Macierzyństwo

Panie Prezydencie, ależ rodziną jest też wdowa z dzieckiem oraz wesoły patchwork, w którym każdy nosi inne nazwisko

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 lipca 2022
fot. Tyler Nix/Unsplash
 

Prezydent Andrzej Duda wziął udział w 31. Pielgrzymce Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę. Podczas przemówienia dziękował „całej rodzinie Radia Maryja” za „stawanie w obronie świata wartości”. Mówił: „Wszyscy wiemy, że rodzina to dwoje ludzi: kobieta i mężczyzna, którzy chcą razem być i tworzyć wspólnotę. Ale w jakże naturalny sposób nie mają oni poczucia pełni, jeżeli nie mają dziecka. Jeżeli nie mają tego elementu, który jest ukoronowaniem tej właśnie wspólnoty dwojga ludzi odmiennych płci, którzy chcą razem także dawać życie. Rozwijać społeczeństwo, a zarazem rozwijać państwo”. A wtedy w Internecie zaważało!

Panie Prezydencie: Otóż, nie!

Panie Prezydencie: Otóż, nie! Rodziną jest też samotna matka, wychowująca dwójkę dzieci. Oraz wdowiec z jedną córką. Rodziną są również małżonkowie, którzy od lat starają się bezskutecznie o dziecko. Oraz tacy, którzy świadomie dzieci posiadać nie chcą. Ja w zasadzie, Panie Prezydencie, tych modeli rodziny mogę wymieniać bez końca. To moi przyjaciele, znajomi.  Ludzie z krwi i kości. Co najważniejsze, fajni i dobrzy. Tyle że żyjących w rodzinach mniej standardowych. Czasem ze swojego wyboru, a czasem za nich decydował los. I wcale nie chodzi tu tylko o LGBT+.

My, samotne matki

Poglądy na temat rodziny „dwa plus dzieci” bolą mnie bezbrzeżnie. Wtrącę kilka zdań prywaty: kiedyś koleżanka z pracy (siedziałyśmy metr od siebie, niemal przy jednym biurku) powiedziała mi w twarz, że jej zdaniem samotna matka plus dziecko to patologia. „Tak właśnie uważam, że twoje dziecko wychowuje się w patologicznej rodzinie”, upierała się wspomniana Marta, kiedy próbowałam jej wytłumaczyć, że patologia to jakiś sposób dziecka w rodzinie pełnej lub niepełnej. A ona czytała mi definicję, że patpologia to «nieprawidłowe zjawiska występujące w życiu społecznym».  Jednak Marta, choć wykształcona, naprawdę tego nie rozumiała. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że trudno jej się dziwić, bo przecież takie poglądy płyną z samej góry. Jak mają się dziś czuć wszystkie wdowy i samotne matki, wychowujące dzieci, skoro dla Głowa Państwa nie zalicza ich do tych, które tworzą rodziny?

My, bez dzieci

Szczerze, okrutnie wkurza mnie, że dziecko ma być dziś jakimś „ukoronowaniem wspólnoty dwojga ludzi”. Wczoraj rozmawiałam z nastolatkami. W grupie kilkunastu osób żadna nie zadeklarowała, że chce mieć w przyszłości dziecko. Przeciwnie! Obwaim się, że rośnie nam pokolenie, które boi się mieć dzieci. Argumenty… „bo świat zmierza donikąd”, a „polskie prawo aborcyjne nie gwarantuje wolności wyboru” – to tylko kilka, które padają w dyskusji. Jestem przekonana, że coraz częściej młode małżeństwa albo konkubinaty będą tworzyć rodziny bez tego „ukoronowania”. Niestety Pani Prezydencie.

