Lifestyle Macierzyństwo

3 rzeczy, których nauczyła mnie śmierć mojej matki

Karolina Krause
Karolina Krause
7 grudnia 2016
Fot. iStock/paule858
 

„– Śmierci nie ma, córeczko. Ludzie umierają tylko wtedy, gdy się o nich zapomina – wyjaśniła mi matka krótko przedtem, nim odeszła. – Jeśli mnie nie zapomnisz, zawsze będę z tobą.”*

Matka. Prawdopodobnie najważniejsza osoba w całym naszym bożym świecie. To ona nas wychowała i ukształtowała. To jej zawdzięczamy największy dar jakim, ktokolwiek, kiedykolwiek mógłby nas obdarować – nasze życie. Jej wpływ na to, jak postrzegamy wszystko to, co nas otacza, jest nieoceniony. Zawsze bowiem będziemy patrzyli na świat jej oczami. Bez względu na to, jak długo mieliśmy szanse żyć pod ochroną miłości jej skrzydeł. Osoby, które doświadczyły śmierci tej ukochanej ponad wszystko istoty, mówią o przeżyciu związanym z nieoszacowaną stratą i cierpieniem. Ale też głębokiej nauki, jaka płynie do nas z tego doświadczenia.

Oto, trzy rzeczy, których uczymy się po odejściu naszej matki:

1. Żal po tych, których kochamy najbardziej, nie jest czymś ciągłym i nie wyraża się wyłącznie poprzez łzy

Kiedy los odbiera nam tych, których najbardziej kochamy, nasze serce rozpada się na tysiące małych kawałków, a w naszym życiu pojawia się ogromna pustka. Żal i tęsknota za bliską osobą, są czymś naturalnym, ale każdy z nas doświadcza tego w inny sposób. Żałoba może przejawiać się w złości, cierpieniu, poczuciu winy, strachu, a w niektórych przypadkach w uzyskaniu wewnętrznego spokoju. Nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć, a czasami nawet udźwignąć.

„Płakałam wtedy, kiedy umarła moja mama i wtedy, gdy na jej pogrzebie, mój szkolny chór śpiewał o tym, że nie mam czego się bać. To był ostatni moment, kiedy przyszło mi płakać. Nic nie mogło się bowiem równać z bólem, jaki wtedy czułam. Po takiej stracie, człowiek inaczej podchodzi do kwestii cierpienia. Przesuwa się granica. Złość i strach zadomowiły się w moim sercu na dobre, przez wiele długich lat. Aż do momentu, kiedy ukończyłam 20 rok życia. Fala rozgoryczenia i smutku zalała mnie od stóp do głów, gdy jeden z moich przyjaciół nieoczekiwanie zapytał o moją matkę. Nigdy przedtem nie dzieliłam się swoją stratą z nikim poza najbliższą rodziną. Załamałam się. Ale mimo wszystko, dobrze było w końcu dać upust swoim emocjom. Różne sytuacje w moim życiu, wprowadzały mnie w kolejne etapy żałoby.”

Najtrudniejszym dniem w roku dla osób, które straciły tę najważniejszą osobę, prawdopodobnie jest właśnie Dzień Matki. Kobiety, które tego doświadczyły, często mówią o równie bolesnym przeżyciu, jakim było dla nich poszukiwanie wymarzonej sukni ślubnej, bez mamy u swego boku. Czasami to rozdzierające poczucie straty przychodzi do nas, w trakcie wykonywania najzwyklejszych czynności, takich jak robienie zakupów. Kiedy przymierzając ubrania, w jednej z sklepowych przymierzali, słyszą jak matka i córka wymieniają się wzajemnie komplementami na temat swojego wyglądu. Gdy matka mówi swojej córce, jak pięknie wygląda… Albo, kiedy jedna z przyjaciółek mówi im, że dziś w planach ma obiad ze swoją mamą, a one nie są sobie w stanie nawet wyobrazić, jakie to uczucie. Jak cudownie byłoby usiąść razem z nią, zjeść wspólny posiłek i porozmawiać, ot tak po prostu, o czymkolwiek. Nie ma domknięcia. Ta żałoba będzie w twoim sercu przez całe życie. Choć można nauczyć się z nią żyć, dostosowywać własne fale do wibracji pojawiających się emocji – miłości, cierpienia i straty. Starać się je właściwie przeżywać, zrozumieć.

