Psychologia

Co robić, kiedy pomaganie jest ciężarem? Katarzyna Miller: jeśli nasz podopieczny jest wyjątkowo męczący, czasem trzeba go po prostu opieprzyć

Media Room
Media Room
27 grudnia 2021
Katarzyna Miller
 
– Przymus pomagania odbiera nam dobrą energię potrzebną do działania. Gdy więc nie można inaczej, warto znaleźć sposób, który pozwoli nam podjąć świadomy wybór, pogodzić się z tą decyzją i czerpać z niej także coś da siebie – radzi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Niemal każdemu zdarza się w życiu taki moment, gdy musi zrobić coś dla kogoś. Czasem jesteś jedynym dzieckiem obłożnie chorej matki, albo rodzina uznała, że tylko ty możesz zająć się ciotką, która leży unieruchomiona po wypadku. Największy problem pojawia się wtedy, gdy z tą niesamodzielną osobą nie mamy dobrego kontaktu. Bywa często, że w dodatku osoba, nad którą podejmujemy się opieki, nie okazuje wdzięczności, czasami z racji swojej choroby, a otoczenie uważa, że wcale nie mamy tak źle, no i w końcu to nasz obowiązek.

Psychoterapeutka Katarzyna Miller radzi, by zdobyć się wówczas na szczerą rozmowę, uświadomić mamie, siostrze, wujkowi sytuację, zawalczyć o czas dla siebie. Jej zdaniem może warto powiedzieć wprost: „Czy wyobrażasz sobie, że przez kilka dni do ciebie nie przychodzę? Nie robię ci zakupów, obiadów, prania?”. Zwrócić uwagę, że „dziękuję” raz na jakiś czas byłoby miłe.

Zawsze dokonujesz wyboru

Psycholożka podkreśla jednak, że trzeba w tych trudnych sytuacjach być też uczciwym wobec siebie – jeśli już się na to decydujesz, musisz mieć świadomość, że tak wybierasz. Bo wbrew pozorom zawsze mamy wybór.

„Nie jest tajemnicą, że nie najlepiej dogadywałam się ze swoją mamą. Ale kiedy mocno się zestarzała i była w ośrodku dla przewlekle chorych, umówiłam się sama ze sobą, że to ja będę do niej jeździła, odwiedzała ją tam i robiła to, co trzeba w takiej sytuacji. Więc choć to było dla mnie trudne, załatwiłam wszystkie sprawy, nosiłam prezenty dla pielęgniarek, dbałam żeby mama miała tam jak najlepiej. Choć tego nie lubiłam, regularnie do niej jeździłam, bo tak się ze sobą umówiłam. Wytłumaczyłam sobie, że dużo gorzej bym się czuła, gdybym tego nie robiła, miałabym poczucie, że dla swojej wygody zostawiłam w potrzebie starszą osobę, która ma tylko mnie. Nie spotkało mnie za to nigdy dobre słowo, ale ja na to nie czekałam, więc nie byłam rozczarowana. Ważne było dla mnie to, że robiłam to dlatego, że ja tak postanowiłam i to był mój wybór” – opowiada.

Wskazuje, że brzemię pomagania bierze się z wychowania w domu, gdzie szacunek wyrażany był przez dystans i posłuszeństwo, udawanie i życie pod olbrzymim ciężarem stereotypów. Wzrastanie w takich warunkach może powodować, że relacje nie są bliskie i pełne zaufania. Trudno wówczas oczekiwać, że decyzja o tym, by robić coś dla osoby, z którą nawet za bardzo nie chcemy spędzać czasu, będzie łatwa.

Może się wówczas pojawić poczucie winy, tym bardziej, że zdaniem Katarzyny Miller w naszej kulturze „wciskanie” innych w poczucie winy zdarza się bardzo często. Według niej rozszerzanie zakresu powinności pasuje wielu osobom z naszego otoczenia: rodzicom, szefom, a nawet przyjaciołom. Zwalnia ich z odpowiedzialności i pozwala na zmniejszenie poczucia winy po ich stronie. Otoczenie może więc wmawiać wówczas, że coś musimy, że coś nie wypada, że mamy obowiązek. Kluczowe pytanie, jakie sobie wówczas warto zadać samemu sobie: czego my sami oczekujemy w tej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć?

