Lifestyle

Portret Kobiet Sukcesu

Poli Ann
Poli Ann
30 kwietnia 2019
Fot. iStock / MangoStar_Studio
 

Portret Kobiet Sukcesu

Marlena

Czesała wszystko i wszystkich. Od zawsze. Ledwo chodziła, ale włosami czyimiś musiała się pobawić. Dziś ma 40 lat i nadal uśmiech dziecka, gdy kogoś ma czesać. Zupełnie jak gdyby dostała nową zabawkę. Drobna, niewysoka, zawsze w trampkach i nożyczkami w ręku. W zawodzie od lat dwudziestu właśnie podjęła męską decyzję. Wróć. Kobiecą decyzję, bo postanowiła iść na swoje. Zrezygnować z ciepłej posadki w czyimś salonie i zacząć pracować na siebie. Czemu teraz? Bo ma pewność, że klienci pójdą za nią w ogień. Niektórzy wierni od kilkunastu lat, z którymi zdążyła się zaprzyjaźnić. Zna ich dzieci, wie gdzie pracują, co robią, jakie mają problemy. Bo Marlena prócz nowej fryzury daje tej głowie też odpocząć albo przegadać problem. W sumie powinna brać dwa razy więcej za usługi, bo ma się fryzjera i psychoterapeutę w jednym. Nie było więc obaw, że jej nowy salon padnie. Wręcz przeciwnie. Zapisy ma już na kilka miesięcy naprzód. Gdyby chciała pracować w niedzielę to też by miała pełne obłożenie. Na taką renomę pracowała ciężko kilkanaście lat. Dziś spija śmietankę, ale nie zamierza spocząć na laurach. Nowy salon „Marlene” wymuskany jak pudełeczko za chwilę ruszy pełną parą. Duże lustra, wygodne fotele, pastelowe kolory, dobry sprzęt, ciepłe oświetlenie. Za chwilę wielkie otwarcie i Marlena już wie, że światło gasnąć będzie czasem późnym wieczorem, a ona sama będzie robić dobrze na głowie i w głowie:))

Hania

Ma piękne niebieskie oczy i blond loki. Króciutkie. Nosi kolorowe okulary. Ma przemiłą aparycję. Uwielbia wzorzyste ubrania, w ogóle jest barwna. Może dlatego nie wbiła się w ramy korporacji. Wytrwała trzy długie lata. Raz ją chwalono. Raz wyśmiewano. Ciągła sinusoida. Odeszła niemal z dnia na dzień, bez planu awaryjnego. Zarejestrowała się jako bezrobotna i zaczęła poważniej myśleć o tym, czy nie otworzyć swojego malutkiego biznesu. Była piekielnie utalentowana artystycznie. Lubiła kwiaty. Często tworzyła dla siebie i znajomych oryginalne kompozycje. Uwielbiała malować na szkle i wyrabiać różne formy z masy solnej. To była jej moc. Postawiła na talent. Napisała i złożyła wniosek o dofinansowanie. Przeszła szkolenia i po kilkunastu tygodniach dostała zielone światło. Mieszkając z córką w dwóch pokojach stwierdziła, że musi dać radę. Córka do szkoły, ona do roboty. Z namiętnością tworzyła piękne kompozycje kwiatowe. Ma szkle malowala krajobrazy, a spod jej palców z masy solnej wychodziły anioły, zwierzęta, kwiaty, krasnale i postacie z bajek. Facebook okazał się być oknem na świat. Najpierw nieśmiałe klientki i kilka polubień. Potem poczta pantoflowa i machina ruszyła. Hanka ma czasem tyle zamówień, że nie wie w co ręce włożyć. Córka pomaga. Klientela zadowolona. Można mówić już głośno o sukcesie. Hania woli po cichu i odpukuje w niemalowane (to jej szkło), by nie zapeszyć;)

Elwira

Jest wysoka i dość okrągła. Rumiane poliki, duży biust, donośny głos. Lubi się śmiać. Trudno jej nie zauważyć i nie usłyszeć. Niegdyś księgowa śmiertelnie znudzona biurkiem i cyferkami. Z swojego hobby postanowiła uczynić swój zawód. Zawsze lubiła słodycze. Katować się dietami nie zamierzała, bo i po co, skoro życie tak cudnie smakuje. Ciasta, ciasteczka, torty, babki, babeczki to świat, w jakim czuła się najlepiej i najpewniej. Liczyć umiała to policzyła sprawnie, kiedy i gdzie otworzyć coś swojego. Z biura rachunkowego odeszła. Wykorzystała oszczędności, uzyskała dofinansowanie. Mogła zaczynać. Nazwę już miała „Babeczka”, bo i ona za fajną babeczkę uchodziła, a i wypieki miała wyśmienite.

