Lifestyle Macierzyństwo

Nie szukajmy łatwych rozwiązań i porządnie się przygotujmy – dr Łukasz Durajski, pediatra i bloger, o tym jak bezpiecznie podróżować z dzieckiem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
19 czerwca 2018
Fot. Materiały prasowe
 

Przed nami wakacje, znów wyruszymy w podróż z maluchami. Na co powinniśmy być przygotowani, czego przewidzieć się nie da i dlaczego nie dawać dzieciom jedzenia w samochodzie – o tym i o wielu innych, ważnych rzeczach rozmawiamy z pediatrą, miłośnikiem podróżowania i ekspertem Akademii 5.10.15. , dr. Łukaszem Durajskim.

Anna Frydrychewicz: W jakim wieku możemy zabrać nasze dziecko w pierwszą podróż?

dr Łukasz Durajski: Ta granica to szósty tydzień życia.

Kierunek podróży nie ma znaczenia?

Na pewno doradzam rodzicom, by z tak małym dzieckiem unikali podróży w regiony egzotyczne. No i oczywiście musimy być świetnie przygotowani, dziecko powinno mieć osobną walizkę przeznaczoną na wszelkie kosmetyki, ewentualne leki, środki pielęgnacji, mleko modyfikowane, którego za granicą nie kupimy. Najlepszym rozwiązaniem jest podróżowanie z małym dzieckiem, kiedy jest ono jeszcze karmione piersią. Wówczas mamy pewność, że jest odpowiednio nawodnione. Poza tym, jeśli mama przystawi dziecko do piersi podczas startu i lądowania, nie ma ono  poczucia dyskomfortu i niepokoju związanego ze zmianą ciśnienia.

Czyli nie powinniśmy się bać latania samolotem z malutkim dzieckiem?

Nie, ale musimy się na ten lot dobrze przygotować. Pamiętajmy też o klimatyzacji w samolocie, ona jest włączona na stałe i powoduje niższą temperaturę na pokładzie. Nie możemy zapominać o bakteriach i wirusach, bo przecież lecimy z całą grupą osób, która potencjalnie może być źródłem zarażenia dla naszego dziecka. Kichający czy kaszlący pasażer, który znajduje się obok – niby prozaiczna sprawa, ale dla kilkutygodniowego malucha realne zagrożenie.

Czy są jakieś regiony, których powinniśmy unikać? Wysokie góry nie dla trzylatka?

Azja, Ameryka Środkowa, Afryka – unikajmy miejsc, gdzie istnieje wysokie ryzyko zachorowania na egzotyczną chorobą. Oczywiście, jedzenie możemy ze sobą wziąć. Jednak lecąc do Afryki mamy olbrzymie ograniczenia, jeśli chodzi o dostępność odpowiednich dla dziecka produktów, to dość oczywiste. Pozostaje jeszcze kwestia higieny. Wymienione regiony stanowią pod tym względem spore wyzwanie. Azja to zupełnie inne alergeny niż w naszym środowisku. Musimy wziąć to wszystko pod uwagę.

Wróćmy na ziemię i przesiądźmy się do samochodu. Wielu rodziców wciąż ignoruje fakt, że podczas jazdy nie powinniśmy dawać dzieciom jeść.

Oczywiście, a zagrożenie to przede wszystkim zachłyśnięcie. Grozi praktycznie w każdym momencie. Samochód może gwałtownie zahamować. Co prawda są na przykład kubki niekapki, ale ja zdecydowanie odradzam podawanie dzieciom napojów, a także posiłków podczas jazdy. Jest mnóstwo miejsc, w których możemy się zatrzymać. Zaplanujmy wcześniej postoje, to nam zdecydowanie ułatwi podróżowanie z dzieckiem i uchroni nas od potencjalnych niebezpieczeństw właśnie w postaci zachłyśnięcia czy zadławienia. W takiej sytuacji nie mamy służb, które nam pomogą. Na autostradzie musimy sami reanimować.

A co powinniśmy spakować do dziecięcej apteczki?

