Psychologia

„Lepiej jest kochać i stracić osobę kochaną, niż nie kochać w ogóle”. To nie takie oczywiste…

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
16 stycznia 2021
Fot. iStock
 

„Lepiej jest kochać i stracić osobę kochaną, niż nie kochać w ogóle” – te słowa Alfreda Tennysona przewijają się przez internetowe memy w towarzystwie pytań Shakespeare’a na ten sam temat; co lepsze? Swoją drogą ten piekny cytat został mocno okrojony z kontekstu, ale za sam problem nie-miłości wzięli się naukowcy…

„Lepiej jest kochać i stracić osobę kochaną, niż nie kochać w ogóle” – okazuje się, że niekoniecznie

Według nowych badań przeprowadzonych przez naukowców z Michigan State University, istnieje duża szansa, że ​​tyle w tych słowach prawdy, na ile chcemy je sobie pięknie zracjonalizować.

Tak wynika z  nowych badań, w ramach których podjęto próbę oszacowania szczęścia osób zamężnych/żonatych, rozwiedzionych i samotnych pod koniec ich życia, aby dowiedzieć się, jak bardzo miłość i małżeństwo wpłynęły na ogólny dobrostan.

Na potrzeby badania naukowcy przeanalizowali historie relacji 7532 osób w wieku od 18 do 60 lat, aby określić, kto deklarował się jako najszczęśliwszy pod koniec swojego życia.

Ludzie często myślą, że małżeństwo, to jedyna opcja na szczęście w życiu. Badanym zadano m.in. następujące pytania:

  • Czy ludzie muszą być w związku, aby być szczęśliwi?
  • Czy bycie singlem przez całe życie przekłada się na nieszczęście?
  • Co by było, gdybyś był kiedyś żonaty, ale to nie wyszło?

Dr William Chopik, adiunkt psychologii na Uniwersytecie Stanowym Michigan i Mariah Purol, studentka i współautorka prac z psychologii MSU, stwierdzili, że uczestnicy należeli do jednej z trzech grup:

  1. 79 procent pozostawało w „stałym związku małżeńskim”, spędzając większość życia w jednym małżeństwie;
  2. 8 procent było „konsekwentnie stanu wolnego” lub większość życia spędziło w stanie wolnym;
  3. 13 procent miało różne historie lub doświadczenia wchodzenia i wychodzenia z związków, rozwodu, ponownego małżeństwa lub żałoby.

Następnie badacze poprosili uczestników, aby ocenili ogólny poziom szczęścia, gdy byli starszymi dorosłymi, a wyniki porównali go z grupą, do której się zaliczali.

„Zaskoczyło nas, że osoby samotne przez całe życie i osoby, które miały doświadczenia w  związkach, nie różniły się tym, jak bardzo byli szczęśliwi” – powiedziała Purol. „To sugeruje, że ci, którzy„ kochali i stracili ”, są tak samo szczęśliwi pod koniec życia, jak ci, którzy „nigdy nie kochali”. Małżeństwa wykazywały niewielki wzrost szczęścia, różnica była wręcz nieznacząca.

Szczęście to stan umysłu

„Ludzie z pewnością mogą być w nieszczęśliwych związkach, a osoby samotne czerpią radość z różnych innych dziedzin ich życia, takich jak przyjaźnie, hobby i praca. Z perspektywy czasu, jeśli celem jest znalezienie szczęścia, wydaje się trochę głupie, że ludzie przykładają tyle wagi do partnerstwa ”.

Jeśli ktoś tęskni za partnerem całe życie, dąży do tego, aby przede wszystkim założyć rodzinę i zbudować razem szczęśliwe życie, wyniki nowego badania sugerują, że jeśli ta osoba nie jest całkowicie szczęśliwa na początku swojego życia, to małżeństwo prawdopodobnie nie zmieni tego wszystkiego dramatycznie.

„Wygląda na to, że mniej chodzi o małżeństwo, a bardziej o sposób myślenia” – mówi badaczka. „Jeśli potrafisz znaleźć szczęście i spełnienie jako osoba samotna, prawdopodobnie będziesz trzymać się tego szczęścia – bez względu na to, czy masz pierścionek na palcu, czy nie”.

