Macierzyństwo

Plakat pyta: „Gdzie są TE dzieci?” Kobiety odpowiadają: „Nie stać nas, a już naprawdę umiemy liczyć”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
11 lipca 2022
 

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam plakat z hasłem: „Gdzie są TE dzieci?, pomyślałam sobie: „Co za cholerna głupota obklejać pół Polski takim hasłem i wydawać na to kasę”. Potem zaczęłam zastanawiać się, kto to finansuje i z jakich pieniędzy. No bo, niby co miałby taki plakat zmienić. Większość kobiet takie pytanie po prostu wkurza i… tak zaczęłam badać tę sprawę.

Plakat pokazuje, że dziś statystyczna rodzinka ma półtora dziecka. Natomiast, że w latach 80-tych miała trójkę dzieci. A w 50-tych piątkę. Cholera, pomyślałam sobie: czy to w ogóle jest prawda? Sprawdziłam! Okazuje, że pamięć mnie jednak nie myli i statystyki mówią, że w roku 1960 współczynnik dzietności wynosił 2,9. W roku 1980 – 2,3. Dziś zaś jest to 1,3.

Czyby Fundacja Nasze Dzieci Kornice nie miała, na co kasy wydawać? Weszłam na ich stronę internetową i natychmiast zrozumiałam: to jest ta sama fundacja, która kiedyś wieszała billboardy z wizerunkiem gigantycznych  ludzkich płodów.

Teraz czytałam tylko kilka nagłówków. W zakładce „Nasze działania” są „Romantyczne warsztaty dla małżonków”. Kolejny nagłówek to najnowsza historia Beaty i Piotra, która zaczyna się od słów: – Widzicie tego bociana? – świętej pamięci ciotka Krystyna spojrzała w niebo. – Będziecie mieli dziecko!”

Na stronie głównej czytam…

„To inicjatywa charytatywna, bazująca na trzech filarach: Edukacja – Wiara – Zdrowie. Jej celem jest wspieranie rodzin, jako naturalnego i najważniejszego środowiska wychowawczego dla człowieka. Jesteśmy po to, żeby pomagać — to myśl przewodnia naszych działań. Każdego dnia rozwiązujemy trudności osób, które wychodzą z założenia, że ich problem nie jest możliwy do rozwiązania. Do każdej Waszej trudności podchodzimy indywidualnie i w pełnej dyskrecji.

Można do nich napisać. Obiecali, że oddzwonią. A więc piszę: „Moja córka jest osobą dorosłą. Ale nie widzi przed sobą perspektyw na zakup mieszkania i mieszka nadal ze mną. Jej poziom frustracji rośnie. Nie widzi przed sobą  fajnej przyszłości. Boję się, że ona nie będzie chciała mieć w ogóle dzieci. Kiedyś chciałabym być babcią. Oczywiście nie będę naciskać, ale rozumiem ją. Niskie zarobki dla młodych. Zero perspektyw na tanie mieszkania. A przecież kobiety nie są głupie. Potrafią myśleć już i liczyć, czy uda się im utrzymać dziecko. Czy możecie nam jakoś pomóc? Czekamy. Iwona”

Na razie nikt nie zadzwonił. Daję im czas i obiecują wam napisać, jak przebiegła nasza rozmowa.

A teraz odpowiem na pytanie z plakatu

Dlaczego nie mam więcej dzieci, choć bardzo chciałam je mieć i wydaje mi sie, że jestem naprawdę oddaną i fajną matką.

1. Nie zdecydowałam się, ponieważ nikt w tym kraju nie pomaga kobietom ściągać alimentów od ojców. To jest dramat! Wiele lat czekałam, aż ojciec mojej córki sprzeda mieszkanie swoich rodziców, by spłacić długi. Nigdzie za bardzo od pewnego momentu nie pracował, a pieniądze trzyma do tej pory chyba w skarpecie. Nikt mi nie pomógł. Polskie prawo? Nie. Jakaś findacja? Nie. Może komornik? Też nie.

2. W dodatku, ponieważ miałam tylko jedno dziecko, PiS próbował mnie wykluczyć z akcji „500 +”. Dość skutecznie! Kiedy moje zamożne koleżanki dostawały na drugie dzieci pieniądze, chciało mi się śmiać z rozpaczy. „500 +” pobierałam tylko przez rok, kiedy moja córka miała 17 lat. Załapałam się! Ha!