W apteczce na pewno powinien znalezć się krem z filtrem, tak zwana „50”-tka, oprócz tego plastry, którymi opatrzymy otarcia i zakryjemy znamiona, elektrolity, preparaty po oparzeniu , opatrunki, probiotyki, preparaty na ukąszenia i nakrycie głowy. Należy pamiętać, by regularnie sprawdzać daty ważności leków znajdujących się w naszej apteczce. No i myśleć „do przodu”. Przewidywać.

Pewnych rzeczy nie da się jednak przewidzieć. Chyba każdy rodzic przeżył to na własnej skórze – wymarzony wyjazd i pojawiająca się, nie wiadomo skąd, choroba dziecka. Na przykład zakaźna…

To jest klasyk. Rodzice często odwiedzają gabinet pediatry przed podróżą, żeby mieć pewność, że jakaś choroba się nie rozwinie. Nie możemy tego przewidzieć. Część chorób, takich jak ospa wietrzna, pojawia się po tygodniu. Kontakt z zakażonym mógł mieć miejsce tuż przed podróżą – w szkole, w przedszkolu. Musimy się na taką ewentualność ubezpieczyć. Jeśli podróżujemy po Europie, wyrabiamy sobie kartę ECU. W krajach egzotycznych, będziemy mieli bardzo ograniczone możliwości skorzystania z dobrej opieki zdrowotnej. Dlatego niezwykle ważne jest przygotowanie dobrze wyposażonej apteczki, w której powinien znaleźć się preparat na ukąszenia, który jest bardzo pomocny przy ospie, czy środki do dezynfekcji, który stosujemy na skórę. W przypadku zachorowania dziecka konieczna jest wizyta w szpitalu, by lekarz mógł rozpoznać ewentualne zagrożenia i podpowiedzieć jak dalej z dzieckiem postępować. Zawsze warto pomyśleć o ubezpieczeniu, które da nam pewien komfort psychiczny, a także o szczepieniach, które są zalecane.

A jakie błędy popełniają rodzice wyruszając w podróż z dzieckiem?

Powiedziałbym, że jest to przede wszystkim brak uwagi. To są tak zwane „zaniedbania” rodzicielskie, brak czujności. Wystarczy chwila nieuwagi i dziecko znika nam z pola widzenia albo wchodzi samo do wody. Jeśli jedziemy na wakacje z dzieckiem, musimy być uważni.

Wracając do podróży samochodem – większość rodziców na dłuższą podróż montuje dzieciom w zagłówkach ekrany. Jaki jest limit czasowy takiego rozwiązania?

Do trzech lat w ogóle nie używamy ekranów. Jest to kwestia poza dyskusją. Zalecenia są bardzo proste – traktujmy elektronikę jako nagrodę, dosłownie na chwilę. Niestety zbyt często podchodzimy do niej jak do „opiekunki”. To olbrzymi błąd. Starajmy się zaciekawić dziecko podróżą. Wiem, że jest ona długa i uciążliwa, ale istnieje mnóstwo gier i zabaw, które możemy dzieciom zaproponować zamiast gry w telefonie. Choćby zabawa w liczenie drzew, krów, zabawa w „kto pierwszy zobaczy coś czerwonego”…. To są proste rzeczy, które zaciekawią dziecko krajobrazem. Nie szukajmy rozwiązań, które nas zwalniają z wysiłku. Skupmy się na dziecku, potraktujmy podróż jako możliwość spędzenia czasu razem i wspólnej zabawy.

Na blogu Akademii 5.10.15. możecie pobrać bezpłatnego ebooka z poradami ekspertów na temat bezpieczeństwa dziecka podczas wakacji Pobierz tutaj.


Artykuł powstał we współpracy z Akademią 5.10.15.

 

Fot. dr Łukasz Durajski

Fot. dr Łukasz Durajski


Lifestyle Macierzyństwo

Ona nie wierzy w miłość, ale wierzy w złamane serca. Ucieka przed demonami przeszłości. Niezwykła książka Tarryn Fisher „Bogini niewiary”

Redakcja
Redakcja
20 czerwca 2018
Fot. iStock/nd3000
 

Ona nie wierzy w miłość. On nie chce wierzyć, że tylko złamane serce wyzwoli w nim prawdziwą pasję do muzyki. Chce, by to ona została jego muzą.

Książek o miłości napisano naprawdę wiele. Znamy te historie doskonale, co więcej, chcemy w nich doszukiwać się w nas samych, a przynajmniej liczyć na to, że taka miłość też kiedyś nas spotka.