My, ludzie LGBT +

Założenie, że tylko osoby odmiennej płci tworzą rodzinę to, przepraszam, ale jednak zaścianek. Przypominam sobie, że Maria Konopnicka (tak, ta od krasnoludków i sierotki Marysi) wychowywała szóstkę z ośmiorga swoich dzieci z przyjaciółką Marią Dulębianką. Nie przez rok, czy dwa. One żyły razem ponad dwadzieścia lata! A był to wiek XIX! Dziś natomiast śmiać mi się chce, bo widzę setki rodzin, w których dwie kobiety wychowują gromadkę dzieci. To jeden z najbardziej podstawowych modeli polskich rodzin: mama, babcia i dzieci.

My, rodziny patchworkowe

Znam taką rodzinę, która – jak jadzie na zagraniczne wakacje – to w ich paszportach widnieją cztery nazwiska. Bo jedno dziecko jest z pierwszego związku kobiety. Drugie z pierwszego związku faceta. Trzecie wolało nosić nazwisko matki, która była drugą żoną ojca tej rodziny. A czwarte dziecko jest dopiero wspólne. I co? Czy to nie jest rodzina?! Jest! W dodatku fajna, szczęśliwa i tolerancyjna. Mimo skomplikowanej biografii, potrafiąca żyć w zgodzie, miłości, szacunku.

My, single

Ta grupa, niezależnie od płci, ma moim subiektywnym zdaniem najgorzej. Bo nie dość, że single nie są według Prezydenta rodziną, to jeszcze nie mają tego „ukoronowania” w postaci dziecka. Ale kiedy myślę o moim kumplu, któremu zmarła najpierw żona, a teraz on mieszka ze starym ojcem chorym na Alzheimera, to jednak widzę w tej dwójce  facetów kochającą się, oddaną sobie rodzinę.

Niedawno oglądałam plakat Kasi Lisiak z hasłem „Pies i dziewczyna normalna rodzina” i pomyślałam z wielką czułością o wszystkich moich znajomych singielkach, które bardzo pragną założyć rodzinę, ale na razie nie znalazły jeszcze miłości.

Kiedy zobaczyłam ten plakat, zamarzył mi się wtedy taki cykl, by Kasia Lisiak (czyli Instagramowy Pan Lis) namalowała wszystkie możliwe rodziny pod słońcem: te tęczowe, te w najróżniejszych konfiguracjach LGBT+ i te patchworkowe również. Musiałaby jeszcze namalować rodziny, w których osią byłyby dzielne samotne matki, albo wspaniali rodzice zastępczy. Koniecznie też takie rodzinki, w których nie ma dzieci, ale są zwierzęta. Oraz te, w których są zwierzęta i są dzieci… I wiele, wiele innych fajnych konfiguracji.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Kasia Lisiak (@pan_lis)

Moja rodzina wyglądałaby tak: ja, córka, suka i dwa koty. Moim zdaniem fajna z nas rodzina, bo najważniejsze, że się kochamy i że o siebie dbamy.

A jak wygląda twoja rodzina?!


Macierzyństwo

Byłam na warsztatach u dr Iliany Ramirez. Teraz wiem, dlaczego nie umiem odpoczywać i co robić, kiedy się wkurzam

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 lipca 2022
 

Zamykam oczy i czuję się, jakbym była idealnie pasującym puzzlem. Jednością ze światem. Na mojej skórze rozchodzi się ciepło, a wiatr delikatnie muska moje ciało. Jest lekko chłodny. A ja rozpływam się i jest mi dobrze. Niczego nie muszę. Moje mięśnie nie są już napięte. Moja twarz się rozluźnia. Gardło, kolana, stawy… Czuję ciepło, które rozlewa się po moim brzuchu. Jestem szczęśliwa”, opowiada mi Aldona, moja partnerka podczas warsztatów u dr Iliany Ramirez „Nervous System Management, czyli Zarządzanie System Nerwowym”, które w lipcu odbywały się w Warszawie.

