Macierzyństwo

Internetowe wsparcie i hejterstwo w jednym, czyli fora i grupy parentingowe. Czy niosą ze sobą jakieś zagrożenia?

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
31 października 2016
 

Jesteś w ciąży albo już urodziłaś? Jeśli tak, to pewnie chociaż RAZ weszłaś na jakieś forum parentingowe albo grupę dla matek na Facebooku. Prawdopodobnie szukałaś tam informacji m.in. na temat objawów w ciąży, zestawu ćwiczeń dla ciężarnych, informacji na temat wysypki u niemowląt czy przepisów na pierwsze papki dla malucha PO 6. miesiącu życia.

Zapewne nie raz stwierdziłaś, że wiele informacji z takich miejsc jest przydatna i na pewno nie dowiedziałabyś się tego u swojego lekarza rodzinnego. Zapewne. Ale zapewne też nie raz wyrywałaś sobie włosy przez mętlik jaki miałaś w głowie po przejrzeniu kilku czy kilkunastu postów, albo zadałaś pytanie oczekując rzetelnej odpowiedzi lub poklepania po wirtualnym ramieniu a w zamian otrzymałaś stek sprzecznych opinii i atak sfrustrowanych matek, które nie potrafią w spokojny sposób odpowiedzieć na pytanie.

Zapewne.

Grupy internetowe, niezależnie czy to fora, grupy tematyczne na Facebooku czy fanpage, mają to do siebie, że zrzeszają różne osoby. Mimo, że często kierowane są do konkretnej grupy społecznej np. do matek (więc możemy założyć, że przewaga członków takiej grupy to kobiety z całej Polski lub określonego regionu, w wieku 20+ lub bardziej szczegółówo 20-35 lat, jeśli mowa tylko o matkach dzieci małych) nie mamy gwarancji, że przyzwyczaczejania, zachowania, kultura, sposób wypowiedzi, typ osobowości itp członków będą adekwatne do naszych zachowań. Dlatego nie zawsze potrafimy zinterpretować nastrój drugiej osoby, intencje czy treść wiadomości. Nie potrafimy, bo nie widzimy tej osoby. Nie wiemy czy zna się na NETykiecie, nie wiemy czy potrafi sprawnie obsługiwać komputer (a może Facebooka ma od wczoraj?), nie wiemy czy zdaje sobie sprawę z tego, że mimo dobrych chęci np. niesienia pomocy, jest odbierana jako agresor. Nie wiemy tego. Przypuszczamy i interpretujemy na podstawie własnych, subiektywnych odczuć.

Fora parentingowe – jak nazwa wskazuje (z ang. parents – rodzice) są kierowane do rodziców, a więc również do ojców. Jednak nie jest zaskoczeniem, że mężczyźni na takich forach to jednak gatunek wymarły.

Z czego to wynika?
– Ojcowie nie potrzebują uczestniczyć w internetowym życiu innych rodziców,
– Ojcowie gdy poszukują informacji na temat dziecka, raczej wybierają artykuły lub książki oraz informacje od przyjaciół i rodziny,
– Ojcowie zwykle mniej angażują się w sprawy związane ze swoim dzieckiem, liczą bardziej na partnerkę,
– Ojcowie nie wytrzymaliby psychicznie czytając wpisy i komentarze sfrustrowanych bab 🙂 ,
– Ojcowie ceną sobie minimalizm. Gdyby otrzymywali tysiąc rozwiązań do jednego problemu, to tego problemu by nie rozwiązali. Dostając jedno są w stanie sobie z tym poradzić. Fora nie ułatwiają tego zadania.

Można oczywiście znaleźć grupy tylko dla ojców, ale są one tak nieliczne i nie tak popularne jak babskie grupy internetowe.

Każda internetowa społeczność parentingowa ma swoje ogromne plusy i minusy. Oto one:

PLUSY FOR I GRUP PARENTINGOWYCH:
– Zbiór wielu przydatnych informacji na określony temat,

– Wsparcie od innych członków grup,

– Uczucie przynależności do grupy i akceptacja,

– Otrzymanie zrozumienia w różnych problemach,

– Nowe znajomości i relacje,

– Możliwość porównania swojego dziecka, jego zachowania, rozwoju itp z dziećmi innych rodziców (pozwala nam to zwrócić uwagę gdy coś jest nie tak, albo być dumnym jak paw, że nasze dziecko jest takie cudowne, ponad przeciętnie uzdolnione i rozwija się szybciej niż inne maluchy),

– Otrzymanie poleceń i kontaktów do dobrych specjalistów w danym mieście/regionie dla naszego dziecka.

