Lifestyle Psychologia Silna kobieta Związek

Błagam, nigdy nie mówcie tego mężatkom!

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
6 kwietnia 2021
Czy w sercowych sprawach powinnyśmy polegać na radach przyjaciółek?
Fot. iStock/martin-dm
 

 

Błagam, tego nigdy nie mówcie mężatkom 😉 Tak! I to jest prośba do singielek, rozwódek, naszych koleżanek i przyjaciółek. Tak jak my, mężatki nie powinnyśmy mówić pewnych rzeczy (ostatnio super napisała o tym Świeża Rozwódka), tak mam apel do was.

I tego (w większości) naprawdę nie chcemy słyszeć.

„Ja bym z nim nie wytrzymała, bo…”

To jedna z moich ulubionych fraz. Po czym następuje cała litania. Bo za mało okazuje ci uczucia, za bardzo ci okazuje, przecież to osaczanie. Bo jest pracoholikiem, ewentualnie leniem, ojcem zbyt skoncentrowanym na dziecku, za mało skoncentrowanym, jest zimną rybą, ma zbyt wybuchowy temperament. Mogłabym encyklopedie napisać z tych wszystkich „bo”. Najbardziej zabawne, że „bo” jest dla każdej koleżanki inne, często zupełnie sprzeczne.Przykład z mojego życia, na wakacjach koleżanka orzekła, że mój mąż za bardzo koncentruje się na dziecku (bawił się z nim kilka godzin na plaży), a niedługo później inna, że kurczę słabe, bo sam wyszedł na rower, a synowi tego nie zaproponował.

„Wiesz, po tym, co mi powiedziałaś, wywaliłabym go na zbity pysk”

Okej, możemy dyskutować, czy to lojalne, że czasem obgadujemy przed wami własnych mężów. Ale my też potrzebujemy się wygadać, potrzebujemy wsparcia, bo wydaje nam się, że przeżywamy armagedon. Nie da się przeżyć z kimś kilku, kilkunastu lat bez kryzysów (z góry przepraszam tych, co mają małżeństwa idealne). Więc jeśli jednego dnia opowiadamy dramatyczną scenę kłótni, a potem przechodzimy na tym do porządku dziennego, bo się pogodziłyśmy z małżonkiem, to nie wzdychaj zdziwiona.

Bo ja, na przykład, nie wzdycham, jak kolejny raz zaczynasz z tym samym facetem albo tęsknisz za żonatym. Ewentualnie trzeci miesiąc czekasz na telefon od takiego jednego. I czekasz.
Ocieram łzy i mówię: „Jestem”. My też po prostu potrzebujemy słowa: „jestem”.

I ty mu pozwalasz oglądać pornografię? No nie wiem…

To tylko przykład z tego słynnego „pozwalasz”, pozwalasz oglądać nagie dziewczyny, grać z kumplami do nocy, upijać się, zgadzać się na samodzielne wyjazdy, zbyt długie przebywanie na działce, rozmowy z koleżankami…. Zawsze mnie to dziwi. Jak jedna dorosła osoba może pozwalać na coś drugiej. To nie jest relacja rodzic dziecko, każdy jest wolny, a bycie razem jest wyborem. Dlaczego mam mu nie pozwalać na rozmowy z koleżankami? I jak niby miałabym to zrobić, przywiązać do kaloryfera? Zabrać telefon? Dlaczego, jak nam facet robi takie rzeczy, to nazywamy go obsesyjnym, zaborczym manipulantem itd? Każdego obowiązuje inna definicja partnerstwa. Gdyby mój mąż mnie ograniczał, już nie byłby moim mężem albo leczyłabym się na terapii długoterminowej.  A pornografię to sama lubię obejrzeć.

Jakoś czuję, że wy się rozwiedziecie

Dziękuję, my tego nie czujemy, a nawet jeśli masz rację, to po co takie słowa? Same musimy do tego dojrzeć… Jednak często nie macie racji. Ponad dziesięć lat temu koleżanka przeżywająca intensywny, świeży związek powiedziała mi, ot tak, przy kawie, że jej zdaniem rozwiodę się z mężem.
Świetnie, nadal jesteśmy razem i nie z przymusu. Wciąż tego chcemy. A ona już dawno nie jest z tym cudownym, gorącym kochankiem, bo okazał się dupkiem. Nie, nie jestem złośliwa. Po prostu nigdy nie wiemy, co się stanie z inną parą. Ile znam cudownych małżeństw, których już nie ma. A pary, które oceniałam na „nierokujące”, są razem do dziś.

Uważaj, jak taka będziesz, któraś ci go zabierze

Niestety, wciąż same siebie dobijamy. To nie musi być komunikat wprost, częściej przypomina pasywną agresję: „Naprawdę to on robi porządek w lodówce?” „Częściej sprząta?”. Potem następuje westchnięcie. Po którym muszę się domyślić, że postępuję źle.
Dotyczy też innych rzeczy, za mało się staram, za bardzo się staram, jestem zbyt nadskakująca, za mało, schudłam za bardzo, za mało przytyłam. Poza tym, czy mężczyzna to paczka? Rzecz, którą można ukraść? Najwyżej sam pójdzie. I wtedy będziemy rozwódkami.

