Psychologia

Jak rozmawiać z umierającym człowiekiem, żeby odpowiednio go wesprzeć?

Redakcja
Redakcja
10 maja 2021
Photo by Harli Marten on Unsplash
 
Każdy z nas prędzej czy później zetknie się z odchodzeniem kogoś bliskiego, bądź znajomego. Co wtedy warto mówić do umierającego? Jak można go wspierać w ostatnich dniach czy godzinach życia? Sprawdź, co w tym temacie radzi dr Paweł Witt, doświadczony specjalista pielęgniarstwa opieki paliatywnej i psychoonkolog.

Kto powinien przekazać choremu informację o tym, że nie da się go wyleczyć i może wkrótce umrzeć? 

Tego rodzaju informacje powinien przekazać choremu jego lekarz prowadzący. W praktyce, lekarz powinien skierować pacjenta od razu do opieki paliatywnej (hospicyjnej), jeżeli oczywiście pacjent ma jednostkę chorobową kwalifikującą go do tej opieki, wyjaśniając mu jednocześnie tego powody, a więc np. informując chorego o tym, że leczenie przyczynowe jego choroby, np. nowotworowej, zostało właśnie zakończone, a rokowanie co do możliwości jej wyleczenia jest niepomyślne.

Nie zawsze jednak chyba w tego rodzaju sytuacjach wszystko przebiega tak jak pan to przedstawił.

Niestety, różnie z tym bywa. Część lekarzy wciąż uważa powiedzenie pacjentowi, że nic już nie można dla niego zrobić, czyli wyleczyć jego chorobę, za formę porażki. Lekarze nierzadko stosują wtedy różne wybiegi, np. mówiąc: skierujemy teraz pana do hospicjum domowego, a jak pan się tam wzmocni, to za pół roku wrócimy do leczenia. To zdejmuje z nich ciężar i odpowiedzialność związane z odbyciem takiej niewątpliwie trudnej rozmowy, ale oczywiście nie jest to prawdziwe i profesjonalne, gdyż może dawać pacjentowi fałszywą nadzieję i w praktyce stanowi formę okłamywania go. Za pół roku może już przecież nie być tego pacjenta wśród nas, a śmiertelna choroba z pewnością nie spowoduje, że przybędzie mu sił.

Dlaczego tak się dzieje? Czy lekarze nie są do prowadzenia takich rozmów odpowiednio przygotowywani w trakcie nauki zawodu?

Myślę, że cały personel medyczny nie jest do tego dobrze przygotowany. Opieka paliatywna w różnym stopniu uwzględniona jest w systemie kształcenia na kierunku lekarskim. Na niektórych uczelniach medycznych jest to wciąż lub też był przez długi czas przedmiot dobrowolny, nieobowiązkowy. Lekarze, którzy nie byli w tym zakresie szkoleni mogą więc mieć z tym trudność, zwłaszcza, że każdy pacjent jest inny. Inaczej rozmawia się z osobą, która ma 90 lat, a inaczej z taką która ma lat 20. Nie ma więc w tym zakresie żadnych uniwersalnych recept i trzeba się w tej dziedzinie trenować, zdobywać doświadczenie.

A co w sytuacji, gdy lekarz z jakiegoś powodu nie był w stanie sam przekazać choremu tej informacji, bo pacjent np. był nieprzytomny, ale prawdę zna już rodzina chorego? Czy członkowie rodziny powinni przekazywać takie informacje swoim bliskim? 

Wszystko zależy od tego, jakie są relacje w tej rodzinie. Generalnie jednak powinno się stosować w tego typu kwestiach dwie uniwersalne zasady: po pierwsze nie powinniśmy kłamać, a po drugie powinniśmy mówić choremu tyle ile sam chce wiedzieć. Bardzo często pacjent nie jest gotowy na przyjęcie całej prawdy i z tego co usłyszy od lekarzy lub przeczyta w dokumentacji medycznej wybiera sobie tylko niektóre informacje, te które jest w stanie udźwignąć. Myślę, że wielu chorych nie chce wiedzieć jak jest naprawdę. Często też muszą do tego dojrzeć.  Dlatego prawdziwa rozmowa o śmierci i umieraniu zaczyna się nierzadko dopiero w opiece paliatywnej i to niekoniecznie wcale z lekarzem, lecz najczęściej z inną osobą, taką którą sobie chory sam wybierze, którą lepiej pozna i której zaufa, np. z pielęgniarką lub z innym chorym. Lekarz u pacjenta będącego w opiece paliatywnej bywa średnio 2 razy w miesiącu, podczas gdy pielęgniarka minimum 2 razy w tygodniu. Dlatego to często właśnie pielęgniarki stają się dla chorych najbardziej zaufanymi partnerami do rozmowy o ważnych i trudnych sprawach.

Jeśli chory nie jest gotowy na przyjęcie prawdy i rozmowę o swojej śmierci, a został już skierowany do opieki paliatywnej, to jak rodzina powinna się z nim komunikować? Ma wtedy po prostu unikać tematu zdrowia i śmierci, udając, że wszystko jest OK? 