MINUSY FOR I GRUP PARENTINGOWYCH:
– Otrzymanie błędnych diagnoz, interpretacji wyników badań, zaleceń lekarskich, co może stanowić poważne zagrożenie dla zdrowia i życia dziecka,

– Otrzymanie skrajnie różnych opinii na dany temat, co może mocno wprowadzić w błąd (niezależnie czy pytamy jaki wózek będzie najlepszy czy o podnoszenie główki w 5 tygodniu życia dziecka),

– Ryzyko konfliktów, ataku trolli internetowych, obrażanie, wyzywanie – co bardzo wpływa na nasze samopoczucie, frustruje, obniża poczucie własnej wartości, sprawia przykrość czy nawet wpędza w „doła”,

– Osłabienie matczynej czujności – np. pytamy czy pokasływanie dziecka jest czymś niepokojącym, a matki odpisują: „spoko, mój syn też pokasłuje i to normalne„, „u nas lekarz powiedział, że suche powietrze, więc kup nawilżacz i będzie ok„, „ślinka mu spłynęła i pokasłuje, nie martw się” – widzimy, że nie ma się czym martwić, a później jedziemy w środku nocy na SOR, bo dziecko nie może nagle oddychać. Pamiętajmy, że jeśli cokolwiek nas niepokoi to żadne forum internetowe nie zastąpi opinii lekarza,

– Niebezpieczeństwo  w codziennym życiu – to, że na grupach widzimy mnóstwo zdjęć dzieci to nic nowego (nie wiemy kto jest na grupie, może jakiś pedofil?) ale można się spotkać również z podawaniem adresu żłobka/szkoły/przedszkola i grupy/klasy do której chodzi dziecko, godzin w jakich mama pracuje a dziecko zostaje z babcią oraz piękne zdjęcie domu w którym mieszkają, adres zamieszkania a nawet pojawiały się pytania do OBCYCH mam czy któraś mogłaby odebrać cudze dziecko z przedszkola, bo właściwa mama nie zdąży z pracy!

Jak widzicie, wszystko jest dla ludzi i niesie ze sobą wiele korzyści i zagrożeń. Korzystanie z takich grup może bardzo pomóc, ale też zaszkodzić. Dlatego jeśli będziemy korzystać rozsądnie, zachowując anonimowość i bezpieczeństwo naszego dziecka, a wszelkie sprawy zdrowotne będziemy rozwiązywać z lekarzem, to niczego nie stracimy, poza ewentualnym czasem.

Warto też unikać wdawania się w zbędne dyskusje z wymądrzającymi się mamuśkami, które pozjadały wszystkie rozumy. Psuje to zdrowie psychiczne a zwykle niczego dobrego do naszego życia nie wnosi. Dobrze też filtrować wiadomości albo podchodzić do nich z dystansem, ponieważ ilość bzdur jakie możemy znaleźć jest przerażająca.

Pamiętajmy, że mamy specjalistów, ale również własny rozum i zdrowy rozsądek. Jesteśmy matkami i nasza intuicja jest na wagę złota, więc starajmy się z niej jak najczęściej korzystać.

 


Macierzyństwo

„Dziecko to także człowiek, tylko jeszcze mały…” czyli Zrozum Dziecko i okaż mu szacunek!

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
2 listopada 2016
 

Janusz Korczak powiedział:

„Nie ma dzieci, są ludzie”. 

I to jest prawda. Tylko my – dorośli, często o tym zapominamy. Zapominamy też, że sami byliśmy dziećmi oraz o tym, że dziecku należy się taki sam szacunek jak każdemu z nas.

Myślicie pewnie sobie: „Przecież nie krzywdzę swojego dziecka! Nie biję, nie torturuję. Przecież nie robię mu krzywdy!”. Czy aby na pewno? 

Kto to jest dziecko?

Według Konwencji o Prawach Dziecka (art. 1) dziecko to „każda istota ludzka w wieku poniżej osiemnastu lat, chyba że zgodnie z prawem odnoszącym się do dziecka uzyska ono wcześniej pełnoletność”.

