Lifestyle Macierzyństwo

Matka-singielka „od wszystkiego”. Przebij to… Czy masz tę supermoc?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 lutego 2016
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Kiedy zawiłe, życiowe okoliczności oprócz Matki Polki robią z ciebie jeszcze singielkę, sprawy się komplikują, doba skraca niemiłosiernie, a dzieci jakby przybywa. Nie tam zaraz, że w niepokalany sposób i że fizycznie. Tak to już się wtedy dzieje, że mimo, że jeden plus jeden daje dwa, odczuwalny wynik to cztery. No i w sumie ta matematyka się zgadza. W końcu i was było dwoje. A teraz jesteś jedna.

Ustalmy to od razu i bez fałszywej dumy: nie mam pani do sprzątania, ani niani do opieki nad dziećmi. Nie uważam też broń Boże, że to obciach i zbędny luksus. Kiedy jednak domowy budżet planujesz drogą eliminacji i cięcia zbędnych kosztów, sprawa jest prosta: o niani możesz tylko posłuchać.

Z zapartym tchem słucham więc opowieści znajomych o tym, jak korzystają z pomocy opiekunki, zwanej czasem „ciocią”, a czasem po prostu Halinką. Niektóre nianie to wręcz członkowie rodziny, bez których domowa logistyka po prostu nie działa, a w sytuacjach kryzysowych (gdy niania jest chora) dochodzi prawie do rozwodów, rzezi niewiniątek i załamań na tle nerwowym. No bo „co my teraz zrobimy!?”…

–  A nie możesz przełożyć tego egzaminu? – usłyszała moja znajoma, studiująca jeszcze niania, kiedy oznajmiła „swojej” rodzinie (w slangu niań tak miło mówi się o pracodawcach), że w tę sobotę nie może, bo zaczęła się sesja.

–  Zaraz, zaraz to w soboty też pracujesz? – zapytałam zdziwiona – Przecież ONI mają chyba wolne weekendy? – No tak – oświeciła mnie ich Ostatnia Deska Wiecie Czego – ale przecież jak jest sobota, to ONI muszą odpocząć. ON ma bardzo odpowiedzialną pracę, więc musi się wyspać. A ONA wieczorem lubi wyjść do kina, czy do teatru. Więc w zasadzie muszę być pod ręką.

Rozmawiamy chwilę i okazuje się zaraz, że (przynajmniej w tym wypadku) pod słowem „niania” kryje się pełnoetatowa wielofunkcyjna pomoc domowa (zostaje z dziećmi nawet grubo po godzinach, jeśli IM „coś wypadnie”, wzywa hydraulika i elektryka), kulinarne pogotowie (bez jej gara zupy na weekend i pulpecików w sosie koperkowym nie przeżyją), kurier sklepowy (codzienne sprawunki taszczy popychając jedną nogą wózek z bliźniakami, gdy odbiera ich z przedszkola), a nawet pielęgniarka (nie pytajcie). Jest idealnym rozwiązaniem na każdy problem. A z tym gotowaniem na weekend, to naprawdę o wiele oszczędniej niż we czwórkę co sobotę do knajpy. Poza tym, kto im w tej restauracji dzieci przypilnuje, kiedy będą jedli?

Ten (nie oszukujmy się, że tak to wygląda zawsze) skrajny przypadek, skłonił mnie do refleksji na temat mojej tak zwanej matczynej zaradności. Odpowiedzialna praca, logistyka, opieka na dziećmi, odpoczynek i oszczędność… ONI mają to tylko w teamie z nianią. A ja dzięki jakieś nadprzyrodzonej supermocy matek-singielek.

Odpowiedzialna praca

Mam, bo jak zawalę, to zawiodę innych: jestem elementem codziennej układanki. A poza tym, jak nie nazwać jej inaczej niż odpowiedzialną, skoro to nasze jedyne pewne źródło utrzymania? To zawodowo, bo osobiście najbardziej odpowiedzialną pracą na świecie jest wychowanie samotnie dwojga nieletnich ”na ludzi”. Spróbujmy tego nie schrzanić.

