Psychologia

4 bardzo ważne rzeczy, które daje matka nieobecna

Agnieszka Żukowska
Agnieszka Żukowska
26 maja 2021
Fot. iStock/MarinaZg
 

Z macierzyństwem jest jak z charakterem pisma – nie podrobisz, bo i tak wszyscy Cię prędzej czy później zdemaskują. Jest Twoje, niepowtarzalne, osobne. Każde inne. Z szeryfami, ozdobnikami, koślawe, uporządkowane, wybrakowane…

Zawsze myślałam, że najbardziej buduje nas to, co  otrzymaliśmy w dzieciństwie na każdym etapie naszego rozwoju. I dalej jest to prawda. Relacja z matką jest fundamentem rozwoju emocjonalnego, pierwszym zasobem z którego czerpiemy całe życie, stawia pieczątkę na zawsze. Mówi o tym jak będziemy kochać i widzieć świat. Jest pierwsza i powinna być najzasobniejsza, najpiękniejsza ponieważ wdrukowuje pewien model myślenia, wprowadza w życie, buduje wszystko, co powinno być w człowieku najlepsze. Daje przykład.

Powinna. Bo co jeśli nie jest? Co jeśli ten przykład boli, uwiera, nie sprawia radości? Co jeśli ze wszystkich obrazów swojego dzieciństwa nie pamiętasz matki trzymającej cię za rękę? Przytulającej wieczorem z książką na kolanach, kiedy prosiłaś, żeby czytała więcej…więcej… Co jeśli nie pamiętasz, kiedy ostatni raz powiedziała, że cię kocha, zadzwoniła, żeby usłyszeć twój głos, zapytać  zwyczajnie – co słychać?

Przed oczami masz wdrukowany obraz swojego taty, ustępującego we wszystkim dla świętego spokoju, uciekającego do swojego świata w garażu, w ogródku, przy samochodzie. Myślałaś wtedy: „on żywcem do nieba pójdzie” i też chciałaś mieć kiedyś takiego dobrego faceta na życie…

Czasem tylko łapiesz się na tym, że powraca kiedy krzyczysz na swoje dzieci, bo słyszysz jej głos, a wręcz wydaje ci się, że zachowujesz się jak ona. Zła jesteś na siebie, przyrzekałaś, że będziesz inna, na pewno nie taka jak ona… Nigdy w życiu. Wszystko budujesz w kontrze do niej, a mimo to widzisz ją w swoich zachowaniach bardzo wyraźnie.

To, co dobre buduje, to prawda ale to, czego nam brak – buduje świadomie i równie mocno. Wymaga nieustającej pracy nad sobą, ponieważ rozwój człowieka wymaga harmonii.

Jeśli na jakimś etapie brakuje solidnej podpory – musisz szukać gdzieś indziej. A najlepiej w sobie. I chociaż z nieobecności matki nic dobrego nie wynika, to jednak paradoksalnie jej nieobecność uczy.

  1. Samodzielności, dbania o swoje podstawowe potrzeby.
  2. Umiejętności radzenia sobie w najtrudniejszych sytuacjach, polegania na sobie.
  3. Niezależnego myślenia, ponieważ sami dla siebie jesteśmy punktem odniesienia;
  4. Nie ulegania wpływom.

Tylko dorosły człowiek może poradzić sobie z takimi brakami ucząc się być samemu dla siebie „dobrą matką”.


Psychologia

„Wczoraj zostałam matką, dziś walczę o życie. Wierzę, że znów zdarzy się cud”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
26 maja 2021
 

Noc na oddziale ginekologiczno-położniczym we wrocławskim szpitalu jest cicha. Z sąsiednich sal nie dobiega płacz niemowląt, to nietypowe tutaj i tak pewnie któreś zaraz się obudzi. Tak, jak Anna Iwaniuk, dla przyjaciół Anuk, się budzi. Wkłada bluzę i wychodzi na szpitalny korytarz. 

Pomarańczowe ściany oświetlane jarzeniówką, chłodna posadzka. Drogę do windy zna na pamięć, wciska przycisk, lampka zaczyna migać na czerwono.

Na neonatologii leży Lew. Ma cztery dni, 50 centymetrów, waży niecałe 3 kilogramy. Urodził się jako wcześniak, jeszcze wczoraj był podłączony do rurek, dziś leży w „mydelniczce”, ssie kciuk. Anuk siada na krześle obok i wpatruje się w syna. „Co pani tu robi? Proszę iść spać, odpocząć” pielęgniarka próbuje przegonić Anię. „Zaraz pójdę” uśmiecha się Anuk. Ale nie chce iść.

