Psychologia

Jak poczuć się lepiej kiedy jest ci źle. Wcale nie musisz uśmiechać się przez łzy

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
20 listopada 2016
Fot. iStock/Eva-Katalin
 

W życiu są lepsze i gorsze momenty, a my uporczywie staramy się widzieć tylko to, co nas dołuje i przytłacza. Nie zawsze jest łatwo wyjść z psychicznego doła, pozbyć się wrażenia, że nas coś przerosło, że z czymś sobie nie poradzimy. Nie trzeba z tym uczuciem walczyć „na siłę”, ale raczej, zabrać się za nie sposobem.

Poniżej kilka sposobów na to, by konsekwentnie, „dyskretnie” czynić swoje podejście do życia i zdarzeń mniej negatywnym, a bardziej pozytywnym:

Doświadczaj tego, czego musisz doświadczyć

Wszyscy doświadczamy trudnych emocji, one są naszą własnością. Jeśli nie panujemy nad nimi, odczuwamy wstyd, który przesłania nam to, co za nimi stoi. Zaczynamy je tłumić, nie chcemy tego „czuć”. Nieważne, czy skończyłaś właśnie 30, 40, czy 50 lat, jeśli czujesz się zagubiona i niepewna, na przykład ze względu na to na jakim etapie życia się znajdujesz, twoje emocje są czymś naturalnym. Pozwól sobie je czuć. Jedynym wyjściem, jest „przejść przez to”. Nie broń się przede emocjami.

Poznaj swoje „wyzwalacze”

Zawsze łatwiej radzić sobie z czymś, co potrafisz zidentyfikować. Przełamywanie problemów i identyfikacja swoich lęków, „niewiadomych” stresorów, daje nam nieporównywalnie większą świadomość tego, co można zmienić, czym nie trzeba się przejmować, jakie jeszcze wyzwania przed nami stoją.

Stwórz sobie przestrzeń

To znaczy, ucz się patrzeć z dystansem na swoje problemy. Tworzenie przestrzeni oznacza, że jesteś o krok od swoich uczuć, potrafisz im się przyjrzeć bardziej obiektywnie i odpowiednio je „przekierować”.

Na przykład, jeśli ciągle mówisz sobie, że skończyłaś 30 lat i niczego nie osiągnęłaś, skup się na eliminowaniu lęku i niepokoju związanego z przyszłością, a pielęgnuj swoje zamiary i nadzieję.

Bądź wdzięczna

Wdzięczność jest potężnym narzędziem. Jest też pierwszym krokiem do zmiany sposobu myślenia na pozytywny. Nie musisz być wdzięczna za „wszystko”. Wybieraj sobie codziennie trzy rzeczy, za które mogłabyś podziękować.

Co to daje? Pomaga przewartościować swoje życie. Pozwala docenić i zauważyć cały ogrom dobra, jaki już w nim się pojawił. A dla każdego z nas, będzie on oczywiście czymś innym. Wdzięczność pozwala nam zobaczyć w naszym życiu bogactwa, niezależnie od tego, co się akurat przeżywa.

Przyjmuj dobro i zło

To nie jest tak, że złe rzeczy nie przytrafiają się dobrym ludziom. Ale, sposób w jaki podchodzimy do naszych problemów zależy od naszego punktu widzenia. Czy jesteś w stanie zaakceptować „gorszy czas” i cieszyć się z  tym dobrym w każdej sytuacji?

Zauważaj możliwości

Przechodzisz przez trudny okres, ale to teraz właśnie masz szansę lepiej poznać samą siebie. Teraz możesz popracować nad swoimi umiejętnościami, dobrymi i złymi przyzwyczajeniami, teraz masz okazję się „sprawdzać”, rozwijać tak, by stać się lepszym człowiekiem.

Buduj swoją siłę

Byłaś już w tym momencie, w którym zdajesz sobie sprawę, że im więcej przed tobą problemów i trudnych wyzwań, tym więcej jesteś w stanie przejść? To tu właśnie odnalazłaś swoją siłę.