To zależy od konkretnej sytuacji. Pamiętajmy, że pacjenci trafiają do opieki paliatywnej na różnych etapach choroby i w bardzo różnym stanie. Czasem są to osoby, które pozostają pod opieką zespołu hospicyjnego nawet przez 2-3 lata, inne zaś przez 2-3 miesiące, a czasem tylko dni. Inaczej więc będzie się rozmawiać z pacjentami z tej pierwszej grupy, którzy są jeszcze często w relatywnie dobrej formie, a inaczej z chorymi z tej drugiej grupy, którzy są już często pacjentami leżącymi, wymagającymi intensyfikacji opieki i zmiany priorytetów.

Omówiliśmy już pokrótce pierwszy etap, czyli przekazywanie choremu informacji o niepomyślnym rokowaniu, a także jego oswajanie się z myślą o śmierci. A teraz chciałbym zapytać jak rozmawiać z osobą umierającą, której zostały już tylko tygodnie, dni lub godziny życia. 

Na pewno warto być wtedy autentycznym. Tak naprawdę, żeby pomagać osobom umierającym, żeby być dla nich wsparciem, trzeba najpierw samemu troszeczkę pomyśleć o odchodzeniu, także własnym, a więc zmierzyć się z tematem, który wydaje nam się odległy, nierealny, nie dotyczący nas. My zawsze sobie tę granicę przesuniemy – bo jeszcze nie czas…

Nie da się pomagać komuś w odchodzeniu, jeżeli my sami wypieramy ten temat ze swojej świadomości, unikamy go albo traktujemy jako tabu. Niestety nie jest to wcale łatwe, bo śmierć jest takim tematem, przed którym niejako instynktownie się bronimy, stosując różne formy zaprzeczania, racjonalizacji czy wyparcia. Dlatego bardzo często stykam się z pacjentami, którzy nie pogodzili się wciąż ze swoją mającą nadejść wkrótce śmiercią, np. takimi, którzy jeszcze nie czują się źle, lecz o ich bardzo złym stanie świadczą tylko wyniki badań diagnostycznych.

Fałszywą nadzieją, czy też zaklinaniem rzeczywistości, żyje jednak do końca również wiele osób, które mają już za sobą długie, żmudne leczenie. Liczą oni ciągle na jakąś, kolejną już z rzędu chemioterapię, radioterapię lub inną formę leczenia, często alternatywnego, która ich uratuje. W mniejszości są chyba jednak ci, którzy zaakceptowali to co ich czeka i w związku z tym pozałatwiali wszystkie swoje doczesne sprawy. Są też ludzie, którym niezwykle trudno jest w ogóle wypowiedzieć to słowo – śmierć, czyli mówić o swoim umieraniu. Zajmowałem się kiedyś starszym panem, który ściskając mocno kołdrę zapytał mnie: panie Pawle, czy myśli pan, że warto abym kupił bilety lotnicze do Australii na przyszły rok, bo są teraz naprawdę tanie? (Mimo, że przez całe życie nie był ani razu za granicą). Łatwo się domyślić, o co tak naprawdę ten człowiek pytał, a czego nie był w stanie wypowiedzieć.

I co na takie pytanie „o Australię” najlepiej odpowiedzieć? 

Odpowiedzi zawsze są indywidualne, nie zawsze jednoznaczne, często muszą być dostosowane do aktualnej sytuacji w jakiej znajduje się pacjent. Ja odpowiedziałem: Jeżeli naprawdę chce pan zobaczyć Australię i to jest pana marzenie oraz ma pan pieniądze, to proszę kupić ten bilet, bo marzenia trzeba spełniać. Z drugiej strony to bardzo dużo czasu – ja osobiście nie lubię planować tak odlegle, bo życie nie raz już mnie zaskoczyło. Ten człowiek nie zapytał wprost i wprost nie chciał odpowiedzi. Gdyby zapytał, czy pan myśli, że dożyję wyjazdu do Australii w przyszłym roku, to ja osobiście bym odpowiedział: a jak pan czuje? Jak pan myśli? Gdyby odpowiedział, że czuje, że tak i bardzo tego chce, to bym odpowiedział, że będę trzymał kciuki i będę starał się robić wszystko co w mojej mocy, by jak najdłużej pozostał w dobrej formie, chociaż na wiele rzeczy nie mam wpływu. Natomiast gdyby odpowiedział, że czuje, że nie, to odpowiedziałbym, że skoro tak czuje, to coś w tym jest i że to może być trudne, bo dużo czasu przed nami…

Rozmawiając z terminalnie chorą osobą trzeba więc być bardzo ostrożnym, ważyć słowa i jednocześnie uważnie ją obserwować, aby zorientować się w jakim jest naprawdę stanie. Po czym można poznać, że zbliża się „ten” moment?  

Po pierwsze warto pozwolić chorej osobie jak najwięcej mówić, jeśli tego chce. Jeżeli pacjent mi mówi: panie Pawle, czuję że umieram, a ja widzę, że mówi to poważnie, to odpowiadam wtedy np.: tak pan czuje? Jeśli on wtedy odpowie, że tak, to ja nie zaprzeczam jego słowom, akceptuję je ze spokojem. Można postawić w tym miejscu kropkę, wziąć tę osobę za rękę, ale można też pójść krok dalej i zapytać np.: Jak pan wyobraża sobie swoją przyszłość?

