Lifestyle

Tak, kocham wodę. Kocham Diu Vitam. Gapię się na siebie z rosnącą przyjemnością i nic na tę nową miłość nie mogę poradzić

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
10 sierpnia 2016
Mat. prasowe
 

Niedoczynność tarczycy, insulinooporność, otyłość, nadwaga, zwolniona przemiana materii, fatalne wyniki badań i kłopoty ze zdrowiem – tak, to były hasła którymi nagle, nieoczekiwanie i zupełnie znienacka zaczęłam się definiować.

Cholera. Oczywiście, że nie chciałam. Nie planowałam. Mało tego, przez większą część swojego życia robiłam wszystko, żeby mnie to nie dotyczyło!

Zdrowo się odżywiałam. Nie dotykałam fastfoodów, żywności przetworzonej, cukru soli i białego chleba, za to jadłam dużo warzyw sezonowych, chudego mięsa i kasz. Uprawiałam sporty wręcz nałogowo, ale nie ocierając się o ekstremum. Spałam więcej, niż po 6 godzin, starałam się nie stresować i żeby mi to wychodziło, spacerowałam po lesie i ćwiczyłam oddechy. No, dobrze – rzadko, i tylko w samotności, żeby znajomi dziwnie się na mnie nie patrzyli, ale ćwiczyłam.

I co…? I dupa.

Geny, złośliwość losu, wredne życie, czy cokolwiek to było, plus ciąża równało się dla mnie 35+. I nie, nie chodzi tu o dodatek od państwa, bo wszystkie skutecznie mnie omijają, ani nawet nie żalę się na metrykę. Chodzi o kilogramy, które zdobyłam szybko, łatwo i przyjemnie (no, nie bolało przecież).

Łatwo przyszło, łatwo pójdzie – myślałam z naiwnym optymizmem. Okazało się, że jak przywarło, to nie chce puścić, wżarło się jak rdza w karoserię. Złe porównanie – rdza robi dziury i odpada, u mnie nic nie chciało odpaść, choć fałdowało się nieprzyzwoicie, wstrętnie i obleśnie. No, zgroza. Prawdziwa, upiorna zgroza…!

– Proszę przejść na dietę i uprawiać sporty – powiedział do mnie lekarz endokrynolog, gapiąc się w najświeższe wyniki moich badań. No nie było czym się chwalić, to prawda. Mimo terapii, leków, suplementów i tysiąca starań, ciągle wyglądało to naprawdę słabo. Ale przejść na dietę i uprawiać sporty…?!

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Nosz, cholera!

Z diety na dietę? Ze zdrowego odżywiana w jeszcze zdrowsze…? Jak? Zamiast zwykłego brokułu eko mam jeść brokuł wyhodowany przez tybetańskich mnichów, którzy w ramach pokuty przysięgali celibat i wieczne milczenie?

No i ile tych sportów, skoro średnio półtorej godziny dziennie codziennie to za mało? Zawodowym sportowcem mam się stać, czy jak? Tylko w jakiej dyscyplinie? Mam brać się za te popularne, w których konkurencja duża i o splendor niełatwo, czy raczej szukać sobie sportów mało znanych i wyszukanych, jak krykiet, petanque i wyścigi psich zaprzęgów?

No ale na te pytania lekarz mi już nie odpowiedział, wypisał kolejną receptę i odesłał do domu.

W domu czekało pudełko Diu Vitam. Eleganckie, czarne. Nie z satyny, tylko z kartonu. Za to butelki były satynowe, mleczne, sztuk kuszących siedem. Jak siedem życzeń, siedem sakramentów, jak symbol pełni i doskonałości, siedmiu archaniołów, jak najwyższa liczba całkowita u królów matematyki, Pitagorejczyków.

Otworzyłam, przytłoczona symboliką i niebiańskim wyglądem… i uderzył mnie zapach rodem z piekła. Siarka przypominała o grzechach życia chyba, bo szczerze pożałowałam każdej jednej zjedzonej kostki czekolady i w myślach obiecałam poprawę, chociaż na czekoladę nie patrzyłam nawet już od ponad roku. Ale to nic, nie spojrzę nigdy.  Zamknęłam oczy, wypiłam duszkiem.