Katarzyna Miller: Moja lekcja na życie, którą polecam innym babom jest taka, by nie mieć szczególnych oczekiwań

Nie zawsze można pomóc

Psychoterapeutka podkreśla, że warto pamiętać, że nie zawsze da się pomóc i istnieją obiektywne przyczyny, z powodu których pomoc innym bywa trudna: może cię na to nie stać (bo nie możesz porzucić lub znacząco ograniczyć pracy), nie możesz poświęcić tyle swojego czasu (bo zaniedbasz swoje obowiązki wobec innych zależnych od ciebie osób), nie chcesz rezygnować z siebie (bo czas dla siebie jest potrzebny do zachowania równowagi w życiu). Opieka nad obłożnie chorym wiąże się rezygnacją z czegoś „swojego”.

Niezbędna jest także współpraca i wsparcie ze strony innych, a z tym – gdy ktoś jest w trudnej sytuacji czy chorobie – bywa trudno.Katarzyna Miller apeluje, by pamiętać, że nie wszystko zależy od ciebie i nie możesz mieć z tego powodu poczucia winy.

„20 lat pracowałam z alkoholikami. Oni wszyscy potrzebują pomocy, ale nie wszyscy potrafią tę pomoc przyjąć. Niektórzy byli tak zwanymi wdzięcznymi pacjentami, czyli cieszyli się z tego, że czegoś się nauczyli i mieli cudowne efekty terapii. Ale byli i tacy, którzy wychodzili z gabinetu i za rogiem wracali do picia. Czy miałam czuć się temu winna? Brać to na siebie? Że może nie wszystko zrobiłam, że może nie najlepiej? Ale jeśli faktycznie zrobiłam wszystko co umiałam, jak potrafiłam najlepiej – poczucie winy byłoby bez sensu” – tłumaczy.

Przestań być śmiertelnie poważny

Z problemem przymusu pomagania zmagają się też zawodowi opiekunowie. To szalenie obciążająca praca, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Ale podobnie bywa w codziennym życiu, np. w opiece nad dziećmi, kiedy jesteśmy przeciążeni pracą i różnymi życiowymi problemami.

Psychoterapeutka radzi, by korzystać w takim momencie z daru zabawy: zanim rzucimy się w wir obowiązków domowych, warto posiedzieć ze swoimi pociechami na kanapie, „potarmosić się i pośmiać z czegoś”. Jej zdaniem może być to trudne dla niektórych, ale w tej sytuacji warto przekraczać własne zahamowania.

„Musimy zdać sobie sprawę, że zabawa czy wypoczynek są leczące i warto korzystać z tej formy spędzania czasu – także ze swoimi podopiecznymi, ktokolwiek to jest. Jeżeli opiekujemy się kimś obłożnie chorym, kto nie może już czytać czy nawet nic oglądać, można z nim np. pośpiewać, przypominać sobie jakieś fajne historie z przeszłości czy nawet z dzieciństwa, pośmiać się z tych opowieści. Chodzi o to, żeby pozwolić sobie na zdjęcie uwagi z choroby, z obowiązku, bo to czasami nie pozwala nam się wyluzować, przytłacza nas, często nadaje zbytniej powagi. Bardzo polecam wszystkim film „Nietykalni”, w którym sparaliżowany milioner zatrudnia do opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia. To film, na którym od początku do końca śmiejemy się choć temat przewodni jest poważny” – mówi Katarzyna Miller.

Jak polubić trudnego pacjenta

„Jeśli nasz podopieczny jest wyjątkowo męczący, czasem trzeba go po prostu >>opieprzyć<<” – uważa psycholożka.

Ale zaraz potem dodaje, że w następnej kolejności warto mu powiedzieć, że co prawda bywa okropny, ale ma śmieszną minę kiedy się złości. I ciekawe jaką będzie miał, gdy się uśmiechnie.

„I że nie dostanie herbatki dopóki tego nie zrobi. To często rozładowuje sytuację. Bo nie chodzi o to, żeby tą osobę lekceważyć, tylko żeby spotkać się z nią jak z człowiekiem. Ja dużo jeżdżę taksówkami i często spotykam tam nadąsanych facetów, którzy w ogóle się do mnie nie odzywają. Mówię wtedy: >>Boże, taki piękny mężczyzna, a tak się złości. Brzuch pana boli?<< A on na to: >>Boli<<. Wtedy mówię: >>A, to rozumiem, faktycznie taki pan zgnieciony za tą kierownicą siedzi cały dzień, to nie dziwne<<. Wtedy on odpowiada: >>Właśnie, od dawna już myślę żeby zmienić samochód<<. I tak ta rozmowa jakoś zaczyna się toczyć, nawiązuje się nić porozumienia. I od razu jest łatwiej” – opowiada Katarzyna Miller.

