Macierzyństwo

Jesienny spacer i domowe szaleństwa

Etat Mama
Etat Mama
14 października 2015
 

Październik przywitał nas zimnymi nocami i słonecznymi dniami 🙂 Mogliśmy dziś ze Stasiem pójść na spacer i cieszyć się jesienią. Było wesoło – tylko u Małego Człowieka dwa kolorowe, jesienne liście mogą wzbudzić ciekawość radość 🙂 Oby ładna pogoda utrzymała się jak najdłużej bo gdy wieje i leje siedzimy w domu, a wtedy Stasia roznosi energia i pomysły, za którymi Mamie coraz trudniej jest nadążyć. Oczy dookoła głowy to mało! Przede wszystkim dlatego, że Staś zupełnie pewnie czuje się już na schodach i sam decyduje, że przyszła pora na zmianę poziomu- jedna chwila i Synek jest już w swoim pokoju na piętrze…

Poza tym, mimo, że  zabawek w domu jest coraz więcej, Staszek najbardziej lubi bawić się tym, co z definicji i z założenia zabawie nie służy, co gorsza nie służy w ogóle dzieciom…
Lista „domowych, ZAKAZANYCH(!) zabaw” Stasia jest dość długa (i na pewno jeszcze nie zamknięta, bo „Mała Główka” pracuje…)

20151002_112552

Numer 1 – zdejmowanie magnesów, wsadzanie ich do mikrofalówki, a następnie jej uruchamianie;
Numer 2- buszowanie w bibliotece Mamy;
Numer 3 – po raz setny oglądanie zawartości kuchennych szuflad, wyrzucanie z nich wszystkiego, a czasem budowanie „arcydzieł motoryki małej”przy wykorzystaniu patyczków do szaszłyków i tartki 😉
Numer 4 – buszowanie w garderobie – czasem oglądanie ubrań rodziców, czasem chęć wspinania się na deskę do prasowania, a czasem przymierzanie okulary Mamy;
Numer 5 – na koniec prawdziwy hit na liście staśkowych rozrywek – zakładanie sobie na głowę,  wchodzenie i turlanie się w pojemniku na pranie.

20151002_110512

Muszę wspomnieć (i Syn pochwalić!), że ostatnie dni to nie tylko psoty, ale też i nowe umiejętności:
– samodzielne picie z butelki z dziubkiem i szklanki,
-pierwsze próby samodzielnego jedzenia łyżeczką,
-zasypianie w łóżeczku (ale noce przesypiane w łóżku z rodzicami – dobrze, że jest dłuże!),
-fantastyczne reagowanie na niektóre prośby/polecenia („Stasiu, gdzie jest pilot od telewizora? Poszukaj i podaj mamie”… A on znajduje i przynosi!),
-nowe zachowania (Staś wybiera sobie książeczkę, podaje mamie, a później przynosi sobie swoje małe krzesełko siada i przez parę chwil słucha jak Mu się czyta),
– dwa nowe słowa: „oko” i „Ania” (nie wiemy jeszcze czy używa tego słowa jako zlepka a-nie, czy imienia koleżanki),
– nowy ulubiony produkt do jedzenia – po biszkoptach, chrupkach kukurydzianych i paluszkach, których już nie chce jeść, przyszedł czas na płatki kukurydziane (ale tylko te z miodem i orzeszkami – wie Chłopak co dobre! i jedzone na sucho)


Macierzyństwo

Refleksje Mamy o cieniach i wyzwaniach rodzicielstwa

Etat Mama
Etat Mama
14 października 2015
 

O „wzlotach” pisałam już wielokrotnie więc dziś przyszedł czas na „upadki”… Pozwólcie, że dziś sobie trochę „pokrzyczę” (ponarzekam, pomarudzę), a od jutra znów będę na 200% „cieszyć się jazdą”… Choć tak naprawdę to przecież nawet gdy marudzę i narzekam  nie przestaję się cieszyć ani na chwilę tą „jazdą” jaką jest macierzyństwo.
Po prostu chciałabym być mamą idealną i jest mi źle, gdy mi się to nie do końca udaje…

Wiele osób mówi nam, że jesteśmy super rodzicami… Hmm…coraz częściej myślę sobie, że te pochwały są mocno na wyrost. Fakt, mamy super dziecko, ale my jako rodzice trochę nawalamy. Zwłaszcza ja nie czuję się super mamą. Wręcz przeciwnie – czuję, że brakuje mi cierpliwości i konsekwencji i że mimo, iż poświęcam Staszkowi 90% mojego czasu i 99% moich myśli to i tak nawalam 🙁

