Patronaty

Czym dla Was jest dom? Każdy powinien mieć takie miejsce, w którym można chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich troskach

Redakcja
Redakcja
17 lutego 2016
Fot. A. Wegner
 

Czym dla Was jest dom?

Schronieniem, spokojną wyspą, wygodnym fotelem, w którym zasiadacie w zimowe wieczory?

Każdy powinien mieć takie miejsce, w którym można chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich troskach. A na pewno Denis Wytrwały, jego mama Iza i starsza siostra Julka.

Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do zbiórki, której celem jest wyposażenie mieszkania podopiecznego Hospicjum im. Ks. E. Dutkiewicza i Fundacji Hospicyjnej, Denisa Ellerta. Choć jest małym chłopcem, zdążył już stoczyć niejedną „dorosłą” walkę o życie. Miłość najbliższych pomogła mu przetrwać czas ciężkiej choroby, a teraz pomaga mierzyć się z jej skutkiem – niepełnosprawnością.

Urodził się w „walentynkowym” prezencie dla swojej mamy, 14 lutego 2007 roku, dlatego bardzo chcielibyśmy zrobić im wkrótce niespodziankę. Denis potrzebuje waszej pomocy, by móc cieszyć się ciepłem domu, które choremu dziecku jest szczególnie potrzebne.

Jego choroba zaczęła się w 2009 r. Powodem, dla którego życie Denisa i jego mamy przybrało niespodziewanie tempa, był guz mózgu, który co prawda udało się usunąć, ale nic już nie było takie, jak dotąd. Denis nadal zmaga się z niepełnosprawnością, porusza się o wózku, a do sierpnia 2015 r. niezbędna była mu rurka tracheostomijna. To wielki przełom dla całej rodziny, już od kilku miesięcy Denis oddycha samodzielnie, robi też ogromne postępy w rehabilitacji.

Denis z mamą Izą, siostrą Julką mieszka z dziadkami, w mieszkaniu dwupokojowym, na 38 m kw. W ciągu pięciu trudnych lat wszyscy bardzo się wspierali, ale było im zwyczajnie ciasno. Po rozłożeniu materacy dla chłopca, w salonie nie ma już miejsca na nic innego. Denis ma swoje królestwo, w którym rządzi, ale chciałby żeby jego mama nie musiała codziennie go budować i burzyć.

12671616_926614714058566_2757730692275096529_o

Dziś na szczęście mogą myśleć o wyprowadzce i samodzielnym mieszkaniu. Dziadkowie będą mogli przychodzić w odwiedziny.

Nowe mieszkanie, na które cierpliwie czekali od 2010 roku, ma 53 m. kw. Chociaż będą tam mieszkać bez dziadków, wszyscy nie mogą się doczekać tej przeprowadzki. Jego umeblowanie, zwłaszcza biorąc pod uwagę niepełnosprawność Denisa, to nie taka prosta sprawa. Wiele zwyczajnych mebli będzie tu niezwyczajnych, np. pionizator, dzięki któremu mama będzie mogła pozwolić synkowi na samodzielną zabawę.

Denis ma już 9 lat i to czas najwyższy, żeby spał sam. W nowym domu, planowane jest więc wstawienie łóżka, które zostanie dostosowane do jego potrzeb, a także specjalny wózek, dzięki któremu chłopiec będzie wjeżdżał pod prysznic.

Przed takimi wyzwaniami stoi mama Denisa, Iza Brzęczek. Państwa prosimy o pomoc w sprawie zebrania środków na umeblowanie mieszkania, do którego co prawda Pani Iza odebrała już klucze, ale nie może się wprowadzić, ponieważ na razie stoi puste.

Środki przelane na konto Fundacji Hospicyjnej zostaną przeznaczone na zakup wyposażenia kuchni, pokoi oraz na prace wykończeniowe.


Prosimy o wpłaty na numer konta: 39 1540 1098 2001 5562 4727 0013 z dopiskiem: „Dla Denisa”.

Szczegółowych Informacji udziela: Justyna Ziętek e-mail: [email protected]


Patronaty

Dzień z życia Gosposi, czyli gdzie jest ten cholerny klasztor?!