„Bogini niewiary” trochę wytrąca nas z miłosnej opowieści swoim tytułem. Nie ulegajcie jednak temu złudzeniu, bo w środku znajdziecie fantastycznie opowiedzianą historię bardzo trudnej i wymagającej miłości.

Yara, porzucona w dzieciństwie przez matkę, nie potrafi w żadnym z odwiedzanych miejsc pozostać na dłużej. Spotykamy ją, gdy podróżuje po Stanach Zjednoczonych, mieszkając zaledwie po kilka miesięcy w każdym z miast. Ale to właśnie w Seatle spotyka Davida – chłopaka, który wyciąga jej drzazgę z palca po czym… znika. I choć Yara nie wierzy w miłość, uważa, że nie zakochuje się, to jednak David przykuwa jej uwagę. Może dlatego, że zawsze przyciąga do siebie artystów, że wcześniej związana była z malarzem, który – gdy odeszła, stworzył swoje najpiękniejsze obrazy?

David wierzy w miłość. Kocha muzykę i… kocha Yarę. Zakochuje się w jej wyjątkowości. To on mówi: „Miłość jest wtedy, gdy nie potrafisz się kogoś pozbyć. Ktoś wślizguje się w ciebie i zostaje tam na resztę życia”.

Jednak ta miłość nie jest łatwa. Yara przyzwyczajona do uciekania przed – tak naprawdę – demonami przeszłości, boi się zaangażowania, obawia się uwikłania w poważny związek, który przecież z założenia będzie musiała porzucić. Tłumaczy sobie, że dopiero łamiąc serce Davidowi stanie się inspiracją dla jego sztuki. Szuka powodów do odejścia, czepia się, jest zazdrosna. Gdzieś w drugim tle pojawia się historia relacji z jej mamą, sytuacja w jakiej przyszło jej dorastać, a z którą ona sama nie chce się zmierzyć… Zamknęła trupy w szafie i ucieka przed nimi nieustannie nie próbując zrozumieć mechanizmów swoich zachowań.

Miłość jednak w końcu ją dogania. Ktoś, kto ją kocha nie poddaje się, nie zostawia jej, nie odchodzi, tylko walczy o nią ze wszystkich sił, chcąc jej pokazać, że zasługuje na to by być kochaną. Trochę w tym podstępu, zupełnie niezaplanowanego, za to niezwykle skutecznego. Na tyle, że sama zaczęłam się zastanawiać, jak ja zachowałabym się w sytuacji, w jakiej została postawiona Yara.

To nie jest po prostu książka o miłości. To książka o nas, o tym co siedzi w nas głęboko, co nami kieruje. To książka, która zmusza do refleksji, do zastanowienia się, czy ja przypadkiem nie ranię sama siebie, nie uciekam ze strachu przed bliskością i intymnością, boję się być szczęśliwa, bo gdzieś w środku tkwi we mnie przekonanie, że na to nie zasługuję, dlatego niszczę wszystko, co piękne w moim życiu?

Uważajcie, bo „Bogini niewiary” Tarryn Fisher wciąga tak, że trudno będzie się wam od niej oderwać. Napisana niezwykle dynamicznie, bez zbędnie przesłodzonych romansowych opisów. Jest bardzo plastyczna. Tak naprawdę czytając tę książkę będziesz mieć wrażenie, że siedzisz na krześle przy barze w zatłoczonej knajpce i słuchasz historii Yary i Davida okraszonej muzyką, dla której inspiracją stała się ich miłość.

Polecam. Bardzo!

Ewa Raczyńska, red. naczelna magazynu Oh!Me

bogini-niewiary-okladka-front_1000px


Lifestyle Macierzyństwo

W każdym związku przychodzi moment na pytanie: „Co dalej?”. W miłości nie ma miejsca na niezdecydowanie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
19 czerwca 2018
Fot. iStock/NiseriN

To nie był „typowy” związek. Ona po rozwodzie, on „dziwoląg” z bagażem związkowych, niezbyt pozytywnych doświadczeń. Oboje poranieni, nieco smutni. Takie dwie dusze, które chyba los ku sobie pchnął. Poznali się przez wspólnych znajomych, ale nikt nie próbował ich ze sobą swatać. Nikomu by nie przeszło do głowy, że mogliby być parą. Bo też różnili się od siebie, nawet fizycznie. Ona drobniutka, energiczna, z milionem pomysłów na minutę. On wysoki brunet, wyciszony, wycofany obserwator. A jednak zaiskrzyło.