2. Nigdy nie znajdziesz kogoś na zastępstwo

Nikt nie jest w stanie zastąpić ci matki. Taka więź zdarza się tylko jeden, jedyny raz w życiu. Nasze mamy troszczą się o nas, kiedy jesteśmy chore, martwią się, gdy coś nie układa się po naszej myśli, doradzają nam w sprawach życiowych, najlepiej jak tylko potrafią. Słuchają nas, a przede wszystkim kochają, bezwarunkowo. Dla każdej matki dziecko, jest kimś najważniejszym, ważniejszym nawet od niej samej. A my to czujemy. Podświadomie wyczuwamy, nawet jeśli nie ubiera tego w słowa. Takiej relacji nie da się niczym zastąpić. Tego ciepła. Radości, którą dostrzegamy w jej oczach. Blasku, który od niej bije.

Tych cech powinniśmy poszukiwać w innych ludziach. Tej miłości, dobroci, życzliwości, zdolności do współodczuwania. Poczucia humoru, głosu rozsądku i siły charakteru. Nigdy jednak nie odnajdziemy w nich dokładnie tego czego szukamy. Nigdy nie znajdziemy drugiej takiej jak ona. Ona jest tylko jedna. Niezastąpiona pod tyloma względami…

3. Dookoła ciebie jest wielu ludzi, którzy szczerze cię kochają i wielu takich, którzy potrzebują twojej miłości

Wielu bliskich nam ludzi, nasza rodzina i przyjaciele, szczerze nas kocha, ale nie wie jak ma to okazać. Czasami nie wiedzą też jak do nas dotrzeć. Możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, dopóki nie znajdziemy w sytuacji, w której będziemy potrzebowali wsparcia z każdej możliwej strony. Dobrze jest wyciągnąć w ich stronę pomocną dłoń.

Zdarzają się jednak w życiu sytuacje, w których miłość, która powinna płynąć do nas ze strony najbliższych członków rodziny, z jakiegoś powodu do nas nie dociera. Może są właśnie gdzieś bardzo daleko stąd, albo dystans jaki się między wami wytworzył wynika z innych powodów. Cokolwiek jest przyczyną takiego stanu rzeczy, nie powinno to powstrzymywać cię przed rozglądaniem się wokół. Bo w każdym miejscu na ziemi znajdą się ludzie, którzy pokochają nas takich jacy jesteśmy. Musimy tylko nieco bardziej się wysilić, aby ich znaleźć. Czasami nawet bardziej niżbyśmy tego chcieli. Ale oni na pewno gdzieś tam są. Ludzie, czekający tylko na to by cię pokochać i ci, którzy bardzo potrzebują twojej miłości.

Nasze matki były pierwszymi osobami, które nauczyły nas, na czym polega prawdziwa miłość. Z szacunku do nich powinniśmy dzielić się nią, z kim tylko się da…

*Isabel Allende. Ewa Luna

Źródło: upworthy.com


Lifestyle Macierzyństwo

Nie żegnam się z Tobą kolejny raz, tylko każe odejść. Miłość prawdziwa nie wymaga tłumaczeń za inne ramiona

