Lifestyle Związek

Czego kobieta po rozwodzie nigdy usłyszeć nie chce, a co zawsze słyszy. Czyli czego lepiej nie mówić rozwódce

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 sierpnia 2016
Czyli czego lepiej nie mówić rozwódce
Fot. iStock / BraunS
 

Rozwód. No cóż, no zdarzył się. Każdemu zdarzyć się może. Prawda? Właśnie. I ona. Świeżo upieczona rozwódka, z papierem w ręce, że oto, ten, który miał być na całe życie poszedł sobie w cholerę.

Jeszcze myśli nie zdążyła pozbierać, jeszcze w sobie emocji nie poukładała, ba jeszcze zza rogu ulicy, na której sąd wyjść nie zdążyła. A już słyszy te cudowne komentarze, które na duchu mają ją podnieść. Wesprzeć z sił całych. Serio?

Porozmawiałam ze znajomymi po rozwodach. „Czego nie chciałabyś usłyszeć po rozwodzie?”. I tak powstała ta lista.

„Gratulacje! Kiedy impreza rozwodowa?”

Taki SMS-ik, taki żart niby? Że rozwód to sukces, że świętować go trzeba, zapić, zajeść i zapomnieć. Zero empatii. Gdyby tak ktoś na chwilę wczuł się w to, co czuje kobieta po rozwodzie, nigdy by czegoś takiego nie powiedział.

Wiesz, nic nie trwa wiecznie

C’est la vie. To takie proste, że też wcześniej na to nie wpadłam. Nie zakładałabym, że na dobre i złe razem i że do śmierci, tylko traktowała od razu to małżeństwo, jako coś co nie trwa wiecznie wypatrując uporczywie końca. I tyle.

Nie boisz się, że nie dasz sobie rady?

Cudowne. I co mam powiedzieć? Że boję się jak cholera, że spać nie mogę ze strachu? Jasne, że się boję, a ty byś się nie bała. Ale jak powiedziało się A, mówi się też B.

Teraz szczęście zależy tylko od ciebie

No tak, bo wcześniej nie zależało w ogóle przecież. Się mąż przypadkiem trafił, wziął, siłą przed ołtarz zaciągnął. A kobieta po rozwodzie jest świadoma, że to szczęście, które już raz w swoje ręce wzięła, jej nie wyszło..

Weź się w garść

„Ty się weź w garść” – to chyba byłaby najlepsza odpowiedź. Bo przecież kobieta ma pełne prawo do smutku, do przeżycia żałoby, w końcu zakończyło się coś, w co władowała mnóstwo energii, uczuć, co też miało swoje dobre chwile.

Pół świata tego kwiata, na pewno kogoś znajdziesz

Tak. Wujek dobra rada. Nie ma się co martwić, facetów jest tylu, że w końcu jakiś znowu się znajdzie. Jakby rozwódka myślała tylko o tym, jak tu innego faceta na życie złapać. Litości. Ona ma dość facetów na jakiś czas.

Dobrze, że się go w końcu pozbyłaś ze swojego życia

Dobrze, że mi to mówisz i że wcześniej się nie odezwałaś, zwłaszcza, gdy o moim byłym zawsze wypowiadałaś się w samych superlatywach.

Masz dla kogo żyć, masz dzieci

„Chyba to mnie wk*rwiało najbardziej” – napisała znajoma. Co to za pocieszenie? Dzieci pójdą w świat, a ona i tak zostanie sama. Poza tym, kto tu myśli o odbieraniu sobie życia? A może za mało tobie dramatyzmu?

Właściwie od początku nie rozumiałam, dlaczego zostaliście parą

Nie no świetnie. A podobno byliśmy tacy zgrani, tacy fajni, tacy uzupełniający się. Tak do siebie pasujący?

Nie mogłaś poczekać, aż dzieci będą większe?

Najbardziej chyba znienawidzone. Bo nie dość, że i tak poczucie winy wobec dzieci jest jak stąd do kosmosu, to jeszcze dowalić nie zaszkodzi. Tak wiem, niechcący.

