Macierzyństwo Zdrowie

„Niech się pani zajmie swoim dzieckiem!” – nakrzyczała, gdy chciałam pomóc

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
1 września 2017
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
 

Siedzę na jednej z pięciu ławek i ze spokojem obserwuję dzieci. Są w różnym wieku. Mój czterolatek jeździ na hulajnodze, jak większość z nich. Kilkoro starszych pędzi na rowerach, a młodsze, 2- i 3-letnie ćwiczą równowagę przeróżnych trójkołowych sprzętach. Spokój przerywa nagły, histeryczny płacz. Było zderzenie, jedno z dzieci upadło. Trzyma się za głowę. Z daleka wygląda to nieciekawie. Wśród rodziców panuje ogólne poruszenie. Podchodzę do matki, trzymającej na rękach zapłakaną 2,5-latkę i proponuję pomoc. Jestem ratownikiem, chętnie zerknę. Jest otarcie i siniak, więc sugeruję, by na drugi raz dziecko miało na głowie kask. – Niech się pani zajmie swoim dzieckiem! – usłyszałam. Tym razem nic poważnego się nie stało.

Obok mojego domu, tuż przy ogromnym placu zabaw znajduje się miasteczko ruchu drogowego. Dzięki tej inwestycji dzieci mogą w bezpiecznych warunkach poznawać przepisy. To doskonałe odwzorowanie prawdziwej infrastruktury drogowej – są tu asfaltowe jezdnie z zaznaczonymi liniami, pasy, sygnalizacja świetlna, przejazd kolejowy, rondo, znaki drogowe i ósemki do ćwiczenia techniki jazdy na rowerze. Jest też wielka tablica z regulaminem, którego zapewne nikt nie czyta. W teorii brzmi świetnie, w praktyce bywa różnie. Wszystko przez lekkomyślnych rodziców, którzy nie mają za grosz wyobraźni. Co gorsza, nigdy przenigdy nie wolno im też zwrócić uwagi. Bo to przecież ich dziecko i oni najlepiej wiedzą, jak należy się nim opiekować.

Moje 4-letnie dziecko niewiele jeszcze wie o przepisach ruchu drogowego. Ogarnia sygnalizację świetlną, rondo i stara się pamiętać, by zawsze jeździć prawym pasem. Mimo to, zdarza mu się zapomnieć i złamać wszelkie przepisy, rozwijając zawrotną prędkość na hulajnodze. Takich dzieci jest tam najwięcej – coś tam świta w głowie, coś tam wiedzą, ale dobra zabawa zawsze jest na pierwszym miejscu. Pewnie dlatego co i rusz słychać „Jasiu, wolniej”, „Aniu, po prawej stronie jeździmy”, „Bartek, uważaj na młodsze dzieci”. Można tłumaczyć, żeby ostrożnie się bawiły, uważały na innych, patrzyły przed siebie, a nie pod koła, jednak wypadki się zdarzają. Po prostu. Dzisiaj na szczęście nic poważnego. A jutro? Zobaczymy.

I tak oto na wszystkich placach zabaw spotykamy dwa typy rodziców. Jedni chodzą za swoimi pociechami krok w krok, zdmuchując sprzed nóg piasek, podczas gdy drudzy bezmyślnie wierzą w szalenie rozwinięty intelekt swojego dziecka i liczą, że ani ono samo nie wpadnie na żaden głupi pomysł, ani towarzystwo wokół. Rodziców, kierujących się rozsądnym i ograniczonym zaufaniem do dzieci (wszystkich) jest jednak niewielu.

Ja wiem, że 2-letnia Zosia na plastikowej hulajnodze czy 3-letni Wojtuś na trójkołowym rowerku, nie będą szarżować bez opamiętania. Na ogół z resztą stoją miejscu, obserwując starsze towarzystwo, grzebiąc w ziemi lub biegając po całym terenie. Nie oznacza to jednak, że nic im nie grozi. Starsze dzieci, które sztukę rozwijania prędkości mają opanowaną do perfekcji, stanowią dla takich maluchów poważne zagrożenie. Nie, nie jestem za tym, żeby nie zabierać dzieci w takie miejsca. Uważam jednak, że trzeba im zapewnić choć podstawowe warunki bezpieczeństwa. To, że Zosia się nie przemieszcza, nie oznacza, że zaraz ktoś jej na tym placu nie potrąci. Nie jestem też jedną z tych matek, które chuchają i dmuchają na swoją pociechę, obcałowując każde zadrapanie. Nigdy jednak nie zdarzyło mi się puścić mojego syna na rower, rolki czy hulajnogę bez kasku. Nigdy też nie przewoziłam dziecka w foteliku rowerowym bez kasku.

