swoim palcem, odbierając mi nadzieję, że wyleczę tu swoje natręctwa, kompulsje i inne demony. Nie chodzi o to, że przychodzę z powodu obgryzania nędznych skórek, ale że ta droga pani, pracująca w miejscu, które ma pomagać ludziom, powinna być doprawdy zdrowa i nie żreć własnych rąk! – Pani Z ma lekkie opóźnienie – informuje mnie recepcjonistka przerywając koronkową robotę na swoim palcu i uśmiecha się do mnie przepraszająco. – Lekkie? To znaczy? – wpatruje się w jej palec, złośliwie dając znać, że znam jej sekret. – Jakieś piętnaście minut – ignoruje mnie i wlepia nos w ekran komputera.

– Hmmm… to chyba nieprofesjonalne – mruczę wkurzona, myśląc o sałatce z awokado, którą planowałam przygotować sobie na wieczór. – Pani Z jest bardzo profesjonalna, ale dziś jest dzień spóźnień i wszyscy przychodzą z opóźnieniem – tłumaczy cierpliwie recepcjonistka nadal nie obdarzając mnie żadnym fragmentem spojrzenia.

– Wydawało mi się, ze jak pacjent się spóźnia, to jego problem. Ma krótszą wizytę – cytuję tekst z podręcznika dla klinicystów. Odrywa wzrok znad ekranu i patrzy na mnie bez słowa (ma ładne niebieskie oczy), po czym odpowiada: – Pani Z ma dobre serce. Proszę dać jej szansę. Poprawia się : – Sobie szansę.

Daje więc szansę przez kolejne dwadzieścia minut, aż drzwi się otwierają i staje w nich drobna szatynka w okularach. Myślę od razu, że wygląda inaczej niż na zdjęciu w Internecie. Jest taka krucha.

– Zapraszam – uśmiecha się miło. – Przepraszam. Dziś są strajki taksówkarzy. Wszyscy mają problem z dojazdem. „Jasne. Problem z dojazdem. Proste” – łykam jej wytłumaczenia jak w dzieciństwie kanapki z pasztetową, jest taka ciepła. Ona.

Nic nie mówię. Rozglądam się wokół. Naprzeciwko mnie obrazek, dwie ręce splecione: stara i młoda. I jakiś widoczek z Grecji albo Hiszpanii. Ciekawa jestem, czy ona sobie to tutaj przywiesiła.

Terapeutka: O czym Pani myśli? (nie wiem, czy mogę jej powiedzieć, wiec robię grymas i wzruszam ramionami).

Ja: Eee tam, nic ważnego.

Terapeutka: To niemożliwe (patrzy na mnie uważnie). Pani myśli są bardzo ważne. W tym miejscu są szczególnie ważne (uśmiecha się).

Ja: Dlaczego?

Terapeutka: Bo mówią o Pani. O tym, co Pani czuje, uważa, przeżywa.

Ja: Ja mam dużo głupich myśli (wpatruje się w obrazek z rękami).

Terapeutka: Jakich na przykład?

Ja: Żeby ktoś umarł.  (wyzywam ją na pojedynek. I co Ty na to doktorko?)

Terapeutka: To raczej złość. Jest Pani zła na kogoś do tego stopnia, że życzy mu Pani śmierci. Co w tym głupiego? (patrzę na nią z niedowierzaniem, nie mam 16 lat, by zabijać w myślach!)

Terapeutka: Komu życzy Pani, aby umarł?

Ja: Wielu ludziom.

Terapeutka: Tyle osób Panią wkurza?

Ja: Tak. nie. Nie wiem. W sumie chodzi o jedną osobę, ale nie przyszłam w jego sprawie. Nieważne.

Terapeutka: A co jest ważne? Co Panią do mnie sprowadza? (zawiesza na mnie smutny wzrok. Dlaczego ona jest smutna?)

Cisza.

(nie chce mi się mówić o tym, z czym przyszłam. Mam teraz w dupie to, że ludzie uważają mnie za zimną, wyrachowaną sukę. Że mnie nie lubią. Odtrącają. Że nie mam związku. Myślę o swoim ojcu. Jestem taka sama. Przeraża mnie ta myśl.)

Terapeutka: Zimno Pani? Trzęsie się Pani? Dam Pani koc. (wyjmuje z szafy jakiś pled i kładzie mi na ramiona. Jest szorstki, a ja mam nadwrażliwą skórę, ale czuję tylko ciepło z tego kawałka szmaty, którym mnie ta obca kobieta okryła).

