Lifestyle

„Szczyt obciachu”? A co to takiego? Skarpetki do sandałów, czy nieznajomość literatury?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
23 sierpnia 2017
Fot. iStock/LaraBelova
 

Lekki wstyd, zażenowanie, poczucie, że „coś jest nie tak”. Czasy się zmieniają, pojęcie obciachu również. To, co kiedyś wywoływało złośliwy uśmiech lub oburzenie – dziś już nie razi. No, a przynajmniej nie dziwi…

Mam znajomą, która robi karierę w bardzo dużej firmie. Firma jest tak duża, że większość osób, które w niej pracują zna jedynie z widzenia. Albo wcale. Niektórych spotyka w metrze, jak półprzytomni próbują jeszcze, choć przez 20 minut jazdy, złapać resztki snu, przybierając pozycję „do mnie nie podchodź, a już na pewno nic nie mów”.  Znajoma spogląda na nich z politowaniem i wyciąga swoją bardzo mądrą książkę o relacjach społecznych w korporacjach. Ale tylko udaje, że czyta. Bo tak naprawdę, to obserwuje. Szpieguje, żeby być precyzyjnym, bo taką ma konfidencką naturę.

I pewnego dnia, dzwoni do mnie i mówi tak: „Wiesz, ale obciach w tym metrze, prawdziwa wioska”. Nie wiem co prawda, czym mieszkańcy wiosek zasłużyli sobie, by słowo „wiejski” zyskało tak pogardliwe znaczenie, ale rozumiem, że to chyba sfrustrowanym „miastowym” zabrakło odpowiedniego słowa w słowniku.

– No więc – kontynuuje znajoma – Ta plaga trwa od kilku lat. Wystarczy powąchać torebkę z Zary, żeby wiedzieć, co asystentka z księgowości będzie jadła na śniadanie.

Ponieważ nie wierzę własnym uszom, zaraz spieszy w wyjaśnieniami. Okazuje się, że torebka z napisem „Zara” to hitowy lunch box. Nawet jeśli jest tak sfatygowana, że straszy dziurami. Ale to nie szkodzi, ważne, żeby było widać charakterystyczny napis. Z takiego właśnie, najmodniejszego opakowania wydobywa się rano zapach… kiszonego ogórka. Albo pasty rybnej lub przygotowanych do odgrzania – pierogów ze szpinakiem.

W metrze można być rano obciachowym na wiele innych sposobów. Na przykład wsiąść na stacji początkowej prężnym susem, żeby na pewno mieć miejsce, a następnie wyciągnąć z torby kosmetyczkę, której nie powstydziłaby się makijażystka gwiazd i… zacząć się malować. Ale tak naprawdę, od A do Z, od samusieńkiego podkładu po ostatnie machnięcie (koniecznie czerwoną) szminką. Trzeba tylko uważać z nakładaniem tuszu, kiedy pociąg hamuje, żeby sobie szczoteczki w oko nie wbić. Kto bardziej wprawny, da radę.

Osobiście uważam, że w porannym metrze zdecydowanie obciachowi są młodzi mężczyźni w eleganckich garniturach, zbyt śpiący i zbyt zmęczeni, by ustąpić miejsca starszym osobom, albo dźwigającym na rękach swoje dzieci mamom. To dopiero obciach spuszczać nieśmiało wzrok na widok kobiety w ciąży albo starszego pana o lasce.

Na wakacyjnej plaży szczytem obciachu, choć nieco mniejszym, jest podobno kąpiel z różowym flamingiem i spacer na Morskie Oko z torebką z Biedronki i w charakterystycznych klapkach (założonych oczywiście na skarpetki). Pomijając walory estetyczne tego ostatniego ekscesu, klapki w górach to po prostu duże ryzyko, że się dozna skrętu kostki…