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
17 lutego 2016
Fot. iStock / Leonardo Patrizi
 

Nasza Kochana Ciocia, która pomaga mi w domu pojechała na miesięczną rehabilitację!!! Nie mamy tu babci, dziadka, żadnej pomocy, a wszystko trzeba ogarnąć: dom, logistykę, kuchnię itp, pracując normalnie i mieszkając 30 km od Warszawy. To jakoś się tak magicznie na co dzień układało z jej pomocą. A teraz? Jeden dzień i jestem wykończona. O tym, jak zamieniłam się w Gosposię…

Oczywiście najpierw okazało się, że jedno jest chore. Ma temperaturę i nie ma siły wstać z łóżka. Wspaniale, dokładnie wtedy, gdy mam poumawiane spotkania. Przekładam co mogę, reszta będzie w formie skype. Zamiast sukienki zakładam dresy i od rana szykuję rosół. Wiadomo, jak człowiek chory to musi zjeść ciepłego rosołu. Jadę po zakupy, pamiętając o uwagach rosołowego znawcy, który radzi mi stosować podwójnie włoszczyznę, jedną zastępuje drugą, wydobywając lepszy aromat. Wołowe, kurczak, szponder – i nastawiam gar. Sposobem mojej mamy wyrabiam cienkie niteczki, bo jak rosół to i makaron ma być domowy, gdy to biedne moje dziecko śpi. Więc wyrabiam maszynką te nitki, wymieniam włoszczyznę, odcedzam warstwę wierzchnią i myślę o klopsikach, które obiecałam zdrowej części mojego macierzyństwa czyli Klarze (po co zadawałam pytanie, na co mają ochotę??? Wiadomo, że padnie coś czego nie potrafię). A więc mieszam i jednocześnie szukam w Internecie tych cholernych pulpetów, wyjmując mięso mielone z zamrażalnika. Moczę bułkę w mleku, mielę mięso z odsączoną bułką, dodaje jajko, przyprawy i wyrabiam małe kulki. Gotuję dwukrotnie kaszę gryczaną (za pierwszym razem wychodzi za miękka, po jaką cholerę piszą 20 minut skoro 10 wystarczy???). Przypominam sobie o brokułach i obiadek prawie gotowy.

W międzyczasie:

  • Biegam 30 minut, aby zrzucić wczorajsze lody wieczorem (całe pudełko waniliowych)
  • Telefon ze szkoły, że Klara zapomniała stroju na WF (- Klara dlaczego nie dzwonisz ze swojego numeru, tylko denerwujesz mnie, że coś się stało, bo dzwoni wychowawczyni?, – Bo nie mam nic na koncie. – Przecież dopiero co ładowałam. – Chyba tak ci się wydaje, Mamo. – Aha.).
  • Lecę z tym strojem, zakładam czapkę na pół twarzy, aby ukryć co światła dziennego nie powinno ujrzeć), zostaję zabita spojrzeniem córki, której nie pasują różowe leginsy.
  • Robię szybkie zakupy, bo biegając wpadam na pomysł ciasteczek owsianych (lubię jak pachnie w domy jakimś pieczonym słodkim), zamiast jednej torby, wypełniam trzy (dlaczego nigdy nie mogę kupić tylko tego co na liście???), ochrzaniam jednego znajomego syna, bo wydaje mi się, że pali przed sklepem, odbieram trzy telefony od Chorego, dlaczego tak długo i że chce mu się pić (woda to nie picie).
  • Piszę tekst o samotności i śmierci i płaczę słuchając księdza Kaczkowskiego. Rozmyślam o swoim życiu i jedyne, czego pragnę to mieć rodzinę 2+2 lub 2+3 lub 2+4 i jeszcze bardziej potrzebuję zjeść coś słodkiego (endorfiny mi spadają gwałtownie).
  • Tłumaczę synowi dlaczego mam łzy w oczach i co to znaczy zawierzyć komuś. Oglądamy razem wykład Księdza, a on pyta mnie tylko czy on jest normalny (cóż, to nie jest jeszcze faza myślenia abstrakcyjno-dedukcyjnego). Szukam w Internecie wyjazdów do klasztoru, bo tylko o tym w tej chwili marzę.
  • Dzwoni Klara znaczy znów Wychowawczyni, że Klara chce iść do Taty po szkole na piechotę (Tata mieszka blisko) i pyta, czy się zgadzam. Tak, zgadzam się. Zaczynam mieszać płatki owsiane z mąką, gdy dzwoni domofon. Klarę z dwoma koleżankami podwozi Tata. Serwuje im pulpety w sosie pomidorowym z kaszą i brokułami. I rosół. Zjadają zostawiając zielone, które dokańczam, bo nie ma już dla mnie ani jednej mięsnej kulki. wyskrobuje z talerzy kaszę i kończę brokuły.
  • Odrabiamy lekcje. Dziewczyny mają wykorzystać w zdaniach różne słowa np. „przecudna”. Dlaczego obie piszą, że ich mama ma przecudną twarz, a Klara używa słowa „przecudna” w stosunku do kucyka??? Chcą budyń, ale czekają na owsiane.
  • Owsiane są hitem, wrzucam je na bloga, zanoszę do stajni, by trenerka Klary spróbowała i odbieram 5 telefonów od Chorego, kiedy wrócę i że on ma ochotę na kurczaka, bo pulpety są ohydne. Pyta też o lekturę, kiedy sobie poczyta(my). Tak, tak, bo przeczytawszy podobno ze zrozumieniem„Tego obcego” , nie jest w stanie opowiedzieć ani słowa, o czym to jest. Więc czytam razem z nim i wkręcam się w fabułę.
  • Kupuję kawałek indyka i kroję filety, myśląc tylko o tym, że za chwilę oszaleję od tego gotowania i właściwie co mam im dać jutro do jedzenia??? I dlaczego zmienili w szkole catering???
  • Odpowiadam na codzienne pytanie Klary „Czy masz mi coś nowego do powiedzenia?”. Cokolwiek znaczy, trzeba mieć w zanadrzu jakąś historię. O psach, koleżankach, obozie wakacyjnym czy co ci do głowy wpadnie byle nie było nudne.
  • Zastanawiam się nad kolacją, co zrobić, by uniknąć kalorii, odbieram 3 telefony od Chorego, co z tym indykiem (dzwoni do mnie z góry, ja jestem na dole w kuchni).
  • Odczytuję info, że nici z dzisiejszej opery, na którą kupiłam bilety, bo solistka się rozchorowała (ta myśl trzymała mnie przy życiu), przeprowadzam dyskusję z ojcem dzieci o ewentualnej jego opiece w czwartek. Dostaję asertywną odmowę i kombinuje co zrobić. Niczego nie wymyślam, zapychając się owsianymi i czuję się stara i gruba.
  • Odbieram telefon z centrum, ze mam jutro komplet pacjentów.Co oznacza 7 godzin non stop w gabinecie ze skórzanymi fotelami (przynajmniej nie na taborecie w kuchni).
  • Dostaję list z Urzędu Skarbowego, który boję się otworzyć.
  • Dwa razy sąsiadka z naprzeciwka przypomina o wywozie śmieci jutro (wie, że zapomniałam ostatnio, a przyjeżdżają co dwa tygodnie).
  • Przygotowuję Choremu kąpiel z pianką (mali mężczyźni chorują tak samo jak dorośli znaczy wciążczegośchcą!).
  • Nie wiem dlaczego, ale zapaliłabym papierosa (nerwy?).
  • Opróżniłam dziś zmywarkę trzy razy (nie chcę już mieszkać sama!!!!).
  • Wywiesiłam dwa prania (jak wyżej).
  • Chcę wyjść za mąż.