Nic dodać, nic ująć! Nie uzależniajcie swojego szczęścia od innych – to za mało!


Źródło: Michigan State University Badanie zostało opublikowane w Journal of Positive Psychology.

Psychologia

Zanim wydasz na mnie wyrok, musisz wiedzieć znacznie więcej o tym, co mam w głowie

Redakcja
Redakcja
16 stycznia 2021
Newton's Equations. Rear view, close-up on young man standing back against green chalkboard. He explains, solves physics tasks, retro style. Processing for retro bleached look, slight vignette added.
 

Otóż nie ma mowy o kreatywności w świecie powagi. Einstein napisał, że kreatywność to inteligencja, która się raduje. Tak jest po prostu skonstruowany nasz mózg: zabawa, radość i taniec otwierają go na nowe; powaga – zamyka i wpycha w utarte koleiny myślowe. Dr hab. Ryszard Praszkier

Zanim wydasz na mnie wyrok, musisz wiedzieć znacznie więcej o tym, co mam w głowie.

Miesiąc temu, aby odreagować, wymyśliłem i anonimowo ogłosiłem w internecie konkurs fotograficzny pt. „Przedmioty biurowe atakują”, który znalazł uznanie wśród ludzi pracujących, a następnie konkurs na modę z papieru toaletowego. W obu przypadkach napłynęło ponad pięćset prac z całego świata. A moje wyróżniające się zdjęcie z głową owiniętą papierem toaletowym, z pozostawiona dziurą na jedno oko, zostało ocenione przez internautów na 9/10.

Lubię robić innym ludziom niespodzianki. Kiedyś w porozumieniu z rodzicami jubilatki schowaliśmy się w jej pokoju, a kiedy wypadliśmy stamtąd, krzycząc: „Sto lat!”, zastaliśmy koleżankę w salonie, rozkraczoną na kanapie w chwili, gdy pies zlizywał masło orzechowe spomiędzy jej ud.

Ataki głupawki były moją zmorą przez cały okres edukacji. Mój rekord to trzy jedynki podczas jednej lekcji, za śmianie się. Przy trzeciej rosło prawdopodobieństwo, że umrę na wesoło, błagałem nauczyciela, aby już przestał. Zauważyłem, że kiedy w szkole zaczynam śmiać się razem z uczniami swoim zaraźliwym śmiechem przypominającym zepsuty rozrusznik, oznacza to, że już im ufam i czuję się z nimi bezpiecznie.

Już w liceum bałem się tego, co będzie, kiedy moje pojebane geny zmieszają się z jakimiś cudownymi drugiej osoby i będą leżały tak w formie człowieka na przewijaku.

Najbardziej zabawna na świecie jest moja własna głupota. Serio, kiedy czasem pomyślę, co ja mam w tej głowie i dokąd potrafi zaprowadzić moja wyobraźnia…

Czasem biegam, używając aplikacji Endomondo. Pododawali mnie tam jednego miesiąca do znajomych moje uczennice i uczniowie. Uznaliśmy, że będziemy się nawzajem motywować. Problem w tym, że wkrótce wszyscy starali się biegać wyłącznie po trasach w kształcie penisów. Doprawdy, byłem nauczycielem w szanującej się szkole, zwracano się do mnie „panie profesorze”, a wieczorami głowiłem się, jak narysować prącie w Endomondo.

Żeby się nie śmiać w nieodpowiednich okolicznościach (a wtedy akurat najbardziej chce mi się śmiać), wyobrażam sobie różne rzeczy: katastrofę lotniczą, wdepnięcie w gówno…

Potrafię zadzwonić do uczennicy, żeby ją pocieszyć, bo akurat siedzi załamana oceną z matematyki, a potem zamiast powiedzieć jej coś sensownego i uchronić dajmy na to przed samobójstwem, chichram się, jakbym miał kurwa siedem lat. I słyszę jej mamę z drugiego pokoju, a jest godzina 23.10: „A z kim ty tak tam gadasz?”. A uczennica wyjąc ze śmiechu, krztusząc się, wypluwa z siebie: „Z wychowawcą!”.