Siedzimy naprzeciwko. Dostałyśmy zadanie, by przypomnieć sobie sytuację, w której byłyśmy naprawdę szczęśliwe i opowiedzieć, co wtedy czuło nasze ciało. Dla mnie zadanie jest trudne, bo w pogoni za codziennością, tak naprawdę nie często o nim myślę.

Wstyd się przyznać, ale zapominam, że mojemu ciału czasem chce się pić i jeść. Jak zaczynam pisać i skupiam się na pracy, zdarza mi się zamierać na pięć godzin i nagle – już wieczorem – „budzić się” jakby do życia. W czasie tych pięciu godzin nie chodzę do toalety, nie piję herbaty, nie jem. Może jestem w mniejszości, ale skupianie się przychodzi mi od zawsze bardzo łatwo. Oczywiście, że moi pracodawcy bardzo to zawsze lubili. Gorzej czuło się moje ciało.

Bo ja lubię się nakręcać

Pracując w parze z Aldoną, opowiadam jej, że bardzo nie lubię i nie potrafię odpoczywać. To mnie cholernie nudzi i irytuje. Najlepiej czuję się poza tzw. oknem tolerancji, czyli powyżej optymalnego poziomu pobudzenia. Jak to wytłumaczyć? Przez lata pracy jako dziennikarka nauczyłam się funkcjonować w dużych pomieszczeniach, w tzw. open space, gdzie zawsze było gwarno. Dziennikarze rozmawiali przez telefon, umawiali się na wywiady albo przeprowadzali je przy biurkach. Pracowałam w redakcjach zazwyczaj pod presją czasu, w tygodniach i dziennikach. Mój system nerwowy przywykł do dużego pobudzenia. Zawsze lubiłam tę adrenalinę. Dopiero kiedy przyszła pandemia musiałam się nauczyć żyć w spokoju i przyznam, że wcale – po ponad dwudziestu latach pracy dziennikarskiej – nie było to dla mnie łatwe.

Kiedy to opowiedziałam Aldonie, ona spojrzała na mnie i usłyszałam: „Może twoja głowa lubi być w tej strefie adrenaliny i dużego podniecenia. To widać po tobie. Wydajesz się nieskupiona. Wiercisz się podczas medytacji. Ale twoje ciało nie lubi tego pobudzenia”.

Na początku nie zrozumiałam tego, co mówiła do mnie moja współtowarzyszka. A ona kontynuowała: „Wyobraź sobie, że cały dzień sprzątasz, szorujesz okna i tak dalej. Twoja głowa czuje się świetnie, ale twoje stawy i kolana już nie. Czują się po prostu przemęczone. Albo inna sytuacja: kiedy twój mózg długo pracuje na najwyższych, odcinasz się od swoich emocji. Nie wiesz, czy jesteś zmęczona, czy ktoś zrobił ci przykrość, nie rozpoznasz tego, czy chcesz sobie popłakać dziś, czy może iść na spacer przez pola… ”.

Może to zabrzmi dziwnie, ale te słowa Aldony były dla mnie prawdziwym odkryciem. Pomyślałam więc sobie, że podczas warsztatów u Iliany Ramirez dzieją się cuda!

Bo ona lubi zamierać w smutku

Aldona też opowiedziała mi swoją historię. Okazuje się, że ona zawsze była dość nieśmiałym dzieckiem, które nie lubiło wystawiać się na publiczną ekspozycję. „Nawet takie warsztaty jak dziś są dla mnie stresem”, opowiada. „Dlatego najbardziej lubię być poza tzw. oknem tolerancji, ale tam na dole, gdzie nic się nie dzieje, gdzie panuje cisza, bezruch i gdzie mogę na spokojnie zatopić się w swoich smutkach i nic nie robić”.

Otworzyłam ze zdumienia szeroko oczy: „Jak to lubisz być w tej koszmarnej nudzie? Nie szkoda ci na nią czasu?”, spytałam.