_20151005_142833
Nie potrafię nauczyć Stasia ani „normalnego” jedzenia, ani poprawnego zasypiania i spania w Jego łóżeczku; nie mam pomysłu na to, jak Go skutecznie „odpieluchować” ani jak Go przekonać, że kąpiel nie jest „najgorszym złem tego świata”, a gryzienie nie jest dobrą formą okazywania czułości; nie wiem skąd się u Niego bierze ten przewlekły kaszel ani jak Mu pomóc gdy zaczyna kaszleć; nie potrafię Mu wytłumaczyć, że inhalator i frida nie są „narzędziami tortur”; nie umie się z Nim bawić tak, by stymulować Jego rozwój, by nauczyć Go mówić, naśladować dźwięki czy układać wieże z klocków; nie wiem jak sprawić, by na spacerach chodził za rękę, by wybrany przeze mnie kierunek stał się też i Jego kierunkiem…
Moja teoria na każdym kroku rozmija się z praktyką. Teoretycznie wiem, że rodzice mają ustalać granice, ale praktycznie to Staś nami rządzi… Wszystko jest tak, jak On chce, każde zachowanie wbrew Jego woli czy oczekiwaniom zwykle kończy się płaczem. Z jednej strony sobie tłumaczę, że to stan przejściowy (bo póki co racjonalne argumenty -ani prośby ani groźby do Niego nie trafiają), że to nie Staszek nami rządzi tylko „bunt dwulatka”, ale z drugiej strony coś czuję, że to jedynie usprawiedliwienie. Przecież gdzieś przeczytałam, że nie ma czegoś takiego jak „bunt dwulatka”, że są tylko rodzice, którzy nie radzą sobie z wychowaniem swojego 24.-miesięczniaka…

1352932662_wgxqs1_600
Chyba marnym usprawiedliwieniem jest też i to, że trafił nam się „trudny egzemplarz” – bo nasz Synek ma silny charakter, a do tego po Tatusiu odziedziczył poczucie indywidualizmu, a po Mamusi totalny brak cierpliwości.
Oboje kochamy Stasia najbardziej na świecie, ale czy ta bezgraniczna miłość wystarczy by wychować człowieka? Dobrego człowieka???
Czy wszystkie mamy doświadczają takich wątpliwości?
Ech…tyle myśli w głowie… Na szczęście moje super dziecko cieszy się jesienią, uśmiecha się do listków na drzewach i w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie Mama ma rozterki i jakim jest dla mnie wyzwaniem… Jaką jest radością i miłością wie doskonale – przecież sto razy dziennie Mu powtarzam, że Go kocham 🙂 Hmm…tak bardzo chcę wierzyć, że może to jednak wystarczy by być Jego super mamą 😉


Macierzyństwo

Wspomnienia

Etat Mama
Etat Mama
14 października 2015

Ostatnio coraz więcej (i dobrze!) mówi się o wcześniakach. W telewizji oglądam serial dokumentalny „Moje 600 gram szczęścia” i wracają wspomnienia,  wzruszenie i emocje prawie tak silne jak przed dwoma laty…

Wtedy płakałam w nocy, bo na oddziale u Stasia trzeba było być dzielnym i mówić temu małemu człowiekowi w inkubatorku, że wszystko będzie dobrze i trzeba było naprawdę w to wierzyć. Jedna z pielęgniarek („ciocia Asia”) mi sto razy powtarzała, że mój synek nie będzie dzielny jak mama nie będzie dzielna i że jak wchodzę na oddział z płaczem, to Staś to czuje i gorzej oddycha albo spada mu saturacja.  „Ciocia Ewa” dodawała, że synek walczy w inkubatorze, a mama zamiast ryczeć  musi walczyć o każdą kroplę pokarmu. Więc walczyłam i odciągałam co 3 godziny najpierw po kropelce, a później coraz więcej i więcej.