3. Co dalej? Nie zdecydowałam się na więcej dzieci, ponieważ to pierwsze, kiedy było chore, musiało korzystać z prywatnej służby zdrowia i to kosztowało mnie zawsze krocie. Zastanawiam się, czy kiedyś NFZ coś załatwił w sprawie mojej córki? Szczerze? Ten system zawsze pakował mnie na manowce i zabierał hektolitry czasu. W klasie maturalnej za leczenie mojej córki płaciłam miesięcznie 850 złotych. Sero!

4. Dlaczego nie zdecydowałam się na więcej dzieci? Bo kolega na podobnym stanowisku w redakcji zawsze zarabiał więcej niż koleżanka z biurka obok, choć nasza szefową była kobieta (uwaga: to nie dotyczy redakcji Oh! Me). Cóż może kiedyś było tak dlatego, że ten kolega nigdy nie potrzebował wyskoczyć z dzieckiem do lekarza i nie gnał na złamanie karku, by odebrać synka z przedszkola. Tym raczej zajmowała się u niego w rodzinie żona.

5. Moja córka krzyczy ze swojego pokoju, bym napisała jeszcze, że ona nie chce dzieci, bo się boi. Boi się, że nikt w Polsce nie respektuje zdania kobiet, czy chcą rodzić bardzo chore dzieci. Mówi też, że boi się, jak by sie czuło w tym kraju jej dziecko, gdyby okazało się, że jest nieheteronormatywne. Tak, to perspektywa młodych.

Bo nie jesteśmy głupie

W Gazecie Wyborczej czytam: „Od początku lat 90. odsetek matek z wyższym wykształceniem wzrósł od 6 do 32 proc., za to odsetek kobiet zupełnie bez wykształcenia lub z wykształceniem podstawowym spadł z 18 do 7 proc” i komentarz dziennikarki: „Serio nikt przez lata nie połapał się, że dobrze wykształcone Polki potrafią policzyć, ile kosztuje posiadanie i wychowanie dziecka, oraz mają dość nierówności płacowych?”.

Podpisuję się od tym pytaniem obiema rękoma. Kobiety są mądre, dlatego nie chcą dziś mieć więcej dzieci. Nie wieszajcie Kornice już tych plakatów. To wstyd i straszane marowanie pieniędzy. To wstyd walić po oczach kobiety w miastach i wsiach taką nachalna propagandą. Nachalna i głupią. Przeznacznie tę kasę na coś pożytecznego. Pomóżcie nam. Ja na przykład czekam na wasz telefon.



Macierzyństwo

Transpłciowa Lena została pobita w przedszkolu przez dzieci. Rodzice zdecydowali się wywieźć ją z Polski

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
11 lipca 2022
„Dwa lata temu wywieźliśmy z Polski naszą transpłciową córkę. Córkę, która w wieku 4 lat została zwyzywana od pedałów i pobita w warszawskim przedszkolu przez dzieci”, napisała Katarzyna Aleksandrowicz na swoim Facebooku, po wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego we Włocławku. Były premier, wyszydzając osoby transpłciowe, powiedział wtedy między innymi: „Ja bym to badał”. Post Katarzyny polubiło blisko 25 tys. osób, a 11 tysięcy udostępniło. My rozmawiamy z mamą obecnie siedmioletniej Leny, szczęśliwej w szkole w Nicei.

Czy pani pamięta swoją pierwszą myśli, gdy usłyszała wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego?

– To był moment jak z filmu. Mieszkamy teraz w pięknym miejscu w Nicei, w Alpach nadmorskich. Akurat byliśmy wtedy z dziećmi na polu lawendy i robiliśmy im zdjęcia. Nagle dostałam od kilku znajomych SMS-y z linkami i pytaniem: „Czy ty to widziałaś?” Chciałam jednak usłyszeć całość, bo uznałam, że te kilka zdań mogło być wyrwane z kontekstu. Kiedy wróciliśmy do domu, odpaliłam komputer i zobaczyliśmy to wszyscy: ja, mój mąż i Lena.