Odpowiedź chorego na takie pytanie może nam sporo powiedzieć o tym, co wie on o swojej chorobie, a także jaki jest jego obecny stan, także psychiczny. Wcale nie jest przecież powiedziane, że umrze właśnie dziś, już za chwilę. Może to być tylko jego „gorszy dzień” albo objaw depresji. Jeśli jednak ktoś mówi z przekonaniem: czuję, że jest ze mną naprawdę źle, chciałbym pożegnać się z rodziną, czuję że umieram, chciałbym ostatni raz pojechać nad morze – to wtedy nie można zaprzeczać. Często przeczucia chorych dotyczące zbliżającej się śmierci, przynajmniej tych, którzy do końca zachowują przytomność umysłu, okazują się trafne.

Zatem, gdy już to się dzieje, jesteśmy przy naprawdę odchodzącej osobie, co do niej powinniśmy mówić, a czego nie mówić, jak ją wspierać? 

Ja myślę, że chyba nie ma takiego tematu, którego nie można poruszać w rozmowie z osobą umierającą. Przede wszystkim jednak warto przy niej wtedy być,  już sama nasza obecność jest w takich chwilach najważniejsza. Można przecież towarzyszyć komuś w odchodzeniu bez słów, np. trzymając tylko czyjąś dłoń. Jeśli ktoś chce mówić do umierającej osoby, to warto, aby mówił jej miłe rzeczy. Niestety Polacy nie lubią nadużywać miłych słów, takich jak: kocham cię, jesteś dla mnie ważny, cieszę się, że jesteśmy tutaj razem, jestem ci wdzięczny za to, co dla mnie zrobiłeś, chcę być przy tobie. W tego rodzaju trudnych momentach niejednokrotnie zdarza się, że bliscy umierającej osoby zupełnie nie wiedzą jak się zachować i mówią jej coś w stylu: to ja ci teraz zamknę drzwi, a ty sobie odpocznij, po czym wychodzą. A od czego ten chory ma odpoczywać?

W takich momentach raczej panuje spokój, czy wyzwalają się silne emocje? 

Jest z tym różnie, ale warto wiedzieć, że dzięki rozwojowi medycyny paliatywnej jesteśmy dziś w stanie zlikwidować lub zniwelować dużą część dotkliwych objawów somatycznych towarzyszących schyłkowej fazie choroby, pomagając chorym w dobrym, jak najbardziej komfortowym odchodzeniu. Jeśli jest taka potrzeba i zawiodą wszelkie inne możliwości, to można np. wprowadzić pacjenta w tzw. stan sedacji, a więc stan głębokiego uspokojenia, przypominający naturalny sen.

To o czym mówiliśmy do tej pory odnosiło się przede wszystkim do umierania z powodu chorób przewlekłych, np. w domu lub hospicjach. Teraz w środku pandemii ludzie umierają często w szpitalach bez możliwości kontaktu z najbliższymi.

Rzeczywiście, nagłe, przedwczesne odchodzenie podczas pandemii, z powodu COVID-19, które często ma miejsce w warunkach szpitalnych, w otoczeniu ludzi ubranych w kombinezony, bez wsparcia bliskich, to coś zupełnie innego i okropnego. Dlatego warto zrobić wszystko, żeby temu zapobiec, jak najlepiej dbając o siebie i bliskich, m.in. poprzez odpowiednią higienę, a także zalecane szczepienia ochronne.

Rozmawiał: Wiktor Szczepaniak, zdrowie.pap.pl


Psychologia

Jesteśmy silne, ale z pewnymi rzeczami nie poradzimy sobie same. Nie z przemocą

Redakcja
Redakcja
10 maja 2021
03.03.2021 KSIAZKI , AUTORKA JUSTYNA MORACZEWSKA , FOT. MARCIN KLABAN
 

Jeden dzień sprawił, że Justyna postanowiła zakończyć niszczącą ją relację i zacząć budować swoje życie od nowa. Jeden raz, jedno uderzenie. To było rok temu, na początku pandemii, dzięki której też mogła zorientować się, że czas na konkretną rewolucję w jej życiu. Swój przypadek oraz historie innych pięciu kobiet – ofiar przemocy opisała w książce. Z Justyną Moraczewską, dziennikarką, autorką książki „Moja siła“, rozmawiamy o tym, jak wygląda życie po wyjściu z toksycznego związku, o budowaniu własnej wartości, która jest podstawą do stawiania granic i o znalezneniu w sobie siły, dzięki której kobieta może zmierzyć się ze skutkami swojej decyzji.

Książkę „Moja siła” otwiera Twoja historia. Nie tak dramatyczna, jak sama przyznajesz, jak w przypadku Twoich bohaterek, ale jednak to zdarzenie sprzed roku całkowicie zmieniło Twoje życie. Jak na nie patrzysz z perspektywy tego czasu? 