Organizacja

Poziom wzorowy. Kto nie gotował zupy na następne dwa dni z niedzieli na poniedziałek w godzinach zawansowanej ciszy nocnej, robiąc jednocześnie notatki (alb inną niezbędną zawodowo rzecz) do pracy, ten doszedł jedynie do poziomu „zadowalający”. Przypadki nagłe? Stymulują jedynie mózg matki-singielki do natychmiastowego poszukiwania efektywnych rozwiązań. Młody chory, starsze do szkoły? Acha: pierwszy telefon do mamy koleżanki z „naszej” klasy: Pomożesz? Zabierzesz na pokład moje dziecko i podrzucisz ? Odhaczamy. Drugi telefon do przychodni: Nie ma numerków?! Proszę pani, ja pani zaraz udowodnię, że są. Tak, poczekam. Dziękuję. Odhaczamy. Trzeci do pracy: Mam mały poślizg, dzieciak chory. Nadrobię, obiecuję, potrzebuję dwie godziny na przeorganizowanie. Odhaczamy. Kurtyna.

Zakupy? Z wywieszonym językiem, w drodze z: pracy, szkoły, przedszkola, zebrania w szkole, zajęć z angielskiego. Przemyślane (budżet!) i zdrowe (dzieci!). Przebijcie to.

Opieka nad dziećmi

Najlepsza, jaką tylko można sobie wymarzyć. Miłość na wyciągniecie ręki, bliskość, której nie da nikt inny.

Odpoczynek

Po pierwsze, kto powiedział, że liczy się tylko solo…? Teatr? W przedszkolu dają świetne przedstawienia. Kino? Domowe genialnie się sprawdza. Co z tego, że Disney. Disney jest w porządku. Relaks? Czasem dosłownie „wyrwany” codzienności, często okupiony poczuciem winy („Matko Boska, siedzę tu już trzy minuty i nic nie robię”). Małe, krótkie chwile, kiedy ośmielasz się zamarzyć o czymś dla siebie. Czy ONI (tamci) w ogóle marzą, skoro mają już wszystko? 😉

Oszczędność

Podstawa naszego planowania. Matki- singielki oszczędzają wszystko: pieniądze, czas, a sobie – wspomnień, które doprowadziłyby je do niepotrzebnych łez… Nie, przepraszam, jedno dajemy bez opamiętania: miłość.

Kochane matki- singielki, opiekunki, praczki, sprzątaczki, kucharki! Jako „nianie” byłybyśmy bezkonkurencyjne. Jako mamy jesteśmy bohaterkami. Niech sobie inni gadają. Ściskam.


Lifestyle Macierzyństwo

Pozoranci – mistrzowie udawania. Udają, że „coś” robią, że kochają, że jesteś OK

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
23 lutego 2016
Fot.Splitshire / Daniel Nanescu / CC0 Public Domain
 

Tak to się już w życiu plecie, że uwielbiamy je sobie komplikować. Udajemy kogoś kim nie jesteśmy, wyobrażamy sobie, że nasze relacje wyglądają inaczej niż w rzeczywistości. Wciągamy się w grę pozorów i trwamy tak w przekonaniu, że to dobre i bezpieczne. Do czasu.

Historia pierwsza: Ona kocha i On kocha

Ale nie ją. Znajomą z pracy. Ma romans i myśli, że ona o tym nie wie, choć być może czasem jest nieostrożny. Ona się domyśla, ale woli nie wiedzieć na pewno. Żyje w swojej niewiedzy jak w bańce mydlanej: wiadomo, że to miejsce nietrwałe i niepewne. Kiedy pęknie bańka? W najmniej oczekiwanym momencie. I zostanie mokra plama. Póki jednak unosi się jeszcze w powietrzu, ona codziennie daje mu całusa na dobranoc, a rano na dzień dobry. Uśmiecha się do niego pięknym uśmiechem, gdy wychodzą do pracy i na zmianę odwożą córkę do szkoły. Pozory są ważne.

Więc spędzają wspólnie wakacje, wolne dni i święta, a w Wigilię przygotowują razem karpia w galarecie i jadą najpierw do jej, a potem jego rodziców. I tylko kiedy dzielą się opłatkiem, ona ukradkiem ociera łzę. Bo znów widziała w jego telefonie SMS od K. i przypomniało jej się.  Ale i tak wszyscy myślą, że ta łza, to ze szczęścia. „Jaka wspaniała para” – mówią.