Nic się nie stało. Ani ziemia się pode mną nie rozstąpiła (czego trochę się bałam) ani żywcem nie zostałam wzięta do nieba, (na co trochę liczyłam). Za to odbiło mi się po wodzie, więc zajrzałam do internetu.

Nie wierzyłam dotąd w różne magiczne terapie, może dlatego, że brakowało mi konsekwencji. Ale jak policzyłam, że na wodę w całym zeszłym roku nie wydałam tyle, ile kosztuje trzy tygodniowy zestaw Diu Vitam, i to gdy się pije po jednej malej buteleczce dziennie, nabrałam motywacji.

No nie mogę tego zmarnować! – pomyślałam z wrodzoną przekorą, bo jakże to, nawet najdroższa woda na świecie w magiczny sposób miałaby mnie uzdrowić…? Zepsute geny, zepsuty cały organizm, to boskie arcydzieło zmarnowane nie wiadomo przez co…? Miałoby się naprawić przez wodę, może i życia, ale tylko wodę…?

No nie wierzyłam. Wybaczcie, ale naprawdę nie mieściło mi się to w głowie. Picie wody znaczyło dla mnie tyle, co śpiewanie w barze szamańskich pieśni w odorach marihuany. Może i miło, ale nie ma szans, by cokolwiek to pomogło, nawet tym najbardziej podatnym na placebo.

Ja podatna nie byłam. Dlatego z żelazną konsekwencją zaczynałam dzień od Diu Vitam. Skoro mam obalać zabobony, mity i nieprawdę, musiałam podejść do tego z naukową determinacją.

Nie ukrywam, kosztowało mnie to naprawdę dużo wysiłku. Jak się nie lubi i nie pije zwykle wody, to naprawdę wymaga samozaparcia. Zwłaszcza zimnym rankiem, kiedy zamiast wody marzy się o ciepłym latte.

Mat prasowe

Mat prasowe

– No proszę! – wykrzyknął lekarz endokrynolog z prawdziwym zachwytem, gdy po trzech miesiącach dostarczyłam mu nowe, świeżutkie i prosto z laboratorium wyniki moich badań – Można było!

Skinęłam głową, zadowolona, że docenił mój trzymiesięczny wysiłek.

– Tak, już nawet przyzwyczaiłam się do picia tej wody… – zaczęłam nieśmiało, bo pomyślałam, że to czas, by nastąpiło trochę osobistych zwierzeń, zacieśnienia relacji i pogłębienia miedzy nami więzi.

– Mówiłem! – brutalnie przerwał mi uszczęśliwiony bóg wie czym, doktor – Mówiłem! Przejdzie pani na dietę i zacznie się ruszać i wszystko zacznie wracać do normy!

Nosz, cholera!

Co za matoł jakiś, jakim cudem on te studia skończył…?! – Nie przeszłam na dietę! – wtrąciłam zirytowana, bo on, jak każdy facet chyba, w ogóle mnie nie słuchał! – Zawsze zdrowo się odżywiałam i uprawiałam sporty, teraz zaczęłam pić wodę… – zaczęłam tłumaczyć.

– Nie przeszła pani na dietę…?! – znów przerwał mi niebotycznie zgorszony Doktor. – Przecież mówiłem! No to niech pani przejdzie, jak najszybciej! Szkoda marnować takie wyniki!

Chwila minęła. No i po więzi. Tym bardziej, że Doktor zaprosił kolejnego pacjenta, więc siłą rzeczy, usunęłam się w cień. I metaforycznie, i dosłownie – bo wstając z krzesełka, wyszłam z plamy słońca wpadającej przez okno.

– Do zobaczenia za trzy miesiące! – powiedziałam z żalem w drzwiach, i wyszłam. I tak był stary i brzydki – pomyślałam mściwie, ale zgodnie z prawdą – ja za to chudnę i coraz lepiej czuję się sama z sobą! Tu też nie kłamałam.

Magiczna siódemka butelek, pomnożona razy siedem tygodni, spotęgowała efekt doskonałości, choć przez logików zostanie to uznane za niemożliwość.

A jednak, proszę państwa! A jednak. Efekt – widoczny gołym okiem, choć niektórzy w okularach dojrzą więcej szczegółów. Dowód – badania. W tej chwili książkowe.

Stosunek do czarnych kartonów…? W tej chwili mocno egzaltowany, ale to wynik prawdziwego uwielbienia.