Listy do redakcji
Listy do redakcji
7 grudnia 2016
Fot. iStock/MariaDubova
 

Nie wiedziałam, że miłość jest taka…

Podła i tak zakpić potrafi. Bo wyczekana i wyśniona, może stać się znienawidzoną. Gdy tuż przed Twoją śmiercią usłyszałam, że nie chcesz żeby dotykał mnie ktoś inny, w ogóle o tym nie myślałam. Bałam się tylko Twoich słów i tej strasznej prawdy, która i tak się dobijała i w końcu u mnie zamieszkała. Jak mogłabym wyobrażać sobie kogoś innego, gdy przecież wciąż jeszcze, dotykały mnie Twoje ciepłe dłonie. Te same, w których chowałam twarz swoją, te same które wkładały obrączkę i mówiły, że aż śmierć nas nie rozdzieli. Ale nie wiem skąd wiedziałam, że nie zdołam Cię już ochronić, już dłużej zatrzymać. Że nadszedł czas kiedy tylko Ty spakujesz walizkę, a mnie z dziećmi zostawisz zgarbionych nad swoim grobem. I tego dnia też wiedziałam, że ostatni raz do Ciebie jadę. W szpitalnej windzie dzwoniłam do kogoś, żeby przyszedł jeśli jeszcze chce Cię zobaczyć.  I uparłam się żeby wypielęgnować Ci dłonie. Bo wiedziałam, że jutro już nie zdążę. I gdyby wtedy powiedział mi ktoś, że istnieje miłość ponad śmierć, to pragnęłabym jej. Dziś jej nie chcę ale nie potrafię zamknąć za nią drzwi. I pięć lat po tym jak rozsuwałam zamek czarnego worka i mówiłam, że to nie Ty, nadal to robię, praktycznie każdej nocy. I dlatego jestem sama. Bo zabrałeś moją miłość i przestałam umieć kochać.

Mieliśmy być sobie na zawsze, bo tak w to wierzyliśmy, że zapominałam o jej oddechu na plecach. A przecież mieszkała z nami zawsze, czasem spała pomiędzy, w jednym łóżku. W te noce, gdy zrywała mnie cisza i nie słyszałam Twojego oddechu. Albo w te dni, gdy nagle upadałeś a ja Cię podnosiłam bez pewności czy jeszcze żyjesz. Czy już Cię nie zabrała ona pani życia, która przychodzi kiedy chce. Ale  myślałam, że przecież ludzie tak żyją długimi latami a mi los już tak bardzo dołożył, że chyba teraz odpuści. Nie odpuścił, łudził niecałe trzy lata. Pozwolił stanąć na ślubnym kobiercu tylko po to, żebym pierwszą rocznicę gdy oboje wyznawaliśmy sobie ” i ślubuję ci…” spędziła sama. Na cmentarzu, siedząc na płycie pomnika, patrząc na Twoje zdjęcie i  zastanawiać się, gdzie Ty właściwie jesteś. I gdzie ja jestem, bo odkąd Cię nie ma nie poznaje odbicia w lustrze. Niby jestem ta sama, może trochę chudsza, trochę bledsza. Może bardziej skryta, wystraszona, bardziej chłodna. I mniej ufna i bardziej ostrożna.  Może moje oczy lekko przygasły i mój uśmiech gdzieś się zapodział i wraca tylko po butelce  wina. I szybko zamienia się w martwą cisze i łzy, gdy nikt nie widzi. I nie pyta. Bo musiałabym mu odpowiedzieć, że to nie prawda, że czas leczy rany. Że to nieprawda, że można żyć dalej jak kiedyś. Że to nieprawda, że można jeszcze pokochać i budzić się szczęśliwym.

To pewnie dlatego tak jak się pojawiali, tak szybko też odchodzili wszyscy ci po Tobie. Ci którzy wcale nie byli gorsi i też chcieli mnie pokochać i być ze mną, tak po prostu. I widzieli moją radość nawet i to, że jest mi z nimi dobrze. I jakieś szczęście też pewnie czuli i to, że mi zależy. Nawet czułość i ciepło. I pożądanie, którego krzyk przerywał ciszę.  Wszystko, poza tą najważniejszą. Miłością, której już nie potrafię. Chyba odeszła wtedy w nocy, gdy dławiąc się własną krwią umierałeś na moich rękach. Patrząc na mnie coraz bardziej martwymi oczami, ostatkiem sił szepcząc, że przepraszasz. I gdy w mym umęczonym nad ranem śnie, przyszedłeś się pożegnać. I powiedziałeś, że muszę poradzić sobie sama. I gdy musiałam wybierać kolor trumny i tekst do klepsydry. I nie umiałam, bo jak w kilku słowach opisać kogoś, kto był wszystkim. I wciąż miałam w głowie, że jeszcze wczoraj byliśmy razem w kinie na kiepskim filmie i marudziłeś, że za lekko się ubrałam. Bo była zima, mróz nam trzeszczał pod butami i oboje czekaliśmy na lato. Ale nadeszła tylko samotna wiosna. Zimna i ciemna, gdy przymarzając do płyty pomnika nasłuchiwałam czy tam jesteś. Gdzie do obłędu analizowałam tamte dni i obwiniałam, że umarłeś przeze mnie. Bo zbyt słabo się starałam, bo wymagałam jak żona od męża, bo tak często Cię denerwowałam.  Bo nie podłączyłam koncentratora tlenu na czas, za późno podałam leki, zbyt długo zwlekałam z wezwaniem karetki. I nie rozumiałam słów lekarza, że i tak byś odszedł, że to taka choroba, że zrobiłam wszystko.