Czasy się zmieniają, nasza tolerancja na różne zachowanie również. Pamiętam, że kiedy w liceum miałam koleżankę, która chcąc zaimponować naszej polonistce ustawiała na ławce, grzbietem do nauczycielskiego stolika książki, największym klasowym obciachem było, kiedy się okazało, że żadnej z tych książek nie przeczytała. Dziś może zażenowanie wywoła fakt, że się chociaż kojarzy nazwiska autorów z tytułami tych dzieł. Dziś, obciachem jest nie mieć telefonu i nie być „na bieżąco”…

Ale największego obciachu nic nie przebije. Być na tyle małostkowym, by zwracać na to wszystko uwagę i komentować – głośno, albo za plecami. Zaglądać innym w ich życie i dawać sobie prawo do tego, by nazywać je… obciachowym. Nie uważacie?


Lifestyle

Świat jest pełen dobrych facetów… Szkoda, że widzisz w nich jedynie przyjaciół

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 września 2017
Fot. iStock/pixelfit
 

Spotkać miłość i minąć ją, nie rozpoznać, pójść w innym kierunku… Myślisz, że to niemożliwe? Pomyśl, przecież wciąż szukasz, znajdujesz kogoś na chwilę, rozstajesz się i powtarzasz: „Nie, na tym świecie nie ma już fajnych facetów, wszyscy naprawdę warci mojej uwagi, emocji, energii są zajęci”. Tymczasem gdzieś, całkiem niedaleko ciebie znajduje się ktoś, kto dla ciebie jest jedynie „świetnym przyjacielem”. Nie dopuszczasz do siebie myśli, że gdybyś potrafiła zobaczyć w nim kogoś więcej niż tego „świetnego przyjaciela”, odnalazłabyś szczęście w związku.

Na pewno go spotkałaś, choć raz. Myślisz o nim ciepło, z przyjemnością, dobrze się rozumiecie. Czujesz, że chcesz być blisko niego, ale się boisz. I może nawet dziwisz się: „Jak to możliwe, że taki fajny, dobry chłopak jest ciągle sam? Głupie te dziewczyny…”.  Raz czy dwa w twojej głowie pojawiła się ta myśl: gdyby tylko był trochę INNY… Inny, to znaczy jaki? Wyższy, szczuplejszy, o innym kolorze oczu, gdyby inaczej się ubierał. Zmieniłabyś w nim to i jeszcze kilka innych rzeczy… Wtedy byłby idealny.

Zaraz, zaraz, czy nie byłaś już z „idealnym”? Twoja ostatnia miłość… Jeszcze się z niej nie wyleczyłaś. Wysoki, zielone oczy, blondyn. Zabierał cię nad morze, żeby o zachodzie słońca wyznawać ci miłość i obiecywać, że będziecie razem już zawsze. A potem wracaliście tutaj i stawał się zimny, obojętny, zajęty swoimi sprawami, sobą… „Nie płacz, mała” – powtarzał zniecierpliwiony, gdy mówiłaś, że nie rozumiesz tych zmian, tej niepewności, tego „szarpania się” z emocjami. Kupował ci bilet na koncert Chrisa Botti i zostawiał kwiaty na poduszce, a potem znikał i nie odbierał telefonów. Mówił, że go ograniczasz, że inaczej rozumiecie słowo „związek”. A najlepiej, jakbyś tego słowa za często nie wypowiadała. Płakałaś – niecierpliwił się, więc nauczyłaś się płakać po cichu, niewidocznie.

Co mówił wtedy przyjaciel? Że jesteś wspaniała, że zasługujesz na wszystko, co najlepsze… Że nie warto… Wiedziałaś, że ma rację, wzięłaś od niego to, co ci dał i zrobiłaś z tym to, co chciałaś… Od „idealnego” odeszłaś w końcu, poraniona, ale wolna. Z przyjacielem spotykasz się czasem na kawie. I nadal myślisz, że szkoda, że jest sam. Zasługuje na kogoś wspaniałego, kogoś, kto go doceni. Ty? Nie, skąd. Nie byłabyś z nim szczęśliwa, on z tobą zresztą też nie. Naprawdę jesteś tego aż tak pewna?