Wracając do zawodowych opiekunów: zdaniem psychoterapeutki, jeśli już zdecydowaliśmy się na tego rodzaju pracę, trzeba zrobić coś, żeby nam się podobała, a samo odczuwanie „misji” nie rozładuje frustracji.

„Kiedy pracowałam z alkoholikami, byłam bardzo pyszna, zawsze obstawiałam, któremu uda się wyjść z nałogu, a któremu nie. Po czym okazywało się, że te diagnozy czasem były totalnie nietrafione. Wtedy zrozumiałam, że nie można być Panem Bogiem w niczyjej sprawie, że muszę być cierpliwa i otwarta. A nawet pozwolić sobie na rozczarowanie i coś w rodzaju żałoby za osobę, w którą w jakimś sensie zainwestowałam, a ona mnie zawiodła” – uważa psycholog.

Porozmawiajmy o zdrowym egoizmie

Żeby dobrze się kimś opiekować, niezależnie od tego, czy dlatego, że w takiej osobistej trudnej sytuacji się znaleźliśmy, czy też jest to nasz zawód, musimy zrozumieć, że nie możemy poświęcać się drugiej osobie 24 godziny na dobę. Jeśli jesteś z drugą osobą non stop – bo z nią mieszkasz – znajdź sobie jakiś swój azyl.

„To może być choćby toaleta – miejsce, gdzie każdy raz na jakiś czas musi pójść. Więc idziesz do toalety i oddalasz się na Malediwy. Masz czas tylko dla siebie. Zamykasz oczy i już tam jesteś. Choćby na pięć minut” – radzi terapeutka.

Ale nawet siedząc przy łóżku chorej osoby nie trzeba być na niej skupionym cały czas. Róbmy sobie świadome przerwy, odrywajmy myśli do czegoś miłego, czegoś co nas relaksuje. To pomoże nam przetrwać. Może warto nauczyć się i powtarzać sobie w trudnych chwilach modlitwę o pogodę ducha napisaną przez Reinholda Niebuhra odmawianą na zakończenie nabożeństwa kościelnego w niedzielę: „Boże, użycz mi pogody ducha, abym znosił to czego zmienić nie mogę, odwagi, abym zmieniał to, co zmienić mogę i mądrości, abym odróżniał pierwsze od drugiego”.

A jeżeli czujemy się wykorzystywani, trzeba mówić jasno, że nie życzysz sobie dobrych rad, tylko działania. Katarzyna Miller podkreśla, że zdrowego egoizmu trzeba się uczyć i choć czasem to ciężka praca, to warto. Daje jeszcze jedną radę opiekunom, posługując się metaforą śluzy, czyli mechanizmu służącego do ograniczenia przepływu wody w kanale lub rzece, wyrównującego poziom wody, dzięki czemu można ona przepłynąć z jednego zbiornika do drugiego spokojnie, nie wpadając do niego z impetem. Psychoterapeutka radzi, by w życiu przechodzić płynnie pomiędzy zajęciami. Jak?

„Taką śluzą może być przejście przez park podczas drogi do domu, zatrzymanie się na filiżankę kawy, kupienie sobie jakiegoś drobiazgu, przystanięcie na pogawędkę z sąsiadką – cokolwiek, co sprawia wam przyjemność. Jeśli nasze zmysły są zmęczone, jeśli nasze ciało jest spięte – potrzebny jest nam relaks” – tłumaczy.

Co zatem zrobić? Położyć się na chwilę odpoczynku, wziąć gorący prysznic, posłuchać muzyki. Psychoterapeutka wyznaje, że sama podczas prysznica w sytuacji napięcia wyobraża sobie, jak wszystkie moje troski, smutki, nieprzyjemności spływają wraz z wodą.

„I kiedy wychodzę spod prysznica, jestem już w innym stanie” – zdradza Katarzyna Miller.

Pomaga też skupienie uwagi na kimś lub na czymś w swoim otoczeniu: na psie, którego można pogłaskać, na kwietniku zasadzonym na rondzie itp.