Nie jest to bowiem tajemna wiedza, którą zdobyłam jako ratownik medyczny, a zwykła wyobraźnia. Rezygnując z kasku, ryzykujemy naprawdę wiele. Najmniej poważną konsekwencją upadku na rowerze jest otarcie naskórka – sprawa banalna. Kolejnym urazem, którego może doznać dziecko (dorosły też) bez kasku jest rana głęboka, którą chirurg będzie musiał zszyć. Przeżycie bardzo dla dziecka traumatyczne i bolesne oraz zostawiające trwały ślad w postaci blizny. Te dwie wspomniane przeze mnie konsekwencje są najmniej niebezpieczne. Ale nie zakładając swojemu dziecku kasku na głowę możecie doprowadzić u niego do poważniejszych urazów czaszkowo-mózgowych, które w najlepszym przypadku skończą się tylko wstrząsem mózgu, a w najgorszym: krwiakiem, śpiączką, trwałym kalectwem lub śmiercią. Moim, a także zdaniem moich kolegów-ratowników, którzy naprawdę wiele już w życiu widzieli, niezakładanie kasku dziecku na głowę jest skrajną nieodpowiedzialnością. Ale jak to się mówi – wszystko jest dobrze, dopóki jest dobrze.

Mówimy się, że przykład idzie z góry. A nikt nie jest dla małego dziecka większym autorytetem niż mama czy tata. Jeśli przemieszczamy się rowerem, sami też załóżmy kask. Jeśli dziecko wyjątkowo bardzo wzbrania się przed jego noszeniem, pójdźmy z nim do sklepu i pozwólmy wybrać taki, który mu się spodoba. Na rynku dostępnych jest przecież wiele modeli, w różnych kształtach i kolorach. To niewielka inwestycja w porównaniu z konsekwencjami, może przyjść nam (a przede wszystkim dziecku) zapłacić.

Mamę, która na mnie fuknęła, spotkałam tam ponownie. Ostentacyjnie uniosła głowę mijając ławkę, na której siedziałam. Jej dziecko dalej śmigało bez kasku. Pewnie na złość mi. A co!


Macierzyństwo Zdrowie

Za chwilę sprawią, że zawali się czyjś świat. Ale to ich nie obchodzi, chcą tylko nareszcie być ze sobą „naprawdę”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
1 września 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

To wcale nie miał być żaden romans, to nie miała być nawet przyjaźń. Oboje w z związkach, dzieciaci, „urządzeni życiowo”. Szczęśliwi? Może nie tak, kiedy szczęście sprawia, że chce ci się latać. Po prostu nie oczekiwali chyba nigdy od życia „za dużo”.  Jak to możliwe, że przez blisko 19 lat udawało im się przetrwać, że z siebie nie zrezygnowali? Przecież wszystko przemawiało przeciwko nim. A teraz, już za moment zaczną być ze sobą „naprawdę”. I dwa światy  – świat męża Moniki i żony Maćka –  zawalą się. Czy naprawdę warto?

Monika pamięta taką historię: jest Wigilia, mija nieco ponad rok od ich pierwszego spotkania. Ona siedzi przy świątecznym stole, dzieci – trzyletnie bliźnięta – cieszą się niemożliwe z prezentów gwiazdkowych. Nieznośny zgiełk, tłum. Wokół sami bliscy, mąż kładzie jej rękę na ramieniu, a jej robi się słabo, niedobrze. Nie rozpoznaje już nawet swoich emocji. Chce uciekać, zamknąć się gdzieś, zniknąć… Być daleko, jak najdalej. Nie czuć jak mocno brakuje jej Maćka, jak bardzo powinna być teraz z nim. Zamyka się w toalecie, wszyscy myślą, że jej coś zaszkodziło, a ona wtyka sobie pieść do ust, żeby nikt nie usłyszał, jak płacze. Po dwudziestu minutach poprawia makijaż, oddycha, głęboko i siada obok męża. Jak przez mgłę widzi dzieci, teściów, światła… Wie, że takie będzie teraz jej życie: podzielone między obowiązkiem, a uczuciem.