W liceum miałaś kolegę, Piotra. Lubiłaś go bardzo, ale nigdy nie wydawał ci się interesujący „w ten sposób”. Może dlatego, że twoja mama (inne mamy też) była nim zachwycona. Kiedy umawiałaś się na randkę ze starszym kolegą, kłamałaś, że idziesz się spotkać z Piotrem. Wtedy była spokojna.

Mamy jakoś to wiedzą. I przyjaciółki. Powtarzają: „Daj mu szansę, to taki miły, dobry chłopak, ma w sobie tyle ciepła, dba o ciebie, ufam mu”. Ale ciebie nie interesuje ten miły, dobry chłopak. Ty chcesz „czegoś więcej”, czegoś „lepszego” niż ta jego zwyczajność. Przygody, namiętności, emocji. Łez. Bo gdzieś usłyszałaś, że prawdziwa miłość to też cierpienie.

A na studiach? Goniłaś za jednym brunetem, pochmurnym i smutnym jak James Dean. Jasne, że złamał ci serce, jasne, że cierpiałaś, a przyjaciel (ten, o którym zawsze myślałaś, że mógłby być całkiem przystojny, gdyby był wyższy) pocieszał cię jak umiał najlepiej. I oczywiście, że nic się nie nauczyłaś, bo twój następny związek był jeszcze gorszy. Pogubiłaś się, chcąc stworzyć idealną historię miłosną, happyend. Wciąż okazywało się, że ci, którzy mieli cię uszczęśliwić – krzywdzili. I nadal wchodzisz w ten ciąg złych relacji z mężczyznami, którzy nie są dla ciebie. Zastaw cech obowiązkowych? Twój wymarzony mężczyzna musi mieć w sobie tajemnicę, wzbudzać ciekawość, której nigdy nie zaspokoisz. UZALEŻNIENIE.

Przyjaciel czeka, gdzieś za drzwiami, na progu. Gdybyś tylko podjęła ryzyko, wpuściła go do środka… Na początku będzie może dziwnie, niezręcznie. Ale szybko zobaczysz różnicę. Zobaczysz w nim kogoś, kto jest dla ciebie „zawsze”, kto o ciebie dba. Z kim ci jest dobrze.

Świat jest pełen wspaniałych mężczyzn. Cichych, nie narzucających się, nienarcystycznych. Kochających mądrze, kochających dobrze.

Kłopot w tym, że nie potrafisz zobaczyć w nich kogoś więcej niż przyjaciela. Odpuść, nie trzymaj się dłużej swoich nierealistycznych oczekiwań. Przecież każda z nas zasługuje na najlepszego faceta na świecie. Każdy najlepszy facet na świecie zasługuje na nas.


Lifestyle

Kobieta jest lustrem swojego mężczyzny… o ile jest w formie. Panowie, szanujcie swoje partnerki, nie wypisujcie bzdur

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 sierpnia 2017
Fot. iStock/jacoblund

Jeśli kochasz, traktujesz kogoś fair. Spontanicznie, naturalnie. Po prostu. Jeśli kochasz, szanujesz. Nie patrzysz na ukochaną osobę przez pryzmat jej ciała –  towaru, którym możesz „przyszpanować” wśród znajomych. Nie wymagasz od partnerki, żeby była twoim „odbiciem”, by rezygnowała z siebie dla twojego ego, byś mógł poczuć się lepiej. To takie proste, więc dlaczego tak trudno to zrozumieć? Kobieta nie jest dodatkiem do mężczyzny, ona jest osobą wchodząca w związek z nim na takich samych zasadach.

Jest sezon urlopowy, jeden z posłów (imię, nazwisko i przynależność partyjna nie są tu istotne) chwali się na Twitterze wysokimi temperaturami i … swoją narzeczoną. Ściślej mówiąc, jej atrakcyjnym ciałem w kostiumie kąpielowym. Robi to w sposób obrzydliwy i nieudolny. Pod zdjęciem kobiety w bikini podpis, którym pan poseł rozwiewa wątpliwości czytających (co do wieku narzeczonej oraz tego czyja ona jest): „Moja Aga ’72 w formie”. Zagotowało się we mnie. Czy można być bardziej bezmyślnym?