„Chodzi o to, aby wyjąć swoją uwagę z zaklętego kręgu myślenia: znowu szef miał nadmierne wymagania, a Agata z biurka obok miała focha. Gdy zmieniamy miejsce, (nawet w wyobraźni), jesteśmy gdzie indziej i nie musimy się już tym zajmować” – wyjaśnia psycholożka.

Zdaje sobie sprawę, że to trudne. Ale radzi, by uczyć się dostrzegać drobiazgi, które mogą zachwycać. Na przykład: „Nie ma już liści na drzewach, ale te gołe gałęzie tak pięknie wyglądają na tle nieba”.

„Namawiam na ucieczkę w stronę piękna, oglądanie albumów, wirtualne chodzenie po muzeach, słuchanie audiobooków, muzyki. Takie oderwanie od rzeczywistości nie dość, że wzbogaca, to jeszcze pozwala nabrać dystansu” – uważa aktorka Agnieszka Matysiak, moderatorka spotkań Opiekunowie Opiekunom.

Kiedy zaś drobne sposoby na poprawę nastroju nie działają, nie należy zwlekać z szukaniem profesjonalnej pomocy. Opiekunowie osób obłożnie chorych są szczególnie narażeni na depresję. A depresja jest chorobą, którą należy i da się leczyć.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie

10 afirmacji od Katarzyny Miller. Co robić, żeby znaleźć szczęśliwą miłość


Psychologia

Stres wpływa nie tylko na twoje myśli i uczucia. Groźne skutki odczuwamy w całym organizmie

Redakcja
Redakcja
27 grudnia 2021
fot. Kayoko Hayashi/iStock
 
Stres wpływa nie tylko na twoje myśli i uczucia. Zbyt wysoki poziom obniża nasz układ odpornościowy, powoduje wysokie ciśnienie krwi, choroby serca, otyłość, cukrzycę i zaburzenia w funkcjonowaniu układu pokarmowego. Dowiedz się o mechanizmach działania zbyt silnego stresu i sposobach, by im zapobiegać.

Efekt stresu jest bardzo różnorodny i wpływa na cały nasz organizm. Może bowiem wpływać na naszą płodność, na naszą odporność, predysponować do wielu chorób, generować nieprawidłowe zachowania: powodować, że więcej jemy, więcej śpimy lub przeciwnie: przestajemy jeść i spać.

„Angażowanie się w ryzykowne, niekorzystne dla naszego zdrowia sytuacje, szczególnie jeśli trwa to zbyt długo, skutkuje obniżonym nastrojem. To może prowadzić do nerwicy, depresji i innych zaburzeń psychicznych, ale także zaburza funkcjonowanie układu krążenia, układu metabolicznego, osi wątrobowo-jelitowej, osi mózgowo-jelitowej. Poza tym wpływa na koncentrację i zdolność przyswajania pewnych sytuacji, co może mieć bardzo wyraźne implikacje społeczne” – wymienia dr hab. n med. Wojciech Marlicz z Katedry i Kliniki Gastroenterologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie.

Społeczeństwo chore na stres

Co więcej – stres ma niezwykle istotne znaczenie dla kondycji zdrowotnej społeczeństwa. Jak wynika z badania Wobasz (2017) na temat nadwagi i otyłości w Polsce, prawie 10 milionów Polaków spełnia kryteria zespołu metabolicznego, co druga osoba w Polsce ma nadwagę lub jest otyła (dotyczy to także dzieci i nastolatków), co trzeci Polak choruje na nadciśnienie tętnicze, wielu z nas ma nieprawidłowy profil lipidowy ponad 3 miliony Polaków choruje na cukrzycę.

„W wielu metaanalizach i badaniach randomizowanych wykazano, że otyłość i nadwaga zwiększa ryzyko depresji i odwrotnie – depresja, obniżony nastrój, zwiększają ryzyko otyłości” – zwraca uwagę specjalista.

A nadmiar kilogramów, jak wiadomo, to czynnik ryzyka takich chorób jak: cukrzyca, dyslipidemia, miażdżyca, choroba niedokrwienna serca, nadciśnienie tętnicze, udar mózgu, niektóre nowotwory złośliwe, choroby kostno – stawowe, przyczynia się do powstawania wad postawy, płaskostopia, koślawości kolan, poowoduje niewydolność krążenia, zespół bezdechu w czasie snu czy niepłodność, predysponuje do rozwoju stłuszczenia wątroby. Badania wskazują, że wraz ze wzrostem BMI ponad wartości prawidłowe proporcjonalnie wzrasta umieralność.