2013-09-29 12.39.46

Dokładnie dwa lata temu był ten czas – najtrudniejszy czas w moim życiu, na który absolutnie nie byłam przygotowana…

Dokładnie dwa lata temu Staś miał 5. dób i ciągły spadek wagi urodzeniowej, a ja jeszcze byłam w szpitalu i mimo ciągnących szwów po cesarskim cięciu całe dnie stałam przy inkubatorze (czasem, któraś z Pań położnych przynosiła plastikowe krzesło, na które nie było nawet za bardzo miejsca w małym boksie). Bolała mnie głowa od pikającej aparatury i gorąca panującego w boksie (w porównaniu z pozostałą częścią szpitala), ale to było nic – ważne, że Staś był blisko, że oddychał, że nie miał żółtaczki…

Dłonie włożone w otwory inkubatora dotykały Stasia, w żołądku cały czas skurcz stresu, a głowie jedno wielkie pragnienie by tymi dłońmi ochronić to moje maleństwo, by tym dotykiem dodać Mu siły, przekazać miłość i to, że wszyscy na Niego czekają.

Dziś ciężko sobie nawet przypomnieć jak mega trudno było wtedy powstrzymywać łzy i wyobrażać sobie ten moment, gdy Staś wyjdzie ze szpitala, gdy będzie dużym, zdrowym chłopcem, gdy powie do mnie „mama”. Jak mega trudno było mi w to uwierzyć… Tata Stasia wierzył w Niego od początku i był pewny tej naszej dobrej przyszłości dużo bardziej niż ja… Gdyby nie Tata Stasia ja nie dałabym chyba rady przetrwać tamtych dni. To Tata Stasia pierwszy włożył rękę do inkubatora i pierwszy przewinął Stasia w inkubatorze; ja na początku bałam się, że mój dotyk będzie dla Stasia zbyt silny, za mało delikatny, że zrobię Mu krzywdę. To „dobre Ciocie” – Panie pielęgniarki – Asia, Ania, Iza i Ewa, które opiekowały się Stasiem i boksem nr.7, oswajały mnie z moim dzieckiem.

20150928_224825
Nigdy nie zapomnę jak chyba w drugiej dobie życia Stasia „ciocia” Asia na sekundę wyjęła Go z inkubatora i kazała mi szybko pocałować jego chudą, długą stopkę. Pamiętam moje łez, po tym jak „ciocia” Iza powiedziała, że przy tak wczesnych wcześniakach długo jeszcze nie będzie dobrze, bo czasem po dużym kroku w dobrą stronę przychodzą trzy kroki w tył; wtedy Ją prawie znienawidziłam za te słowa, dziś wiem, że miała rację, że chciała dobrze próbując przygotować mnie na wszystko, co zdarzyć się mogło, co na szczęście się nie zdarzyło…

Nie zapomnę uśmiechniętej miny lekarki prowadzącej Staszka, która już z daleka nas poznawała bo każdego dnia przez miesiąc „ścigaliśmy” Ją po oddziale by zapytać o stan Stasia, gdy przekazywała nam dobre wiadomości, że Staś przybrał na wadze, że zleciła większe ilości mleczka bo pokarm już nie zalega, że antybiotyk zadziałał i infekcja minęła…

Nigdy nie zapomnę codziennej jazdy do szpitala z torbą pełną buteleczek z odciągniętym pokarmem, ze ściśniętym sercem i żołądkiem, z lękiem o to, jak minęła noc, o to, co zastaniemy na oddziale… Z jednej strony chciałam jechać do szpitala jak najszybciej i w domu nie mogłam znaleźć sobie miejsca, a z drugiej bałam się wejścia na oddział… Z czasem nauczyliśmy się czytać z min pielęgniarek dyżurujących – ich jedno spojrzenie, delikatny uśmiech i już wiedzieliśmy, że wszystko jest ok…i wtedy tylko dokładne mycie i dezynfekcja rąk i jak najszybciej do Stasia by Mu powiedzieć „dzień dobry” 🙂

Pozwoliłam sobie na ten długi i chyba jeden z bardziej osobistych wpisów dla samej siebie, żeby wyrzucić tamte emocje (chyba nigdy wcześniej nie pisałam tyle o pobycie Stasia w szpitalu; wpisy z tamtego okresu sprzed dwóch lat mają tylko charakter sprawozdawczy, wtedy emocje trzeba było trzymać na wodzy…), ale też dla wszystkich tych czytających, którzy mają za sobą podobne przeżycia albo właśnie teraz doświadczają życiowych trudności – one miną, ale czas pewnych emocji, uczuć i lęków chyba nigdy do końca nie „wyleczy” – one zawsze są w nas… I dobrze, że tak jest – dzięki temu,  po pierwsze, widzimy swoją siłę (bo przecież przetrwaliśmy!), a po drugie doceniamy to, co mamy.