W moim przypadku znamienny był jednorazowy incydent. Nie byłam ofiarą długoletniego przemocowego związku, lub związków, jak bohaterki mojej książki. W każdym razie na pewno nie byłam w związku, w którym regularnie dochodziłoby do znęcania się fizycznego, czy tendencyjnego maltretowania psychicznego. Niewątpliwie jednak tkwiłam przez wiele lat w toksycznej relacji, którą już kilka lat wcześniej należało radykalnie zakończyć. Każdy ma swój próg bólu, każdy ma swoją „ścianę”. Ja mam rzeczywiście niski próg bólu. I jeden raz to za dużo, aż jeden raz, zwłaszcza że to, co się wydarzyło miało miejsce na oczach mojej córki, a nad tym nigdy nie przejdę do porządku dziennego. Co ciekawe spotkałam się z opinią i z pytaniem, czy nie przesadzam mówiąc o przemocy w mojej relacji. Przecież ten raz można jakoś wytłumaczyć. I rzeczywiście złapałam się na tym, że sama zaczęłam się nad tym zastanawiać. Rany, czy ja nie przesadzam? Ale zawahałam się tylko przez chwile. Czas leczy rany i wygasza emocje, ale w moim przypadku nie zmienia postawy. Przemoc to przemoc. Niezależnie od tego czy jest jednorazowym aktem, czy też wielokrotnie powtarzającym się działaniem. We mnie nie ma na nią zgody.

Jakie miałaś refleksje na temat przemocy w rodzinie oraz w jaki sposób myślałaś o ofiarach przemocy, zanim sama jej doświadczyłaś?

Nie będę ukrywać, że to nie było zagadnienie, które spędzało mi sen z powiek. Bo mnie nie dotyczyło bezpośrednio. W mojej najbliższej rodzinie przemocy nie było. W każdym razie ja jej nie doświadczyłam, ani nie byłam świadkiem. Oczywiście moje przekonania należały do obiegowych: przemoc to zjawisko kojarzone z patologicznym środowiskiem, w którym, w
pewien sposób istnieje na nią przyzwolenie. Alkoholizm, bieda, brak wykształcenia to czynniki wpływająca na to, że to, co daleko odbiega od normy, normą się staje. Ofiara przemocy? Jakże słaby trzeba mieć kręgosłup, żeby się nią stać. Jak bardzo trzeba być niezdolnym do stawiania granic. Tak jakoś myślałam. Dzisiaj mam w sobie dużo więcej pokory, a jednocześnie dużo więcej empatii i zrozumienia dla ofiar. Do przemocy dochodzi wszędzie, w każdym środowisku. Niezależnie od statusu materialnego, mechanizmy łączące oprawcę z ofiarą są wszędzie analogiczne, różni się tylko scenografia. Co więcej, tak wszechobecna przemoc psychiczna i emocjonalna, jest najczęściej związana z wysoką inteligencją, bo to dzięki niej oprawca tak zręcznie manipuluje swoją ofiarą. Status społeczny, zajmowane stanowisko i pozycja nie mają znaczenia. Każdy może stać się oprawcą, lub ofiarą.

Jak teraz wygląda Twoje życie?

Sama wychowuję córkę, co nie jest łatwe. To jedna z najtrudniejszych konsekwencji mojej decyzji. Ważne jest to, co podkreślam zresztą w książce: po podjęciu decyzji o zmianie, bardzo konkretnej zmianie w życiu, wcale nie jest lżej. Jest inaczej. Trzeba mieć naprawdę twardy tyłek, żeby momentami nie klęknąć. Bo mitem są opowieści o „świetnie radzących” sobie samotnych matkach. Chyba że mają to szczęście, że mogą liczyć na wsparcie rodziny, na przykład własnych matek, które włączają się czynnie w codzienną pomoc. Nie każda z nas ma to szczęście. Niemniej i tak zrobienie pierwszego kroku daje siłę i wiarę w to, że wszystko jest możliwe. Wykonałam w życiu konkretną rewolucję i nie tylko o zakończenie związku mi chodzi. Tak naprawdę to pociągnęło za sobą cały szereg decyzji dotyczących przewartościowania swojego życia. Bardzo konkretnie zamknęłam jego obszerny rozdział. Sprzedałam mieszkanie, pozbyłam się obciążającego mnie kredytu, całe swoje dotychczasowe życie zapakowałam do 12 kartonów. W sumie niewiele mam, ale jestem wolna. Momentami czuję się jakbym zaczynała wszystko od nowa. I chyba poniekąd tak jest. Kolejnym krokiem jest przeprowadzka latem z Warszawy nad morze, do której się właśnie szykuję.

Czy były momenty, że żałowałaś swojej decyzji?

Jak dotąd nigdy. Ale warte podkreślenia jest to, że ja przez kilka lat funkcjonowałam w wypalonym związku. Kilka prób jego reanimacji zakończyło się fiaskiem. Być może dlatego, że
jedynym argumentem, którego się trzymałam było przekonanie, że moja córka musi mieć pełną rodzinę i obydwoje rodziców, bo inaczej ją unieszczęśliwię. Zapomniałam, że jednocześnie unieszczęśliwiam samą siebie, tym dotkliwiej, im dłużej się oszukuję. Jeżeli czegoś żałuję to tylko tego, że radykalnie nie zakończyłam swojego związku wcześniej. Ale wtedy przypominam sobie, że wszystko ma swój czas, że wszystko, co dzieje się w naszym życiu jest po coś, że ma cel. Pomimo tego, że najczęściej nie od razu go widać na horyzoncie. Zatem jestem spokojna. Gdyby nie to, co się wydarzyło wtedy, kiedy się wydarzyło, nie powstałaby „Moja siła”.

Na jakim etapie radzenia sobie ze swoją sytuacją, postanowiłaś, że podzielisz się swoją historią i dasz kobietom siłę, aby one też mogły dokonać zmiany w swoim życiu?