A ja wciąż myślę, że nie zrobiłam nic, bo Cię nie ma. I choć wiem, że już nie będzie, nadal Cię szukam dłonią po drugiej stronie, pustego łóżka. I wierzę, że poczuje jak wplatasz swoje palce w moje. Albo odnajduje Cie na chwilę w innym spojrzeniu i wpieram, że w kimś do mnie wróciłeś. I próbuje z całych sił żeby tego nie robić, ale zawsze tam wracam. Na cmentarz ciemną nocą, sama zawstydzona. Przepraszam Cie i błagam, żebyś mi wybaczył, bo dotknął mnie ktoś inny. A przecież nie miałeś prawa tego ode mnie żądać, pewnie nawet tego nie chciałeś. To rozpacz odbierała nam zmysły, strach nie pozwalał odejść. I nadal, nie potrafi. Wpędza mnie w poczucie winy, pozwala toczyć depresji, odbiera wolność i wiarę. To Ty umarłeś wtedy w lodowatym marcu, Twoje serce bić przestało, Twój lekki uśmiech zastygł na wycieńczonej twarzy. Dlaczego więc ja czuję się martwa? Bo pochowałam razem z Tobą swoje serce. Byłeś jego każdym uderzeniem, napędem dzięki któremu utrzymywało rytm. Ciepłem, które je zawsze ogrzewało. I nikim, kto chciałby, żeby umarło.

Nie chcę już dłużej zasypiać sama. Nie chcę się tłumaczyć z przelotnych romansów. Nie chcę kolejny raz bronić się przed tym, co czuję. Nie chce się karmić poczuciem winy i nikomu tłumaczyć, ze swoich wyborów. Nie chce już jeździć do Ciebie na cmentarz, po wybaczenie. Nie chce się czuć niewierną żoną. Chcę Cie pamiętać. I  przestać kochać. Chcę, żebyś odszedł i dał mi żyć. Pozwolił czuć i pragnąć. Nie kazał mi szukać siebie w kimś innym. Chcę trzymać rękę kogoś innego i komuś innemu mówić, że kocham. I czuć to na nowo, bo wiem, że jeszcze tak bardzo potrafię. I tak bardzo zasługuje. Dlatego nie żegnam się z Tobą kolejny raz, tylko każe odejść. Bo wiem, że i tak nie zapomnę. Miłości prawdziwej nie trzeba. Zbyt dojrzała jest, dumna i wyrozumiała. I nie wymaga tłumaczeń za inne ramiona.

Zmęczyło mnie czekanie na coś co nie nadejdzie, co się nie wydarzy. Bo Twojego serca nic już nie wskrzesi. Ale moje ma jeszcze szanse bić.


Lifestyle Macierzyństwo

7 niezwykłych korzyści ze spania z psem

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
7 grudnia 2016
Fot. iStock / vgajic

Psy towarzyszą nam od tysiącleci. Więź, jaka się wytworzyła na przestrzeni upływającego czasu, jest rzeczywiście niezwykła. Pies stał się najlepszym przyjacielem człowieka, traktowany często jako członek rodziny. Troszczymy się o futrzastych towarzyszy, karmimy, kochamy i układamy, by wspólny żywot był jak najmilszy.

Oczywiście, w podzięce za wikt i opierunek, pies staje się lojalnym towarzyszem życia codziennego. Może przy tym odgrywać rolę obrońcy, stróża, przewodnika czy psa terapeutycznego. Wszystko zależy od predyspozycji psa i czasu włożonego w jego wyszkolenie. Ale to nie najważniejsze, co pies jest w stanie podarować człowiekowi.