I piszę na stojąco to sprawozdanie Gosposi, Którą Się Stałam i nie myślcie, że nie robię tych czynności od 6 lat regularnie, ale Ciociu kochana wróć już proszę, bo co dwie to nie jedna 🙂

PS: Nie mam pojęcia co z jutrem, bo Chory chyba jeszcze nie wyzdrowiał, a ja muszę być w pracy o 10.00. A teraz lecę szukać tego „cholernego” klasztoru 🙂


Patronaty

Przecież rodzisz się i umierasz sam. Czy potrzebny nam dziś drugi człowiek?

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
16 lutego 2016
Rozstać się
Fot. iStock/mediaphotos

Człowiek potrzebny coraz mniej. Tak się dziś dzieje, że wiele rzeczy możemy już sami. Żyć, kochać, mieć. Dążymy do samowystarczalności, którą rozumiemy jako niezależność. „Nie muszę już z tobą być, mogę tylko chcieć”- powtarzamy skądinąd słusznie. Chwalimy się, że ogarniamy coraz więcej, że doba rozciąga się jak guma balonowa (można?), a dzieci wychowujemy w duchu niczym nie ograniczonej wolności. Człowiek rodzi się sam i umiera sam. Reszta to tylko przyjemny dodatek, kwiatek u kapelusza.

Negując tę biologiczną niemal potrzebę bycia z kimś, tracimy motywację do starań. Skoro można samemu, po co więc znosić niewygodę płynącą z dzielenia się z drugim. Znoszenia jego punktów widzenia niekoniecznie zbieżnych z naszymi, upierdliwych nawyków, braków racji, chrapania. W imię czego te zgniłe kompromisy? Nie chce nam się też dbać o przyjaźnie. Dziś ludzie są wszędzie, zamiast rozhisteryzowanej przyjaciółki jeszcze z podstawówki, znajdziesz kogoś miłego na forum. Zaprosisz nieznajomego o łagodnym wyrazie twarzy do grona na FB. Ludzie są pod ręką jak towar na półce. W ostatecznym rozrachunku jakość nie ma znaczenia.

Mój przyjaciel mówi „Nie rozumiesz. W chwili śmierci nikt nie jest w stanie ci pomóc. Zostajesz sam ze swoim strachem i niewiedzą. Cóż z tego, że cię ktoś za rękę potrzyma?”. A mi się wydaje, że być trzymanym za rękę, bać się i umierać, to więcej niż tylko bać się i umierać. Może się jednak mylę.