Wiesz, trochę ci zazdroszczę, że teraz jesteś singielką

Czego zazdrościsz? Tych samotnych wieczorów, tego poczucia, że się nie udało? Tego, że ty pójdziesz z mężem na kolację, a ja będę w domu? Że niby facetów mogę mieć na pęczki. Proszę cię…

Czułam, że tak się stanie…

Nie no wszyscy czuli, wszyscy COŚ widzieli, tylko nie ja. Nie dość, że rozpadło mi się małżeństwo, to jeszcze okazuje się, że przegapiłam wszystkie znaki na niebie, które to przepowiadały, a które wszyscy inni widzieli i czuli.

Pozbyłaś się w końcu tego balastu, teraz do przodu

Były mąż to balast…. Tak, jasne. A przecież mamy razem dzieci, mieliśmy w końcu jakiś czas fajną rodzinę. Oboje tego nie dźwignęliśmy, co nie znaczy, że ja go wyrzuciłam jak zbędny balast. To byłoby nieuczciwe wobec niego.

Tak czułam, że cię oszukiwał. Wiesz, nawet mnie podrywał, jak ciebie nie było

Czułaś, czy wiedziałaś? Bo jak wiedziałaś i nie powiedziałaś wtedy, to teraz lepiej też tego nie mów.

Wiesz, my też się kiedyś prawie rozwiedliśmy

Marne pocieszenie dla rozwódki, której „prawie” robi wielką różnicę. Bo wam się udało, bo nadal jesteście razem, bo się ułożyło. A tu skończyło się rozwodem. Klęska…

Naprawdę się rozwiedliście? Co było nie tak?

I ta ciekawość, ten błysk w oku. Zdradzał, bił, pił? Masz kochanka? On miał romans? Naprawdę chcesz na nowo rozkopywać czyjeś rany, zwłaszcza, gdy te nie zdążyły się nawet zabliźnić?

Słyszałam, że on podobno chce do ciebie wrócić

Na co komu taka informacja? Gdyby on nawet chciał, to by się odezwał i załatwilibyśmy to – jak rozwód – między sobą, bo dotyczy to tylko i wyłącznie nas.

Taka ładna dziewczyna i cię zostawił?

Jakby trudno było uwierzyć, że to ona mogła zostawić jego. Tak, kobiety mają czasami odwagę odejść, zostawić faceta, z którym nie są szczęśliwe. Nawet jak są ładne.

Nie martw się, masz mądre dzieci, na pewno to zrozumieją

Gwóźdź do rozwodowej trumny. Bo to, co przez długi czas nie opuszcza rozwódki, to poczucie winy w stosunku do dzieci. Obojętnie z czyjej winy do rozwodu doszło. To ona dorosła nie potrafiła zbudować im bezpiecznego domu z dwojgiem rodziców. Tak o sobie myśli, więc nie dokładaj jej poczucia winy.

I jasne, że te większość tych słów wypowiadamy z troski, z chęci pomocy, wsparcia. Bo nie wiemy, co powiedzieć, a czujemy, że coś powiedzieć powinniśmy. I walimy na oślep czasami takimi głupotami, że aż za łeb się trzymać trzeba później.

A może wystarczy: „Pamiętaj, jestem. Dzwoń, wpadnij na kawę, jak tylko będziesz chciała pogadać” do wyciągnąć do kina, posiedzieć razem przy winie, także w milczeniu. Po prostu być. Drogie rozwódki, czy to wystarczy zamiast wielu dotykających was słów?


Lifestyle Związek

„Z panią w środku to auto będzie najpiękniejsze”. Czyli jak baba samochód kupowała…

Małgorzata Mueldner
Małgorzata Mueldner
13 sierpnia 2016
Fot. iStock/gruizza
 

Taki to jest moment w moim życiu, że wszystko zamieniam na mniejsze. Pies jest mniejszy, mniejszy będzie też dom, moje przyjaciółki podpowiadają jeszcze, że kolejny mąż powinien być… młodszy. Może łatwiej będzie mu zaakceptować mniejszy samochód, bo panowie w moim wieku mają dziecinne zamiłowanie do wszystkiego, co większe i niespodziewanie więcej od życia oczekują.

– Amortyzatory nadają się do wymiany, akumulator też, w niedalekiej przyszłości trzeba wymienić belkę podtrzymującą silnik – informuje mnie pan i umawia termin naprawy.