Pani Adze gratuluję i formy i wakacji, ale narzeczonego to już nie. Nie wiem, jakie stosunki panują w domu pana posła, co mu wolno, a co nie. Ale chwalenie się ciałem żony czy partnerki jak, za przeproszeniem, robi się to podczas prezentacji krowy na wystawie zwierząt hodowlanych, to dla niej żadna chluba, a raczej żenada i wstyd. Po pierwsze, pan poseł zasugerował, że jego ukochana jest co prawda stara, ale się „dobrze trzyma”. Trochę jakby mówił o swoim dziesięcioletnim samochodzie – „swoje przejechał, ale jeszcze nie rdzewieje”. Po drugie, potraktował ją przedmiotowo. Niezależnie od tego czy zdjęcie zostało zamieszczone za zgodą partnerki, czy to zwykła samowolka, wyszło na to, że pani Aga jest dla pana posła jedynie atrakcyjnym trofeum, które można z dumą (jeszcze!) pokazać kolegom. Co napisze o niej za kilka lat? A może wymieni ją na „nowszy model?”.

Kilka dni temu kolejny „kwiatek”. Znany metafizyk coachingu chwali się na Facebooku swoją żoną. Że jest taka piękna, że mężczyźni zaczepiają ją na ulicy (zawsze mi się wydawało, że takie zaczepki są raczej dla kobiety mało przyjemnym przeżyciem), ale to nie szkodzi, bo ona co wieczór wybiera jego. Że zrezygnowała dla niego z kariery naukowej, że ma swoje zdanie (to naprawdę wspaniała wiadomość), ale decyzje podejmuje tak, by było dobrze dla wszystkich. Że jest „rzekomym ideałem”, a on się stara… I, że on mówi o niej „dobrze” przy innych. Znowu poczułam się dziwnie. Jak wielu mężczyzn mówi o swoich żonach „dobrze” przy innych, ale bardzo „źle” do nich samych? Na koniec znany coach uściśla, żeby nikt nie miał wątpliwości, że kobieta jest odbiciem swojego mężczyzny…

Co właśnie powiedział o swojej żonie? Nic konkretnego.  Ale o sobie powiedział bardzo dużo. Dał do zrozumienia, jaki jest jego stosunek do kobiet.  Należy nimi sprawnie manipulować. A ukochaną ceni za to, że dzięki niej może się realizować i łechtać swoje ego. Wszystkie słowa, które do niej kieruje, kieruje w „jakimś celu”, żeby wywołać korzystny dla siebie efekt. W końcu w swojej dziedzinie jest specjalistą.

Jak długo jeszcze panowie będą wmawiać swoim partnerkom, że muszą być „jakieś” dla swojego mężczyzny, a nie dla samych siebie…? Jak długo będziemy tkwić w tym stereotypowym myśleniu, że kobieta od swojego mężczyzny jest w jakiś sposób zależna, że żeby być „świetna”, musi zyskać aprobatę w jego oczach?

Drodzy panowie! Zacznijcie traktować swoje partnerki, a może w ogóle inne kobiety, serio. Nie jak trofeum, nie jak dodatek, nie jak dopełnienie waszej wspaniałej osobowości („Czymże byłbym bez niej? Tym samym, ale odrobinę mniej doskonałym”), ale jak człowieka, takiego samego jak wy. Kogoś, kto ma swoje ambicje, plany, marzenia, kto realizuje się zawodowo i chce mieć udane życie osobiste, tak jak wy. Kogoś, od kogo nie będziecie wymagać rezygnacji z siebie, ale raczej wesprzecie w dążeniu do rozwoju i realizacji jego celów. Przestańcie mylić miłość do drugiej osoby z miłością własną…

A na koniec, chciałabym wam jeszcze powiedzieć, że miarą męskości jest dyskrecja. To, co intymne, zachowajcie dla siebie.