Istota ludzka. Dorosły też jest istotą ludzką. Czyli tłumacząc: dziecko to ISTOTA LUDZKA, która jest niepełnoletnia, a dorosły to ISTOTA LUDZKA, która jest pełnoletnia. Czyli elementem wspólnym jest to, że wszyscy niezależnie od wieku jesteśmy LUDŹMI. 

W kwestiach prawnych różni nas to, że osoby pełnoletnie podlegają pod inne akty prawne, a osoby niepełnoletnie pod inne.

W Polsce najważniejszymi aktami prawnymi, gwarantującymi prawa dziecka, są:
– Konstytucja RP
– Konwencja o Prawach Dziecka
– Ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka

Wróćmy teraz do tematu: „CZY ROBIĘ SWOJEMU DZIECKU KRZYWDĘ?

  • Bicie dziecka
  • Torturowanie
  • Gwałt
  • Przymuszanie
  • Brutalne karanie
  • itdTo bez wątpienia przemoc fizyczna i psychiczna. Jest to robienie krzywdy. Najczęściej można się z tym spotkać w środowiskach patolgicznych ale nie tylko. Jednak krzywdę można robić dziecku też w inny sposób. Bardziej ludzki.
  • Czy wrzucanie zdjęcia dziecka na Fejsa może być krzywdą?
    TAK. Mimo, że chcemy się pochwalić jak piękne i cudowne mamy dziecko, zapominamy, że internet to mekka dla pedofilów i innych zboczeńców. Nawet jeśli mamy profil tylko dla znajomych zdjęcia mogą się z tamtąd wydostać. Poza tym: zanim dodamy fotkę zastanówmy się czy nie będzie miało to wpływu na życie naszego dziecka za kilka lat? To co jest w internecie zostaje tam już na zawsze.
  • Czy usilne usypianie dziecka może być krzywdą?
    TAK. Chcemy unormować dzień naszemu maluchowi albo wolelibyśmy, żeby teraz spało, bo mamy trochę do zrobienia… Często dziecko nie wykazuje żadnych chęci zaśnięcia mimo wielu prób. Otwiera szeroko oczy, śmieje się a my brutalnie bujamy je i szuszamy do ucha albo gasimy światło włączając przy tym kołysankę. Jak dziecko nie chce spać, to nie chce. Jak byście się czuli gdyby ktoś kazał Wam iść spać gdy czujecie się wypoczęci?
  • Czy karmienie na siłę może być krzywdą?
    TAK. Czasami wydaje nam się, że dziecko zjadło za mało i dokarmiamy. Dajemy na siłę, żeby zjadło do końca. „Za mamusie”, „za tatusia”, „za dziadziusia”… A jak Wy się czujecie gdy ktoś Wam daje kolejną porcje obiadu gdy pękacie w szwach? Jeśli dziecko nie chce jeść, nie przybiera na wadze skonsultuj to z pediatrą. Natomiast jeśli wszystko jest w porządku, maluch jest zdrowy, przybiera na wadze – nie karm go na siłę. Może nie chce jeść, bo mu nie smakuje? Ugotuj coś lepszego!
  • Czy usilne zabawianie dziecka może być krzywdą?
    TAK. Dziecko nie zawsze ma ochotę na zabawę. Nie zmuszaj go to tego. Maluch czasami chce poleżeć i popatrzeć Ci w oczy, uśmiechnąć się, popatrzeć w sufit (to naprawdę ciekawe! Cienie, linie proste…serio!). Nie zabawiaj go w każdej wolnej chwili. Daj mu odpocząć od wszystkich bodźców. Czy Ty zawsze chcesz COŚ robić? Nie masz ochoty czasami poleżeć i popatrzeć w niebo?

Zjawisko, które niestety jest bardzo powszechne wśród dorosłych to traktowanie niemowląt i dzieci jak PODLUDZI. 