Maciek nigdy nie zapomni wieczoru, kiedy wrócił z pierwszego wyjazdu z Moniką. Jeszcze czuł na swoim ciele jej dłonie, jeszcze czuł jej zapach – mocno intensywnie. Zaledwie kilka godzin temu kochali się w wynajętym pokoju hotelowym. Teraz jest z powrotem w domu, w innej rzeczywistości. Stęskniona żona wita go w drzwiach sypialni. Całuje – długo, mocno. Chce mu się wyć, ucieka, tłumaczy, że jest wykończony negocjacjami z klientem, podróżą. Od tej pory będzie uciekał przed tą bliskością jak najczęściej.

A ona? Kocha go, przystanie na to. Zadowoli się tym, co Maciek zechce jej dać. Bo przecież to naprawdę dobry mąż, wspaniały człowiek – życzliwy, pomocny, świetny ojciec. Skarb.

Spotkali się w najbardziej banalnych okolicznościach, wcale nie było romantycznie. Monika jest księgową, Maćkowi polecił ją wspólny znajomy. Zadzwonił, umówił się, że przywiezie dokumenty, przyjechał pod wskazany adres, wtedy jeszcze do jej domu, bo pierwsze biuro Monika urządziła sobie w garażu. Zobaczył ją, a właściwie najpierw usłyszał jej „dzień dobry”. Ten uśmiech naprawdę skradł jego serce. On, racjonalny, rozsądny. Mądry. Zakochał się w tej jednej sekundzie. Poczuł, że „to jest to”.

Monika? Pomyślała, że Maciek wygląda, jak jej ulubiony bohater z książek, które czytała w liceum. Że ma taki fajny, „chłopacki” urok. I, że nie powinna tak o nim myśleć. Zrobiła kawę, pamięta, że nigdy wcześniej nikt nie sprawił, że tak drżały jej ręce. A on przecież tylko patrzył… Zaczęli do siebie dzwonić, pod byle pretekstem, szukać siebie… Od początku wiedzieli, czuli, nie oszukiwali się.

Pocałował ją przy piątym spotkaniu, kiedy piętro wyżej jej mama zajmowała się jej dwuletnimi dziećmi – Kacprem i Basią. Monika zamknęła biuro, pobiegła do nich, nieprzytomna, rozedrgana. Inna. Są takie momenty, w których każdy otwiera swoją księgę i zaczyna w niej czytać. Poczuła, że to ten moment.

Maciek nigdy nie zdejmował obrączki i ona też zawsze nosiła swoją. Jakoś przywykli do nich, jak do biżuterii. Nie zdejmowali ich nawet wtedy, gdy szli razem do łóżka. Tak jakby nie miały żadnego znaczenia.

Dylematy? Były na samym początku, zaraz po tym pierwszym pocałunku. Bo wiadomo było, że na tym jednym pocałunku się nie skończy. Rozmawiali, przez telefon, w parku, pisali listy. Postanowili czekać zobaczyć, co będzie dalej. Nie dać po sobie poznać, bo przecież dzieci, mąż, żona… Małżeństwo. Zaufanie. Zawód. Cierpienie.

Czekają tak prawie 19 lat.  Kilka razy udało im się razem wyjechać. Prowadzą podwójne życia, urywają sobie po kawałku szczęścia, jak kawałki waty cukrowej. Oszukują swoich bliskich. Ale postanowili, że tak jest najlepiej. Parę razy próbowali ze sobą zerwać. Ona odchodziła od niego z płaczem, nieszczęśliwa, przestraszona, winna. I wracali do siebie jeszcze bardziej kochając, jeszcze mocniej pragnąc być razem.

Mąż Moniki nigdy jej nie podejrzewał o romans. Ufał i, szczerze mówiąc zbyt był zajęty pracą zawodową, by zauważyć, że jego żona oddaliła się od niego emocjonalnie. Zresztą ona bezpiecznie skupiła się na dzieciach, starając się być jeszcze lepszą matką, jakby chciała w ten sposób „odkupić” swoje winy.

Żona Maćka, choć z natury zazdrosna i nieufna, wierzyła, że mąż nie jest w wstanie jej zdradzić.