Na początku pochłonęły mnie wszystkich czynności, które stały się naturalną konsekwencją mojej decyzji. Byłam zaabsorbowana sprzedażą mieszkania, przeprowadzką i całą masą spraw, które się z tym wszystkim wiązały (niestety w większości nie były przyjemne). Byłam tym wszystkim tak zmęczona, że nawet nie miałam czasu na to, żeby swoją kondycję psychiczną specjalnie analizować. Ale pamietam dokładnie ten poranek (zajrzałam teraz do skrzynki mailowej i to było dokładnie 4 maja zeszłego roku!), kiedy obudziłam się z przekonaniem że muszę napisać książkę o przemocy wobec kobiet. Usiadłam przy komputerze i napisałam maila do wydawnictwa, które wydało moją poprzednią książkę „Kobiety Rakiety. My z pokolenia X“. Napisałam o tym, jaki mam pomysł na kolejną książkę. Wyznałam, jakie wydarzenie w moim życiu jest tego bezpośrednią przyczyną. Od kiedy ja zaczęłam mówić, o tym co się stało, inne kobiety zaczęły się przede mną otwierać i nagle okazało się, że otworzyłam przysłowiową Puszkę Pandory i że temat domowej przemocy zwłaszcza w czasie pandemii i lockdownu, jest przerażająco wszechobecny, a hasztagi #stayhome #staysafe nabrały dla mnie kompletnie innego znaczenia.

„Moja siła”, Wydawnictwo Słowne (dawniej Burda Książki

W Twojej książce poznajemy historię pięciu kobiet. Znałaś swoje bohaterki wcześniej? Czy trudno było znaleźć osoby, które chciały opowiedzieć o swoich doświadczeniach?

Rzeczywiście, kiedy zaczęłam przygotowania do książki zaczęłam się zastanawiać nad sposobem zdobycie do niej bohaterek. Zanim sprecyzowałam pomysł, jak będę ich szukać, one właściwie znalazły się same. Przez przypadek, podczas rozmowy albo spotkania w zupełnie innej sprawie… Kiedy zaczynałam mówić o mojej intencji napisania książki, okazywało się, że mam przed sobą prawdziwą historię. Historię, o którą tych właśnie kobiet nigdy bym nie podejrzewała. Tak, część z \ nich znałam wcześniej. Ale nie wszystkie. A o dramatach tych z nich, które znałam nie miałam bladego pojęcia. Bo to są historie z gatunku: „W życiu bym nie pomyślała! Ona i przemoc?”. Łatwość z jaką znalazłam bohaterki do książki obrazuje też skalę problemu. Wcale nie musiałam szukać, wybrałam zaledwie 5 historii, a w ciągu miesiąca miałam ich kilkanaście. I to w swoim najbliższym otoczeniu znalazłam większość. A właściwie to historie znalazły mnie. Najważniejsze było to, że wszystkie kobiety chciały się nimi podzielić, żeby pomóc innym przez pokazanie własnej drogi. Rozumiały doskonale intencję i powód, dla którego musi powstać książka. Wiedziały, że nie szukam sensacji, tylko że razem mamy misję. Niezwykle to doceniam, bo to nie było łatwe. Wszystkie poniosły emocjonalne konsekwencje tej decyzji. Otwieranie zabliźnionych ran było bolesne.

Każda historia jest inna. Każda pokazuje inne oblicze przemocy i inny typ oprawcy. Jednak gdybyś mogła podać najczęstsze sygnały występujące w związkach, które powinny zaniepokoić kobiety.

W książce wyróżnione są znaki ostrzegawcze, które nazwałam „alertami“. To są te czerwone latarnie, które zapala nasza kobieca intuicja. Bo niezależnie od rodzaju związku i relacji, my już na samym początku wyczuwamy te momenty, kiedy poważnie powinnyśmy się zaniepokoić i zastanowić nad tym, czy powinnyśmy dalej brnąć w tę relację. Problem polega na tym, że tej swojej intuicji nie zawsze ufamy i często zakupujemy pod dywan to, co i tak eskaluje, narasta i wychodzi często dopiero po wielu latach. Nie ma sygnałów uniwersalnych, ale niektóre są dosyć powszechne i te na pewno powinnyśmy potraktować zawsze poważnie. Po pierwsze: skłonność partnera do agresywnych zachowań pod wpływem alkoholu. W ogóle skłonność do częstych libacji alkoholowych bez limitów, kiedy puszczają lejce. Po drugie: tendencja do kontrolowania, którą na początku związku partner nazywa zdrową zazdrością wynikającą wyłącznie z miłości i troski, a która po jakimś czasie przekształca się w obsesję kontroli manifestującą się na każdym kroku oraz w permanentną inwigilację. Kolejnym „alertem” powinna być tendencja do krytykowania naszych zachowań, kompetencji, wykształcenia czy wyglądu. Ta z czasem przekształca się w upokarzanie i stopniowe obniżanie naszej samooceny. A to w bezpośredni sposób prowadzi do uzależnienia od partnera i nabrania przeświadczenia, że bez niego nie jesteśmy nic warte. A już na pewno na nikogo lepszego i nic lepszego w życiu nie zasługujemy.