Chichoty losu, przypadki, cuda, zdarzenia. Miała umrzeć, została matką. Walczy o życie, dała życie. Dziewięć miesięcy wcześniej wpatrywała się w test ciążowy. To się nie miało prawa zdarzyć. Sześć lat leczenia nowotworu. Czterdzieści chemii, które miały uczynić ją bezpłodną, leki, policystyczne jajniki. Ten test zrobiła przed skomplikowaną biopsją torakochirurgiczną, coś ją tknęło. Na biopsję już nie poszła.

Bliscy martwili się, że ciąża pokrzyżuje leczenie, chcieli, żeby Anuk walczyła o swoje życie. Ona też o tym myślała, ale potem poszła na USG i usłyszała bicie serca. Wiedziała już, że nie usunie.

Dwadzieścia lat temu przyszła do tego szpitala ze swoją klasą. Była w trzeciej gimnazjum. Mieli ozdabiać oddziały. Do dziś na szybie przy wejściu na położnictwo widnieje żółty motyl. Z folii pcv wyklejała go koleżanka Anuk. Anuk robiła żółwia i rybki. „Zobacz, one wciąż tu są, na oddziale gdzie leży Lew. Kosmos, co?” wysyła mi zdjęcie. Rysunki są kolorowe i optymistyczne. Jak Anuk. Kiedyś i dziś.

Wtedy. Pisała wiersze, nosiła glany i agrafki, spodnie z naszytymi kwiatkami i rzemyki. Chciała być ceramikiem, albo architektem.

Dziś. Ma czarne włosy, piękny uśmiech, poczucie humoru. Nawet z choroby żartuje. Gdy miała tak zaawansowanego raka piersi, że pojawiło się owrzodzenie zewnętrzne – „żywy rak”, wychodzący przez pękniętą skórę, śmiała się, że rak wyszedł na wierzch, bo się wyprowadza.

Cud 1. Jednak rak, ale wspaniała lekarka

Z nagrania Anuka na Facebooku. 12 kwietnia 2018.

„Dlaczego ja? Po co w ogóle zadawać sobie to pytanie. I tak nikt nam na nie nie odpowie. Nie pytam dlaczego ja, pytam: po co. Problemy to kamyczki, mniejsze, większe, spadają na nas, ale czasem sami sobie je rzucamy pod nogi. Albo upychamy do szafy. A w końcu wylatują na nas z tej szafy, jak lawina. (…)Rak to nie jest taki sobie kamyk, to pierdolony głaz, który wpadł do twojego salonu i nic nie da się z nim zrobić. Więc nie będę pytać, dlaczego mi się to przytrafiło. Wiecie co robię? Biorę deski, zbijam z nich blat i wielki głaz staje się podstawą do zrobienia stołu. A czym jest stół? Miejscem, do którego zapraszamy innych ludzi. (…). Ja z mojego nieszczęścia postanowiłam coś zbudować, piszę bloga. Dzięki temu, że stworzyłam stół, jest wokół mnie masa cudownych ludzi”.

2014 rok. Anuk wyczuwa w piersi guza. Jest duży. Jak to możliwe, pół roku wcześniej była u ginekologa. Pędem na usg, badania, diagnoza. Guz ma trzy na cztery centymetry, szybko rośnie. Decyzja, że najpierw chemia, dopiero potem operacja. Pierwsza operacja oszczędzająca, bo guz się zmniejszył. Ale szybko dochodzi do nawrotu. Rak już nacieka na mięsień, nie nadaje się na operację, trzeba go zmniejszyć chemią. Cztery linie leczenia, żadna nie działa. Z trzycentymetrowego guza robi się  guz dwunastocentymetrowy. Anukowi pęka pierś, robi się owrzodzenie zewnętrzne wielkości mandarynki. Żywy, ociekający, krwawiący kalafior. Z takimi guzami czasem do onkologów docierają kobiety, które nigdy się nie badały. A Anuk przecież się leczy.

Lekarze zaczynają rozkładać ręce. Mówią, że nic się nie da zrobić, nikt nie podejmie się operacji, możliwe jest tylko leczenie paliatywne.

– Skazali mnie na śmierć– mówi dziś Anuk. – Ale się zawzięłam. Trzasnęłam drzwiami.

We Wrocławiu powstawało wtedy Centrum Chorób Piersi, Breast Unit. Anuk trafiła do lekarki, która prowadzi ją do dzisiaj.

– Pani Aniu, chce Pani wiedzieć, jak jest, czy mam pani zamydlać oczy? – spytała lekarka.
– Chcę wiedzieć, jak jest.
– Jest bardzo źle.
– No wiem, ale możemy coś jeszcze zrobić?
– Spróbujemy.

Anuk: – Zaczęłyśmy intensywnie szukać sposobów, badań klinicznych, pani doktor postawiła wszystko na głowie – brachyterapia, immunoterapia, ale nie nadawałam się do niczego przez ilość leczenia, które przeszłam. Pojechałam nawet na prebadania do badań klinicznych nowego leku. Jeżeli miałabym mutację genetyczną, to wtedy bym się dostała do badań, ale okazało się, że nie mam, co było absurdem, bo w młodym wieku rak zwykle wywołany jest mutacją genetyczną. U mnie nie był. Tak oto pozamykały się przede mną wszystkie bramy leczenia. W końcu jeden chirurg zadeklarował. „Spróbuję to wyciąć”. Następnego dnia położono mnie na stół.