Czytam wywiad z prof. Szawarskim, bioetykiem o umieraniu. W rozmowie z Agnieszką Kublik opowiada o byciu świadkiem śmierci samotnej sąsiadki, która od kilkunastu lat leżała z amputowaną nogą przykuta do łóżka, a pomoc jej ograniczała się do czynności fizjologicznych, podstawowych. Bez obecności drugiego człowieka to było tylko wegetacją. Ksiądz Tischner napisał kiedyś „Nieważne jak, ważne jest z kim się umiera”.

Po co o tym? Bo myślę od wczoraj o samotności. O tym, że człowiek swoim umysłem jest w stanie oszukać tu na ziemi prawie każdą swoją samotność. Może ją przepić, może jej zapłacić, może schować się sprytnie za kogoś lub za coś. Mamy niezwykłą zdolność do tworzenia iluzji i życia w nich. Znam wiele kobiet, którym intuicyjna prawda przez wiele lat mówi, że nie są kochane, są zdradzane, żyją same – i co z tego? Lęk przed samotnością jest ważniejszy niż kłamstwo. I znów, nieważne kim on jest- ważne, że jest. Człowiek.

Nie dziwne więc, że tak się cieszymy, gdy nagle okazuje się, że można samemu. Samej. Odzyskując swoje półki, lepszą stronę łóżka, przestrzeń – radzimy sobie świetnie. Lata tego komfortu płyną, a ty zadajesz sobie pytanie, po co miałabym to zmieniać na jakąś miłość? W imię czego? Roku euforii i lat trudu? E tam, nie chce mi się. Przeciągasz się na swoim łożu 2/2 metry i nie myślisz o przyszłości. Starzenie, choroby i śmierć nas nie dotyczą. Z naszych łóżek wyziera młodość, gdzieniegdzie smagana zmarszczkami od nadmiaru śmiechu.

Ksiądz Jan Kaczkowski był wyjątkowym człowiekiem od umierania – choć brzmi to może dziwnie. Facetem, który w swojej Drodze Krzyżowej mówi „Złożony w ramionach matki… to także pytanie o przyjaźń. Czy potrafimy w największych opresjach zaufać komuś na tyle, by się oddać bezpiecznie w jego ramiona jak dziecko? Wtedy, gdy już nie mamy czego udawać albo co budować, gdy jesteśmy zwiotczali, bo nie mamy siły. Czy będę umiał oddać się komuś w tak wielkim zaufaniu?”

I tu chyba dotykał on sedna relacji z drugim człowiekiem, jego najintymniejszej części, wartości niepodważalnej. Żyć z kimś tak blisko, by mu na koniec zawierzyć. Zawierzyć w momentach kryzysu, zawierzać mu w codzienności. Ufać, jak ufa się matce, gdy jest się małym i bezbronnym. Gdy w jej oczach ogląda się świat, który już nigdy potem nie jawi się jako tak bezpieczny, jak tam. Czy może być lepsza samotność niż taki rodzaj zawierzenia? Czy można to czymkolwiek zastąpić? Czy nie jest najpiękniejszą kwintesencją życia właśnie taka obecność?

Mój przyjaciel mówi: „Nie chcę, by mi ktoś szeptał do ucha „nie bój się”, bo ja się będę bał. Bo boję się każdego dnia. To traktowanie mnie niepoważne, jak dziecko”. „Nie wiesz, co mówisz” – myślę. Możliwość bycia dzieckiem w takich momentach to wielki komfort. Byłam obecna przy innych, chorych, odchodzących, dorosłych, dzieciach. Wierz mi, dla drugiego człowieka oddanie się w takim momencie, w tej bezbronności dziecięcej – to doświadczenie niezwykłe, zaufania największego. Zaszczyt bycia dopuszczonym do najintymniejszej intymności, jaka istnieje. Noszę w sobie niezwykłe tajemnice tych, którzy przy mnie odeszli.

Ks. Kaczkowski mówił też: „Nie płaczcie nade mną, płaczcie nad swoim życiem. Żyjcie na pełnej petardzie”. Ja bym dodała: nie racjonalizujcie swojej samotności, nie wywyższajcie jej jako lepszy stan, jeśli żyjecie samotnie, to dlatego, że nie żyjecie z kimś, ale przecież wszyscy do tego dążymy. Do tego, by kochać, by być kochanym, by ufać i zawierzyć drugiemu człowiekowi. By mieć przy kim umierać.

Jeśli masz kogoś takiego, pomyśl dziś o tym z ogromną wdzięcznością. A jeśli jesteś sam/sama to nic. Ale nie mów, że tak być powinno. Nikt z nas nie chce być sam.


Zobacz także

Wrocławski Piknik Rodzinny Prudential

Jaki nauczyciel, tacy uczniowie. Czy potrafią jeszcze pracować z pasją?

Śpiewamy dla niej – Koncert charytatywny dla Pauliny Hebel