Twoje bohaterki mają wiele cech wspólnych. Jakie są najczęstsze przyczyny tego, że ktoś wchodzi w rolę ofiary? Jakie mechanizmy sprawiają, że tak łatwo pozwalamy na przekraczanie swoich granic?

Nie bez powodu każdą z historii moich bohaterek rozpoczynam w ich wczesnym dzieciństwie. To tam tkwi źródło tych powodów. Z jednej strony to nasze wychowywanie na grzeczne
dziewczynki. Nikt nas nie uczył w dzieciństwie wyznaczania granic, mówienia NIE. I to, co najważniejsze, co najbardziej wpływała na nasze późniejsze wybory, to fakt czy wychodzimy z domu zbudowane w poczuciu własnej wartości, czy też niepewne siebie, z ogromnymi deficytami miłości i z przekonaniem, że na miłość musimy sobie zasłużyć. W dorosłym życiu
bierzemy wtedy najdrobniejszy gest za dobrą monetę. Usprawiedliwiamy wszystko i przymykamy oczy na to, co nas rani, bojąc się, że i tak nie zasługujemy na nic lepszego. Dokładnie tak, jak powiedziała to jedna z moich bohaterek: „Pewna siebie i świadoma własnej wartości kobieta nigdy nie pozwoliłaby sobie na związek z takim mężczyzną, a gdyby nawet taki
związek rozpoczęła, to bardzo szybko by go zakończyła.” I tu pojawia się kluczowa refleksja: żeby zbudować zdrowy związek trzeba zacząć od pracy nad samą sobą, często niemożliwej bez efektywnej terapii. A miłości, której tak pożądamy, musimy najpierw poszukać w sobie, zanim będziemy jej szukać w drugim człowieku. Bez miłości do samej siebie, nie ma mowy o zbudowaniu zdrowej relacji z partnerem.

Nie tylko kobiety są ofiarami przemocy. Tymi ofiarami stają się również dzieci. A wiele kobiet trwa w toksycznych relacjach tylko ze względu na dzieci, nie zdając sobie do końca sprawy, jaki wpływ może mieć na nie sytuacja w domu.

To przeświadczenie, że naszym obowiązkiem, podstawowym obowiązkiem kobiety, jest utrzymanie pełnej rodziny, to najpopularniejsza pętla. Trwamy w związku który wyniszcza. A dla dzieci jest negatywnym wzorcem na przyszłość, bo jak później mają stworzyć dobre relacje w dorosłym życiu, jeżeli widzą w jaki sposób rodzice traktują siebie nawzajem, jeżeli widzą w domu brak szacunku, słyszą wulgarne, obraźliwe słowa, są świadkami wybuchów agresji, a w najgorszym przypadku aktów fizycznej przemocy? Dopóki nie zaczęłam pisać książki i słuchać historii kobiet byłam niezwykle radykalna i uważałam, że nie ma absolutnie żadnego wytłumaczenia dla kobiety, która przyzwala na to, żeby z rąk ojca krzywda spotykała jej dziecko, żeby dziecko było bite, poniżane, zastraszane. Dzisiaj wiem, jak wiele mechanizmów rządzi relacją pomiędzy ofiarą i oprawcą wiem, czym jest współuzależnienie i nie feruję tak jednoznacznych wyroków. Niemniej mam nadzieję, że jeżeli matki, które w mojej książce zobaczą lustro, najzwyczajniej się przerażą i znajdą w sobie siłę, żeby przerwać ten krąg przemocy i ratować nie tylko siebie, ale własne dzieci.

Czego nauczyły Cię Twoje rozmówczynie? Która historia poruszyła Cię najbardziej?

Przede wszystkim ich historie są momentami tak niewiarygodne, że gdybym sama ich nie usłyszała, pewnie nie uwierzyłabym, jak wiele może wydarzyć się jednej osobie i z jakich opresji potrafi wyjść. To mi pokazało raz jeszcze, że trzeba być wdzięcznym. Chociażby za dobre dzieciństwo, w którym nie doznaliśmy krzywdy. Każda z historii wywołała we mnie ogromne emocje. Każda dotyka innych obszarów emocji. Każda jest inna. Kiedy myślę, że mam pod górkę i zaczynam czuć żal do losu, odtwarzam sobie to, co przeszły dziewczyny. Bynajmniej nie dla poprawy własnego nastroju, tylko po to, żeby dać sobie samej kopniaka w tyłek: „Naprawdę uważasz, że masz p r o b l e m?!”

Chciałabyś, aby Twoja książkai zmieniła czyjeś życie? 

Z tego co wiem już zmieniła i to niejedno. A zatem w sumie cel został osiągnięty, bo kiedy zaczynałam pracę nad książką powiedziałam sobie: niech dzięki niej uda się zmienić życie
przynajmniej kilku kobiet, a niech jednej, nawet tylko jednej ta książka uratuje życie i już będzie warto. Z taką misją ją pisałam. To się już dzieje. Piszą mi o tym kobiety, które przeczytały „Moją siłę“. Opowiadają mi o swoim życiu i o tym, jak ta książka dodaje im mocy i wiary, że im też się uda, skoro moim bohaterkom się udało. Nie spodziewałam się skali, tym bardziej jestem szczęśliwa i tym bardziej wierzę, że moja praca i poświęcenie były potrzebne. Bo napisanie tej książki, nie będę oszukiwać, bardzo wiele mnie kosztowało.