Po tej operacji Anuka odwiedził chirurg, przyznał, że to była najbardziej skomplikowana operacja w jego życiu. Wyciął cały mięsień piersiowy razem z piersią, do niemal samych żeber. Margines zdrowej tkanki nie miał nawet pół milimetra. Anuk miała nawet naciek na splot nerwowy ręki. Trzy dni po operacji przyszła na kontrolę. Pomachała lekarzowi ręką. Tą ręką, którą miała nie ruszać.
– Jak pani to zrobiła?
– Chciałam, po prostu chciałam

Cud 2. Życie

Z Facebooka Anuka. 11 kwietnia 2018 roku

„Jutro rocznica mojego nowego życia. 12 kwietnia miałam ostatnią operację, która mnie cudownie ozdrowiła. Nie wiedziałam, że dożyję tego dnia. A jednak jestem, mam niebieskie włosy, jestem szczęśliwa, chociaż nadal nie mam pracy, ale to mało ważne. Żyję. KURWA. Żyję. (…). Życzę Wam samych takich wygranych lat”.

Po operacji Anuk pojawia się w gabinecie lekarki.
– Pani Aniu, to był tak zaawansowany rak, że prawdopodobnie da przerzuty, może one już są tylko są niewidoczne.
– Jeśli się pojawią, możemy coś zrobić?
– Nic nie możemy zrobić.

Była „przeleczona”. Dostała takie ilości chemioterapii, wzięła wszystkie rodzaje, które można wziąć na ten rodzaj raka, że już nie było nic nowego. Miała też dużo efektów ubocznych – w prawej dłoni brak czucia, w palcach u stóp również, nie miałam też czucia w stawach, wywracała się na prostej drodze. Stwierdziła: „Basta, nie robię badań”. Jeśli okazałoby się, że są przerzuty, nigdy nie stanęłaby na nogi.

Tak Anuk postanowiła zapomnieć o raku. Cieszyć się, spotykać przyjaciół, chodzić ulicą, patrzeć na słońce, sprzątać. 26 lipca 2018 roku Anuk napisała:

„Jak wiecie, szukałam pracy i kiedy już znalazłam… jeszcze inna praca znalazła mnie. (Nieoczekiwanie, w iście serialowym stylu, kiedy już prawie podpisywałam umowę w innej firmie). Nie byle jaka praca! (…). I tak oto Anuk została specjalistą ds. marketingu online przy bardzo ciekawym projekcie. Tak sobie myślę… czym bardziej ja uśmiecham się do życia, tym bardziej życie uśmiecha się do mnie”.

Cud 3. Znikający guz

2019 rok. Czerwiec. Ból w klatce piersiowej zmusił Anuka do badań. Okazało się, że w klatce piersiowej znów jest guz, ma ponad cztery centymetry, są również dwa małe guzy na płucach. Lekarka powtórzyła to, co mówiła wcześniej: „Nie bardzo mamy co zrobić”, ale nie przestawała szukać dróg. Tym razem Anukowi pomogła radioterapeutka.

Anuk: – To nie było łatwe, bo byłam już naświetlana. Od początku nie było mowy o zniknięciu guza, radioterapia miała mi trochę przedłużyć życie.

W listopadzie tomograf wykazał, że pojawiły się nacieki. W grudniu natomiast okazało się, że nic nie ma. NIC. Całkowita remisja. Dowiedziała się o tym przed sylwestrem, to był najpiękniejszy dzień od wielu lat. Wieczorem piszemy z Anukiem o cudach.

„Nie ujęłam czegoś ważnego w tej historii. Może dlatego, że wiara dziś jest niemodna i wyśmiewana. Wtedy, w 2019 roku, miałam naświetlane przerzuty i sytuacja wydawała się fatalna. Już po naświetlaniach, w listopadzie odebrałam tomograf, który nie pokazywał wcale polepszenia sytuacji, tylko pogorszenie. Wyglądało jakby rak się rozrastał. Nikt wtedy nie stwierdził, że to rozpad guza tylko progresja. 20 grudnia bardzo wierzący kolega zabrał mnie na mszę uzdrawiającą do kościoła, gdzie przybył taki charyzmatyk Marcin Zieliński. Ta msza to było dziwne przeżycie. Zawsze myślałam, że padanie ludzi na mszach to ściema. Ale nie, w trakcie modlitw widziałam, co się działo. Ludzie upadali, ale to wyglądało jakby ktoś ich łapał tuż przed upadkiem, walili ciężarem ciała o ziemię i nic im nie było. Ja nie padłam, nic się nie wydarzyło takiego. Choć nie jestem praktykująca, jednak wierzę, bo trudno nie wierzyć, jak wciąż dzieją się rzeczy niemożliwe. No i po tej mszy nastąpiło wycofanie się choroby. Po guzie w klatce piersiowej został tylko nieaktywny ślad”.