Siedzę i patrzę na niego totalnie oszołomiona wizją zbliżającej się katastrofy …finansowej. Przyjechałam na rutynowy przegląd i chciałam wyczyścić klimatyzację, bo to ważne, a tu zawieszenie w rozsypce, a silnik niebawem zgubię. Jakoś ten silnik przemówił do mojej wyobraźnie najmocniej i wyraźnie go widzę… na kostce brukowej przed domem. – Jak to możliwe, przecież to jest bardzo dobry samochód, duży, odporny i od zawsze serwisowany tu, u państwa? – pytam ciągle niedowierzając.

– Ten samochód ma dziewięć lat i bardzo duży przebieg to, co się pani dziwi? W jednych butach też pani chodzi przez tyle lat? Dobrze pani radzę, proszę się go pozbywać, bo kosztownych napraw będzie tylko więcej – informuje mnie przedstawiciel autoryzowanego serwisu.

Mknę autostradą, trochę jakby mniej pewnie, i rozmyślam o tych dziewięciu latach, które minęły sama nie wiem kiedy. Na szczęście podróż do domu minęła… spokojniej. Zaparkowałam i spojrzałam na samochód. Postarzało się biedaczysko – mi przybyło zmarszczek, a jemu kilka rys. Poza tym wygląda normalnie, jak używany samochód. Trochę jest brudny w środku i na, zewnątrz, ale nie zaniedbany – po prostu przykurzony brakiem czasu. Poklepałam go po masce jak wiernego przyjaciela i postanowiłam, że czas się rozstać.

Decyduję działać szybko, na szczęście nie w kwestii męża, i wyruszam do Warszawy, żeby wycenić swoje możliwości. Mam jedno kryterium – nowy samochód musi być nowy, z gwarancją. Nie mam siły na pchanie używanego i nikogo, kto pchać go będzie. Nie jestem też wystarczająco asertywna, żeby prowadzić dyskusje z panami mechanikami. Jednak im więcej salonów odwiedzam, tym bardziej tracę przeświadczenie, że obrana przeze mnie droga jest słuszna. Oglądam nawet urocze autko, ale nie dla kogoś, kto nosi torebkę większą od siebie. A do samochodu, oprócz kobiecych niezbędników, trzeba zmieścić nastolatka z nieproporcjonalnie długimi nogami, psa (i to nie yorka), i jeszcze niekiedy cztery koty.

Tego samego dnia oglądam jeszcze małe suzuki, ale oferta przerasta mnie finansowo i gdy chcę już opuścić salon, sprzedawca obok zagaduje: – A może nissan? Po chwili odbywam jazdę testową niezbyt pięknym autkiem, ale za to w towarzystwie uroczego pana Kamila. Jedziemy i rozmawiamy sobie o psach, o tym, że życie z dala od dużych miast jest lepsze, a ludzie serdeczniejsi. Czyli poruszam takie tematy… bardzo adekwatne do jazdy testowej. Pan Kamil wskazuje jedynie na fakt, że samochód jest fajny i ma przyciemnione tylne szyby, co daje poczucie intymności.

– A czy ja wyglądam na osobę, która potrzebuje intymność na tylnej kanapie samochodu? – pytam. – Chodziło mi o to, że nie widać bałaganu w środku – odpowiada oblany rumieńcem sprzedawca.

Docieramy na miejsce, panowie robią wycenę mojego Nissana i przedstawiają ofertę na zakup nowego. Doliczają wszystkie możliwe zniżki, promocje i wychodzi na to, że wóz znajduje się w moim zasięgu. Grzecznie jednak dziękuję, bo jeśli kupuję ponownie Nissana, to lojalność każe mi dokonać transakcji w salonie, w którym od lat serwisuję moje auto.

– Pani Małgosiu – zwraca się do mnie w ten sposób jeden z ważnych dyrektorów, bo przecież jesteśmy niemalże przyjaciółmi – niechętnie przyjmiemy pani samochód w rozliczeniu, my celujemy w … inny segment klienta. Może pani nie przeszkadza, że jest zarysowany na zderzaku, ale nam owszem. Dodatkowo nie mamy dla pani dobrej oferty na zakup nowego, gdyby pani miała nieco większe środki może…, ale w tym wypadku proszę szukać rozwiązana w innych salonach. Acha i jeszcze musiałaby pani go oddać do porządnego czyszczenia, on nosi ślady użytkowania.