Tobie bardzo pomogła rodzina. Co poradziłabyś kobietom, które nie mają wsparcia w  najbliższych osobach?

Zawsze w naszym otoczeniu znajdzie się ktoś, komu możemy zaufać, kto jest nam przychylny i kto pomoże. To może być koleżanka, to może być przyjaciółka, to może być lekarz, a nawet szefowa, tak jak w przypadku jednej z bohaterek. Przełożona, która odkryła, że pod długimi rękawami bluzki w upalne dni noszonej do pracy, jej pracownica ukrywa siniaki. Warto znaleźć przynajmniej jedną taką osobę. Na końcu książki podaję też całą listę miejsc, instytucji i fundacji, w których bezpłatnie można zwrócić się o pomoc, również psychologa. Jest też cała masa grup wsparcia działających chociażby na Facebooku. Najgorsze, co można zrobić, to nie mówić nikomu. Jesteśmy silne, ale z pewnymi rzeczami nie poradzimy sobie same. Nie z przemocą.

Jak oceniasz działanie polskiego systemu prawnego w obliczu przemocy domowej?

Nie czuję się kompetentna w tej kwestii. I daleka jestem od jakiekolwiek oceny. W książce bezocenowo przestawiam fakty, na podstawie których każdy zbuduje własną opinię. Mogę tylko wyciągnąć wnioski po tym, co usłyszałam od innych kobiet, wiedząc z czym one się zmierzyły, z czym się zderzyły, jeśli chodzi o działanie systemu. Tyle absurdów, niesprawiedliwości i bezsilności! Najbardziej martwi mnie, że tak wiele nie zależy od samych przepisów, ale od poszczególnych osób, czy to funkcjonariuszy policji, czy prawników i sędziów. Tak wiele zależy od człowieka, który pełni daną funkcję – od jego uprzedzeń, zapatrywań, poglądów i doświadczeń osobistych. Na koniec również od jego płci. A tak być nie powinno.

Justyna Moraczewska – dziennikarka i stylistka od ponad 20 lat związana z mediami dla kobiet. Karierę zaczynała jako stylistka w magazynie „Elle”, a przez kolejne 13 lat pełniła funkcję szefowej działu mody w miesięczniku „Cosmopolitan”. Następnie objęła stanowisko szefowej działu urody w magazynach „In Style” i „Gala”. Zajmowała się również wizerunkiem gwiazd i osób publicznych, kreacją kampanii wizerunkowych marek odzieżowych i stylizacją prezenterów programów telewizyjnych, reklam i pokazów mody. Autorka książki „Kobiety Rakiety. My z pokolenia X” oraz bloga justpassion.pl, na którym pisze o urodzie, modzie, zdrowym, a przede wszystkim świadomym stylu życia. Fanka sportu, biegaczka. Autorka projektu wspierającego drogę kobiet do samorozwoju i samoakceptacji #piekniejszabedzieszsilniejsza. Zapraszamy na IG: @justpassionblog.

fot. M. Klaban


Psychologia

Pijawki lekarskie – dawna metoda stosowana i dziś

Redakcja
Redakcja
10 maja 2021
Rys. Sever Salamon
Te zwierzątka u niewielu budzą przyjazne uczucia, ale medycynie znane są od setek lat – także współczesnej. Mowa o pijawkach lekarskich, które wspomagają terapię po zabiegach mikrochirurgicznych, rekonstrukcyjnych, plastycznych czy onkologicznych. Mogą mieć też inne zastosowania. Lekarze ze Szpitala św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy, który specjalizuje się w replantacjach kończyn i mikrochirurgii, wprowadzili pijawki lekarskie do standardowego postępowania przy replantacjach kończyn.

– Okazały się niezastąpione w chirurgii rekonstrukcyjnej, gdzie płaty skórne są zagrożone procesem niedokrwiennym i martwiczym z powodu zakrzepicy, a leki nie mogą dopłynąć z krwią do miejsc zagrożonych. Sięgamy po nie przede wszystkim w przypadkach dynamicznie postępującej, pomimo stosowania leków, zakrzepicy naczyniowej i obrzęku tkanek po zabiegach replantacji. Szpitalne wskazania do terapii pijawkami dotyczą chorych po zabiegach mikrochirurgicznych, w chirurgii ręki, chirurgii rekonstrukcyjnej i plastycznej czy onkologicznej” – mówi chirurg dr Maciej Paruzel, prezes Polskiego Towarzystwa Hirudologicznego.

Zastosowanie pijawek lekarskich

Przy okazji wykorzystywania pijawek w trakcie rekonwalescencji po zabiegach replantacji odkryto wiele innych zastosowań dla tej formy wspomagania terapii, np. u pacjentów z zespołami algodystrofii czy z zapaleniem stawów towarzyszącym osteoartrozie.

Liczba chorób, w których pijawki lekarskie mogą przynieść pozytywne efekty, jest ogromna. Problem w tym, że jednak trudno stworzyć jednolitą listę wskazań, bo każda sytuacja wymaga uwzględnienia schorzeń towarzyszących, zażywanych leków, stanu chorego, oczekiwań stawianych terapii.