Aldona odpowiedziała: „Coraz częściej szkoda. Dlatego coraz rzadziej sobie na to pozwalam. Ale raz na jakiś czas puszczam sobie smutną muzykę, np. Shade i zasłaniam okna. Czuję się wtedy idealnie.

„A jak się wtedy czuje twoje ciało?”, spytałam.

„Fatalnie, bezruch sprawia, że tracę energię. Dlatego długie przebywanie w tym stanie, nie jest dla nikogo wskazane”, powiedziała.

Kiedy podeszła do nas dr Iliana Ramirez, zaczęłyśmy odpowiadać o swoich odczuciach. Iliana, która celowo pracuje w małych grupach, by mieć czas na indywidualne rozmowy podczas dwudniowych warsztatów, powiedziała do Aldony: „Widocznie tak dobrze czujesz się poza oknem tolerancji, czyli poniżej optymalnego poziomu pobudzenia systemu nerwowego, ponieważ TO pamięta twoje ciało. Najprawdopodobniej z dzieciństwa”.

Wtedy Aldona odpowiedziała: „Tak, musiałam żyć w takim bezruchu w dzieciństwie wiele razy, by w ogóle przetrwać. To był mój system obronny”. Co tak naprawdę działo się w domu Aldony, kiedy była małą dziewczynką, nie dopytujemy. To jest jej sprawa.

Jak żyć, by zachować siły na długo

Wtedy zadałam dr Ilianie pytanie: „Czy powinniśmy robić wszystko, by przebywać w tym obszarze, które nazywamy podczas warsztatów oknem tolerancji? To obszar, w którym czujemy się szczęśliwe, spokojne, ale jednak aktywne. Czy powinnyśmy bronić się jakoś, by nie zaliczać na co dzień tych „spadków” i „pobudzeń” emocjonalnych? W moim przypadku „górek” pobudzenia systemu nerwowego, a w przypadku Aldony – „dołków”.

„W żadnym wypadku”, usłyszałyśmy od dr Iliany. „Najlepiej kiedy każdy z nas potrafi łatwo przemieszczać się pomiędzy tymi stanami emocjonalnymi. One wszystkie są potrzebne. Czasem musisz być pobudzona, by wygłosić przemówienie albo dojść swoich racji z osobą, która na drodze spowodowała kolizję. W przeciwnym razie nikt nie będzie cię słuchał. Jeśli natomiast twoja przyjaciółka ma depresję i przychodzisz ją odwiedzić, by po prostu z nią pobyć, powinnaś umieć dostroić się do jej niskich wibracji emocji. Potrzymać ją za rękę i zwyczajnie z nią pobyć. Nie pomoże tu rozśmieszanie jej, czy żywiołowe opowiadanie przygód własnych z poprzedniego dnia”, twierdzi Iliana.

Okazuje się, że istnieje wiele sposób na to, by skutecznie uspakajać swój system nerwowy, kiedy zaliczamy „górkę”. Możemy wtedy wziąć kilka spokojnych długich oddechów i wydechów (zawsze przez nos). Wtedy tętno trochę się uspakaja.

Doktor Ramirez podczas warsztatów opowiada nam o różnych technikach samoukojenia i radzi, co możemy zrobić, by nie mieć nagłych wybuchów agresji. Mówi o tym, jak uspokoić swoje dziecko przed egzaminem oraz jak zrozumieć przypływ nagły własnego smutku, by samemu zmienić swój nastrój. „Ważne, by interpretować rzeczywistość w oparciu o fakty i zdrowy rozsądek, a nie automatyczne reakcje swoich zwierzęcych instynktów. Dzięki temu staniesz się spokojniejszy i skuteczniejszy w najważniejszych obszarach swego życia – relacjach osobistych i zawodowych, zarządzaniu emocjami i finansami, podejmowaniu decyzji i codziennym funkcjonowaniu. Bo nauczenie się zarządzania układem nerwowym znacznie podnosi jakość naszego życia” mówi na koniec Iliana.