Historia druga: On jest zmęczony (bo ciężko pracuje)

Ma 25 lat, mieszka w domu z rodzicami i jest bardzo pracowity. To znaczy, tak mówią o nim inni, choć on sam jeszcze nigdy nie pracował. „Mój syn studiuje” – informuje wszystkich znajomych z dumą jego mama. To prawda, jest studentem. Już dość długo i kilku kierunków (broń Boże nie naraz!). Większość egzaminów zalicza jednak „fartem”, ale ma też pewien niezwykły talent: do perfekcji opanował udawanie, że wie. Coś tam przeczyta w ostatniej chwili, coś mu się przypomni z treści wykładu, w którym akurat uczestniczył. Połączy to i ubierze w słowa, okrągłe i uniwersalne. Pani profesor będzie zachwycona, bo chłopak ma urok osobisty. No i „lać wodę” z taką pewnością siebie na całym wydziale potrafi tylko on. Ślizga się tak od podstawówki. A jak przy tym elegancko wygląda, jaką ma pięknie uprasowaną koszulę! W czasach, kiedy studenci przychodzą na egzamin w tym co mają akurat pod ręką, to naprawdę rzadkość..

– Jak on ciężko pracuje – mówi Mama, kiedy syn zamyka się w pokoju, żeby „się pouczyć”. – Przecież w domu nawet palcem nie ruszy, do pracy mu się nie spieszy – zauważa ojciec. – Daj mu spokój – ripostuje żona – nie widzisz, że te studia go wykańczają?.

Historia trzecia: Ona i Ona bardzo się lubią

Pracują razem. Ta pierwsza jest, dajmy na to asystentką szefa, ta druga, specjalistką w dziale administracji. Codziennie mijają się na korytarzu z szerokim uśmiechem, zdarza się, że wypiją razem kawę, albo pójdą razem na obiad do stołówki. „Ha, ha” śmieją się ze swoich żartów, a w łazience poprawiają przed jednym lustrem makijaż.

– Świetnie sobie radzisz – mówi asystentce specjalistka. „ Jak ona w ogóle dostała tę posadę?” – myśli.  – Pięknie dziś wyglądasz – uśmiecha się. „Co to za prowincjonalny wygląd. Bardziej na czerwono już się nie dało tych ust?” – rozbrzmiewa jej w głowie. Dlaczego udaje sympatię? Nikt nie wie. Choć, że udaje wiedzą wszyscy.

Pozory, maski. Wszyscy lubimy je czasem założyć, ale do niektórych potrafią przylgnąć na całe życie. Mistrzowie pozorów myślą, że trudno ich rozszyfrować. Tak naprawdę, zawsze coś ich zdradzi. A wtedy trudno im zaufać, trudno powierzyć obowiązki. Strzeżcie się pozorantów.


Lifestyle Macierzyństwo

Oszczędzając czas najłatwiej go stracić… O niecierpliwości „tu i teraz”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
10 lutego 2016
Fot. iStock / debibishop

– Mamo, ja już zawsze chcę być taka jak teraz – mówi moje dziecko obejmując mnie czule ciepłymi rękami. – I żebyś ty też była zawsze taka jak teraz. – Ale ludzie się starzeją, rosną, dorastają – tłumaczę. – I w tym też jest dużo dobrego. – E tam – siedmiolatka wie takie rzeczy lepiej. – To nie może być dobre, że człowiek się marszczy i nie ma już siły. A najbardziej, że jest taki strasznie niecierpliwy. Dorośli ciągle mówią, żeby poczekać. A sami nie potrafią.

I tu się muszę zgodzić.


Na ulicy potrąciła mnie ostatnio jedna bardzo młoda dziewczyna. Lubię patrzeć jak młodzi ludzie biegną gdzieś zajęci swoimi strasznie ważnymi sprawami. Nie zwracają uwagi na innych, nieuważnie zdążają w swoich kierunkach… No więc w taki właśnie sposób wpadła na mnie ta dziewczyna biegnąc szybko stuk-stuk, na lemonkowych szpileczkach. – Jej przepraszam – zawołała widząc, że tracę równowagę, a do mojego końcu przyczepiony jest jeszcze oporny dwulatek. – Nic się nie stało – powiedziałam uprzejmie, a dziewczyna popłynęła na lemonkowym obcasisku w dal po nierównym chodniku. – Bam! – skomentował bezlitośnie jej upadek mój syn. – No cholera jasna, no – pisnęła ona. – Obcas złamany, teraz to już na pewno się spóźnię. – Przykro mi – powiedziałam współczująco i szczerze. A ona kontynuowała.