Pięknie to opisała Tracy Hogg w książce „Język niemowląt”. Pokazała, że niemowlę należy traktować z należytym szacunkiem i zrozumieniem, że należy dbać o jego godność i prawa. I nie chodzi tu o walkę z przemocą ale o codzienną opiekę i pielęgnacje. Chodzi m.in. o to, żeby:

  • Mówić dziecku co się z nim w danej chwili robi np. „właśnie zmieniam ci pieluszkę„. Może wydawać się to głupie, ale jaką mamy gwarancję, że dziecko naprawdę nas nie rozumie? Może rozumie tylko w inny sposób? Szacunek do dziecka wymaga, żeby informować go co się robi z jego ciałem. Przy okazji uczy się w ten sposób mówić.
  • Wszystkie rzeczy przy dziecku należy robić wolno i spokojnie. Niemowlę widzi obrazy rozmazane, ma bardzo wrażliwy słuch. Nie rozumie otaczającego go świata. Wszystko co się dzieje wokół niego to ogromny chaos. Jego mózg ma ogromną liczbę komórek ale mało połączeń, dlatego wszystkie informacje przetwarza dużo wolniej. Dlatego daj mu czas na opanowanie sytuacji. Nie śpiesz się. Rób wszystko wolno i spokojnie. Dzieci są wtedy dużo spokojniejsze i czują się bezpieczniej.

(Polecam zajrzeć do książki „Język niemowląt” Tracy Hogg).

Jako matka niemowlaka obserwuję dość intensywnie reakcje otoczenia, nie tylko na moje dziecko ale też na dzieci koleżanek, mojego rodzeństwa i innych znajomych. Przerażające jest to jak bardzo ludzie traktują maluchy jak „małpki w zoo”, zabawki czy inne przedmioty. Przerażające jest to na ile pozwalają sobie ludzie w stosunku do Twojego dziecka, nie biorąc pod uwagę szacunku jakim należy je darzyć. To jest np.

  • Wyrywanie dziecka z rąk (pisałam o tym a propos „Grzechów głównych babć i dziadków„) dla zaspokojenia swoich potrzeb,
  • Przekładanie dziecka z rąk do rąk, bo każdy musi potrzymać dziecko chociaż przez chwilę,
  • Robienie dziecku kompromitujących zdjęć. Niezależnie czy to matka chwaląca się zdjęciem dziecka w internecie czy ciocia/wujek/babcia/dziadek chcąca zrobić sobie śmieszną pamiątkę (mowa tutaj również o nagich zdjęciach dziecka),
  • Śmianie się z naturalnych niemowlęcych i dziecięcych zachowań np. ślinie się, robienie kupy, guganie, płacz. Oczywiście mam na myśli naprawdę chamskie wyśmiewanie się z dziecka a nie naturalne rodzicielskie zachwyty,
  • Przychodzenie w gości o późnych porach. Oczywiste jest to, że wieczorem dziecko idzie spać, wycisza się itd. Dlatego przyjeżdżanie w odwiedziny na godzinę 20.00 (i później) do domu gdzie jest małe dziecko czy niemowlę, to nie jest zbyt dobry pomysł. Dotyczy to też ogólnie długich odwiedzin. Niemowle potrzebuje spokoju i ciszy, a nie długich i tłocznych wizyt gości. (Odsyłam do wpisu: „Co najbardziej wkurza matki po porodzie„.) Nie wspomnę już o rodzicach, którzy również potrzebują odpoczynku.
  • Widownia przy zmianie pieluch i kąpielach. Dla niektórych może to atrakcja i nie wszystkim rodzicom to przeskadza. Wszystko zależy też od tego jaka to widownia. Aczkolwiek pamiętajmy, że jest to pokazywanie nagich miejsc intymnych dziecka. Mimo, że pewnie nasi bliscy czy znajomi nie muszą być napalonymi pedofilami, to jednak warto pamiętać, żeby okazać szacunek do intymności malucha.
  • Wybudzanie dziecka gdy śpi. Dzieci przeważnie same regulują czas snu. Jedne śpią krócej, inne dłużej. Niektórzy rodzice uparcie próbują utrzymać rytm snu dziecka i np. zamiast pozwolić dziecko zrobić jedną, porządną drzemkę w ciągu dnia, skracają ją i potem usypiają na nowo, żeby podzielić ją na dwie krótsze. Każdy ma swój rytm biologiczny. Może dziecko potrzebuje tej jednej drzemki a nie dwóch? Pomyśl czy Ciebie nie wkurzałoby gdyby ktoś Cię wybudzał w czasie snu i kazał ponownie zasnąć za trzy godziny.