– Pewnie, że nosi. Ten samochód do tego służy – odpowiadam i dziękuję za poświęcony mi czas. – Ja jednak nie rozumiem, dlaczego ludzie są takimi dupkami. Po wszystkich latach współpracy i po ilości pieniędzy, które zarobili na mnie w tym cholernym serwisie, powinni zawalczyć o stałego klienta – wypłakuję się do J.

– Moja droga to zwykłe ch…, nie przejmuj się, jest rozwiązanie – musisz ponownie udać się do uroczego pana Kamila z konkurencji. Nie mam już czasu na wyprawy do Warszawy, więc dzwonię i dowiaduję się, że bez problemu mogę oddać samochód w rozliczeniu, w dodatku bez czyszczenia! Ustalam z panem Kamilem kolor, który nieco dyktuje cenę i po chwili dostaję maila z fakturą.

Uradowana dzwonię do J. i opisuję, jaki kolor wybrałam. – A co jest jeszcze w tej wersji? – zagaduje. – No wszystko… tzn. chyba wszystko, zaraz zadzwonię i się dopytam – odpowiadam.

Pan Kamil spokojnie potwierdza, że samochód ma sterowanie radiem w kierownicy, i tak radio też ma! Ma jeszcze fajne światła do jazdy dziennej i klimatyzację manualną cokolwiek bądź to znaczy. Wyśmienicie! Dokonałam jednak przemyślanego zakupu!

– Ma wszystko – dumnie raportuje do J.

– A jaki ma silnik? – pyta J., która trochę się zna na samochodach.

– A skąd ja mogę wiedzieć? – odpowiadam.

– To zadzwoń i dowiedz się, bo mam obawy, zwłaszcza patrząc na cenę, że sprzedają ci samochód bez silnika – śmieje się J.

Piszę, więc do pana Kamila zapytanie o silnik, a on przesyła wszelkie parametry samochodu i dodatkowo zdjęcia. – Ten samochód ma silnik i to dobry. Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć… dla koleżanek – odpowiada.

„Kupiłam” rozsyłam wiadomość do dziewczyn, a one odpisują: „Jest The Best”. Dobrze znam ich upodobania, tym bardziej doceniam sposób, w jaki reagują. – Jesteście kochane, zawsze akceptujecie wszystkie moje wybory – mówię im wieczorem. – O nie, nie wszystkie – dodają i wybuchamy śmiechem, bo doskonale wiem, o kim myślą.

– Wie pan ten samochód jest najnudniejszym modelem Nissana – mówię nazajutrz podczas składania niezbędnych podpisów. – Z panią w środku będzie jednak najładniejszy na świecie – odpowiada kurtuazyjnie sprzedawca. I właśnie te słowa upewniają mnie, że dokonałam najlepszego wyboru!


Lifestyle Związek

Jeśli tatuaż, to może taki minimalny? Zobaczcie, jakie piękne

Redakcja
Redakcja
13 sierpnia 2016
Fot.iStock/Enrico Fianchini

„Chciałabym, ale się boję” – to chyba najczęściej wyrażana obawa dotyczącą tatuaży. Bo jednak na całe życie, bo widoczny, bo właściwie, to nie wiem jaki.

Playground Tattoo to artysta z Korei, który wykonał tysiące maleńkich tatuaży. Artysta opisuje swoje prace przy użyciu kilku słów: „cienka linia, mały, prosty” – takie właśnie są jego tatuaże. Więc jeśli się boicie dużych i krzykliwych tatuaży, może warto rozważyć, te, które proponuje Playground Tattoo.

źródło: Instagram


Zobacz także

Jak wybrać idealny odkurzacz? To musisz wiedzieć przed zakupem

14 „niepozornych” komentarzy, które cię zranią do głębi, gdy przeżywasz trudny emocjonalnie czas lub chorujesz

Niebo nie ma limitu. Puść sznurki, które trzymasz w dłoniach i zobacz, co się wydarzy!