Dlaczego pozwoliła pani Lenie patrzeć na Kaczyńskiego, który w niewybrany sposób żartuje z osób transpłciowych, a tłum mu wiwatuje?

– Spotkam się z takimi zarzutami, że nie powinnam pozwalać siedmioletniemu dziecku oglądać tego filmiku. A ja uważam, że problemem nie jest to, że moje dziecko usłyszało taką nikczemną wypowiedź. Problem jest to, że ktoś w ogóle powiedział takie słowa. Uważam, że moje dziecko ma prawo wiedzieć, że tego typu przemoc słowna i kpienie z praw obywatelskich istnieje i że to jest wyjątkowa podłość i nikczemność. Oczywiście dla żadnego z rodziców nie jest komfortowe rozmawianie na takie tematy, zwłaszcza kiedy dziecko płacze, bo czuje się tym dotknięte.

Jak w was dojrzewała decyzja, by wywieźć dziecko z Polski?

– Lena (wtedy jeszcze używałam jej dawnego męskiego imienia) chodziła do kilku przedszkoli w Polsce. Jednak zawsze, niezależnie jak bardzo empatyczna i wykształcona osoba prowadziła to przedszkole, słyszeliśmy: „Państwa syn trochę odstaje od grupy rówieśniczej. Będzie mieć ciężko, bo jest bardzo wrażliwy. Czy państwo zastanawiali się nad edukacją domową?” Dziś z perspektywy czasu uważam, że to świadczy o porażce polskiego systemu edukacji. Wtedy mówiliśmy z mężem: „Owszem możemy postarać się o edukację domową, ale przecież Lena kocha przebywać z innymi dziećmi, ona bardzo tego potrzebuje”.

Jaka była Lena jako trzy- i czterolatka?

– Ja mam dwójkę dzieci i powiem pani, że mój dwuletni syn jest zupełnie inny niż Lena. Gdyby pani podeszła do niego i na przykład nagle popchnęła, to jestem przekonana, że były gotowy wydrapać pani oczy i krzyczeć w niebogłosy, by wszyscy wiedzieli, że został skrzywdzony. Natomiast Lena od zawsze nie potrafiła reagować na przemoc.

Powiem pani, że ja nienawidziłam chodzić z nią na place zabaw, bo ona zawsze chciała się bawić z dziewczynkami, a była ubrana raczej jak chłopiec i dlatego dziewczynki ją odrzucały. A niech mi pani uwierzy, że nie ma nic bardziej bolesnego dla rodzica niż patrzenie na odrzucenie dziecka przez grupę rówieśników.

W Warszawie mieszkaliśmy w domu przy niewielkiej uliczce. Nasz ogród był oddzielony od sąsiadów siatką, a w niej była furtka, by dzieci mogły się wzajemnie odwiedzać. Nasza Lena zawsze nosiła długie włosy, bo nie pozwalała sobie ich ściąć. Kiedy zaczęła zakładać spódnicę i wychodziła do ogrodu, by sobie poskakać na trampolinie, nagle zorientowaliśmy się, że nikt już nas nie odwiedza, bo zniknęła klamka w furce po stronie sąsiadów. Lena potrafiła wtedy stać godzinami pod płotem i ze smutkiem w oczach patrzeć, jak inne dzieci się ze sobą bawią. Proszę uwierzyć, to było coś okropnego.

Dlaczego Lena nagle zaczęła zakładać spódnicę?

– Zacznijmy od tego, że na bal przebierańców chciała przebrać się za Myszkę Minnie, podczas gdy chłopcy przebierali się za superbohaterów, kowbojów i strażaków. A potem tak bardzo spodobało się jej to przebranie, że codziennie chciała chodzić do przedszkola w spódnicy myszki. Oczywiście oponowałam i zaczęła się walka. Byłam okropnym rodzicem, bo chowałam tę spódnicę na szafie i mówiłam, że nie wiem, gdzie jest. Potem położyłam ją przy pralce i mówiłam, że czekam aż nazbiera się więcej różowych rzeczy, bym mogła ją wyprać. Aż w końcu postanowiłam być bardziej radykalna: „Nie chcę, żebyś chodziła w tej spódnicy, bo bal przebierańców się już skończył. Inne dzieci nie chodzą w przebraniach do przedszkola, więc nie jest to w porządku wobec nich.” Wtedy doszliśmy do porozumienia i pomyślałam, że może skończą się problemy.