Tak, kocham wodę. Kocham Diu Vitam. Gapię się na siebie z rosnącą przyjemnością i nic na tę nową miłość nie mogę poradzić.

Pozdrawiam Was serdecznie

Anna Powierza


Lifestyle

Zakończona przyjaźń boli bardziej niż zakończony związek

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
10 sierpnia 2016
fot. iStock/Stefano Tinti
 

Żyjemy w kulturze, która wysoko stawia romantyczne związki, skupione na szczęściu i wspólnym życiu. I nawet fakt, że wiele młodych kobiet wybiera świadome bycie singielką lub związki bez zobowiązań, w ostateczności i tak każda łapie się na tym, że dobrze byłoby kogoś mieć obok na stałe. Nie przyjaciela czy przyjaciółkę, ale partnera. Tymczasem to właśnie czysta przyjaźń jest największą wartością, a jej koniec może okazać się bardziej bolesny od zakończenia związku.

Pierwsze koty 

W dzieciństwie każda z nas miała kilka bliskich koleżanek, których nie bała się nazywać przyjaciółkami. Pewnie planowałyście wspólne mieszkanie, ślub z ukochanym w tym samym dniu i dzieci w tym samym wieku. Jeżeli nadal się przyjaźnicie, należą się wam ogromne gratulacje! Niestety dla większości to duchy przeszłości, z którymi teraz kontakt ogranicza się do „wszystkiego najlepszego” na facebookowej tablicy w dniu urodzin. Zazwyczaj ta relacja kończy się z ustaleniem zupełnie innych celów na przyszłość, które nie do końca zgadzają się z poglądami drugiej osoby. Właśnie te pierwsze przyjaźnie uczą nas postępowania przy kolejnych, a jak wiadomo Polak jest mądry po szkodzie już od najmłodszych lat.

Romantyczne dramaty

Wszędzie czytamy, jak poradzić sobie po rozstaniu z facetem. Dużo płaczu, jeszcze więcej wina i Bridget Jones – oto klasyczny zestaw na zakończenie związku. W jednym z małych, osiedlowych sklepów w Katowicach powstały nawet kosze prezentowe z okazji rozstania. Pięknie zapakowane w celofan, z ogromem słodyczy i alkoholu.

Nawet wśród smutnych piosenek nie ma co szukać tych o zakończonych przyjaźniach. Świat jakby odrzuca wartość przyjaźni lub fakt, że trzeba dbać o nie dokładnie tak samo jak o związek. Przyjaciele może i są obok zawsze, kiedy ich potrzebujemy, ale kiedy przestaniemy zauważać, że mają swój świat i swoje problemy, nagle możemy zostać sami. Także z tymi romantycznymi dramatami, bo on zapomniał o pierwszej rocznicy pocałunku, albo spojrzał na tyłek przechodzącej obok laski.

Codzienna pielęgnacja 

Nawet niepodlewany kaktus usycha, a co dopiero relacje międzyludzkie. Mówi się, że z prawdziwym przyjacielem możesz nie widzieć się przez cały rok, a kiedy się spotkacie i tak rozmawiacie jakbyście widzieli się wczoraj.

Ok, to prawda, ale czy to oznacza, że krótki SMS czy mail byłby zbrodnią? Kiedy trzy lata temu zaczęłam podróżować, spełniając swoje marzenia i wsiąkając w wymarzony światek, byłam tak zaabsorbowana wszystkim dokoła, że rozmowy z przyjaciółmi, których zostawiałam na miejscu ograniczały się do „hej, przyjedziesz po mnie na dworzec?” I zawsze przyjeżdżali, choć była trzecia nad ranem, a za kilka godzin czekały ich ciężkie godziny spędzone w szkole czy pracy. Dopiero kiedy wróciłam z ostatniej wycieczki przed dłuższą przerwą zorientowałam się, że coś nie gra, czegoś brakuje. Brakowało mnie i mojego zaangażowania, które byłoby silniejsze niż nocne wypady do McDrive’a czy krótka rozmowa na komunikatorze.

Fundamenty na przyszłość

Kiedy na głowę ktoś wylewa ci wiadro lodowatej wody, a nie jest to Ice Bucket Challenge, zaczynasz się zastanawiać, co zrobiłaś źle. W przypadku związku masz milion pomysłów, bo o to naprawdę się troszczymy. Zależy nam na miłości, która ma przetrwać do końca naszych dni.