Nie narzekaj, masz męża

To stanowczo mój faworyt. Skoro mam stałego partnera, nigdy nie powinnam marudzić. W końcu nieważne, że nie mam pracy, że słabo dogaduję się z szefową, że mam czasem dość macierzyństwa. Mam lepiej, bo mogę się tym dzielić z kimś. Mogę, ale czy jest jakieś magiczne prawo, które mówi, że tego dnia, gdy wychodzimy za mąż, przestajemy mieć prawa do samotności, gorszego samopoczucia, frustracji? Że już nie możemy marzyć o karierze, zarabianiu pieniędzy?

„Ja nie znam dobrych małżeństw.…”'

Dziękuję, zrozumiałam, co chciałaś mi powiedzieć. Ale naprawdę musiałaś? Po co? To tak jakby mężatka mówiła: „nie znam szczęśliwych singielek”. Jeśli tak mówi, to słabo.

Bardzo proszę, myślmy, co do siebie mówimy.

PS. Sprawa nie dotyczy małżeństw, gdzie jest przemoc. Wtedy na pewno potrzebujemy pomocy. Ale też nie porad i pasywno–agresywnych reakcji.

 


Lifestyle Psychologia Silna kobieta Związek

6 rzeczy, których potrzebujesz, żeby pozwolić komuś odejść. W miłości, i nie tylko

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
29 czerwca 2016
Fot. iStock / selimaksan

– Popełniasz błąd, nie pozwalasz jej odejść – słyszę.

Siedzi u mnie przyjaciółka. Ona pije wino, ja przytulam ukochaną kotkę. Kotkę umęczoną, z którą codziennie jeździmy (ja i mąż)  na kroplówki i zastrzyki (sterydy). Jechaliśmy już ją uśpić dwa razy.

– Nie wiem, jeśli taka jest państwa decyzja… – powiedział weterynarz za pierwszym razem.

– Jaka decyzja? Ja nie podjęłam żadnej decyzji.

Lekarz tej decyzji też nie potrafił podjąć. Kotka dostała kolejne leki,  wróciła do domu. Byłam szczęśliwa (to bardziej iluzja, prawda?) Dziś też jechaliśmy ją uśpić. Odczekaliśmy, dziecko wyjechało na wakacje, byliśmy pewni, że to już. Ale kotka wstała, podeszła do nas, zaczęła mruczeć.

– Czy na pewno? – spytaliśmy weterynarza.

– Ależ nikt państwu nie powie, że na pewno.

Kotka została. Źle. Męczy się.

– Ludzie w ogóle nie potrafią się żegnać – rzuca moje przyjaciółka.

Pomyślałam o bliskich i niebliskich mi kobietach, które nie potrafią się rozstawać. O mężczyznach też. Czasem podtrzymujemy związki trupy, przyjaźnie trupy. Często to są nie tylko relacje miłosno – przyjacielskie, ale rodzinne. W sumie nie chodzi o rodzaj relacji, ale o pewnego rodzaju ślepotę: „Nie chcę widzieć, że to nie działa”.

Podajemy kroplówki, ładujemy sterydy. Psychologiczne kroplówki i sterydy. A może jednak ktoś się zmieni, a może zrozumie, że jestem ważna? Może przeprosi. Może od jutra już nie będzie ranił? Damy radę, no jeszcze trochę. Przecież taką piękną przeszłość mieliśmy/miałyśmy. I już czujemy, że nie gra, ale jeszcze ładujemy, ładujemy.

Chociaż czasem to ból dla obu stron. I fikcja tylko.

Zdarza się nawet, że ktoś już opędza się od nas jak od muchy, ale my też wciąż nie chcemy tego widzieć. Przyjaciółka wspomina: miałam kiedyś taką koleżankę na kolonii. Razem z drugą koleżanką chciałyśmy się od niej uwolnić. Robiłyśmy wszystko. Uciekałyśmy jej, chowałyśmy się, byłyśmy niemiłe. Dziś myślę o swoim zachowaniu ze wstydem, ale też z przerażeniem, że mogłabym w jakiejkolwiek relacji postępować jak ona. Nie zauważać, że ktoś chce się mnie pozbyć.

Wczoraj robiłam wywiad ze znaną terapeutką Zofią Milską Wrzosińską. Powiedziała: „Naturalną konsekwencją terapii są rozstania, albo zmiany relacji. Bo człowiek nagle zaczyna widzieć rzeczy, których nie widział wcześniej”.

Czego potrzebujemy, by dojrzale pozwolić komuś odejść?

Kontaktu ze swoimi uczuciami

Czy to, że chcemy rozstania wynika z naszej złości i odrzucenia (co zaraz minie), czy z samoświadomości.