– Nienawidzę takich beznadziejnych dni. Jak się spóźnię, to nie dostanę na pewno tej roli. A o byle co nie będę się zabijać. – Ale może warto jeszcze spróbować? – wypaliłam i zaraz ugryzłam się w język. Mina dziewczyny zdradziła, że ona z tych, które chcą mieć tylko to, co najlepsze, tu i teraz. – O, nie, ja nie będę tracić czasu na bieganie za byle czym. Nie będę kręcić durnych reklam do 30-tki, a potem się okaże, że jestem za stara na pierwszą obsadę w teatrze. Myślałam potem w domu, o tej dziewczynie, która chciała mieć od razu wszystko tu i teraz i dlatego nie poszła walczyć o drugoplanową rolę. Ta jej niecierpliwość nie dawała mi spokoju.

W zeszłym tygodniu odwiedziła mnie koleżanka. W biegu, z rozwianą burzą rudych loków. – Muszę jak najszybciej dopiąć wszystko na ostatni guzik – oznajmiła między jednym wdechem a drugim. – Zegar tyka, pierwsze zmarszczki już są. Nic tylko legalizować zanim on zorientuje się, jaki zołzowaty mam charakter. W ten właśnie sposób dowiedziałam się, że moja znajoma bierze ślub, że w ogóle ma kogoś, na poważnie. – Zaraz – powiedziałam w oszołomieniu ciężkim zalewając wrzątkiem herbatę (z torebki, żeby było szybciej). – Kiedy widziałyśmy się pół roku temu nie mówiłaś, że jesteś w jakimś związku? – Nie wiedziałam wtedy jeszcze to to coś poważnego. Gadanie o kimś „niepewnym” to strata czasu. – Nie chcesz najpierw upewnić się, że to ten właściwy facet? – spytałam niepotrzebnie i naiwnie.

– W moim wieku (to znaczy w moim też!) nie ma na co czekać. Prawdopodobieństwo, że to seryjny morderca jest na tyle niskie, że nie ma co dłużej zwlekać. Chcę już mieć dzieci, tak jak ty.
Nie powiedziałam na głos tego, o czym pomyślałam mimo woli. Chybiona, pospieszna inwestycja w uczucia do kogoś, kto jest ciągle znakiem zapytania to dopiero strata czasu… Czasem nawet kilkuletnia. A jakie koszty emocjonalne…

Tata mojego dziecka zadzwonił rano by umówić się na spotkanie z naszą wspólną córką. – Ale wiesz – zastrzegł od razu – nie na żaden plac zabaw, szkoda mi na to czasu. – Słucham? – nie zrozumiałam. – No, ja wtedy w ogóle nie mogę z nią porozmawiać. Ona jest zajęta tymi drabinkami i zjeżdżalniami i w ogóle na mnie nie zwraca uwagi. A czas się dłuży. – poskarżył się tata. – A, to jak ty chcesz spędzić z Nią ten czas? Tak, żeby leciał jak najszybciej? – spytałam zdumiona. – No, nie wiem. W sumie obojętne. Tylko, że musisz po nią podjechać, bo się potem spieszę. Zabierzesz ją z powrotem do domu?

Wieczorem rozmawiam z córką o dniu (a raczej kilku godzinach) spędzonym z tatą. Fajnie było. Poszli na ten wielki plac zabaw koło babci. Tylko nie porozmawiali, bo tata musiał pracować. Z laptopem na kolanach i kawą w tekturowym kubku. Na szczęście były inne dzieci.

Czas. Tak bardzo boimy się go utracić, zmarnować, a gdy już dostajemy go trochę, zupełnie nie potrafimy wykorzystać. Ciągle czekamy aż będzie go więcej, a on mija, dzieci rosną, okazje przemykają nam koło nosa. Okazje na zmiany na lepsze, na poprawę relacji z najbliższymi, na to, by zajrzeć w głąb siebie. Do diabła z tą całą niecierpliwością!