Jednak do kwestii trwałości przyjaźni nie podchodzimy już z takim zaangażowaniem. Bo skoro jest dzisiaj, to dlaczego miałoby jej nie być jutro? W pewnym momencie każdy z nas idzie w swoją stronę i tylko mając solidne fundamenty, zawsze będziecie do siebie wracać – na kawę czy długie rozmowy. W przeciwnym razie, możesz zostać ze złamanym sercem. Tak, to nie żart. Zakończona przyjaźń boli bardziej niż zakończony związek. Facetów można mieć wielu, ale prawdziwych przyjaciół można policzyć na palcach jednej ręki.

Koniec, wcale nie początek

W końcu nadchodzi ten moment, kiedy kolejna kłótnia jest tą ostatnią. I nie ma odwrotu, bo padło za wiele słów. Serce rozdziera się na milion kawałków, a ty tak naprawdę nie wiesz dlaczego. Przecież nie rozstałaś się ze swoim idealnym facetem. Rozstałaś się z osobą, która jest ci o wiele bliższa. Ale jak to, przecież partner też jest przyjacielem! Wmawiałam sobie dokładnie to samo. Na szczęście ktoś bardzo mądry postanowił mi to wytłumaczyć.

Będąc w związku, kochając kogoś, zaczynasz izolować mu złe, przykre informacje, które mogłyby go zranić. Tu wcale nie chodzi o kłamstwo, ale o ochronę. Kiedy kochamy, chronimy. To normalne. Przyjaciółce za to powiemy wszystko, bo jest obiektywna i nawet jeżeli traktujemy ją jak siostrę, ma do wszystkiego zdrowy dystans. To właśnie jej powierzałaś wszystkie tajemnice, tańczyłaś na deszczu, płakałaś na schodach, upijałaś się do nieprzytomności… To rozstanie boli tak bardzo, bo dobrze wiesz, że nie znajdziesz drugiej takiej przyjaciółki. Dlatego zamiast leczyć, lepiej zapobiegać i dbać o tę relację.


Lifestyle

Problem z wypryskami na twarzy? Sprawdź, czy nie popełniasz tych kilku błędów

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
10 sierpnia 2016
Fot. iStock/skynesher

W trosce o stan naszej skóry sięgamy po różne metody pielęgnacji. Wygląd cery jest niezwykle istotny, tylko zadbana buzia, bez wągrów i wyprysków przynosi kobiecie satysfakcję z własnego wyglądu. Nic dziwnego, żadna z nas nie ma ochoty wyglądać przez całe życie, jakby nadal przechodziła okres dorastania. A właśnie z tym kojarzą się pryszcze, na które uskarżają się dziewczyny, które dawno już przekroczyły 20 rok życia. 

Gdy mimo odpowiedniej pielęgnacji twarzy oraz upływu czasu, pojawiają się od czasu do czasu punkty zapalne na skórze, od razu zachodzimy do głowy, co mogło się stać, że nagle wyskakuje na czubku nosa czy brody ta wątpliwa ozdoba. Nie licząc problemów hormonalnych, dietetycznych oraz zaniedbań pielęgnacyjnych, powody powstawania pryszczy u młodych kobiet bywają prozaiczne.

Te codzienne czynności mogą powodować powstawanie pryszczy

Czasem bezwiednie powtarzamy z przyzwyczajenia niewinne czynności, które nikomu przecież nie szkodzą. A jednak efektownie mogą wpływać na pogorszenie stanu cery i powstawanie wyprysków, czasem tylko w jednym, tym samym miejscu. Oto lista niepozornych czynności, którym warto przyjrzeć się bliżej.

1. Namiętnie usuwasz sebum i wysuszasz skórę

Kosmetyki do oczyszczania twarzy kupujesz z jak najlepszą intencją. Tylko sięgając po preparaty, które mają ochronić twoją skórę przed zalewem sebum i pryszczami przez zawartość silnie działających składników, zamiast ją pielęgnować, przesuszasz. Ściągnięta i odkażona skóra nie jest gwarantem idealnego wyglądu. Szczególnie gdy krostki dopadają cię od czasu do czasu, lepiej odpuść agresywną profilaktykę. Przez to możesz doczekać się podrażnienia skóry, nasilenia zmian i produkowania większej ilości sebum, a więc i tendencji do krostek. Zamiast zbyt silnych kosmetyków, wybierz dla siebie takie, które dedykowane skórze z kłopotami, zawierają jak najwięcej naturalnych, roślinnych składników. Pamiętaj, nawilżanie — tak, przesuszanie — nie.