Dr Iliana Ramirez – z pochodzenia Meksykanka, urodzona w rodzinie z tradycjami curanderos, mieszkająca aktualnie w Polsce. Z wykształcenia chemik farmakobiolog. Z doświadczenia wykładowca uniwersytecki w dziedzinie farmakologii i biologii molekularnej w Cinvestav – Centro de Investigacion y Estudios Avanzados del Instituto Politecnico Nacional w Mexico City.

Prowadziła badania dotyczące plastyczności mózgu w zakresie epilepsji na Universidad Nacional de México w Instytucie Neurobiologii w Queretaro. Realizowała projekty naukowe m.in. w Departamento de Fisiologia, Biofisica i Neurociencias oraz Departamento de Farmacologia, gdzie uzyskała tytuł naukowy doktora nauk farmakologii. Autorka artykułów naukowych publikowanych m.in. w periodykach z najbardziej prestiżowych list: „Molecular Endocrinology” (Oxford Academic), „Molecular and Cell Biology”, „Molecular Biology of the Cell”.

Prywatnie żona dr. Mateusza Grzesiaka, mama Adriany, pasjonatka podroży, medytacji, jogi i rozwoju holistycznego.


Macierzyństwo

Miłość, za którą zapłaciła życiem. Głośna historia zaginięcia Anny Garskiej

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
12 lipca 2022
Ania Garska

Anna nie miała  wielu doświadczeń z mężczyznami, nieufna, ostrożna, nie było łatwo się do niej zbliżyć. Ale z Markiem wszystko wyglądało inaczej. Pobrali się z miłości, po jakimś czasie urodziło im się dziecko, córeczka.
 Dziewczynka miała dwa i pół rok, gdy Anna zaginęła. Marek utrzymywał, że się pokłócili, żona trzasnęła drzwiami i wyszła. Ale zarówno jej rodzice, siostra, jak przyjaciółki wiedzieli, że nie zostawiłaby dziecka i rodziny. Szczególnie, że dni mijały, a ona nie odbierała telefonu, nie odpowiadała na wiadomości. Dlaczego ta historia miała aż tak straszne zakończenie?

Lipiec. Dziesięć lat temu. Jest rano, Michalina Kaczyńska odbiera telefon od zięcia: „Dzwoniła do was Ania? Bo wyszła wczoraj z mieszkania i nie ma z nią kontaktu” pyta.
Michalinie ciężka gula stresu wędruje do żołądka. Rozmawia z córką kilka razy dziennie. Chciała nawet zadzwonić do niej poprzedniego wieczoru, ale pomyślała, że nie będzie przeszkadzać młodym, ostatnio nie było między nimi idealnie. Sama zresztą była w Gorzowie Wielkopolskim u swojej drugiej, starszej córki Agnieszki. Planowała zostać co najmniej jeszcze kilka dni. Ania od tak nie wychodzi z mieszkania, a nawet jeśli – dzwoni do niej, do Michaliny.
„Musisz zgłosić zaginięcie. Koniecznie. Jak najszybciej”  mówi zięciowi.

1.

Kadr pierwszy

Drobna szatynka z grzywką uśmiecha się do zdjęcia. Ma ładne zęby, oczy wyglądają, jak dwie czarne iskierki. Jest szczęśliwa, to widać.  Stoi w objęciach mężczyzny, wyższego i postawniejszego. Nie możemy zobaczyć dokładnie jego twarzy, ale wydaje się, że też się uśmiecha.  Ona ma sukienkę w kolorze kości słoniowej, on ciemny garnitur i jasną koszulę. Kwiaty w butonierce. To ich ślub.

Ania ma 20 lat.
Studiuje Administrację w Wyższej Szkole Humanistycznej, mieszka z rodzicami, raczej jest domatorką, ze znajomymi wychodzi rzadko, pracuje dorywczo. Ale Michalina, jej mama zauważa, że ostatnio więcej się uśmiecha, ma dobry humor. Ania zresztą opowiada o chłopaku poznanym w internecie. „Dobrze nam się ze sobą pisze” wyznaje któregoś dnia. Jest starszy trzy lata, studiuje prawo. Następnego dnia ma pierwszą randkę. Chłopak ma przyjechać po nią na uczelnię.