Dlaczego tak nam ciężko się rozstawać? Jeśli wiesz, dlaczego pewnych ludzi zatrzymujesz niemal siłą („ale porozmawiajmy, co się stało?”, „wyjaśnijmy sobie”, „dlaczego tak?”), to już wiesz bardzo dużo o sobie. Ale często tego nie wiemy. Działamy instynktownie, kieruje nami tylko lęk przed utratą ważnej relacji.

Zofia Milska Wrzosińska opowiedziała mi o córce, która latami przyjeżdżała do swojej rodziny jak gdyby nigdy nic. Była cudowną, grzeczną córeczką. Przelewała też pieniądze, dzwoniła i…. wysłuchiwała obelg i uwag ojca. Ojca, który w dzieciństwie też ją krzywdził. „Mamy taką fajną, dużą rodzinę”, mówiła mama. „Córeczka” trzymała się tego. Miała, co prawda, w życiu codziennym, ileś tam objawów somatycznych. Napady paniki, bóle głowy, duszności. Nigdy nie powiązała ich z tym co dzisiaj. Że ktoś nieustannie narusza jej granicę (ojciec), a ona w tym tkwi.

Jak można nie tkwić z kimś w relacji jeśli jest rodziną? Na przykład nie dzwonić, przyjeżdżać rzadko. Powiedzieć: „Nie życzę sobie takich rzeczy”. Wyjść, gdy te rzeczy się dzieją. Ale to burzy całą strukturę rodzinną. Pytanie, co jest dla nas lepsze. Opuszczenie kogoś i zdrowie, czy podtrzymywanie iluzji.

Rozumieć kogoś

Na terapię par zawsze trafiają ludzie, którzy opowiadają zupełnie różne historie. Każde jest zranione, każde widzi wszystko inaczej. Przed rozstaniem warto zrozumieć kogoś (dobra, próbować). Dlaczego zachował się tak, a nie inaczej. To podobno najtrudniejsze, bo zawsze wybielamy siebie. Uważamy, że zrobiliśmy dla relacji więcej, bardziej się poświęcałyśmy, wybaczyłyśmy, rozumiałyśmy. To duży szok usłyszeć, że tak nie jest. Dźwignąć to i nie uciec.

Ale może, gdy raz spróbujemy łatwiej nam będzie w ogóle budować z kimś bliskość. Bo zobaczymy jak może odbierać nas druga osoba, która jest obok nas.

Spróbować uratować

Przynajmniej raz. Porozmawiać z ukochanym, mamą, przyjaciółką. Powiedzieć, o co nam chodzi, wysłuchać drugiej strony. Wyznać, że nam zależy, ale tak jak jest, dłużej nie może być. To jest danie szansy drugiemu człowiekowi, ale też sobie.

Ale bez przesady

Jeśli „ratowanie” nie przynosi efektów, trzeba to przyjąć. Szkoda marnować energię na ludzi, którzy już poszli dalej. Którym przestało na nas zależeć, uznali, że nasz czas w ich życiu minął. Obok nas jest tyle innych osób, z którymi możemy budować fajne, dobre relacje. Fajnie wyjść na chwilę i to zobaczyć. Wszystkie znamy te historie, czepiałyśmy się jakiegoś faceta, a potem jak w końcu puściłyśmy, pojawiło się coś dużo lepszego, fajniejszego.

Pamiętać dobre rzeczy

Każdy wniósł do naszego życia coś dobrego. Mieliśmy fajny etap, nauczyliśmy się czegoś o sobie. Świetny był seks, albo rozmowy. Wsparcie, bliskość, wspólne działania. Cokolwiek to jest – pamiętajmy to.

Wyjątkiem są pewnie historie pełne przemocy i bólu. Zofia Milska Wrzosińska powiedziała mi wczoraj rzecz, którą rzadko słyszę od terapeutów – nie zawsze da się wybaczyć i czasem nie ma po co. Ogromną siłą jest już po prostu nie rozpamiętywanie krzywd. I to też pomaga.

Zrozumieć, że koniec świadomie przeżyty zawsze jest trudny

Jeśli odrzucimy złość, która pozwala nie przeżywać smutku, jeśli zrezygnujemy z uciekania przed emocjami – zrozumiemy, że każdy koniec jest bolesny, nawet jeśli to my coś kończymy. Do tego dochodzą wtedy wątpliwości. Czy na pewno dobrze zrobiłam? Czy czegoś nie straciłam? Ale czasem po prostu coś się musi skończyć, wleczenie ze sobą relacji – trupów jest niszczące.  Czasem jesteśmy nieszczęśliwi, a czasem chorujemy, boli nas głowa, kręgosłup, żyjemy w lęku, odczuwamy złość.

Tego wszystkiego nie ma w zdrowych, dobrych związkach. Więc jeśli odczuwasz wyżej wymienione objawy zastanów się, kogo powinnaś zostawić, komu dać odejść.