Skup się na „lekcji”

Kiedy  spojrzysz wstecz na swoje ostatnie problemy, możesz powiedzieć, że wyciągnęłaś z nich dla siebie jakieś wnioski? Czujesz się mądrzejsza dzięki tym doświadczeniom? Nigdy nie zapominaj, że to ty sama decydujesz o tym, jak wpłyną na ciebie trudne momenty i na ile będziesz mogła cieszyć się życiem.

To nie jest ani możliwe, ani zdrowe mieć pozytywne nastawienie „do wszystkiego” cały czas. Tragiczne wydarzenia, trauma, dramaty, które się przytrafiają, to coś, co zawsze zostawia w nas ślad. Gdy czujesz się źle postaraj się nie skupiać tak mocno na sobie, wtedy będzie ci łatwiej zaakceptować wszystkie wyzwania i rozpoznać dobro w twoim życiu.


Źródło:tinybuddha.com


Psychologia

Czy stać nas choć na odrobinę zrozumienia? Proszę was o chwilę refleksji, tylko tyle

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
20 listopada 2016
Fot. iStock/Pekic
 

Dzisiaj Dzień Pamięci Osób Transpłciowych – przejdzie bez echa, bo kto by głośno mówił o ludziach, którzy zostali zamordowani z powodu transfobii. Ktoś powie: „W wypadkach samochodowych ginie więcej w tydzień”. I miałyby rację, bo skali osób, które giną w wyniku zabójstwa lub samobójstwa z powodu swojej transpłciowości nie da się zmierzyć.

Brak statystyk, ile osób ma problem ze swoją tożsamością płciową. Bo co znaczy mieć problem z jej określeniem, no w końcu jest się chłopcem albo dziewczynką. I kropka. Koniec. Trudno nam dopuścić w ogóle do myśli fakt, że nasze dziecko, brat, przyjaciółka, a może i partner czuje się źle w swojej skórze. To COŚ jest obrzydliwe, niezrozumiałe i nie powinno oczekiwać akceptacji. Tak, jesteśmy tolerancyjni – ale patrzymy na Annę Grodzką i myślimy „po co jej to było”. A ona chciała być szczęśliwa w końcu ze sobą. Zresztą do dzisiaj mówi, że dokonanie tranzycji – czyli korekty płci jest heroizmem, bo choć często odzyskuje się siebie, to staje się wykluczonym społecznie.

I niby nasza mentalność się zmieniła, niby świadomość jest inna, ale nadal odmienność, a raczej coś, czego nie znamy, budzi w nas dziwne uczucia, strach, że może to spotkać bliską nam osobę.

Rozmawiałam kiedyś z chłopcem, nastolatkiem. Postanowił głośno i publicznie powiedzieć, że nie jest dziewczynką, jakby natura zrobiła mu psikusa i chłopca zamknęła w kobiecym ciele. W klasie z rozpoczęciem roku wychowawczyni oznajmiła, że mają nową osobę, nową, ale jednak im znaną. Przedstawiła Maksa – który nie musiał ukrywać się już pod chłopięcymi bluzami i wysłuchiwać uwag, że nie nosi się jak nastolatka. Maks spotkał się z pełną akceptacją ze strony rówieśników, nauczycieli i rodziców. I choć ta pełna akceptacja miała swoje pęknięcia, to jednak on sam otrzymał wsparcie od dorosłych osób. Z nich powinniśmy brać przykład.

Anna Grodzka odebrała tysiące telefonów, maili z pogróżkami. Nienawiść z jaką musiała się zmierzyć z pewnością dla każdego byłaby trudna do udźwignięcia. I dla wielu jest, bo przecież wśród osób transpłciowych były te, które zdecydowały się odebrać sobie to co najcenniejsze – własne życie, które jest koszmarem. Jest wiele osób, które nie przyznają się do tego, co czują. Odgrywają rolę, którą akceptuje społeczeństwo i najbliżsi pozostając głęboko nieszczęśliwym człowiekiem.