Jak głowa łączy się z jelitami

Z badań ankietowych przeprowadzonych kilka lat temu przez zespół dr Marlicza, we współpracy z prof. dr hab. n. med. Ewą Stachowską z Katedry i Zakładu Żywienia Człowieka i Metabolomiki Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego podczas Woodstock Rock Festiwali wynika, że nawet 20 proc. młodych osób, które deklarują w badaniach duże narażenie na stres, zgłasza występowanie dolegliwości bólowych brzucha oraz zaburzenia rytmu wypróżnień.

„Bardzo ważną rolę odgrywa tu oś mózgowo-jelitowa, mamy bowiem do czynienia z bardzo dynamicznym procesem komunikacji pomiędzy centralnym układem nerwowym, obwodowym układem nerwowym i przewodem pokarmowym. Wynika z tego, że stres wpływa na różnego rodzaju układy: na oś podwzgórze-przysadka-nadnercza, na generowanie hormonów. Stres w pierwszym rzędzie wyzwala wydzielanie kortyzolu” – mówi dr Marlicz.

Kortyzol powszechnie nazywany jest hormonem stresu. Jego wydzielanie w reakcji na bodziec stresowy to konieczna reakcja fizjologiczna, która pomaga nam radzić sobie w trudnych, zagrażających sytuacjach, ale warto pamiętać, że jego uwolnienie z kory nadnerczy uruchamia całą kaskadę kolejnych reakcji biochemicznych. Wskutek tego jest również odpowiedzialny m.in. za reakcję immunologiczną organizmu, wzrost ciśnienia krwi oraz za łagodzenie stanów zapalnych. Cała ta kaskada może być groźna dla zdrowia, jeśli jest uruchamiana zbyt często, czyli wtedy, gdy na przykład stres utrzymuje się zbyt długo. W efekcie może pojawić się na przykład zwiększone łaknienie i wzrost masy ciała.

W reakcji na stres olbrzymią rolę odgrywa oś mózgowo-jelitowa, gdzie pierwsze skrzypce gra mikrobiota, czyli miliony mikroorganizmów zasiedlających nasz układ pokarmowy. Jest ona źródłem wielu cząsteczek, białek, hormonów, substancji endogennych i metabolitów, które oddziałują na nasz organizm.

Silny i długotrwały stres wpływa bardzo niekorzystnie na mikrobom.

„Mówiąc o osi jelitowej musimy wspomnieć także o tzw. barierze jelitowej – to struktura złożona z nabłonka jelitowego, bakterii, śluzu, śródbłonka i komórek układu nerwowego, taka cienka czerwona linia, która jest pomiędzy  przewodem pokarmowym a układem wrotnym i układem krążenia. Jej zadaniem jest z jednej strony selekcjonowanie mikro- i makroelementów z pożywienia i decydowanie, które mogą wniknąć do organizmu człowieka, a z drugiej strony ochrona przed różnymi intruzami oraz wyrzucanie do światła przewodu pokarmowego różnych zbędnych substancji z naszego organizmu” – wyjaśnia specjalista.

Zdaniem gastrologów mikrobiota powinna być traktowana jako osobny narząd, tak jak to jest w przypadku układu dokrewnego czy układu odpornościowego.

„W literaturze znajdziemy wiele informacji na temat bakterii, które reagują na stres, co oznacza, że gdy występuje sytuacja stresowa powodująca zwiększenie poziom kortyzolu, niektóre bakterie zaczynają produkować swoje własne endogenne hormony, które też działają niekorzystnie i nasilają reakcję stresową. Do takich hormonów należy np. dopamina, serotonina, noradrenalina, GABA, acetylocholina. I w zależności od tego które hormony dominują, a których brakuje, w różny sposób wpływa to na odpowiedź organizmu na stres” – tłumaczy dr Marlicz.

Jeśli zatem w sytuacji stresowej pilnie szukasz toalety, nie powinieneś się dziwić.