Czas płynął. Zestarzeli się, spoważnieli. Dzieci dorosły. Uznali więc, że przyszła pora powiedzieć prawdę. Że męczyli się wystarczająco długo, że obowiązek wobec rodziny został spełniony.

Czy nie boją się, że kiedy zamieszkają razem, dotknie ich proza życia? Że może zainwestowali swoje emocje, uczucia, energię w coś, co jest marzeniem, mrzonką, ich wyidealizowanym spojrzeniem na siebie i ich związek? Że może, gdyby zawrócili z tej drogi na samym początku, to takie samo szczęście dałoby się zbudować w ich małżeństwach?

Ona

Obejrzała „Co się wydarzyło w Madison County” – film o miłości niespełnionej. Pomyślała, że tak nie chce, że nie potrafi zrezygnować ze szczęścia. Że to Maciek jest miłością jej życia.

On

Monika jest jego ideałem kobiety. Żona to bardziej kumpela, do bólu racjonalna, ironiczna. Był pewien, że to mu się podoba, że go to pociąga. Dopóki nie poznał Moniki. Wierzy, że to wszystko, co się wydarzyło miało się dokładnie tak wydarzyć.

Jutro on powie swojej żonie, za tydzień ona powie swojemu mężowi. Czyjeś życie zostanie złamane. Bo jak powiedzieć komuś: „Wiesz, przez 19 lat kochałem kogoś innego, więc teraz odchodzę”?  Maciek ma jeszcze jedną myśl. Że tak właściwie zabrał swojej żonie najlepsze lata jej życia. Że on miał i ma „kogoś”, a ona zostanie teraz sama. I może już nigdy nikogo nie pokocha. Ale to go nie powstrzyma.


Macierzyństwo Zdrowie

„Nie jesteś moją bajką, Warszawo”. Spowiedź „słoika”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 września 2017
Fot. istock/jcarillet

Jestem chyba twoim typowym „słoikiem”. Co miesiąc, w piątek wieczorem wracam do rodziców, pod Kielce. Spędzam cudowne dwa, trzy dni z bliskimi, odwiedzam stare kąty albo wcale nie wychodzę z łóżka, a tata przynosi mi kanapki z pomidorami z naszego ogrodu. W niedzielę, tuż koło południa, pakuję do walizki domowe ciasto mojej mamy, peklowane mięso, paprykę, domowe ogórki i maślane ciasteczka. Dorzucam kilka książek „na dobry nastrój”, tych, które czytałam, kiedy bezpieczna w moim pokoju na poddaszu, marzyłam o tobie. A potem wracam do ciebie, Warszawo i czuję, jak mocno cię nienawidzę.

Odkąd tu przyjechałam, jestem realistką. Wiem, że mam tylko siebie, nie liczę na twoją pomoc. Przekonałam się, że ludzie tutaj są albo obojętni albo podli. I że kiedy spotykam tych miłych, to na 90% nie są warszawiakami. Są obcy, jak ja. A ty, Warszawo, nie wybaczasz „obcym”, przyjezdnym. Traktujesz ich inaczej, uważasz za gorszych. Wykorzystasz i wyplujesz, jeśli nie potrafią o siebie zawalczyć. Czasem nawet zniszczysz, a często zawrócisz ich z drogi, którą sobie wymarzyli.

Szybko się o tym przekonałam. Wielu moich znajomych uciekło po kilku miesiącach, choć miało względem ciebie wielkie plany. Byłaś dla nich za szybka, zbyt bezwzględna, okrutna.

Przyjechałam do ciebie siedem lat temu, zaraz po studiach, bo mój pierwszy chłopak był warszawiakiem. Zamieszkaliśmy w domu jego rodziców, zajęliśmy piętro. Nie byłam darmozjadem, przyjechałam tu do pracy – miałam skończony dobry kierunek, znałam język. Zostałam asystentką w olbrzymiej korporacji. Dostałam pieniądze, o których wcześniej mogłam pomarzyć. Dziś wiem, że na podobnym stanowisku, przy tylu obowiązkach mogłabym zarabiać więcej, ale wtedy wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. Wzięłam bez mrugnięcia, co mi dałaś.