Kilka dni temu rozmawiałam z Anią Grodzką, powiedziała, że to, co niezrozumiałe, nie jest tolerowane. I wiem, że trudno zrozumieć, ale gdyby zadać sobie choć odrobinę trudu i przestać określać niektóre kobiety „babochłopami”, bo ekspresja ich ubioru i zachowania bliższa jest męskiej. Gdyby tak nie mówić o facetach, że są ciotami i obrażać ich pytaniami o męskość? Pomyślmy, jak bardzo możemy, choćby nieświadomie, dotknąć czyichś uczuć, uderzyć w najwrażliwszą z nut.

Wiem, że dla każdego transpłciowość jest tylko tym, co widzimy w telewizji. Ale jak często się w takich poglądach mylimy?

Dzisiaj Dzień Pamięci Osób Transpłciowych, dla zdecydowanej większości z nas – jak każdy inny. Niedziela, rodzinny obiad, może spacer, jeśli pogoda będzie sprzyjać. Ale są domy, w których rozgrywane są ludzkie tragedie. Jesteście w stanie zapalić dzisiaj świeczkę za tych, którzy zwyczajnie chcą być sobą? Jesteście w stanie wykazać się zrozumieniem dla tych, którzy by być szczęśliwi czasami muszą stracić wszystko?

Proszę was tylko o chwilę refleksji. Myślę, że dla tych ludzi będzie to już bardzo dużo.


Psychologia

Bez zobowiązań to można „uprawiać seks”, pogadać przy winie. Ale kochać się nie da

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
19 listopada 2016
Fot. iStock/max-kegfire

Po co się wiązać niepotrzebnymi deklaracjami? Lepiej od razu wyznać: „przepraszam, nic ci nie mogę obiecać”. Chcesz ryzykować, chcesz być ze mną, nie wiedząc, czy to co nazywasz dziś szczęściem, zagadką, tajemnicą, nie zamieni się za chwilę w krzywdzącą niepewność, by zaraz potem prysnąć jak bajka mydlana? Zdecydujesz się na to wszystko, wiedząc, że może boleć? Tak wysoko mnie cenisz? Tak bardzo zależy ci właśnie na mnie?

Spotkali się u znajomych, porozmawiali, następnego dnia „złapała” go na Facebooku. Tak, to ona zainicjowała ponowne spotkanie.  – Uważaj – powiedziała jej koleżanka – on się nie wiąże na stałe. Będziesz się czuła cudownie, a potem spadniesz na sam dół.

Nie uwierzyła, zauroczył ją. Był, oczywiście, inny niż wszyscy. Nie bardzo przystojny, ale intrygujący. Niebanalny, oczytany, cynicznie zabawny… Ten jego cynizm odczuła potem głęboko, boleśnie.

Poszli do kina, na portugalski film, potem na wino. Następnym razem wylądowali w jego mieszkaniu. Nie wierzyła, że można tak ją dotykać. Seks, który można byłoby opisać słowami taniego Harlequina przydarzył się jej, naprawdę.

Rano smażył jajecznicę, całował ją w duży palec u nogi i głaskał po plecach, cytując fragmenty ulubionych filmów. Pokrewieństwo dusz, bliskość jak z żadnym innym mężczyzną. Między jednym zdaniem, a drugim, jakby od niechcenia nazwał ją „swoją dziewczynką”. Uczepiła się tego ze wszystkich sił. Wychodząc dała mu jasno do zrozumienia, że dla niej ten wieczór, noc i wspólny poranek, znaczyły bardzo wiele. Nie odpowiedział, uśmiechnął się. „Mężczyźni z reguły nie są wylewni”- pomyślała.

W pracy nie mogła usiedzieć, co chwila zerkając na telefon. Nie odezwał się. Wytrzymała do wieczora, po 20 tej wysłała SMS: „Tęsknię”. Odpowiedział rano, propozycją spotkania pod koniec tygodnia, podał adres, godzinę.