Śpij z psem dla własnego zdrowia

Okazuje się, że z pozoru tak niewinna, choć postrzegana jako mało higieniczna czynność, jak spanie z psem w łóżku, może mieć wiele zalet. W tej materii nawet sceptyczni właściciele psów będą mile zaskoczeni. Nie tylko koty mają moc leczenia, psy również.

7 powodów, by wpuścić psa do łóżka

1. Relaksuje 

Miękkie, ciepłe futerko, równomierny oddech i dodatkowe ogrzewanie stóp to znakomity powód, by zapaść się w stan głębokiego relaksu. Odprężenie, jakie towarzyszy obecności psa w pościeli, pozwala uwolnić myśli od trosk, wsłuchanie się w bicie psiego serca, ułatwia bezstresowe zasypianie. Obecność psa pozwala na skuteczniejsze wyzbycie się nagromadzonych w ciągu dnia emocji.

2. Poprawia komfort snu

Fizyczny i psychiczny komfort spowodowany obecnością psa w łóżku, może przyczynić się do poprawy snu. Wielu właścicieli psów odczuwa spokój i bezpieczeństwo, gdy ich kudłaty domownik towarzyszy w sypialni. Co ciekawe, w wielu przypadkach wpuszczenie psa do łóżka, zaowocowało zmniejszeniem  problemu  bezsenności. Bliskość z psem jest poza tym bardzo przyjemna.

3. Niweluje niepokój

Bliskość psa uspokaja skołatane nerwy, możliwość przytulenia ciepłego futerka uspokaja rozszalałe tętno, umożliwia relaks ze strony ciała, jak i umysłu. Psy są troskliwymi, cierpliwymi zwierzętami i często same próbują nawiązać szczególny kontakt z człowiekiem, który zmaga się z różnymi kłopotami. Psy terapeutyczne, pomagające osobom z problemami natury psychicznej, śpią z właścicielami w ramach terapii.

4. Cudownie grzeje

To takie miłe, mobilne grzejniki, które doskonale dzielą się ciepłem swojego ciała ze zmarzniętym właścicielem. Są lepsze od dodatkowego koca, bo ich ciepło, rytmiczny oddech i skłonność do bliskiego kontaktu fizycznego są wystarczające, by dawać niesamowite ciepło i komfort w łóżku.

5. Pełni funkcję terapeuty

Dogoterapia znana jest jako fantastyczna forma pomocy osobom zmagającym się z różnymi chorobami. Psie towarzystwo pomaga także w przypadku osób chorych na depresję, czujących się osamotnionymi. Psy często dają poczucie bezwarunkowej miłości i lojalności, a tego często brakuje chorym. Uczą także odpowiedzialności, co sprzyja poprawie samooceny i zdrowia psychicznego. Pies to cierpliwe stworzenie, które nie tylko słucha słów właściciela, ale reaguje na okazywane emocje. 

6. Gwarantuje bezpieczeństwo

Spanie z psem, szczególnie podczas samotnych nocy nie tylko w dużym domu, doskonale wpływa na poczucie bezpieczeństwa. Psie towarzystwo na wyciągnięcie ręki w łóżku, może wywołać silne poczucie spokoju i dobrego samopoczucia. Świadomość tego, że pies jest niezwykle czujnym i szybko reagującym stworzeniem nadającym się doskonale do obrony, podnosi komfort snu.

7. Coś dla psa…

Psy uwielbiają nasze towarzystwo zawsze i wszędzie. Chodzą krok w krok, włażą na kolana i śpią z właścicielami w łóżkach. Kochają nas najbardziej na świecie, a bliskość i miłość również jest im potrzebna do życia. Wspólne spanie tylko pogłębia więź, która dotychczas zaistniała na linii właściciel — pies.


źródło: www.powerofpositivity.com

 


Zobacz także

Jak chronić skórę przed smogiem – rozmowa z dr Moniką Bujanowską – ekspertem marki Mincer Pharma

Dzień Mężczyzny - 10 marca

Kochani Panowie, w dniu waszego święta życzymy wam (zupełnie niezłośliwie), tych kilku rzeczy

Niewidzialni ojcowie. Kiedy tata nie chce zajmować się dzieckiem

Niewidzialni ojcowie. Kiedy tata nie chce zajmować się dzieckiem