Nadwrażliwe jelita i… nie tylko

Sztandarowym przykładem zaburzeń czynnościowych wywołanych stresem jest bowiem zespół jelita nadwrażliwego, czyli zespół objawów, w których dominują dolegliwości bólowe brzucha w połączeniu ze zmianą rytmu wypróżnień i wyglądem stolca (zaparcia lub biegunki), przy czym nie ma objawów alarmowych, czyli pacjent nie chudnie, nie ma krwi w stolcu, nie ma nieprawidłowych wyników krwi. Stres odgrywa istotną rolę w utrzymywaniu się tych objawów.

Chorobą, która wpisuje się zaburzenia osi jelitowo-mózgowej, jest też dyspepsja czynnościowa czyli niestrawność. To zespół objawów, które dotyczą górnego odcinka przewodu pokarmowego: dwunastnicy, żołądka czy przełyku. Pacjent może mieć odczucie, jakby ktoś włożył mu ciężarek do brzucha, ściskał paskiem w talii, może czuć mrowienie, palenie, pieczenie w przełyku lub nie do końca sprecyzowane pieczenie w nadbrzuszu, uczucie pełności, jakby ktoś nadmuchał balon, trudności w dokończeniu posiłku i wreszcie nudności i wymioty.

Gdy popatrzymy na rolę mikrobioty w chorobach przewodu pokarmowego, to właściwie trudno znaleźć taką, w której nie odgrywałaby ona jakiejś roli: od choroby refluksowej, poprzez nowotwory, po zaburzenia dyspeptyczne czynnościowe (zespół objawów powodujących dyskomfort związany z przyjmowaniem pokarmów i trawieniem, np. ból w górnej części brzucha, uczucie pełności po jedzeniu, wczesne uczucie sytości, nudności i wymioty).

„A także zakażenia wirusowe, czego przykładem jest COVID-19. Obecnie prowadzone są w Polsce badania mające na celu ocenę, jak zakażenie wirusem SARS-CoV-2 wpływa na funkcje i skład mikrobioty jelitowej” – dodaje lekarz.

Czasem te nieprawidłowości wychodzą poza choroby przewodu pokarmowego i dołączają do nich choroby metaboliczne (np. cukrzyca), choroby układu krążenia lub ich powikłania (np. zawał mięśnia sercowego czy udar) – to wszystko potencjalnie ma związek z działaniem osi mózgowo jelitowej i ze stanem mikrobioty jelitowej. A wszystkim tym chorobom  w mniejszym lub większym stopniu towarzyszą zaburzenia psychiczne takie jak depresja czy zaburzenia lękowe

Na biegunki… sen, antydepresanty i masaż

W postępowaniu leczenia zaburzeń osi jelitowo mózgowej niezwykle  ważną rolę odgrywa holistyczne podejście do zagadnienia i dobra relacja lekarz-pacjent.

„Powinniśmy zwracać uwagę na takie czynniki jak odpowiedni odpoczynek, sen, odpowiednia higiena pracy, dobre relacje w rodzinie, ale to także miejsce na wiele terapii komplementarnych, takich jak terapie manualne (masaże), hipnoterapia, akupunktura czy joga – to wszystko będzie w znaczny sposób redukować poziom stresu. Bardzo ważną rolę odgrywa też właściwa dieta. Te działania warto wspomóc włączeniem odpowiednich probiotyków oraz – w razie potrzeby – innymi lekami takimi jak prokinetyki czy spazmolityki. Czasem dobrze też jest sięgnąć po leki, które regulują układ nerwowy o działaniu centralnym, stosowane w depresji czy nerwicach – w małych dawkach bardzo korzystnie znoszą napięcie układu nerwowego i pomagają w redukcji objawów” – zaleca dr Wojciech Marlicz.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Psychologia

Tato, zastanawiam się, czy choć przez chwilę pomyślałeś o mnie w te święta?

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
27 grudnia 2021
fot. dikushin/istock

Grzałam na gazie czerwony barszcz i zastanawiałam się, czy może jednak powinnam się złamać? Na maśle smażyłam pierogi i znów ta sama myśl. Potem było jeszcze gorzej. Gdy przy opłatku składaliśmy sobie życzenia, przyszło mi do głowy: „A może umarłeś? Tylko nikt mi nie powiedział?” Twoja żona mogła mi przecież nie powiedzieć o twoim pogrzebie. Na złość! Natychmiast jednak odepchnęłam tę myśl od siebie, machnęłam ręką, jak na natrętną muchę i dalej śmiałam się, szeleściłam papierami od podarków, udawałam, że cieszę się z kolejnego nietrafionego prezentu od bardzo niespokrewnionej ze mną ciotki.