2. Malujesz się kosmetykami ze szkodliwym składem

Kolorowe kosmetyki wydają się w kobiecej kosmetyczce niezastąpione. Makijaż dodaje uroku, pozwala zamaskować niedoskonałości, ale jego nadmiar lub stosowanie podejrzanych kosmetyków, przyczyni się prędzej do powstania problemów niż poprawy stanu cery. Sprawdź skład kosmetyków, jakich używasz i zwróć uwagę, by nie zawierały:

Sztucznych barwników – jeśli na etykiecie znajdziesz oznaczenie FD & C, to znaczy, że produkt ma sztuczne barwniki mogące podrażniać skórę.

Sztucznych zapachów – mogą podrażniać skórę i przyczyniać się do powstawania trądziku. Staraj się używać jak najwięcej bezzapachowych produktów.

Lanoliny – choć jest dobra dla skóry suchej, nie zawsze sprawdzi się przy cerze mieszanej z tendencją do trądziku.

Oleju mineralnego –tworzy warstwę na skórze, zatrzymując martwe komórki skóry i bakterie, które są przyczyną trądziku.

Ropy naftowej – skóra nie potrzebuje więcej tłuszczu, w dodatku wysuszającego i zapychającego pory

Mirystynianu izopropylu –dzięki niemu skóra wydaje się mniej tłusta, jednak w rezultacie zapycha pory i powoduje podrażnienie skóry.

3. Nie czyścisz pędzli do makijażu

Ani ich nie czyścisz zbyt często, ani nie wymieniasz na nowe. A na gąbeczkach, pędzlach czy szczoteczkach poza resztkami kosmetyków, można znaleźć martwy naskórek, bakterie, które za każdym razem rozcierasz sobie na twarzy, oraz pozostawiasz na samych kosmetykach, gdzie się namnażają. Pamiętaj o tym, by po użyciu umyć przybory.

4. Ociągasz się ze zmianą pościeli

Są tacy, którzy uwielbiają spać na sztywnej, wykrochmalonej pościeli, i tacy, którzy preferują miękkie, delikatne tkaniny otulające podczas snu. Natomiast mało kto z radością zabiera się za częstą zmianę pościeli, której trzeba jednak poświęcić trochę czasu na prasowanie, wietrzenie i powlekanie. Ale warto się wysilać częściej, ponieważ na zbyt rzadko pranej i zmienianej pościeli gromadzą się bakterie i roztocza żerujące na ogromnej ilości martwych komórek naskórka. W efekcie każdej nocy przytulasz twarz do siedliska zła, wycierając w nie skórę twarzy. Podobnie rzecz ma się z ręcznikami. Ten do twarzy powinien wisieć osobno i być często zmieniany lub zamiast tego używaj jednorazowych ręczników papierowych.

5. Podpierasz twarz ręką

Niewinne podpieranie twarzy podczas pracy intelektualnej, zamyślenia czy czytania książki i kłopoty mogą pojawić się w jednym miejscu. Tam, gdzie stale wywieramy nacisk na skórze, następuje jej podrażnienie i mogą pojawić się wypryski. Na dłoniach znajduje się mnóstwo bakterii, nawet jeśli dbasz o ich higienę. Dotykając kartek książki, klawiatury komputera czy telefonu, przenosisz to później na skórę. A że najczęściej zastygamy w takim podparciu, kłopoty mogą pojawić się szybko i stale w jednym miejsc, np. na brodzie lub policzku.


 

źródło: dzielnicastylu.pl


Zobacz także

Droga teściowo, żyj i pozwól żyć innym. Jedziemy przecież na tym samym wózku

500 lat kobiecego piękna. Obejrzyj niesamowity filmik, ile obrazów rozpoznasz?

Farba do włosów z Joanny za 12 złotych? Opadły nam szczęki, serio, nie trzeba przepłacać [test redakcji]