Do tego spotkania mogło nie dość.
Po pierwsze Ania. Przed samą randką chce się wycofać. Loguje się nawet na gadu gadu, żeby to zrobić, ale Marek już jest niedostępny. Dochodzi więc do wniosku, że to nieeleganckie tak po prostu nie przyjść.
Po drugie Marek. Wcześniej podrywał inną dziewczynę, nie wyszło mu, dlatego umówił się z Anią. Gdyby tamta dziewczyna nie odmówiła to…

Ale spotykają się. Marek przynosi dla niej różę, jest szarmancki, kulturalny, potrafi słuchać. Ania jest zachwycona. Ale nie chodzi tylko o to– między nimi jest chemia i dobra energia.
Potem jest kolejna randka i kolejna.  Zakochują się w sobie, co widzi też Michalina.. Gdy córka pyta ją, co myśli o Marku, odpowiada: „To mężczyzna dla ciebie”.
Tak, Marek jest wobec jej córki troskliwy, serdeczny, patrzy z zachwytem.  Zapewnia że kocha Anię do szaleństwa, obiecuje o nią dbać, chce założyć rodzinę.
Tak zresztą mówi podczas oświadczyn trzy lata później, w mieszkaniu u teściów, również w obecności swoich rodziców.
„Chcemy iść razem przez życie i te zaręczyny są następnym krokiem na tej wspólnej drodze (…) zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa” zapewnia.

Potem mama i Agnieszka będą wspominać Anię z tamtego czasu: fruwała, nie chodziła. Naprawdę dał jej szczęście.

2.

Kadr drugi

Ania ma kilka lat, siedzi na kanapie w jasnej sukience z bufiastymi rękawa. Nie patrzy w obiektyw, splata rączki. Obejmuje ją mama. To rodzinne zdjęcie, bo na kanapie jest jeszcze tata  (koło mamy), na kolanach trzyma starszą, roześmianą blondynkę, Agnieszkę.

Ania od początku jest bardziej nieśmiała od starszej siostry, delikatniejsza, wrażliwsza. Śpiewa w chórze kościelnym, tańczy klubie imienia Jana Kiepury w Sosnowcu. W podstawówce chodzi do klasy sportowej, gra w kosza. Jest mniejsza i drobniejsza od innych dziewczynek, nadrabia zwinnością. Nie jest za to specjalnie lubiana. Może właśnie dlatego, że jest nieśmiała? Nie tak przebojowa, jak inne? Z powody tych trudnych relacji ostatecznie rezygnuje z gry w koszykówkę.

Mamę martwi, że za mało wierzy w siebie, chociaż w domu słyszy, że jest mądra, zdolna i fajna. Ale nie chce, na przykład, pójść zobaczyć listy przyjętych do liceum, bo jest pewna, że nie zdała egzaminu. Mama natomiast wie, że zdała, co zresztą okazuje się prawdą.

W liceum towarzysko już jest lepiej, Ania ma więcej koleżanek, chłopaka. Wciąż jednak należy do dziewczyn, które nie brylują w towarzystwie.

3.

Kadr trzeci

Lato. Pastwisko. Ania przykuca na trawie. Na jednym kolanie sadza Dominikę, podtrzymuje ją rękami. Córeczka ma najwyżej półtora roku. Z zainteresowaniem ogląda stado owiec. Mama uśmiecha się w obiektyw.