Wiadomo, że w rodzinie bywa różnie. Że czasem się o coś pokłócimy. Ale z tymi najbliższymi jest bezpiecznie. Można sobie nawymyślać. Można wykrzyczeć nawet bolesną prawdę. Ba! Czasem nawet bolesną nieprawdę, a i tak wiadomo, że wszystko przebaczą, przytulą i zrozumieją. Bo wiedzą, że tego dnia akurat byłaś przemęczona, miałaś gorszy czas i naprawdę wcale tak nie myślisz. Bo kochasz i oni ciebie kochają.

Ale z tobą tato zawsze było inaczej!

Nawet trudno powiedzieć, czy o coś konkretnego się pogniewaliśmy. Chyba nie… A może jednak tak? Tylko czas zatarł już moje wspomnienia? Może istnieje jakiś „punkt zero”, od którego tak się na mnie wściekłeś, że przestałam się dla ciebie liczyć?

Dokuczyłam ci? Powiedziałam coś strasznego? Coś ci zrobiłam? Może gdzieś jest „to miejsce”, tylko że ja go nie pamiętam i nie potrafię konkretnie wskazać go palcem.

Więc kiedy moi znajomi pytają mnie dziś, dlaczego nie mamy ze sobą kontaktu, to odgrzebuję z pamięci różne potencjalne historyjki, które mogą do tego pasować.

Z perspektywy czasu, kiedy sama jestem już matką, nie wyobrażam sobie jednak, co moje dzieci musiałby zrobić, żebym o nich zapomniała, nie zabiegała i miała je głęboko w d***e, tak jak ty mnie masz od lat. Szczerze? Uważam, że nie ma takiej rzeczy! Wydaje mi się, że zawsze stałabym przy swoich dzieciach! Przez chwilę waham się, pisząc to ostatnie zdanie. Ale… jednak… tak. Jestem pewna! Cokolwiek moje dzieci by zrobiły, mówiłabym im: „Kocham bezgranicznie i bezwzględnie!”

W dzieciństwie nasza więź była silna

Byłeś takim ojcem od zabawy i od magii. Pokazywałaś mi świat tak niewyobrażalnie kolorowy, że mnie (wtedy kilkulatce) dech zapierało w piersiach. I to wszystko działo się w samym środku szarego PRL-u. Nie potrzebowałeś do tego ani pieniędzy, ani żadnych specjalnych przedmiotów. Zwykła wycieczka z tobą do lasu była wyprawą, jak do zaczarowanej krainy. Wszędzie pod krzaczkami czekały na nas zaczarowane bóstwa, strumienie szeptały do nas głosami driad magicznych. Ja ci w to, co opowiadałeś, ślepo wierzyłam i podziwiałam cię.

Do tej pory nie pojmuję, skąd brałeś te nuty wyobraźni, by wymyślać na poczekaniu tak barwne bajki, które były dla mnie bardziej fascynujące, niż opowieści braci Grimm, czy Andersena.



A potem, gdy odszedłeś i założyłeś nową rodzinę, straciłeś mną zainteresowanie. Tak samo, jak kiedyś byłam twoją księżniczką, tak nagle stałam się nikim. Nawet nie Kopciuszkiem, co może przyjść do twojego nowego domu posprzątać, popodlizywać się, popatrzeć z oddalenia na twoje nowe szczęście z macochą i nowymi pasierbicami. Po prostu w wieku 16 lat nagle stałam się dla ciebie… nikim. Nieobecną, niepotrzebną, zbędną, niewidzialną córką. Nagle!