I wiele wiele innych…

Drodzy Dorośli!
Niezależnie czy jesteście rodzicami, dziadkami, cociami, wujkami, znajomymi… SZANUJCIE NIEMOWLĘTA I DZIECI. Szanujcie ich prywatność, intymność, spokój, komfort życia. Szanujcie to, że są LUDZMI. Takimi jak Wy tylko mniejszymi. 

Jeśli macie wątpliwości czy Wasze zachowania są w porządku czy nie, pomyślcie, czy Wy chcielibyście być tak samo potraktowali jak traktujecie niemowlę czy dziecko. Niezależnie czy to Wasze dziecko czy cudze. 

Chciałbyś (teraz, jak jesteś dorosły), żeby cała rodzina oglądała jak robisz kupę w łazience? A może chciałbyś, żeby ktoś włączał Ci cały czas tą samą wkurzającą, piszczącą melodyjkę? Jak byś się czuł gdyby Twoje kompromitujące zdjęcie znalazło się w internecie a potem np. na Demotywatorach? (Tak, ludzie wykorzystują cudze zdjęcia znalezione w internecie do takich celów i nie zawsze jesteśmy tego świadomi) Albo jakby Twój wujek/ciotka przy obiedzie rodzinnym powiedzieli:

„Gdy byłeś mały miałeś taką grubą dupcie. To było takie zabawne! Wszyscy robiliśmy jej zdjęcia!”


Macierzyństwo

Nie będziesz mieć pretensji do dziecka, że Twoja kariera poszła w innym kierunku?

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
26 października 2016

„Nie będziesz mieć w przyszłości pretensji do dziecka, że Twoja kariera zawodowa poszła w innym kierunku?”

Takie pytanie ostatnio zadała mi koleżanka podczas rozmowy, gdy chwaliłam się, że kolejny raz w ciągu ostatnich miesięcy ‚od tak’ dostałam świetną propozycje pracy.

Jak na dość młodą osobę (26l) posiadam spory staż zawodowy. Zaczęłam pracować gdy miałam 16 lat, będąc dopiero w liceum. Dostałam pracę w jednym z popularniejszych warszawskich klubów studenckich. Moje stanowisko, pięknie nazwane – Obsługa Sali, zapewniało mi kilka groszy na codzienne wydatki. Zakres obowiązków nie był już tak przyjemny – wynoszenie śmieci, opróżnianie popielniczek, zbieranie pustych kubeczków po piwie czy mycie obrzyganej podłogi w kiblu. Mimo to, miałam możliwość oglądać za darmo koncerty swoich muzycznych idoli, pić piwo za free, lansować się możliwością bezproblemowego wzięcia autografu czy zrobienia sobie fotki z gwiazdami. Mimo niezbyt przyjemnych obowiązków, lubiłam swoją pracę, bo była to tak naprawdę oficjalnie moja „pierwsza poważna praca na umowę za którą dostawałam pieniądze” (nie liczę wcześniejszych prac tj. rozdawanie ulotek czy mycie nagrobków na cmentarzu). W miłej, rozrywkowej atmosferze, w rock’owym klimacie. Z czasem „awansowałam” i mogłam też pracować na szatni, w barze, na stoisku z koszulkami i gadżetami, na ochronie czy nawet w biurze klubu.

Pracowałam długo, ciężko i często. Z racji, że dość wcześnie wyprowadziłam się z domu, trzeba było trochę pieniędzy jeszcze zarobić. Wtedy stwierdziłam, że

„im wcześniej zacznę pracować i się usamodzielniać, tym wcześniej moje życie będzie ustabilizowane.”

Nie sądziłam, że byłam tak mądrą nastolatką 😉 . Miałam rację. Bardzo szybko zaczęłam wyprzedzać swoich rówieśników. W końcu bardzo niewielu z nich pracowało licealnym wieku. Pracując w klubie stwierdziłam, że chcę swoją przyszłość zawodową wiązać z eventami, reklamą, sztuką, marketingiem itd. Nie wiedziałam jeszcze dokładnie co chcę robić, ale wiedziałam, że w tym kierunku warto iść. Obserwowałam managerów muzycznych, przedstawicieli mediów, agencji reklamowych i krążyłam w tą i z powrotem.