Cud 4. Jednak Lew

Nowa miłość, nowe życie, wspólne mieszkanie. I kolejny nawrót.

Anuk: – Bałam się pójść do mojej doktorki, napisałam jej maila, że jestem w ciąży i wrócę w drugim trymestrze, kiedy będzie już wiadomo, że nie można usunąć ciąży. Oddzwoniła, uspokoiła mnie. Podamy chemię w drugim trymestrze, taką która nie jest zagrożeniem, nie przechodzi przez łożysko. Wtedy powiedziała mi też o nowym leku. Trodelvy. Leku przełomowym, na trójujemnego raka piersi, którym leczy się też inne rodzaje raka. Okazało się, że to lek, który jest w stanie wyleczyć nowotwór, który wcześniej był leczony chemią.

Na ten lek właśnie zbiera teraz pieniądze Anuk. W poście, w którym ogłosiła zbiórkę, napisała.

„Szczerze? Nie wiem, co będzie dalej. Wiem, że mam raka i muszę zrobić wszystko, żeby i tym razem wygrać ten wyścig. Marzę, żeby później czekał mnie długi dystans z moją nową rodziną, a rak został daleko z tyłu. Do tego, niestety, potrzeba pieniędzy”.

Anuk dużo się teraz śmieje. Za chwilę płacze, gdy opowiada, jak wyśniła syna. Nie potrzebowała usg, by dowiedzieć się, że będzie chłopiec. Płacze, bo kolejne zadanie wykonane. Lew dostał dziewięć punktów. Właśnie dziś, w Dzień Matki, wychodzą do domu.

Marta, koleżanka Anuka, która założyła dla niej zbiórkę: „Jeśli miałabym powiedzieć coś o Ani, to powiedziałabym, że jest bardzo odważna, dzielna i dobra. Idzie przez chorobę z niesamowitym podejściem, na które stać niewielu, a które dzieliła z naszą wspólną przyjaciółką Alą. Niezależnie od tego, czy siedziały akurat na wlewach chemii, czy delektowały się w lepszy dzień pysznym daniem w restauracji, zawsze towarzyszyło im hasło: póki żyjemy!

Mimo wszelkich przeciwności wyciskały każdy dzień, jak cytrynę. Ania pomagała Ali, jak tylko mogła i do końca, mimo, że sama chorowała i na pewno nie było jej łatwo patrzeć na odchodzenie. Podziwiam to i dlatego chcę pomóc Ani niejako w zastępstwie Ali. Chcę pomóc Ani wywalczyć to, co dla mnie chwilami bywa oczywiste: możliwość życia na tyle długo, żeby wychować swoje dziecko i później przyglądać się, jak radzi sobie w życiu.

PS. Wczoraj dostałam od Ani wiadomość:

„Opatrzność nade mną czuwa. Znam tę chorobę od podszewki. Nie znam nikogo, ani jednej kobiety, która wychodziłaby z tego tyle razy, co ja. Nikogo, komu rak (szczególnie w tak młodym wieku i tak agresywny) pozwolił żyć tyle lat. Przerzuty dają średnio 11 miesięcy życia. Ja mam je prawdopodobnie od czterech lat, nigdy nie skoczyły mi markery nawet. Nie znam nikogo, kto miałby owrzodzenie nowotworowe i z tego wyszedł… a potem jeszcze urodził dziecko. Jeśli Bóg nie istnieje, to moje ciało ma ogromną siłę, albo nie wiem, jak to wyjaśnić”.

Jeśli chcecie razem z nami wspomóc Anuka i jej walecznego synka Lwa poniżej link do zbiórki 

https://zrzutka.pl/yh2tx9

Można też wziąć dla Ani udział w superlicytacjach

https://www.facebook.com/groups/316552346663178


Psychologia

„Gdy przebywałam w towarzystwie Matki, zawsze czułam gdzieś pod skórą strach. Najgorzej, gdy była czuła i uprzejma”

Redakcja
Redakcja
26 maja 2021
Photo by pawel szvmanski on Unsplash

Psychopaci to osoby ponadprzeciętnie charyzmatyczne. Są zabawni, elokwentni, bystrzy, pełni pociągającego uroku. Często opisuje się ich jako atrakcyjnych, uwodzicielskich, a ich pochlebstwa i pozorna empatia rozbrajają ludzi, pozwalając oczarować potencjalne ofiary. Psychopaci są doskonałymi rozmówcami, potrafią najbardziej niewiarygodną historię opowiedzieć w przekonujący, autentyczny sposób.