 

Dlaczego mężczyźni częściej odchodzą, kiedy zaczynają się kłopoty, a kobiety częściej zostają, by trwać przy ukochanym "na dobre i na złe"

Fot. iStock/AntonioGuillem



Ktoś mi kiedyś powiedział, dlaczego mnie unikasz

Być może jestem dla ciebie żywym dowodem na twoje własne okrucieństwo. Ten ktoś twierdził, że nie chcesz pamiętać, że jesteś zdolny porzucić i zapomnieć o swoim dziecku. Kurde, nie kupuję tego! Nawet teraz, gdy jestem kobietą po czterdziestce. Ktoś inny mi kiedyś poradził: „Zadzwoń do niego, zaproś go spontanicznie na obiad! Powiedz wprost, że chcesz odbudować więź!” Przepraszam, ale nie potrafię. I już tłumaczę, dlaczego? Po prostu czekam na romantyczny ruch, ale z jego strony! Każdy z nas widział milion filmów na ten temat. Ojciec nagle (zazwyczaj tuż przed śmiercią) uświadamia sobie własną marność i winę. Dlatego przed Bożym Narodzeniom przyjeżdża do córki, którą przeprasza, a ona mu jakoś wybacza (choć niechętnie, bo najpierw bardzo kręci nosem). Ale happy end jest, bo marnotrawny dziadek poznaje wnuki i oczywiście zaznaje rodzinnego szczęścia przed śmiercią. Sorry, to znów nie jest ta bajka! To nie jest mój scenariusz.

Tato, na co dzień wcale o tobie nie myślę!

Serio. Żyję tak, jakbym w ogóle nie miała ojca. Jednak, kiedy zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, zaczynam się z tymi emocjami kontaktować na nowo. Przychodzą do mnie niepostrzeżenie, kiedy lepię pierogi albo kiedy nakrywam do stołu. Co roku biję się z myślami, czy zadzwonić do ciebie z życzeniami. I choć nie mam już na to ochoty, bo minęło z 25 lat od naszego rozstania, to zawsze się łamię i sięgam po telefon. Jednak od kilku lat nasze telefoniczne rozmowy stają się mniej przyjemne. To nie są już tylko kurtuazyjne życzenia: „Zdrowia, szczęścia i pomyślności. A co u Was? Dobrze? To dobrze!”. Niepostrzeżenie wbijasz mi szpilę. Czuję, że kipi w tobie nagromadzona i wypierana latami złość. Ponieważ rozmawiamy raz do roku, tak naprawdę nic o mnie nie wiesz. Mówisz do mnie, jakbym była zamrożoną w czasoprzestrzeni 16-latką, którą opuściłeś. Zawsze w tej rozmowie jest coś, co sprawia, że czuję się jak po tsunami na miękkich, chwiejących się nogach albo z bolącym brzuchem.

Nie wiem, czy to na kimkolwiek zrobi wrażenie, ale… opowiem.

W zeszłym roku, kiedy zadzwoniłam, powiedziałeś beztrosko: „Musimy się kiedyś spotkać, bo ja już zapomniałem, że mam córkę i dwoje wnuków”. „Szczery do bólu!”, pomyślałam. Dwa lata temu, kiedy próbowałam cię choć odrobinę wtajemniczyć w moje życie i opowiedziałam ci, że się rozwodzę, usłyszałam: ”Niemożliwe! Byłaś taką ładną dziewczynką, chłopcy za tobą szaleli! I teraz będziesz na starość samotna?”

Trzy lata temu, myślałeś, że już się rozłączyłam i krzyknąłeś po rozmowie ze mną podchmielonym głosem w przestrzeń albo do żony: „To ta idiotka dzwoniła!”



Fot. iStock/skynesher

Dlatego już mam dość i w tym roku powiedziałam pas!

Nie chcę utrzymywać takiej kretyńskiej niby-relacji. Po co mi to? Raz do roku, jak jakaś kretynka, dzwonię do swojego ojca, bo tak wypada. Bo to jednak jest mój tata. Bo trzeba wybaczać na święta. Bo dzieci powinny dzwonić pierwsze. Bo to mój obowiązek. Bo: czcij ojca swego i matkę swoją. „Pieprzę to!!!!”, krzyczałam sama do siebie po cichu, zmywając naczynia po wigilijnej kolacji. Ale za chwilę usłyszałam z tyłu głowy ten cholerny cichy głos: „A co, jeśli on nie żyje? Może lepiej sprawdź? A może tym razem okaże się miły?” I potem ten głos najgorszy z najgorszych, zakopany bardzo głęboko: ”A co, jeśli on ani razu nie pomyślał o tobie w te święta?”

Wysłuchała: Iwona Zgliczyńska


Zobacz także

Każda kobieta potrzebuje drugiej kobiety, bo nikt jej tak nie zrozumie

6 najpotężniejszych znaków zodiaku. W czym tkwi ich moc?

3 objawy PNSD, czyli pamiątka po związku z narcyzem