Kończąc liceum i zdając maturę poczułam ulgę. Uf. Koniec obowiązkowej edukacji, mogę iść na zaoczne studia i znaleźć normalną pracę. Byłam w końcu pełnoletnia, więc nie musiałam już mieć ciągle pisemnej zgody rodziców na zatrudnienie mnie gdziekolwiek. A zatrudniałam się w innych klubach, ubezpieczalniach, callcenter, kawiarniach… Gdzie mnie chcieli to próbowałam.

Zaczęłam studia pedagogiczne o specjalizacji manager i animator kultury. Wtedy dostałam swoją pierwszą pracę na etat w impresariacie teatralnym oraz w świeżo otwierającym się popularnym teatrze w Pałacu Kultury i Nauki. W biurze marketingu. Na stanowisku specjalisty. Wyobrażacie sobie co to było dla 19-latki? Spełnienie marzeń i pierwszy krok w stronę zawodowej kariery!

Copywriting, pomoc przy projektowaniu plakatów spektakli teatralnych, kontakt z artystami, sprzedaż spektakli, kontakt z firmami i dostawcami, kontrola sprzedaży biletów, kasjerek i bileterów, nadzór kasy biletowej przed spektaklami, przygotowywanie premier teatralnych, tworzenie baz danych, spotkania z klientami, rozliczenia, faktury… Uczyłam się błyskawicznie, poznawałam kolejne ważne osoby i zaczęłam czuć flow, które ciągnęło mnie coraz dalej. Wracałam z pracy i chłonęłam wiedzę dalej. Książki, artykuły, prasa… Wszystko byleby uczyć się marketingu i prawdziwej sprzedaży. Jednak wraz z chęciami rósł też stres i presja. Czułam, że nie nadążam, albo właśnie nadążam, ale się nudzę, że potrzebuję czegoś więcej. Po roku postanowiłam zmienić pracę. Od jakiegoś czasu grałam na pianinie elektrycznym w rock’owej kapeli, od dawna też robiłam sobie tatuaże i kolczyki. Mimo zmęczenia pracą i nauką znajdowałam też czas na dość bogate życie towarzyskie.

Koleżanka wciągnęła mnie do pracy w fundacji i związku snowboardowym gdzie miałam zajmować się marketingiem i organizacją eventów i zawodowów sportowych. Nowe wyzwanie, nowe doświadczenie! I like it! Mocno wkręciłam się w środowisko sportowo-imprezowe. Znowu wróciłam do trybu pracy nocnej. Tym razem jako or-ga-ni-za-tor.

Z ekipą znajomych organizowaliśmy zawody sportów ekstremalnych, imprezy w klubach, wernisaże, koncerty. Żyliśmy trochę jak ludzie bohemy. Byli wśród nas muzyki, fotografowie, graficy, graficiarze, piosenkarze, piercerzy i tatuatorzy, przedstawiciele różnych subkultur i kultur. Wspólnie tworzyliśmy nowe rzeczy, nie zawsze przynoszące pieniądze, ale na pewno dobrą zabawę, naukę, doświadczenie i kontakty. W ten sposób powstała moja pierwsza firma – agencja eventowa, a wraz z nią pierwsze niezależnie od nikogo wydarzenia i imprezy, takie jak (pierwszy po 13-latach w Warszawie) konwent tatuażu Body Art Convention 2011, który odbył się w Pałacu Kultury i Nauki. Kilka tysięcy uczestników, artyści z całej Polski, goście specjalni z zagranicy, Jah Jah Frankowski jako prowadzący całą imprezę, masa sponsorów, patronów medialnych i partnerów. Oczywiście nie odbyłoby się to gdyby nie współorganizatorzy z Hardcore-Tattoo. Rok później kolejna edycja i kolejny konwentowy sukces. Jednak zaczęło mnie to wszystko znowu przytłaczać. Miałam dopiero 21 lat i przestałam dawać radę. Rzuciłam studia pedagogiczne i poszłam do Warszawskiej Szkoły Reklamy – kierunek Strategia Reklamy i PR. 2-letnie studium policealne. Rzuciłam agencję eventową, związek snowboardu i fundacje. Rzuciłam też kilka innych rzeczy. Kilka razy się przeprowadzałam do kolejnych wynajmowanych ze znajomymi mieszkań.