W pracy szło mi dobrze, jestem zdyscyplinowana, szybko się uczę, zrobiłam na tobie dobre wrażenie. Z rodzicami chłopaka nie potrafiłam się dogadać. Niby życzliwi, a jednak fałszywi. Patrzyli na mnie jak na intruza. Kilka razy usłyszałam, jak mama Piotrka mówiła o mnie znajomym, przez telefon, że jestem z nim, bo chcę się tu „zaczepić”, „wżenić w rodzinę”, bo przyjechałam ze wsi. Nie rozumiałam tego. Jak można kogoś tak traktować? Kiedy on przyjeżdżał do mnie, do mojej rodzinnej miejscowości, moi rodzice przyjmowali go jak „swojego”, z życzliwością, otwartością. Tutaj, u ciebie ludzie są bardzo zamknięci w sobie, podejrzliwi.

Moja mama piekła Piotrkowi jego ulubione pierniki, z tatą pił piwo w ogrodzie. I dla mnie był inny, lepszy, kiedy byliśmy daleko od ciebie. Rozstaliśmy się, bo nie potrafiłam tego znieść. Tej hipokryzji, tego rozdwojenia. Że niby mnie kocha, ale jednak się wstydzi. Że jesteś dla niego ważniejsza.

Wynajęłam kawalerkę na Pradze i płakałam dzień w dzień w poduszkę, w mikroskopijnym pokoju z kuchnią. Zostałam sam na sam z tobą, Warszawo.

Oszczędzałam, jak mogłam. Obiad w pracy, w stołówce. Co dwa tygodnie powrót do domu, żeby uzupełnić zapasy, wypłakać się mamie, nabrać siły. Miałam znajomego z moich okolic, kiedy mogłam, dopasowywałam moje plany do niego, żeby razem z nim wracać do Ciebie, jego samochodem, byle nie płacić ciągle za bilety na pociąg. Odkładałam każdy grosz. Nie chodziłam do kina, o teatrze nawet nie marzyłam. Tramwaj, metro tramwaj, praca. Tramwaj, metro, tramwaj dom. Nie, nie dom. MIESZKANIE. Dom jest tam, pod Kielcami.

W mojej kamienicy poznałam dziewczynę z Białegostoku. Była nowa i przerażałaś ją, Warszawo, jeszcze bardziej niż mnie, więc zaczęłyśmy cię oswajać we dwie. Tym razem poszło trochę lepiej. Poznałam cię, ale nie polubiłam. Można powiedzieć, że nie kocham cię od pierwszego wejrzenia. Nie imponuje mi te kilka twoich żałosnych, nowoczesnych wieżowców – traktuje je z lekką pogardą. Chciałabyś być Nowym Jorkiem, ale nie stać cię nawet na Central Park. Nie zachwycasz mnie, nie jesteś piękna. I wciąż, kiedy tylko mogę, uciekam jak najdalej od ciebie.

Pytasz, co z pracą? Po roku dostałam awans i podwyżkę, po dwóch następnych kolejną. Rodzice wyciągnęli swoje oszczędności, ja dołożyłam, co mogłam i kupiłam mieszkanie – dwa pokoje w ładnej, nowoczesnej dzielnicy miasta. Zaczęłam chodzić do kina i czasem do opery. Przyjaźnię się tylko z „obcymi”. Po siedmiu latach  u ciebie nadal bezbłędnie ich „wyczuwam”.

Masz za sobą trudną historię, przyznaję. Ja też nie jestem łatwa – potraktowałam cię instrumentalnie. Dałaś mi wymarzoną pracę, możliwości i podróże służbowe do Irlandii. Dałaś mi dojrzałość, doświadczenie i pieniądze, komfort życia. Zabrałaś ufność i wiarę w ludzi, a mam wrażenie, że i empatię. Nie płaczę już w poduszkę, otrząsam się i idę dalej. Tylko wiesz, ciągle nie wiem, czy ten bilans jest dla mnie korzystny. Bo nigdy nie będziesz „moją bajką”, Warszawo. Nadejdzie dzień, gdy wrócę do domu.


Zobacz także

Antygrypina – 3 popularne przepisy, czyli jak domowymi sposobami nie dać się grypie

Ułóż mi bajkę, a obiecuję, że rozwiążesz większość swoich wychowawczych problemów… Nie wierzysz?

Gdzie się podziała tamta dziewczyna. Choroba Hashimoto prawie zniszczyła jej związek