– Aha – skomentowała kiedyś tę historię merytorycznie moja psychoterapeutka.

Byłbym zachwycony i gotowy do udziału i organizacji wycieczki polegającej na tym, że przez kilka dni robimy dokładnie to samo. Włącznie z zachwytem i zadziwieniem na widok napotkanych miejsc i ludzi. Może to być również codzienne wchodzenie na tę samą górę. Moich uczniów w ogóle to nie bawi. Może ty ze mną pojedziesz?

Kiedyś zapowiedziałem uczniom sprawdzian, którego termin wypadał podczas wycieczki, w której nie miałem uczestniczyć. – Sorze, wtedy jest wycieczka. – Nie szkodzi, sprawdzian rzecz święta, wycieczka nie wycieczka, napisać trzeba. I wiesz co, pojechałem pociągiem, pekaesem, a następnie autostopem na granicę polsko-ukraińską, chwila rozmowy ze Strażą Graniczną i… autokar z moimi uczniami został zatrzymany na granicy. Do środka weszli uzbrojeni funkcjonariusze, poinformowali, że przyszły sprawdziany z geografii i kazali je wszystkim napisać. Upajałem się widokiem, pijąc kawę kilkadziesiąt metrów dalej.

To ja – osoba kontrowersyjna.

Jesteśmy serio. W pracy musi być poważnie, cicho, spokojnie i bez wygłupów. A co dopiero w takiej szkole. Przyjdź kiedyś na dowolną szkolną uroczystość, na przykład rozpoczęcie czy zakończenie roku, Dzień Nauczyciela czy wiele innych. Jeśli podejdziesz do tego doświadczenia właściwie, pękniesz ze śmiechu. Najczęściej wszystko przebiega w tak nadętej, tak zabawnie napompowanej atmosferze, że momentami trudno uwierzyć, że to na poważnie. Że to nie plan zdjęciowy nowego sezonu Latającego Cyrku Monthy Pythona.

– Doprawdy nie wiem, o co ci chodzi, ale to coraz bardziej oburzające – pomyślisz.

Ale to przecież wygląda tak, jakby nasza (a w konsekwencji również dziecięca) kreatywność została ograniczona i spętana przez coraz dziwniejsze normy wyczerpanego nerwowo społeczeństwa. Otacza nas „nadpowaga56”– traktujemy pracę i wyzwania zbyt serio, zamiast się nimi bawić i czerpać z nich radość.

– Czyli co, urodziłeś się, żeby tańczyć? – zapytasz.

Wolę widelcem orać pole.

Ostatni raz tańczyłem w dyskotece Mega Music Wilga Club w Wildze. Gdzie zastałem swoją dobrą koleżankę, niesamowity tłum ludzi i piwo w puszce za piątaka. A zespół na scenie energetycznie odśpiewywał refren: „Wchodzę ja se raz do klubu, ja pierdolę, ile ludu”. Noga sama chodziła. A później jeszcze tylko raz kumpel zapytał mnie koło południa: „Co ty tańczysz?”, ale ja nie tańczyłem, tylko od rana celebrowałem z przyjacielem narodziny jego córeczki. I tak wyszło.

Chodzi więc raczej o to, że w szkole i całym naszym średniej wielkości kraju radować i cieszyć się nie wypada, nie ma na to w ogóle czasu. To byłoby niepolskie. A trzeba strzec niepodległości Polski. Smutku i cierpiętnictwa.

– Przesadzasz – przyznasz.

– Przesadzam – przyznam.

Prawda jest taka, że polska szkoła to jedna wielka olbrzymia eksplozja radości. Głęboko zawoalowanej. Taki Andrzej Poniedzielski w monologu Wesele – Trąba Słonia.