Umówili się na kawę, potem na spacer, na długą rozmowę. Odkryli, że to im obojgu przynosi radość, że oboje tego chcą. Zaryzykowali, jeszcze raz. Pierwsze kilka miesięcy potoczyło się bajkowo. Zero presji, zero udawania. Oni naprawdę kochali się takimi, jakimi siebie widzieli. Kochali prawdziwych siebie. To była dobra, pozytywna relacja.

Fajnie było znów zobaczyć uśmiech na jej twarzy, szczęście w jego oczach. Dobrze było widzieć, że są sobie potrzebni. Martwiło mnie tylko jedno. Mówiono, że się spotykają, ale nigdy, że „ze sobą są”. Jakoś trudno było nazwać, „określić” tę relację.

Chyba nigdy nie funkcjonowali oficjalnie jako para. Nie wiem nawet czy sami tak o sobie mówili, choć słowa miłości padały między nimi często i choć tę miłość było między nimi widać. W czułości jego gestów, kiedy poprawiał jej włosy, w milczącym spojrzeniu pełnym uczucia i troski, gdy patrzyła mu w oczy. Na poziomie emocji działali na siebie uspokajająco, w seksie znaleźli spełnienie. I rzeczywiście, spotykali się, u niej, u niego, wyjeżdżali razem na urlop – oboje uwielbiali zwiedzać nowe kraje, kochali góry. Ta miłość do gór to kolejna rzecz, która ich połączyła.

Minęło półtora roku, a oni zaczęli się od siebie oddalać. Widywali się coraz bardziej, po obu stronach nastąpił spadek zaangażowania. Ale uczucia zostały i żal też. Potem po prostu przestali się spotykać.

Rozmawiałam z nią kilka dni temu. Znów smutna, znów samotna i przygnębiona. Stęskniona za nim. Za nimi. Za jakąś pewnością, którą na chwilę dała jej ta relacja. Długo o nich myślałam. I o tym, co mi wtedy powiedziała. I o tym, czy jeszcze kiedyś spróbują do siebie wrócić, ale tak naprawdę. Mają ze sobą kontakt, rozmawiają, dzwonią. Została po nich sentymentalna przyjazń.

Ten związek się rozpadł, bo żadne z nich nie umiało podjąć decyzji „co dalej?”. Dlaczego tak się stało? Nie wiem. Ale zabrakło im odwagi, to pewne. Żyć ze sobą „naprawdę”, dzielić to życie na pół ze wszystkimi jego troskami i radościami, w zdrowiu i w chorobie, choć niekoniecznie „z papierkiem” – to zupełnie co innego niż jedynie karmić się obietnicą takiej przyszłości. Zwłaszcza, jeśli jest ona nie do końca sprecyzowana.

W każdym związku przychodzi moment na słowa „co dalej?”. Inaczej sytuacja przestaje być rozwojowa, relacja stoi w miejscu, zabija ją frustracja, niepewność i lęk o przyszłość. Kochać to wziąć odpowiedzialność za drugą osobę, powiedzieć jej „nie bój się, ja będę z tobą”. Kochać to budować wspólny świat, a nie tylko bawić się uczuciem i egoistycznie cieszyć z tego, że jesteśmy dla kogoś najważniejsi. Bo nadchodzi chwila, w której to przestaje wystarczać, w której pragniemy z tobą osobą stabilizacji, choćby najbardziej szalonej, ale wspólnej. W której któreś z tych dwojga bierze drugie za rękę i zaczyna rozmowę o tym, jak nadać ramy szczęściu. Gdy lęk ustępuje pola mobilizacji i realizowaniu naszego „razem”.


Zobacz także

Jak to jest odejść od męża, kiedy masz dzieci. Kilka słów prawdy, której nikt ci nie powiedział wcześniej

Dojrzały mężczyzna tego nie robi…

10 rzeczy, które warto zrobić z przyjaciółką