Terapii pijawkami lekarskimi nie nazywajmy jednak leczeniem – to metoda wspomagająca leczenie właściwe, terapia uzupełniająca. Jest jak najbardziej legalna, wpisana na listę procedur medycznych i wykorzystywana przez środowisko lekarskie jako metoda uzupełniająca, ale mówienie o leczeniu pijawkami jest nadużyciem” – podkreśla dr Paruzel, który jest prekursorem stosowania pijawek w Polsce.

Kurs z pijawki

Od lat prowadzi też szkolenia – wzięło w nich udział w sumie już ponad 1500 osób. Poza techniką ich stosowania, a także takich kwestii, jak prawidłowo przystawiać pijawkę, jak o nie dbać, kursanci uczą się także, w jakich sytuacjach się je stosuje, kto może, a kto nie powinien korzystać z tej terapii, jak często ją zalecać. A nie jest to takie proste, bo nie ma jednoznacznych wytycznych, według których w danym schorzeniu pacjent powinien przejść pięć takich terapii, a w innych siedem lub trzy.

Dostosowuje się to do danej sytuacji, objawów chorobowych i do tego co chcemy uzyskać. Bo na przykład, jeżeli mamy amputacje palców ręki, które chcemy ratować, to pijawki przykładamy najpóźniej 6-8 godzin od zabiegu, później nie miałoby to już sensu. Natomiast przy przewlekłych schorzeniach zapalnych, czy w stanie uporczywego przewlekłego bólu, taką terapię stosujemy np. raz w tygodniu przez 5 tygodni” – wyjaśnia chirurg i hirudolog.

Kiedy pijawek nie można stosować

Na kursie mówi się także o przeciwwskazaniach i niebezpieczeństwach tej metody – bo i takie są. Według lekarza błędem jest dostosowywanie hirudoterapii do konkretnych chorób. Jednocześnie warto sobie zdawać sprawę z tego, że istnieją bezwzględne przeciwwskazania, np. niewydolność zastawki serca, hemofilia lub małopłytkowość.

Zanim zalecimy komuś taką terapię trzeba uwzględnić stan pacjenta, wyniki badań krwi, określić cel terapii. Podstawą jest wykluczenie stosowania przez pacjenta silnych leków przeciwzakrzepowych, infekcji, spadku odporności. Trzeba określić stopień zaawansowania choroby, z którą przyszedł. I pamiętać, że pijawki nie są na wszystko, np. niewydolność wątroby czy nerek może spowodować powikłania – wylicza specjalista.

Pijawek nie stosuje się też u kobiet w ciąży i małych dzieci.

Kiedy pijawki mogą pomóc

Według lekarzy stosujących pijawki hirudoterapię można nazwać metodą łagodzenia objawów chorobowych. Największą grupą chorób, w których pijawki mogą pomóc, są choroby układu ruchu: wszelkiego rodzaju obrzęki, stany zapalne, wysięki, bóle stawowe, bóle kręgosłupa.

Drugą grupę stanowią choroby układu krążenia: uporczywe, niepoddające się leczeniu nadciśnienie tętnicze, choroby układu żylnego związane głównie z procesami zakrzepowymi.

Jest też mnóstwo innych wskazań: neurologicznych, ginekologicznych, laryngologicznych, okulistycznych, a nawet stomatologicznych.

Zawsze jednak pacjent jest indywidualnie kwalifikowany przez lekarza.

Jak pomaga pijawka

Zapomnijmy o najczęściej powtarzanych mitach, że pijawki wypijają „złą krew” i to stąd bierze się ich wspomagająca leczenie moc.

Pijawka pobiera krew jako swój pokarm. W przyssawce ma substancję, którą wpuszcza w momencie pobierania krwi do organizmu, do którego się przyssała. Najwięcej „wypuszcza” jej w miejscu przystawienia, jednak ok. 30-40 proc. tej substancji rozchodzi się po całym organizmie. Można więc powiedzieć, że przystawienie pijawki powoduje lecznicze działanie zarówno w zakresie zmian zapalnych, jak i w zakresie układu krążenia – mówi dr Paruzel.

Choć hirudoterapia należy do procedur medycznych wg Międzynarodowego Spisu Procedur ICD-9, z rozliczaniem jej przez Narodowy Fundusz Zdrowia wciąż bywa różnie. Zdarza się, że NFZ płaci za terapię pijawkami w szpitalach, jednak w większości przypadków nie jest to terapia refundowana, jak to dzieje się np. w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych czy w Rosji.

Nie każda pijawka może być stosowana

Pijawki do terapii muszą pochodzić z legalnej hodowli laboratoryjnej, będącej pod kontrolą weterynaryjną, a ich źródło pochodzenia jest udokumentowane stosownym certyfikatem. To ważne, bo te niewiadomego pochodzenia, zwykle pozyskiwane z natury, mogą przenosić groźne dla człowieka drobnoustroje. W Polsce terapię pijawkami prowadzić mogą osoby, które nie są lekarzami, jednak warto, aby współpracowali z lekarzem. Pomogłoby to zmazać z tej pożytecznej metody piętno pseudoterapii i szamaństwa.

Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Zobacz także

Siedem rzeczy, z powodu których obawiasz się przyszłości. Nie pozwól, by strach kontrolował twoje życie

10 rzeczy, które mogą zniszczyć związek na samym jego początku. Nie spiesz się!

Życie na huśtawce. Skąd się biorą wahania nastroju?