Fragment książki „Moja matka psychopatka. Dorastanie w cieniu potwora”, wyd. Znak Lieranova

Objaw psychopatii: Pozorny, powierzchowny urok

Psychopaci są ponadprzeciętnie charyzmatyczni, magnetyczni i uwodzicielscy. Problem z Matką polegał na tym, że gdybyście ją poznali, polubilibyście ją. Każdy ją lubił, przynajmniej na początku. Przebicie się przez maskę jej uroku osobistego zajmowało trochę czasu. Nosiła ją niczym zbroję, która była tak mocna, tak skuteczna, że sama myśl o tym, iż może nie być autentyczna, wydawała się absurdalna. Na osobach postronnych Matka robiła wrażenie kobiety godnej szacunku, szczodrej i odnoszącej sukcesy. Uczyła dzieci plastyki  – prowadziła lekcje w szkołach i w naszym domu. Czasem gdy przychodzili do nas uczniowie, nasłuchiwałam, przyciskając ucho do drzwi, na tyle mocno, na ile wystarczało mi odwagi. Jej sposób mówienia do nich, uprzejmy i cierpliwy, był mi całkowicie obcy.

Wieczorami oceniała prace domowe uczniów, oglądała ich szkice i obrazy, wzdychając w fotelu z brązowej skóry. Czasem widziałam, że była pod wrażeniem. Nigdy nie wyrażała tego głośno, ale rozpoznawałam jej reakcję: gdy patrzyła na udaną pracę, lekko unosiła brwi. Kiedy coś jej się nie podobało, mówiła: „Spójrzcie na to!”, podnosząc obraz przedstawiający misę z owocami. „Co za gówno! Co ja tutaj robię, oceniając ten chłam? Na litość boską!”

Później ci uczniowie pojawiali się na kolejnej lekcji, a ona obejmowała ich, gdy wchodzili do korytarza, i mówiła: „Ten obraz to dobra robota!”, jakby naprawdę tak właśnie myślała. Zerkałam na nich przez barierki i zastanawiałam się, czy potrafili się zorientować, że nie mówiła serio, że poprzedniego wieczoru naśmiewała się z ich prac. Chyba nigdy to nie nastąpiło. Gdy godzinę później przyjeżdżali rodzice, by odebrać dzieci, byłam ciekawa, czy może oni coś wyczują. Ale również nie wyczuwali. Mówili: „Josephine, bardzo dziękujemy za twoją pracę z Annabelle, ona wprost nie może się doczekać tych cotygodniowych lekcji”, a Matka spuszczała wzrok, jakby się wstydziła, i odpowiadała delikatnym, fałszywie skromnym głosem: „Dajcie spokój, cała przyjemność po mojej stronie”.

Miała zwyczaj patrzenia prosto w oczy, przez co odnosiło się wrażenie, że w pełni cię rozumie  – po prostu cię zna. Ale było jeszcze coś: gdy patrzyłaś w jej szeroko otwarte, szczere oczy, czułaś się, jakbyś ty też ją dobrze znała. Miała przepiękne oczy. Nie chodzi o kolor, niezwykły, stalowoszary, ale o to, że były bardzo ekspresyjne. Samym spojrzeniem sprawiała, że czułaś to, co chciała, żebyś czuła. Patrzyła na ciebie wzrokiem pełnym wyrzutu, entuzjazmu, powagi czy żalu, a ty czułaś to wszystko, jakby ktoś przywalił ci młotkiem w brzuch. To się działo jednak tylko czasami, gdy chciała, żebyś się tak czuła. W innych sytuacjach, gdy patrzyłam jej w oczy, niczego w nich nie widziałam, tylko czarną próżnię.

Matka potrafiła wejść do pomieszczenia i zaprzyjaźnić się z każdym. Ale nie tylko się zaprzyjaźnić  – umiała każdego omotać. Gdy byłam dzieckiem, seryjnie nawiązywała bardzo bliskie, intensywne przyjaźnie. Nigdy nie trwały dłużej niż rok czy dwa  – albo robiła coś tak bulwersującego, że druga strona przestawała się do niej odzywać, albo sama się odcinała, odrzucając te osoby i porzucając, jakby nigdy nie istniały. Jednocześnie miała dar błyskawicznego nawiązywania nici porozumienia. Jakby znała największe zmartwienia rozmówcy i była  gotowa na wszystko, byle mu pomóc. Gdy słuchała, głaskała go po ramieniu, pocierała mu plecy, marszczyła czoło zatroskana. Wiedziała dokładnie, co powiedzieć, za które sznurki pociągnąć, jakich komplementów pragnie rozmówca, i zawsze spełniała oczekiwania. Ze mną też tak postępowała: obsypywała mnie pochwałami i prezentami, sprawiała, że czułam się wyjątkowa, aby chwilę później cofnąć wszystko. W sekundę potrafiła wyczuć słabość. Odsłoń czułe miejsce, okaż wrażliwość, a rozerwie cię na strzępy.