Skoro mam jedno życie, chciałbym je przeżyć możliwie dobrze. Tak mniej więcej. Nie chcę być pozytywistycznym doktorem Judymem, nie mam nawet misji do spełnienia. Pragnę nie wstydzić się siebie, kiedy co rano patrzę w lustro, mieć, ile potrzeba, i być, ile się da. A najpoważniejsze w życiu przedsięwzięcia realizowałem z ludźmi, z którymi potrafię się także szczerze pośmiać. Być nauczycielem, to znaczy wykonywać jeden z najpiękniejszych zawodów na świecie. Pełen wolności, z przestrzenią na nowe pomysły. Potrzebuję czasem wprowadzić do szkolnej rzeczywistości pierwiastek szaleństwa i odrobinę radości. Po to, by pojawiły się mobilizujące emocje i aby kolekcjonować wspomnienia zamiast rzeczy.

W trzecim roku nauki w gimnazjum uczniowie mojej ostatniej klasy wychowawczej tak bardzo zaangażowali się w konkursy przedmiotowe, że nie dawało się ani z nimi spotkać, ani popracować merytorycznie, ani tym bardziej snuć jakichś planów.

– Sorze, po konkursach, teraz prawie nie śpimy – tłumaczyli.

Ale ich załatwili. Przecież po konkursach będą kolejne, zauważyłem, że z roku na rok ich liczba rośnie, nigdy się nie kończą. I gdzie jest ich błysk w oku. Nie ma… Wróci po konkursach. To było chyba pod koniec lutego.

– Widzę, jak dużo macie pracy – pochylam się nad młodzieżą.

– No mamy, mamy, wie Sor… trzecia klasa.

– I widzę, jak jesteście przemęczeni i niewyspani.

– No bywa.

– I mam pomysł, wyjdźmy na jeden dzień ze szkoły, za tydzień na przykład.

– Byłoby super, chyba nie ma wtedy żadnego konkursu.

Dwa dni później przybyłem i poinformowałem, że pójdziemy do muzeum. Muzeum Włókiennictwa. A żeby zrobić coś szalonego, po jednym muzeum pójdziemy do drugiego. Geologicznego. 

– Będzie fajnie, panie od włókiennictwa już się szykują, będziemy mogli podziargać coś na drutach, no czad po prostu.

Po twarzach uczniów widać było, że nie podzielają mojego entuzjazmu. Ostatecznie lepsze to niż siedzenie w szkole.

W rzeczywistości dwa tygodnie wcześniej zobaczyłem niewiarygodnie tanie bilety lotnicze na trasie Warszawa–Gdańsk. Były po 9 złotych, to kupiłem dla całej klasy. Wyszliśmy więc po dwóch lekcjach ze szkoły i w drodze do Muzeum Włókiennictwa zahaczyliśmy o lotnisko Okęcie. Tam odebraliśmy od wciągniętych w spisek rodziców śpiwory i polecieliśmy do Trójmiasta. Dwadzieścia cztery godziny później wróciliśmy do szkoły. Chwila oderwania od szkoły, nagle ze świata konkursów znaleźliśmy się na bałtyckiej plaży. To była eksplozja radości moich uczniów. Za 9 zł. Bo nocleg za darmo w jednej ze szkół, i to ze śniadaniem. A po drodze „specjalne” urodziny jednego ucznia z klasy. Jeszcze w szkole został wezwany do dyrektora z poważnym zarzutem i usłyszał, że może być relegowany z naszego gimnazjum. Kiedy wychodził załamany z gabinetu, natknął się na całą naszą klasę z tortem. A potem z dziesięć razy śpiewaliśmy mu „Sto lat”. W najbardziej obciachowych okolicznościach: na lotnisku, w autobusie, w sklepie spożywczym. To była prawdziwa radość.

No bo otrzymałem od życia tylko maleńką iskrę szaleństwa. Chcę być czujny, żeby jej nie stracić.

Podczas pracy klasowej z geografii umieściłem zadanie dodatkowe: „Wyślij sms pod numer (tu był numer jednej z moich wychowanek, której chciałem zrobić miłą niespodziankę) z odpowiedzią na pytanie: „co jest w życiu ważne”.

Wychowanka-studentka, siedząc nad książkami w Monachium, odebrała przed południem ponad dwadzieścia nastoletnich mądrości. Lub żartów. Na każdy sms odpisała, wplątując się przy okazji w kilkanaście miłych konwersacji.