Jeszcze na początku małżeństwa Anna jest zachwycona. Marek nie oczekuje, że młoda żona będzie zajmować się sprawami domowymi, obydwoje ustalają, że dzielą się po równo. Czasem nie gotuje żadne z nich, zamawiają jedzenie, a wolny dzień spędzają w łóżku. Nie ma znaczenia, że mieszkają w  małej klitce wynajętym przez znajomego, w której odkrywają karaluchy. On mówi, że z nią mógłby mieszkać nawet pod mostem. Tak, czasem się kłócą, to ona jest bardziej wybuchowa. Ale te spięcia trwają chwile.

On kończy szkołę policyjną  w Szczytnie, szybko dostaje pracę w wydziale przestępczości gospodarczej. Oboje bardzo chcą mieć dzieci. Jednak pół roku po ślubie Ania wciąż w ciąże nie zachodzi. Loguje się na portalu Nasz Bocian, szuka wsparcia kobiet w podobnej sytuacji. Ale Marek też ją wspiera. Gdy kolejny raz płacze, że dostała miesiączkę mówi: „Jesteśmy młodzi, zdrowi, mamy czas”.

Wtedy już mieszkają w mieszkaniu teściów, przestronnym, z dużą jasną kuchnią. Ale ich życie nie jest już tak idealne: seks tylko w dni płodne, w określonych pozycjach sprzyjających zapłodnieniu. Marek już wtedy się oddala, choć Ania stara się tego nie widzieć.

W końcu się udaje, Ania zachodzi w ciążę. Oboje są szczęśliwi. Ale po urodzeniu Dominiki kryzys się pogłębia. Ania czuje się odrzucona.  Marek po powrocie do domu już nie całuje jej na powitanie, biegnie do córki. Bywa szorstki, zasypia odwrócony  plecami, choć ona robi wszystko, żeby znów dostrzegł w niej kobietę. „Jestem zmęczony” tłumaczy. Ona zwierza się mamie i siostrze– czuje się bardzo samotna. Dlaczego Marek nie spędza weekendów z nią tylko jeździ samotnie w góry? Dlaczego nie zabiera jej na wycieczki? Nie chce spędzać rodzinnego czasu z nią i z Dominiką. Wciąż są same.

Ania marzy o drugim dziecku, on się wycofuje. Po kolejnej awanturze mówi: „Nie wiem, co z nami będzie, muszę pomyśleć”

Świadkiem tego kryzysu jest Michalina. Wspiera córkę, jednocześnie tłumaczy, że dorosłe życie jest trudne, a ludzie mają różne momenty. Wydaje się, że ma racje, bo po takiej trudnej rozmowie Marek wraca do domu z kwiatami, przeprasza Anię i mówi, że wciąż ją kocha. Godzi się na drugie dziecko.

Jednak już wtedy ma kochankę, potem powie w sądzie: chciałem odejść, czułem, że to małżeństwo było pomyłką.

4.

Kadr czwarty

Stoją obok siebie. Michalina i Janusz Kawczyński, rodzice Ani. Ona trzyma dwa powiększone zdjęcia córki na rękach z wnuczką. On, ogłoszenie o zaginieni. Są przejęci, zmęczeni, zestresowani.

„On musiał jej coś zrobić” mówi ojciec Ani. Michalina w to nie wierzy. Jak jej zięć mógłby zrobić coś takiego. Ale dziwnie to wszystko wygląda. Po pierwsze Marek zwleka ze zgłoszeniem zaginięcia Ani, twierdzi, że odeszła, bo powiedział, że chce rozwodu. Zapewnia, że jej szukał w nocy, potem, że nie szukał aż tak dokładnie, bo przecież w mieszkaniu spała mała Dominika. Na początku Michalina często odwiedza wnuczkę. W mieszkaniu zauważa: nowe dywaniki w łazience (później okaże się, że Marek najprawdopodobniej wyrzucił stare, bo właśnie w łazience zabił żonę), nową poduszkę w sypialni, nową pościel, pustą szafę (Marek bardzo szybko pozbył się rzeczy żony). Michalinę niepokoi to, że większość rzeczy Ani została: nie wzięła szczotki do zębów, ale wzięła suszarkę i depilator?  I dlaczego kilka drobiazgów zapakowała do wielkiej walizki, która też zniknęła, przecież w domu była wygodniejsza i mniejsza walizka.