Zadzwoniła, zaniepokojona oficjalnym tonem wiadomości. Żartobliwie, trochę zaczepnie rozwiał jej wątpliwości. Nawet użył zabawnego zabawnego zdrobnienia dla jej imienia, nawiązał do wspólnej nocy. Dał do zrozumienia, że mu zależy, że nie jest mu obojętna, że zobaczył w niej kogoś wyjątkowego. Tak to odebrała. Znów było dla niej jasne, że czują ze sobą bliskość. Oboje.

Czekała na to spotkanie niecierpliwiąc się, siłą prawie powstrzymując od wysłania SMS-a, od telefonów. Kiedy nadszedł dzień spotkania, wpadła mu w ramiona, a on przywitał ją dziwnie chłodno. Szybko zrozumiała, że nie są sami. Znajomym przedstawił ją po imieniu. Żadnych tam „to moja dziewczyna”… Nie trzymał jej nawet za rękę. Czuła się zmieszana, nie wiedząc co właściwie ma o tym myśleć. Wyszła po godzinie. Zadzwonił tego samego wieczora, skłamała, że rozbolała ją głowa, że słabo się czuła. Nie dopytywał.

Przez następne tygodnie ich „związek” przypominał huśtawkę, poruszającą się w pewnym, stałym rytmie. Za każdym razem, gdy pozwolił jej się do siebie zbliżyć, a ona odkrywała przed nim swoje uczucia, natychmiast potem odsuwał ją od siebie na bezpieczny dystans. Nie odbierał telefonów, nie odpowiadał na wiadomości. Nie częstował jajecznicą. Wszystkie jej wyznania obracał w żart.

Powoli zaczęła zauważać pewne, niepokojące szczegóły. Nie lubił mówić o swojej rodzinie. Nie wtajemniczał ją w swoje plany na weekend, a przecież byli parą – łączył ich świetny seks, poważne rozmowy (byle nie o przyszłości) i poglądy polityczne. Reagował histerycznie, gdy raz zostawiła u niego swoje kosmetyki. – Chyba nie postanowiłaś się tu wprowadzić – „żartobliwie” komentował, gdy wstawiła sobie do jego lodówki jogurt. Powoli uzależniała się od dwóch skrajnych uczuć związanych z tym dziwnym związkiem: radości, że ją do siebie dopuścił i rozpaczy, że znów ją odtrąca.

Zaprosiła go na długi weekend do swojej przyjaciółki, w jej domku na Mazurach. Z daleka od miasta, jego znajomych. Może uda im się porozmawiać, na poważnie. A przyjaciółka może wyłapie to i owo. Zgodził się, by ostatecznie zrezygnować na pół godziny przed wyjazdem. Przysłał SMS: za bardzo naciskasz, może następnym razem. Zadzwoniła, zrobiła awanturę, że tego sobie ludzie w związkach nie robią, że tam wszystko umówione.  – Kochanie, wyluzuj – powiedział – ja ci przecież nic nie obiecywałem. I kto ci powiedział, że jesteśmy parą?

To było jak zimny prysznic. Zimny, ale bardzo potrzebny. Przyniósł, w odpowiedniej chwili, opamiętanie. Zaraz, chwileczkę. No tak. Przecież ani razu nie powiedział, że kocha. Ani razu, na poważnie, nie nazwał „swoją dziewczyną, czy kobietą”.  To ona zasypywała go deklaracjami, to ona wychodziła częściej z inicjatywą. To ona wyznała mu miłość. Jak mogła być tak ślepa, tak naiwna, by tego wszystkiego nie zauważyć?

Wyrzuciła jego numer telefonu, wykreśliła ze swojego życia. Nie ze złości, ale dlatego, że zdążyła się zakochać. Bolało.

Bez zobowiązań można pewnie „uprawiać seks”, pomieszkać w tym samym mieszkaniu, można pogadać przy winie.  Ale kochać nie można.


Zobacz także

Hiper-rodzicielstwo, czyli jak „zepsuć” dziecko

10 rzeczy, których nie wolno mówić ofiarom przemocy domowej

10 rzeczy, których nie wolno mówić ofiarom przemocy domowej

„Mam kobietę, dziecko, jestem szczęśliwa.” Życie lesbijki w Polsce