Kilkoro uczniów podziękowało mi później za to zadanie. Uruchomiło w nich tak dużo dobrych emocji – tłumaczyli. Naprawdę czasem bywam zaskakiwany, jak niewiele potrzeba…

– Kocham te jebane życie! – powiedział spontanicznie przez mikrofon wzruszony kumpel-nauczyciel, kiedy zobaczył społeczność uczniów i nauczycieli zgromadzonych w komplecie na boisku szkolnym. Z transparentem na jego cześć. Z okazji urodzin. Wszyscy umówili się, że wyjdą ze szkoły na długiej przerwie. Ale dyskretnie. Zdezorientowany kolega nagle został sam jeden w opustoszałym gmachu szkoły. Poszedł na lekcję, ale uczniów też brak. Wszystkiego dobrego, drogi friendzie.

56 Termin zaczerpnięty ze zbioru felietonów dr. hab. Ryszarda Praszkiera pt. “Kopuła”. Poszczególne rozdziały zwracały uwagę na „krępujące nasze kreatywne odloty w kierunku zupełnie nowych dla świata rozwiązań, nadmierne trzymanie się stereotypów”: • Nadkonsultacje – o nadmiernym udzielaniu i pobieraniu konsultacji • Nadpowaga – o traktowaniu pracy i wyzwań serio, zamiast się nimi bawić i czerpać z nich radość • Nadporządek – o pozytywnej roli chaosu • Nadrealność – o trzymaniu się rzeczywistości, podczas gdy genialne rozwiązania leżą w sferze fantazji i wyobraźni • Nadsumienność – o wadze przypadkowych i luźnych spotkań przy kawie oraz o mocy połączeń horyzontalnych • Nad-cv-izm – o poważnym traktowaniu siebie i podciąganiu swojego obrazu „pod cv”; o braku autoironii, dystansu i zabawy z samego siebie. • Nadnietaneczność – o przełomowej roli muzyki i tańca. • Nadsprytność – o umiejętności cieszenia się sukcesem bez mądralińskiego szukania ukrytych przyczyn. • Nadprofanum – o dopuszczeniu sacrum do naszej pracy.

Fragment pochodzi z książki „Nauczyciel z Polski” Jarka Szulskiego, której premiera odbędzie się 27 stycznia. 

Jarek Szulski – nauczyciel z pasją, współtwórca Akademii Psychologii Przywództwa i autor bestsellerowych powieści „Zdarza się” i „Sor”, powraca z praktycznym poradnikiem i jednocześnie wciągającą opowieścią o miłości do szkoły. Bazując na własnych doświadczeniach, we wzruszający sposób pokazuje drogę dorastania i rozwoju nieco szalonego nauczyciela, dotyka jasnych i ciemnych stron „najpiękniejszego zawodu świata” oraz zachęca do zupełnie nowego kształtowania szkolnej codzienności, tak by każda godzina spędzona z uczniami stała się dla wszystkich niesamowitą przygodą. I udowadnia, że jest to możliwe!


Psychologia

„Każda chce mieć księcia, a potem się dziwi, że on potrzebuje służącej!”. Rozmówki nieobyczajne

ROZMÓWKI NIEOBYCZAJNE
ROZMÓWKI NIEOBYCZAJNE
15 stycznia 2021
Fot. iStock

#Portal randkowy: W ogóle my, kobiety, to kretynki. Na co dzień jesteśmy feministkami walczącymi o swoje prawa, równe zarobki i sprawiedliwe traktowanie przez mężczyzn, a w zaciszach domowych własnymi rękami chowamy egocentryczne potwory; leni przyzwyczajonych do maminej obsługi, zwalających się na sofę przed meczem w oczekiwaniu na serwis. Jak mawia Claudine: każda chce mieć księcia, a potem się dziwi, że on potrzebuje służącej!„- zapraszamy na #RozmówkiNieobyczajne – o seksie i nie tylko, damsko-męskie pogaduchy. Odcinek 3

Melisandra: Hej Mistrzu Marcinie🙂. Jak tam Twoje randki? Ciekawa jestem czy w Twoim portfolio przeważają księżniczki czy królowe? Jakie najbardziej lubisz? Co Cię bardziej pociąga – delikatny foszek zniecierpliwienia i oczekiwania, czy też kobieta realizująca siebie? Ciepła i delikatna na zewnątrz, jednak wewnątrz bardzo stabilna i kochająca siebie?