Bo to był taki moment, że dzwoniłam do przedszkola i mówiłam: „Mamy problem, bo Lena mówi, że dzieci się z niej śmieją, kiedy ubiera się w różowe koszulki. Znowu w sklepie była awantura, bo jej tłumaczyłam, że nie chcę, by ubierała się tak kolorowo, bo dzieci będą jej dokuczać. Niemal dzień w dzień zastanawiałyśmy się, jak pomóc mojemu dziecku.

Ile miała lat Lena, gdy doszło do pobicia?

– Kiedy Lena miała cztery lata, została pobita i zwyzywana przez dzieci z przedszkola. Brało w tym udział kilku pięciolatków, ale też trzylatki. Dwoje ją trzymało, a trzecie biło. Grupka wyzywała, krzycząc, że Lena jest pedałem.

 

Koszmar! Scena… jakby to robili dorośli ludzie!

– Dziś czasem słyszę od ludzi, że takie rzeczy nie dzieją, się że to wszystko zostało wymyślone. Więc jeszcze raz powiem, takie rzeczy naprawdę się dzieją! Lena wtedy chodziła do prywatnego przedszkola dwujęzycznego w Warszawie, przed którym wisiała flaga Unii Europejskiej. Miała tam możliwość wybrania dodatkowego języka hiszpańskiego i zajęć baletowych. Jeśli by pani chciała, żeby jej dziecko zostało wychowywane w otwartości do świata, to pewnie wybrałaby dokładnie takie przedszkole.

Kiedy dowiedziałam się, że Lena została pobita, zażądałam natychmiast spotkania z dyrektorką, opiekunką grupy przedszkolnej i właścicielką. Podczas rozmowy pani dyrektor płakała, właścicielka nas przepraszała, a wychowawczyni milczała. W końcu poprosiłam, by wypowiedziała się opiekunka grupy i pierwsze zdanie, które od niej usłyszałam, brzmiało mniej więcej tak: „Ale to przecież normalne, że dzieci się przezywają”. Wtedy powiedziałam: „No może u pani w domu to jest normalne, że trzylatki i pięciolatki mówią do siebie: ty pedale, ty cipo. Ale dla mnie to jest głęboka patologia”.

Natychmiast zabraliśmy dziecko z tego przedszkola i postanowiliśmy wyjechać na krótkie wakacje, by zapomnieć o tej sytuacji. Nie mieliśmy już ochoty i siły na rozmowy i pożegnania. Potem zaczęliśmy szukać nowego przedszkola. Moje dziecko poszło do niego jeszcze jako chłopiec. Nie chciało już chodzić w sukienkach, bo bało się reakcji dzieci. Ale wiedziało, że jeśli chce założyć np. różową bluzkę, to ani dyrekcja, ani nauczyciele ani przede wszystkim rodzice nie mają nic przeciwko temu.

Pamięta pani moment, kiedy Lena po raz pierwszy powiedziała, że czuje się dziewczyną?

– Tak, bardzo dobrze pamiętam. Był wieczór i stałam wtedy w kuchni. Natychmiast miałam milion myśli na raz. Jedną z nich było: „Dlaczego ja nie zorientowałam się wcześniej? Jakim ja jestem złym rodzicem!”. Dlatego spytałam Lenę, od kiedy to czuje. A ona powiedziała: „Od zawsze, tylko bałam się powiedzieć, bo się wstydziłam” i zaczęła strasznie płakać. Kiedy mąż wrócił z pracy, opowiedziałam mu o tej sytuacji i zaczęliśmy płakać razem. Nie spaliśmy całą noc. W Internecie znaleźliśmy dokument o dzieciach transpłciowych i postanowiliśmy go obejrzeć.

 

Co wtedy czuliście?

– Głównie przerażenie. Mój mąż podkreśla, że tej nocy tak potwornie płakał, nie dlatego, że stracił syna. Ale dlatego, że zwyczajnie bał się, czego to dziecko może w trakcie swojego życia w Polsce doświadczyć. Wiele razy już to powtarzałam w różnych wywiadach, że znam kilka osób transpłciowych i kilka z nich popełniło samobójstwa, dlatego, że nie mogły znieść braku akceptacji. Nie tylko społecznej, ale też wśród najbliższych. Cały czas w Polsce takie osoby są traktowane jak dziwadła, jak coś śmiesznego, jak postać występująca w cyrku. Niestety przyzwolenie na przemoc wobec nich – jak już wiemy – idzie z samej góry.