Jej głos był słodki, ale słowa ostre jak brzytwa. Uwielbiała czułe słówka. Bywałam jej „kochaniem”, „miłością”, „słodziutkim aniołkiem” albo „pieprzoną suką”, „głupią dziwką”, „smutną katastrofą z przeszłości”. Byłam jej „serduszkiem”, „kwiatuszkiem”, „miłością jej życia”, ale też „zdzirą”, „zbokiem”, „karaluchem czekającym na zgniecenie”. W jednym tygodniu była moją najlepszą przyjaciółką, uczyła mnie malować, czytała mi ulubione bajki, wydawała setki dolarów na sprzęt do pieczenia, żebyśmy mogły razem piec ciasta, w następnym nawet się do mnie nie odzywała. Chodziłam za nią po domu jak pies, błagałam, żeby mi powiedziała, co zrobiłam źle.

„Moja matka psychopatka. Dzieciństwo w cieniu potwora”, Znak Literanova

„Skoro nie wiesz  – mówiła z gorzkim uśmiechem  – to ja ci nie powiem”. Patrząc z boku, widać było, że miała w sobie coś, pewną lekkość. Przechodziła zwiewnie przez pokój, pozostawiając za sobą zapach perfum i śmiejąc się, z odchyloną do tyłu głową. Miała piękny śmiech i była tego świadoma. Gdy przebywała z innymi dorosłymi, zwłaszcza z mężczyznami, często się śmiała. Robiła wtedy coś takiego: odchylała głowę do tyłu, eksponując elegancką długą szyję, a później przykładała dłoń do gardła i przesuwała palce w dół, aż dotknęły dekoltu jej bluzki. Spuszczała wtedy wzrok, zakładała włosy za uszy, jakby się zawstydziła, po czym podnosiła wzrok i trzepocząc rzęsami, uśmiechała się do mężczyzny, który się na nią gapił. Czasem też wzdychała ciężko, rozchylając czerwone wargi.

Gdy byłam młoda, wydawało mi się, że rzuca w ten sposób urok. Ależ mężczyźni byli głupi, skoro śmiechem, spojrzeniem, muśnięciem szyi robiła z nich ofiary. Zabawne, że wydawało im się, iż są wyjątkowi.  Tymczasem musieli być wyjątkowo prości, skoro nie byli w stanie przejrzeć gry Matki. Matka miała wtedy piękne włosy. Gęste, falowane, złote. Gdy pracowała, nosiła je zaplecione w warkocz, a po pracy rozpuszczone  – spływały po jej plecach połyskującą kurtyną sprężyn. Zawsze zazdrościłam jej tych włosów. Głaskałam czule jej warkocz, przesuwając palcami po gładkich pasmach. „To mój wąż”  – wykrzykiwałam, gładząc go, jakby był żywym stworzeniem. Odwracała się, chwytała koniec warkocza i uderzała nim w moją szyję. „W takim razie uważaj, żeby cię nie ukąsił!”  – mówiła, a ja piszczałam, nerwowo się  zaśmiewając.

Co wieczór szczotkowała włosy, aż strzelały. Była tak pełna życia, tak pulsująca energią, że wydawało mi się, iż ona też strzela, skwierczy i syczy, naładowana mocą, której nie była w stanie nigdy całkowicie zużyć. Przy niej czułam się szara i płaska, dwuwymiarowa, jakby rozgnieciona, wciśnięta w siebie niczym suszony kwiat.

Matka uwielbiała kwiaty  – to jedna z niewielu naszych wspólnych cech, które mnie cieszą  – i dom zawsze był nimi przepełniony.  – Gdybyś była kwiatem, byłabyś naparstnicą  – powiedziałam jej, gdy miałam dwanaście lat. Układała kwiaty w wazonie, miała zaraz zacząć malować martwą naturę. Podniosła wzrok zaskoczona, ale najwyraźniej zadowolona.  – Dlaczego naparstnicą?  – Bo są piękne, ekscytujące i egzotyczne  – odparłam. Wiedziałam, jak bardzo była dumna z tego, że jest ekscytująca i egzotyczna. Jak przystało na Francuzkę, zupełnie inną niż my, sztywni, nudni Brytyjczycy. Była spontaniczna, zabawna, niezależna.  – Są też trujące  – powiedziała. A później się zaśmiała.  – To dobre porównanie, kochanie.  – A jakim kwiatem ja bym była?  – zapytałam, zadowolona z tego, że spodobała jej się moja gra. Zastanawiała się, przechyliwszy głowę. Po chwili uśmiechnęła się.  – Byłabyś mleczem. Ale dmuchawcem, nie żółtym kwiatem.  – Dlaczego dmuchawcem? Z całą pewnością nie takim kwiatem pragnęłam być.