Nadszedł czas na coś nowego. Agencja reklamowa. Marketing, ale w innym wydaniu. Social media, reklama, internet, portale. TO BYŁO TO!

Zdobywałam kolejne doświadczenia. Zajmowałam się kreowaniem marki i budowaniem wizerunku w sieci. Tworzyłam reklamy na Facebooku, pisałam artykuły SEO oraz treści na strony internetowe, projektowałam materiały reklamowe dla klientów, tworzyłam fanpage i konkursy. Byłam kreatywna i mocno się realizowałam zawodowo. Jednak po kolejnym roku czułam, że muszę dalej, szybciej, mocniej. Tu już nie czułam rozwoju. Chciałam iść do lepszej agencji. I poszłam. Kolejna agencja reklamowa, w której spędziłam kolejne trzy lata mojego życia.

Po dwóch latach w WSR (mimo, że nie obroniłam dyplomu, bo zaspałam, a rok później zapomniałam przyjść), czas na kolejny etap edukacyjny: Studia licencjackie Dziennikarstwo i komunikacja społeczna spec. marketing i PR, które ukończyłam i nawet tytuł na piątkę obroniłam. Pisałam pracę dyplomową na temat aspektów prawnych reklamy internetowej, który mocno mnie fascynował. Czułam się ekspertem i mądralą.

W tym czasie praca w kolejnej agencji reklamowej pomagała mi zdobywać nowe umiejętności i doświadczenia. Tworzenie większych i poważniejszych kampanii reklamowych, poważniejsze działania w social media, dużo więksi i poważniejsi klienci, większe pieniądze, kampanie offline – w radiu, prasie, telewizji i outdoor’ze. Działania niestandardowe w metrze, pociągach, w parkach, na piknikach śniadaniowych, w siłowniach itd. Nieograniczone pomysły, przygotowywanie ofert, kontakt z mediami, tworzenie scenariuszy spotów radiowych i telewizyjnych. NA-CO-TYLKO-WYOBRAŹNIA-POZWOLIŁA (i oczywiście portfel klienta). Po roku pracy w agencji otworzyłam swoją kolejną działalność gospodarczą (marketingową), gdzie obsługiwałam również prywatnie mniejszych klientów i zaczęłam realizować swój projekt Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie. Wiedziałam już jak się promować w mediach społecznościowych, jak pisać bloga, jak robić reklamy, jak organizować eventy i konferencje dla pacjentów oraz pozyskiwać odbiorców. Dotychczasowa wiedza pomogła mi zrobić ogromny projekt dla ludzi chorujących na insulinooporność i cukrzycę. Bez problemu nawiązywałam nowe kontakty, znajomości, szukałam sponsorów i robię to cały czas.

Myślałam, że doszłam już do momentu tej wyczekiwanej stabilizacji o której wszyscy trąbią. Stała praca, własne mieszkanie, mąż, koniec studiów, kredyt. Życie jak w Madrycie, chociaż coś jednak dalej nie pasowało. Czegoś zabrakło. Więc…

Po trzech latach przyszedł czas w którym zaczęłam czuć, że to jednak jeszcze nie ten moment i nie to miejsce. Rozwód (a jednak), nowy Partner aż w końcu przeprowadzka z Warszawy do Poznania za miłością życia.

Mimo mieszkania w Poznaniu, dalej pracowałam w warszawskiej agencji – zdalnie. Wiedziałam, że to czas w którym powinnam zacząć rozglądać się za kolejną pracą. Żeby iść dalej, wyżej, głębiej. Wysłałam kilka CV i rozdzwoniły się telefony. Odbyło się kilka spotkań, pojawiło sporo propozycji: od agencji eventowych po duże agencje reklamowe. Było w czym wybierać. Zacierałam ręce, bo wiedziałam, że z moimi umiejętnościami, stażem i doświadczeniem – w końcu mogę przebierać w ofertach.

Po miesiącu dowiedziałam się, że… jestem w ciąży. 

Szukanie nowej pracy straciło w tym momencie sens. Pozostało utrzymanie się w obecnej agencji chociaż do końca ciąży. Nikt by mnie nie zatrudnił wiedząc, że za kilka miesięcy i tak odejdę, że im bliżej porodu tym większa szansa, że będę musiała brać wolne, będę gorzej się czuła i nie będę mogła pracować w pełnym wymiarze godzin. Praca zdalna dawała mi większą swobodę i możliwość odpoczywania w domowym zaciszu oraz unikania kichającego i zarażającego grypą otoczenia.