Co zrobiliście następnego dnia?

– Zadzwoniłam do Fundacji „Trans-Fuzja” i porozmawiałam z osobą transpłciową. Ona uspokoiła nas: „Owszem syn jest delikatny, nie da sobie obciąć włosów i lubi kolorowe ubrania, ale w przyszłości może być różnie. Dobrze, że staracie się to obserwować. Jeśli chcecie być spokojni, to skontaktujcie się z psychologiem dziecięcym, który jest przyjazny osobom LGBT”. Zaczęliśmy więc dzwonić.

Jak wyglądało diagnozowanie dziecka?

– Wiele osób myśli, że to przebiega szybko. Ja mówię, że mój syn chce być dziewczynką. Psycholog: „Proszę pokazać jego zdjęcie” i potem: „Tak, oczywiście to jest transpłciowe dziecko. Tu jest recepta i skierowanie na operację zmiany płci”. Nic podobnego!
My z mężem na wiele tygodni podporządkowaliśmy tej terapii wszystko. Kiedy terapeutka miała wolną godzinę, rzucaliśmy pracę, by jechać na terapię. Najpierw były to rozmowy tylko z rodzicami, potem wspólnie z dzieckiem, psychologiem i rodzicami. Dopiero gdy Lena poznała terapeutkę i jej zaufała, mogła rozmawiać z nią w cztery oczy.

Na koniec dostaliśmy opinię, która wcale nie brzmiała: „Tak, to dziecko jest transpłciowe i trzeba zmienić mu płeć”. W opinii psychologa są użyte sformułowania ostrożniejsze:  Ta osoba czuje się zdecydowanie bardziej komfortowo, kiedy zwracamy się do niej w formie żeńskiej”, „To jest osoba, która zdecydowanie lepiej funkcjonuje w społeczeństwie, kiedy wpisuje się w standardowe kobiece role”, „To jest dziecko, które woli bawić się w standardowe zabawy dziewczynek”, itp.

Wtedy zaczęliśmy rozmawiać też z Leną o tym, czy chce coś zmienić. Widzieliśmy, jak cierpi, bo chodzi do przedszkola w wewnętrznym rozdarciu. W grupie rówieśniczej funkcjonowała jeszcze jako chłopiec, mając kilka ulubionych koleżanek, a po przedszkolu biegła do domu i szybko zakładała spódnicę. W pewnym momencie powiedziała nam, że już nie chce chodzić do przedszkola, bo nie lubi, kiedy nazywa się ją „dead name”, czyli męskim imieniem.

Co ciekawe, w naszej rodzinie wszystkie bliskie osoby zareagowały na tę opinię psychologa znakomicie. Wszyscy wiedzieli, że to dziecko zawsze ubierało się jak dziewczynka, łącznie z babcią, która od lat głosuje na PiS. Nikt więc nie miał kłopotu z akceptacją.

Jak wybieraliście Lenie nowe imię żeńskie?

– Nie robiliśmy tego. Pewnego razu po prostu jechaliśmy samochodem, słuchając Kate Bush. Lena nagle spytała mnie, jakie są popularne imiona we Francji. A to już był etap, kiedy zaczęliśmy rozmawiać w domu o wyjeździe na Lazurowe Wybrzeże. Sprawdziłam więc w telefonie trzydzieści najbardziej popularnych imion i stąd chyba wzięła się Lena. Ale niech pani zwróci uwagę, ona nie pytała o wymyślne imiona, że moje dziecko chce być taka jak wszyscy, chce być lubiane i akceptowane.

 

Jak Lenę przywitano we francuskiej szkole?