Marcin Michał Wysocki: Oho, dużo dzisiaj pytań, Droga Mel🙂. Ciekawie się zapowiada początek roku🙂. Ale do rzeczy. Po pierwsze, już tradycyjne dementi: nie zbieram ani nie posiadam żadnego kobiecego portfolio🙂. Jestem niewinny, Wysoki Sądzie🙂. Po drugie nie lubię, a nawet mocniej: nie toleruję niczyich fochów – bez względu na płeć (pomijam marudzenie, jako element gry wstępnej, hahaha). To gówniateria. Brak szacunku dla drugiej osoby. Każdy z nas uważa siebie za człowieka sprawiedliwego, a jednocześnie chce być traktowany przez innych jak najlepiej (wg. Twojej nomenklatury „po królewsku”). Powtarzamy „nie rób innemu, co tobie niemiłe”, jednak często nie przeszkadza nam to często w złym zachowaniu wobec innych. Fochy? Dżizys, a Ty byś chciała znosić czyjeś głupawe minki i kaprysy? Bez sensu. Jesteśmy dorośli. Odpowiadając na Twoje pytanie o preferencje – sprawa jest czysta i oczywista! Czyż, jak napisałaś: „ciepła i delikatna na zewnątrz, jednak wewnątrz bardzo stabilna i kochająca siebie” kobieta, nie brzmi jak opis ideału?🙂 To przecież my jesteśmy (powinniśmy być) źródłem własnej miłości i szczęścia, a nie oczekiwać (obarczać), że szczęście przyniesie nam ktoś inny. A jak Ty to widzisz?

MelisandraDopiero niedawno, po 40, odkryłam na czym polega różnica między księżniczkami i królewnami; księciuniami, a królami. Szkoda, że nikt nas tego nie uczy w domu czy w szkole😊 Wniosek: dlaczego trafiałam na książąt? Bo sama zachowywałam się jak księżniczka. Swój przyciąga swego 🙂

MMW: To prawda. Też nie wierzę w przyciąganie się przeciwieństw – ale to inny temat. Co to dla Ciebie oznacza, że byłaś księżniczką?

Melisandra: Bycie księżniczką nie ma związku z wiekiem, a ze znajomością samej siebie z brakiem wewnętrznej stabilizacji, niekochania siebie, czekania, że to mężczyzna wypełni pustkę lub będzie tą drugą połówką – jakbyśmy same były wybrakowane. Phi, absurd!  Królowa chce być z Królem, a nie że go potrzebuje, bo bez niego nie przetrwa na świecie. Królowa jest stabilna i zna swoją wewnętrzną moc, panuje nad swoim uziemieniem, znajomością swojej wartości, słabych i mocnych stron. Panowaniem nad zachowaniem w sytuacjach ekstremalnych – nie prowokowanie ich ani ich rozkręcanie. Kobieta wszystko przezywa wewnątrz, bo mamy taką budowę i to my dajemy ze swojego wnętrza na zewnątrz. To od nas zależy jaki będzie związek i jakie relacje są wokół nas. Bo to nie chodzi o nich, tylko o nas same😊. Same możemy sobie dać wszystko, a nie mieć oczekiwania i denerwować się gdy nie są spełniane przez naszego faceta. Biżuterie, bieliznę też możemy kupić sobie same, a nie czekać. Niektóre z nas zostały tak wychowane, że mamy czekać co nam da mężczyzna. Nie. My sobie też możemy dać, a jesteśmy z mężczyzną, bo chcemy z nim być, a nie oczekiwać na jego realizację naszych planów.