Podobały mi się piwonie: jaskrawe, piękne, może trochę rozmemłane, ale miękkie i delikatne w środku.  – No cóż, są nudne, niezbyt ładne i kompletnie bez znaczenia. Możesz je zniszczyć jednym dmuchnięciem!  – Spojrzała na mnie wielkimi, rozbawionymi oczami.  – Oj, Olivio, żartuuuję! Nie bądź taka przewrażliwiona, tylko się z tobą droczę. Patrzyłam w jej szare oczy, żałując, że nie wiem, co naprawdę myśli. Przypominało to wpatrywanie się w powierzchnię ciemnego, mętnego jeziora  – pragnęłam się dowiedzieć, co jest głębiej, bałam się jednak zamieszać i zmącić głębiny.

* * *

Matka wychowała się we Francji, ale kiedy miała siedemnaście lat, przeprowadziła się do Anglii. A raczej, jak zawsze powtarzała, została „wyrzucona z domu” przez rodziców, co, jak się później dowiedziałam, nie miało nic wspólnego z prawdą. Była to pierwsza z jej niezliczonych przeprowadzek  – impulsywna i niecierpliwa, Matka pragnęła stymulacji jak narkoman prochów. Gdy byłam dzieckiem, przeprowadzaliśmy się, ot tak, z kraju do kraju: z Anglii na Martynikę, potem do Niemiec, do Monako. Zanim skończyłam szesnaście lat, miałam już za sobą życie w czterech krajach, chodzenie do ośmiu szkół i mieszkanie w dziewięciu domach. Nie mogła usiedzieć w miejscu i przesiedlała nas gdzie indziej.

„Nudzę się  – mówiła.  – Czas ruszyć w drogę. Muszę zacząć od nowa. W nowym, innym miejscu”. Wtedy jednak, gdy miała siedemnaście lat, przeprowadziła się do innego kraju, jak twierdziła, z miłości. Zakochała się w żonatym mężczyźnie i pojechała za nim do Anglii. Pozbycie się jej nie zajęło mu dużo czasu, choć trzeba przyznać, że walczyła: mówiła mi, dziwnie zblazowanym tonem, że przez pewien czas go śledziła. Wystawała przed jego domem, krzyczała do niego, gdy zaciągał zasłony i odmawiał wyjścia do niej. „Był przerażony  – opowiadała ze śmiechem.  – Naprawdę przerażony”. Nawet gdy byłam dzieckiem, dziwiłam się, że ją to bawiło.

A parę lat później, na imprezie, poznała mojego Ojca. Miała słabość do wysokich brunetów o łagodnym uśmiechu. Mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają, i w wypadku moich rodziców okazało się to prawdą. Ojciec był introwertykiem. Już jako dziecko zadowalał się własnym towarzystwem i z przyjemnością przesiadywał samotnie w piaskownicy, podczas gdy trzech jego braci bawiło się w pobliżu. Był tak zamknięty w sobie, że bracia na zmianę go prowokowali, odliczając czas do jego reakcji. W końcu jego twarz czerwieniała, a malutkie paluszki zaciskały się w gniewne czerwone piąstki. Złość Clive’a jednak na tym się kończyła. Taka łagodność u chłopca wydaje się urocza. U mężczyzny nie jest już tak ujmująca.

Tamtej nocy, kiedy się poznali, Matka była duszą towarzystwa. Ojciec, jeśli kogoś zna, bywa rozmowny, ale zawsze był nieśmiały. Urzekło go, jak Matka sobie radzi. Nie znała zbyt wielu osób na tej imprezie, ale sprawiła, że znalazła się w centrum wszystkiego. Tam było jej miejsce. Jakby paliła się jasnym płomieniem, przyciągając swoim blaskiem blade ćmy. Była głośniejsza niż reszta, pełniejsza życia, zabawniejsza. Następnego wieczoru wprosiła się do mieszkania Clive’a, żeby ugotować mu kolację. „Nikt nie gotuje tak dobrze jak ja”  – powiedziała i to wystarczyło, by usidlić Ojca. Jednak Clive nie był jedynym oczarowanym. Gdy po raz pierwszy przyprowadził Matkę do domu, żeby poznała jego rodzinę, bracia trącali go łokciem i mówili: „To się nazywa walka w wyższej kategorii wagowej! Clive, jak ci się udało ją zdobyć?”. Przyjaciele częściej zapraszali go na imprezy i spotkania towarzyskie. „Zabierzesz ze sobą Josephine, prawda?”  – pytali, a mój Ojciec odczuwał dumę z tego, że jego partnerka jest tak atrakcyjna,  zachwycony, że jego bliscy chcą z nią spędzać czas.