” On w tej walizce wywiózł Anię” – mówi Janusz.

Marek nie wydaje się  też przejęty zaginięciem żony, co później w sądzie zeznają jego współpracownicy. Nie chce rozmawiać z dziennikarzami, nie rozwiesza plakatów, szybko pojawia się z nową partnerką. Loguje się na sympatii i poznaje nowe kobiety.

Powoli zaczyna odsuwać rodziców Ani od siebie i wnuczki, unika spotkań, gdy Michalina pojawia się pod przedszkolem jest rozdrażniony. Mówi do teściowej bezosobowo.

Policja tak naprawdę dopiero po dwóch miesiącach zaczyna dokładniej badać sprawę Anny Garstki, sprawę utrudnia to, że wciąż nie znaleziono jej ciała.

5.

Kadr piąty

Mężczyzna jest krótko obcięty, ubrany w ciemną koszulę. Przystojny. Siedzi na ławie oskarżonych. Obok niego dwóch policjantów.

Marek G. zostaje zatrzymany  dopiero 1 października 2015 roku. Prokuratura zgromadziła ponad 20 teczek z aktami sprawy. Już wiadomo że : Ania nie mogła wyjść z domu około 22.30– jej telefon logował się w obrębie mieszkania jeszcze przez trzy godziny. Marek wcale jej nie szukał, nie wykonał żadnego połączenia do żony. Telefon Anny Garskiej logował się jeszcze na dworcu PKP w Katowicach, ale zrobił to Marek – po to, by uwiarygodnić wersję, że jego żona uciekła z kochankiem. Potem aparat wysłał pocztą do Niemiec. Choć nie znaleziono później żadnych odcisków palców na samej kopercie, znaleziono jeden, Marka, w środku.

Ustalono też, że policjant tydzień przez zniknięciem żony kupował foliowe worki, 100 kilogramów zaprawy murarskiej, półtora metra specjalnego sznura. Również środki nasenne i płachtę z tworzywa sztucznego.

W sądzie przeciwko niemu zeznają m.in  kochanki. Ta, z którą miał romans podczas małżeństwa, Dagmara, również pracowała w policji, to z nią wyjeżdżał w góry, o co tak denerwowała się Ania.  I jeszcze inna, którą poznał na sympatii chwilę po zaginięciu żony. „Ania już nie wróci” mówił do niej z przekonaniem. Skąd niby to wiedział?

Według ustaleń Sądu Okręgowego w Katowicach Marek G. zamordował żonę 7 lipca 2012 roku, pomiędzy godziną 22.30 a 23. Atak musiał być nagły (np. uderzenie, złapanie za szyję). Według sądu nie można wykluczyć, że do zdarzenia doszło w łazience (mają o tym świadczyć ślady krwi i wymienione dywaniki). Sąd uznał, że oskarżony miał motyw – narastający konflikt z żoną, romans z koleżanką z komendy oraz strach o utratę praw rodzicielskich do córki w przypadku rozwodu. Był to jednak proces poszlakowy. Do tej pory nie znaleziono ciała Anny Garskiej.
 Marek G. najpierw został skazany na 15 lat więzienia. Sąd Apelacyjny podwyższył ten wyrok do 25 lat.

Jeśli chcecie bliżej poznać historię Anny Garskiej przeczytajcie „Mocną więź” (wyd. WAB) Magdaleny Majcher, to dzięki niej (Magdzie i książce) napisałam ten tekst.


Zobacz także

Świat według lalek. Jeśli nie Barbie, to co?

Wszawa sprawa. Nie ma się czego wstydzić!

Ubranka i akcesoria dla niemowląt – postaw na jakość i dobrą cenę