MMW:  Brawo! (Choć niektóre Twoje koleżanki powiedziałyby pewnie: Phi! Mogę sobie sama kupić biżuterię, ale… Po co? hahaha)

Melisandra: Oczywiście to nie oznacza, że mamy być zimne i oschłe, asertywne „sama sobie poradzę”. Sztuka kobiecości to być tą miękką, kochaną i delikatną na zewnątrz,  a w środku spełnioną, sobą, dobrze czującą się z samą sobą. Nasza wewnętrzna harmonia jest naszym złotym Gralem, a Mężczyźni już najlepiej wiedzą jak się nami zaopiekować i co mogą nam zaoferować z siebie najlepszego😊. To samo zauważyłam u mężczyzn – księciunie. Kiedy nie dostają tego czego chcą, albo nie są spełniane ich oczekiwania, to zaczynają zachowywać się jak mali chłopcy: dąsy na buzi i szukanie zaczepki. Cokolwiek się dzieje, biorą to osobiście do siebie, mimo że to nie o nich chodzi. Skąd się to bierze? To nasze wewnętrze dzieci, nieutulone, zapomniane, odrzucone. Żeby już zejść z tak ciężki tematów, to potraktujmy to żartem… wyobrażasz sobie taką sytuację w łóżku, że partner jest niezadowolony? Foszy bo inaczej sobie to zaprojektował i poniża i obwinia kobietę. Albo ona chce iść na imprezę bez niego, a on milczy, robi miny, „jakby bo go porzuciła”… już jestem ciekawa ile będzie komentarzy pod tym artykułem😉 i… summa summarum zostaje w domu, bo lepiej odpuścić niż iść w konflikt…

MMW: Wyobrażam, Meli, hahaha. Jasne! On wykonał mozolną, choć oczywiście zajebistą pracę na rzecz jej rozkoszy🙂, licząc na wzajemność (nawet nie na symetryczność!), a potem sam nie otrzymał? Skandal, normalnie! 🙂 FOCH!

Melisandra: Gdyby naprawdę dostała rozkosz, to inaczej by to wyglądało. Za cudowny seks kobieta potrafi się odwdzięczyć😉…

MMW:  Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem🙂.

MelisandraAle to podobno od nas zależy, kogo do siebie przyciągamy…

MMW: …ja, nocne ćmy🙂. Hahaha…

MelisandraKoniec starego roku był dla mnie podziękowaniem dla wszystkich mężczyzn w moim życiu. zdałam sobie sprawę, że przyciągałam małych chłopców, których targałam na swoich plecach, pouczałam, robiłam za nich. Oczywiście dzięki każdemu z nich też w jakiś sposób wzrosłam, poszłam w górę, bo każdy związek jest po coś, nawet ten najbardziej traumatyczny🙂.  Czuję wdzięczność dla drugiej osoby, że się pojawiła. Jednak żaden z nich nie był królem.

MMW:  A Ty jesteś już królową, czy kimś pomiędzy?

MelisandraOdpowiem w ten sposób: czasem obserwuje się dorosłych ludzi w związku, którzy są jak małe dzieci – kiedy niezadowolone sypią sobie piaskiem po oczach. Fajnie jest jak jest zabawa i wtedy fantazje dzieci się realizują, jednak w momentach prawdziwego życia emocje biorą górę i ich przerastają. Królowa… Trafił do mnie taki cytat „Kobieta najbardziej na świecie powinna kochać siebie, a potem Mężczyznę. A Mężczyzna najbardziej Kobietę, a potem siebie”. Mnie się to bardzo podoba. A Ty kim jesteś bardziej królem czy księciem, księciuniem?

MMW:  Wiem jedno, że nie jestem na pewno żadnym, cholernym księciuniem🙂. Nie cierpię arogancji, głupoty, egocentryzmu i braku odpowiedzialności, a także potrzeby bycia obsługiwanym przez innych (poddanych🙂) – a z tymi cechami kojarzy mi się taki gostek. Jednak, jak powiedziała jedna z bohaterek mojej książki #Portal randkowy: (trochę obszerny i może kontrowersyjny fragment, ale co tam): W ogóle my, kobiety, to kretynki. Na co dzień jesteśmy feministkami walczącymi o swoje prawa, równe zarobki i sprawiedliwe traktowanie przez mężczyzn, a w zaciszach domowych własnymi rękami chowamy egocentryczne potwory; leni przyzwyczajonych do maminej obsługi, zwalających się na sofę przed meczem w oczekiwaniu na serwis. Jak mawia Claudine: każda chce mieć księcia, a potem się dziwi, że on potrzebuje służącej!