– Fantastycznie. Z zamkniętego dziecka stała się dość szybko otwartym lubianym dzieckiem i jedną z najlepszych uczennic w klasie, co podkreślam z wielką dumą. Po pół roku nauki pisała już najlepiej w klasie dyktanda. Dla mnie to jest dowód na to, że jak nie jesteś piętnowany, to możesz się wspaniale rozwijać, bo twoja energia nie jest marnowana na przetrwanie w niesprzyjającym środowisku.
Na początku jednak pierwsze kroki skierowałam do „Centre LGBT przy Ministerstwie Zdrowia, by porozmawiać o naszej sytuacji. Bałam się oczywiście ewentualnych problemów, ale usłyszałam: „U nas takich problemów nie będzie, bo Francja jest cywilizowanym krajem. Wartości Rewolucji Francuskiej traktowane są ponad wszystko: „Wolność, Równość i Braterstwo”. Nie ma tego naszego polskiego patosu: „Boga, Honoru i Ojczyzny”.

Po trzech tygodniach poszłam do wydziału edukacji. Przygotowywałam się do tej rozmowy całą noc, czytając francuskie artykuły prawne, by w razie czego móc kompetentnie odpowiedzieć wrogiej urzędniczce o prawach młodego człowieka. Kiedy dotarłam, zaczęłam spokojnie: ”Dzień dobry, przychodzę z nietypową sprawą. Moje dziecko nie zna słowa po francusku. Jest dzieckiem transpłciowym. Jesteśmy tu od niedawna i chcę zapisać dziecko do szkoły. Co możemy z tym zrobić?”. Usłyszałam: „Nie ma problemu, muszę sprawdzić tylko, gdzie są wolne miejsca”. Urzędniczka była zupełnie zaskoczona, że ja spodziewam się problemów. Powiedziała mi, że we Francji są wysokie mandaty za przemoc w szkole, za homofobię i za transfobię.

Co to znaczy?

– Jeśli uczniowi dzieje się jakakolwiek krzywda, to zgłasza się to na policję i wyciąga się konsekwencje wobec dorosłych, których dzieci stosują przemoc. Nie ma długich i dezorientujących rozmów po omacku, jakie prowadziliśmy z mężem w polskich przedszkolach. Na koniec miłą urzędniczką powiedziała mi, że nie wierzy, by gdziekolwiek był problem, ale zapisuje mi swój prywatny numer telefonu i gdybym miała jakiekolwiek pytania, zaprasza do dzwonienia. Zaniemówiłam. Podziękowałam i chyba byłam trochę w szoku.

Potem dyrektorce francuskiej szkoły powiedziałam, że w dokumentach córki widnieje jej stare męskie imię i nie chciałabym, by ono było używane, zwłaszcza że moje dziecko nie zna języka francuskiego i nie będzie umieć się do tego odnieść. Dyrektorka powiedziała, że rozumie, ale że przed rozpoczęciem nauki chciałby poznać Lenę. Kiedy przyszłyśmy, spodziewałam się długiej, być może stresującej rozmowy, a okazało się, że dyrektorka potraktowała Lenę jak każde inne dziecko. Pokazała jej tylko szatnię i jak przykładać czytnik, by otworzyć drzwi oraz gdzie jest toaleta.

Czy wy kiedyś wrócicie do Polski?

– Nie, nigdy nie wrócimy do Polski. Natomiast o historii Leny zawsze będę chciała mówić. Bo jeśli jestem w stanie jednym wywiadem przekonać choć jedną osobę w Polsce, by powstrzymała się od głupich komentarzy, które ranią osoby ze środowiska LGBT, to uważam, że warto.

Czuję się też odpowiedzialna za ludzi, którzy do mnie piszą. Wygodnie być neutralnym i myśleć sobie, to mnie nie dotyczy. Ale jeśli uznamy, że wypowiedzi Kaczyńskiego są nieistotne, to przypomnijmy sobie czas, kiedy Hitler dochodził do władzy i część społeczeństwa nie widziała problemu, że narastają sympatie antyżydowskie i wątki nacjonalistyczne. Dlatego wierzę, że takiej dyskryminacji i agresji trzeba się mocno i jednoznacznie przeciwstawić.


Zobacz także

pasierb

Nie przymilaj się na siłę pasierbowi. Nie musisz kochać, wystarczy szacunek. Dekalog dla rodziców patchworkowych

Dlaczego nie obchodzimy Dnia Macochy? Przecież tak wiele kobiet wychowuje pasierbów

11 sposobów na wzmocnienie więzi pomiędzy rodzeństwem