Ja: Dlaczego moja mama nigdy mnie nie okryła? Ukryła? (myślę głośno, mówię to chyba, kręci mi się w głowie i jest mi wszystko jedno)

Terapeutka: Przed kim miała Panią ukryć? (jest jeszcze smutniejsza, nachyla się do mnie. Długo się nie odzywam, tylko płaczę. Tak bardzo łkam, że nie mogę złapać oddechu. Podchodzi do mnie i głaszcze mnie po włosach)

Terapeutka: Jest już Pani bezpieczna. (ufam jej)

Środa 18.00 (druga wizyta)

Wstydzę się tamtej słabości i uzbrajam się w kolce. Ten sam schemat. Zamieniam się w kostkę lodu i zamrażam. Ona nie chce dać się zamrozić. Ma te same okulary i golf tym razem.

Ja: Nie chcę dziś rozmawiać o ojcu.  (mówię od razu, kiwa głową)

Terapeutka: Rozumiem. O czym chciałaby Pani rozmawiać?

Ja: O Grzegorzu.

Terapeutka: Kim jest Grzegorz?  (miesza łyżką gorącą herbatę)

Terapeutka: Napije się Pani?

Ja: Nie. Grzegorz to mój mąż. Były. (znów miesza, denerwuje mnie to, zaciskam zęby i myślę, że ona jest jednak idiotką. Ile można mieszać? Nie mogła sobie wymieszać przed sesją?)

Terapeutka: Przepraszam (czyta w moich myślach?)

Terapeutka: Mam słabość do cukru. (słabość? ona ma jakąś słabość????)

Terapeutka: Ma Pani jakąś słabość? (wytrąca mnie tym pytaniem z przygotowanej opowieści o eksmężu, którego zdradziłam i zostawiłam. Naprawdę temat herbaty i słabości jest ważniejszy???)

Ja: Tak. Lubię kogel- mogel. (nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy?!!! Przecież ostatni raz zrobiłam sobie kogel- mogel chyba kilka lat temu. Jeszcze zanim Grzegorz odszedł…)

Ja: Mój ojciec robił najlepszy kogel-mogel na świecie. Precyzyjnie obliczał proporcje i wytrwale mieszał aż konsystencja była nieskazitelnie równa i sztywna. Śmiałyśmy się z matką, że jest perfekcjonistyczny także w koglu-moglu.

Terapeutka: Kochała go Pani.

(przerywam)

Ja: Znęcał się nad nami.

Terapeutka: Kochała go Pani, a on Panią ranił.

Ja: Tak. Nie byłam doskonała. Sukinsyn kochał perfekcję nawet w miłości. (długa cisza, ona już nie miesza herbaty)

Terapeutka: Jest Pani zła na niego? Na innych mężczyzn? Ludzi? Na świat?

Środa 18.00 (trzecia wizyta)

A więc jestem zła. Jestem cały czas zła. Sieję zło. Robię złe rzeczy. Zdradzam tych, których kocham. Ranię ich uczucia. Chcę taka być, bo wtedy nikt już mnie nie zrani. Chcę być samym złem, ale nie mogę.

Terapeutka: Co Panią skłoniło, by tu przyjść?

Ja: Moja córka. Nie chcę być dla niej zła. To jedyna osoba, którą kocham.

Terapeutka: To wspaniale. (uśmiecha się radośnie)

Ja: Co jest wspaniałego?

Terapeutka: Że jest na świecie ktoś, kogo Pani bardzo kocha.

Ja: No tak. Ale to nie zmienia faktu, że dla wszystkich innych jestem zła.

Terapeutka: Co to znaczy?

Ja: Ranię ich.

Terapeutka: Tak jak Panią zraniono?

Ja: Nie wiem. Nigdy tego nie łączyłam. Myśli Pani, że się mszczę?

Terapeutka: To chyba nie jest dobre słowo. Ma pejoratywne znaczenie. Oddaje Pani światu, co dostała.

Ja: Ale Grzegorz nie zasłużył…

Terapeutka: Rozumiem… A czy Pani zasłużyła?

Patrzę na nią i nic nie mówię. Pierwszy raz od dłuższego czasu jest mi siebie żal. Nie, nie zasłużyłam. Nie czuję się zła. Jestem dobrym człowiekiem, który zrobił złe rzeczy. Jestem tylko dzieckiem, któremu zrobiono złe rzeczy, dlatego jest złe. Nie jestem zła.

Chcę tu wracać. Chcę dać SOBIE szansę.