Zgodzisz się ze mną, że coś w tym jest? Wracając do podziału i mojej osoby. Nie znam Twojej definicji króla i nie umiem powiedzieć, czy zasługiwałbym na takie miano. Wiem jedno, że sam szanuję facetów, którzy, jeśli nie mają tego fabrycznie, to przynajmniej starają się być: odpowiedzialnymi partnerami i ojcami, kimś kto przestrzega podstawowych zasad przyzwoitości (co by to nie oznaczało, lecz nie myląc z pruderią); kto, jeśli obieca coś drugiej osobie, to dotrzymuje słowa (choć niełatwo wydębić od niego obietnicę, of kors🙂), myśli o innych, jest odważny i sprawny w podejmowaniu decyzji. Samodzielny. Komu się kurna czegoś chce, czymś interesuje się poza sportem i poświęca uwagę bliskim. Może wystarczy, bo się rozpłaczę…

MelisandraCzemu?

MMW:  Bo zostało nas tak, kurcze, niewielu…

MelisandraOch Królu Lulu 😊

O autorach:

 

Fot. iStock

Melisandra, Projekt Szczęście, to autorski pomysł fundatorki Fundacji, która występuje pod pseudonimem Melissandra, czyli ta mityczna która służy światłu i wyprowadza innych z cienia. Fundacja jest szczególnym miejscem dla ludzi, którzy po różnych związkach pragną ponownie doświadczyć szczęścia i znaleźć ukochanego i jedynego partnera. Ludzi, którzy, w czasie organizowanych przez Fundację warsztatów, chcą zrozumieć do czego były im potrzebne poprzednie związki, a potrzeba miłości i zrozumienia staje się ich drogą do światła. Warsztaty są miejscem tak dla singli, jak i dla par, które chcą jeszcze zobaczyć czy coś zostało jeszcze z ich miłości i jak tę miłość odnaleźć.

Archiwum prywatne

Marcin Michał Wysocki

Urodzony w 1965 roku w Warszawie, absolwent kilku fakultetów na uczelniach krajowych i zagranicznych, doktor nauk humanistycznych UŁ. Był m.in. asystentem oraz tłumaczem Jeffa Goffa i Jacka Wrighta w musicalu Narzeczona rozbójnika (Teatr Popularny). W Teatrze Ateneum asystował takim osobowościom teatru polskiego, jak: Laco Adamik, Krzysztof Zaleski, Wojciech Młynarski czy Janusz Warmiński. Współpracował z TVP w programach: LUZ, Sportowa apteka, Kawa czy herbata?. Był autorem muzyki do programów Mur, Sportowa Apteka oraz nagrał autorską płytę Head. Próbował swych sił w roli speakera w Radio Zet u Andrzeja Wojciechowskiego. Dotąd wydano sześć pozycji jego autorstwa: pracę naukową Wyznaczniki tożsamości etnicznej […]; wyróżnioną monografię żołnierza AK, Michał Wysocki. Wspomnienia z lat 1921–1955; impresję historyczną Remedium na śmierć – historie prawdziwe; relacje kombatantów z okresu Powstania Warszawskiego, A jednak przeżyliśmy. Niezwykłe wspomnienia, powieść obyczajową Baku, Moskwa, Warszawa oraz zbiór historii o poznawaniu się przez internet #Portal randkowy.


Zobacz także

„Co należy zrobić po upadku? To, co robią dzieci: podnieść się”. To, czego szukasz, w końcu nadejdzie

„Co należy zrobić po upadku? To, co robią dzieci: podnieść się”. To, czego szukasz, w końcu nadejdzie

Cztery cechy emocjonalnie niedostępnego partnera

Cztery cechy emocjonalnie niedostępnego partnera

„Coś z nią musi być nie tak, z żadnym facetem nie wyszło. Czarownica jakaś…”