W trakcie ciąży dostałam dwie poważne propozycje pracy o które ubiegałam się od kilku lat.

Musiałam odmówić tłumacząc obecną sytuacje, jednak nie zamykając sobie furtki informowałam, że dalej jestem zainteresowana i chętnie wrócę do tematu za dwa lata… Kończyłam połączenie wiedząc, że za dwa lata pewnie i tak nie będą o mnie już pamiętać.

Wyszłam ponownie za mąż za cudownego faceta. Urodziłam cudowną córeczkę. Mieszkamy razem w Poznaniu. Świat wykoziołkował do góry nogami. Siedzenie w domu z dzieckiem kompletnie odbiega od mojego dotychczasowego trybu życia. Nie jest to łatwe, ale z drugiej strony ogromnie przyjemne.

Ostatnio dostałam kolejną propozycje pracy w redakcji dużego i znanego portalu internetowego. Ponownie odmówiłam powołując się na obecną sytuacje. Praca zdalna nie wchodziła niestety w grę.

I wtedy właśnie podczas rozmowy z koleżanką pojawiło się to pytanie:

„Nie będziesz mieć w przyszłości pretensji do dziecka, że Twoja kariera zawodowa poszła w innym kierunku?”

NIE. Wiem, że jestem na tym etapie rozwoju zawodowego, że naprawdę bardzo dużo mogę. Wiem, że nie miałabym problemu ze znalezieniem „pracy marzeń” na świetnych warunkach, z ogromnymi perspektywami rozwoju itd.

Ale wiem też, że nie osiągnęłabym szczęścia mając wszystko, jednocześnie nie mając niczego.

Dalej bym się błąkała, szukała sensu, zastanawiała się gdzie teraz iść i po co. Dalej żyłabym w świecie rock’n’rolla i niekończących się pytań „po co mi to wszystko?

Teraz niezależnie gdzie poniosą mnie nogi i głowa, wiem, że to co robię ma sens. Mam dla kogo żyć i z kim. Nie żyję już obok, ale żyjemy razem. Wystarczy jeden uśmiech tego małego skrzata, żeby uświadomić sobie, że odmowa „pracy marzeń” to nie jest poświęcenie. To świadoma decyzja, która pozwala mi zrozumieć, że nie ma sensu gonić za karierą i pieniądzem, że najważniejsze jest nie zatracić się w zawodowym wyścigu a znaleźć czas na spokój ducha, wzięcie głębokiego oddechu i czas dla najbliższych.

Niedługo miną cztery miesiące odkąd urodziła się nasza córeczka. Nigdy nie miałam jeszcze tylu dojrzałych przemyśleń, decyzji i refleksji jak przez ten krótki czas. Nigdy nie patrzyłam tak daleko w przód co teraz. Nigdy nie cieszyłam się z tego, że jestem tu gdzie jestem jak siedząc obok męża bawiącego się z córką.

NIE. Nie będę miała pretensji do dziecka, że moja kariera zawodowa poszła w innym kierunku. 

Będę jej wdzięczna za to, że pozwoliła mi się zatrzymać i przemyśleć który kierunek wybrać, za to, że pozwoliła mi zwolnić tempo i spojrzeć na otaczający mnie świat, którego wcześniej nie byłam w stanie dostrzec, za to, że wnosi dużo szczęścia do naszego życia i inspiruje do działania. Za to, że po prostu JEST.

Zawodowo i tak mam co robić. Mimo urlopu macierzyńskiego i opieki nad dzieckiem, dalej realizuje projekt dla osób z insulinoopornością i cukrzycą. Stworzyłam projekt Zrozum Matkęktóry możecie właśnie czytać, pomagam mężowi w rozwoju jego projektów. Nie stoję w miejscu. Dalej się rozwijam i realizuje, ale myślę, że trochę dojrzalej i mądrzej. Niczego w życiu nie żałuję i nie mam zamiaru. Jako matka i żona czuję, że się spełniam, że mam dla kogo żyć i działać, że mam z kim dzielić się swoim szczęściem.

Po prostu życie w końcu ma sens.