Gdy przyszłam na świat pięć lat później, było tak samo. Każdy, kto ją poznał, uważał, że jest świetną matką  – taka atrakcyjna, rozmowna kobieta o melodyjnym, pięknym śmiechu. Czasami bywała milsza, niż oczekiwałam. Często bywała okrutniejsza, niż potrafiłam sobie wyobrazić. W jej zachowaniu brakowało stałości, jakiegokolwiek wzoru, który mogłabym prześledzić. Byłam zawsze spięta. Gdy stawała się dla mnie miła, miałam poczucie winy, pewność, że to ja jestem problemem. Czy mój brak zaufania nie był przejawem paranoi? Czy moje podejrzenia nie były wredne? Czy nie potrafiłam dostrzec, że mnie kochała?

Czasem gdy się odwróciłam, przyłapywałam ją na wpatrywaniu się we mnie, a wyraz jej twarzy wyprowadzał mnie z równowagi. Nie odwracała wzroku, kiedy na nią patrzyłam, nadal mi się przyglądała, jej oczy błyszczały, a wargi były zaciśnięte w cienką kreskę. Zdarzało się też, że widziałam, jak mi się przygląda z miną, która wyrażała coś, co można opisać tylko jako nienawiść  – ten rodzaj nienawiści, który wykrzywia człowiekowi twarz i zaciska usta. Gdy zauważała, że na nią patrzę, podchodziła do mnie, kładła mi dłonie na policzkach, całowała w czoło i mówiła: „Moja kochana dziewczynka, tak bardzo cię kocham”.

Czy byłam dzieckiem chcianym? Czy mnie kochała? Czasem myślałam, że tak. W samochodzie miałyśmy kasetę, którą puszczałyśmy, zawsze gdy wybierałyśmy się w dłuższą podróż. Znam tę kasetę na pamięć, nawet teraz: każdą piosenkę, kolejność, w jakiej były nagrane, długość odstępów i odgłos przesuwania się taśmy między utworami. Gdy zaczynała się piosenka Eurythmics There Must Be an Angel (Playing with My Heart), Matka podkręcała głośność na cały regulator i głośno śpiewała, a z początkiem refrenu obracała się w moją stronę, uśmiechała, kładła rękę na moim kolanie i śpiewała do mnie. Jakby naprawdę wierzyła w te słowa, jakby to ona napisała je dla mnie i za każdym razem, gdy wymawiała angel (anioł), ściskała moją nogę.

Kochałam te chwile, ale zawsze się zastanawiałam, jak długo potrwają. Ile czasu będę aniołkiem, zanim znów stanę się tą suką? Jak długo będzie mnie kochać, zanim mnie znienawidzi? Chciałam wierzyć w śpiewane przez nią słowa, lecz wiedziałam, kim naprawdę jest. Tak to zawsze wyglądało: rzucała zanętę, sprawiała, że było mi dobrze, czułam się kochana, a później to odbierała. To była dla niej zabawa  – bawiła się mną.

Gdy przebywałam w towarzystwie Matki, zawsze czułam gdzieś pod skórą strach. Najgorzej, gdy była czuła i uprzejma, bo wtedy mój żołądek zwijał się w supełek i miałam poczucie, że bez przerwy wstrzymuję oddech i czekam na jej przemianę. W aucie próbowałam udawać zrelaksowaną, ale widziałam, że spogląda na mnie w lusterku wstecznym, wwiercając się we mnie wzrokiem. Wzdrygałam się i zastanawiałam: czy sprawiam wrażenie niewdzięcznej? Czy jestem niewystarczająco szczęśliwa? Czy powinnam jej podziękować za to, że śpiewa do mnie te słowa? Nawet teraz, gdy słyszę „There Must Be an Angel”, wypełnia mnie niepokój. To piosenka, którą ludzie sobie
podśpiewują, i czasem, gdy jestem ze znajomymi, po prostu śpiewają te słowa, a ja uśmiecham się i wykręcam sobie palce. Zamykam oczy, opieram się wygodnie, jakby piosenka napawała mnie radością, ale pod powiekami znów jestem w tym aucie, a w żołądku podnosi się strach.

Słowa piosenki krążą w mojej głowie, przed oczami mam twarz Matki, serce mi wali, żołądek się skręca. Słyszę, jak śpiewa o rozkoszy, o tym, że nikt nigdy się tak nie czuł, że z pewnością jestem jej aniołem. A później widzę jej spojrzenie w lusterku wstecznym i poznaję prawdę: bawi się moim sercem.


Zobacz także

Jak mądrzy ludzie radzą sobie z tymi toksycznymi? Kilka sposobów na rozbrojenie "toksycznego"

Jak mądrzy ludzie radzą sobie z tymi toksycznymi? Kilka sposobów na rozbrojenie „toksycznego”

Zostać dla dobra dziecka…? Uczysz go milczeć, kiedy dzieje się wam krzywda, choć dobrze wiesz, co to znaczy

Twoje nawyki dotyczące snu mają wpływ na związek. Czasem bardzo niekorzystny…