Nowe osiedle. Tu wynajęła lokal. Przystosowała go. Przeszła pomyślnie wszystkie badania i kontrole. Młode mamy, opiekunki do dzieci, babcie potrzebowały miejsca na pyszną kawę i ciacho, ploteczki, i nawiązanie nowych znajomości.

Elwira trafiła więc punkt. Przytulne wnętrze, domowe wypieki, ona sama charyzmatyczna z sercem na dłoni. To nim właśnie odbiła osiedle. Szybko.Takiej babce przecież „Babeczka” nie mogła się nie udać:)


Lifestyle

Na terapii przepracowuje lęki. Po roku mówi do swojego odbicia w lustrze, że nie była winna… Portret Stalowej Królewny

Poli Ann
Poli Ann
17 czerwca 2019
Fot. iStock
 

Wstęp

Ewa już jako dziewczynka była bardzo wrażliwym dzieckiem i uwielbiała czesać lalki. Mama cudem zdobywała drogie zabawki, by córka mogła realizować pasję. Uczyła się dobrze, ale od dawna było wiadomo, że będzie fryzjerką. Marzyła o tym. Szkoła zawodowa, klasa profilowana fryzjerska. To był jej cel. Praktyki. Czuła się jak ryba w wodzie. Wiedziała, że to chce w życiu robić. Układać czyjeś włosy i życiorysy, bo fryzjer to taki trochę psycholog. Niby nakłada farbę, robi pasemka, ścina końcówki, ale przy okazji wysłucha, poproszony o radę doradzi. Jemu się powie więcej niż mężowi, siostrze czy mamie.

Choć Ewa była tylko praktykantką szybko zdobyła grono klientek. Reklama szeptana działała.

To właśnie w trakcie praktyk poznała Jego. Przyszedł obciąć włosy. Ona akurat była zajęta farbowaniem pani Marzenki, stałej bywalczyni salonu,

i co rusz rumieniła się, gdy On na nią spojrzał.

Przyszedł znów po tygodniu. I wskazując na nią palcem powiedział, że ona zostanie jego żoną. Wszystkie babki w salonie ryknęły śmiechem. Ale troszkę zazdrościły takiego amanta.

Pewnego dnia, kiedy kończyła praktykę czekał z kwiatami pod salonem i zaprosił na herbatę. Potem przychodził po nią pod szkołę. Przystojny i pewny siebie.

Miał dwadzieścia kilka lat i był strażakiem. Dziewczyny puchły z zazdrości, gdy czasem podjeżdżał po Ewę wozem strażackim, bardzo mocno ryzykując naganę przełożonego. Ale czego nie robi się z miłości.

Wszystko potoczyło się szybko. Zakochała się się pierwszy raz. Mocno, aż po koniuszki palców. I była pewna, że to ten jedyny. Był więc ślub. Pięknie wesele. Wynajem kawalerki. Ewa szybko znalazła pracę. Była uwielbiana przez klientki i wiadomo było, że to tylko kwestia czasu aż otworzy coś własnego. Chwilę jednak musiała poczekać. Została żoną, potem dyplomowaną fryzjerką, a po roku i trzech urodziła kolejno dwie córki.

Rozdział 1

Sielanka trwała. Niedługo. Zaczęły się kłótnie o pieniądze. On miał swoje i do życia się nie dokładał. Nie będzie przecież płacił za jej fatałaszki, kosmetyki. A ona ma taki fach w ręku, że ma rachunki na pewno starczy. Dzieciom kupuje za dużo, a jeść też powinna mniej, bo się spasła. Niech oszczędza.

Bolało, ale zacisnęła i pasa, i zęby, i dom utrzymywała sama. On miał przecież stresującą pracę. Ewa więc ciągnęła ten wózek, zaczęła ćwiczyć, schudła całe 15 kg. Wyglądała lepiej niż przed ciążą. Chciała do ludzi. Mogli dziewczynki zostawić u mamy i iść do kina, restauracji, ale po co? On twierdził, że przecież film można obejrzeć w domu, herbatę wypić w kuchni. Nie ma co wydawać kasy.

Poszła więc sama. To znaczy z koleżankami, bez męża. Tańczyła i sączyła jednego drinka, żeby na drugi dzień kaca nie mieć. Nawet nie wie kiedy zaczęła z nim rozmawiać. Bez flirtu. Tak po koleżeńsku. Usiedli przy barze. Drinka nie chciała od obcego faceta, ale wodę tak. Podając szklankę wylał trochę na jej nogi. Odwróciła się na chwilę, po chusteczki, by się wytrzeć. Dziewczyny właśnie postanowiły już iść. Chciały ją zabrać, ale ona trzeźwa, blisko mieszka to wróci sama. Facet nie wyglądał ma zbira. Miał obrączkę, mówił o żonie. Wyszły szybko, bo Jolka była zrobiona.

Gadali jeszcze chwilę, a jej zaczął wirować świat przed oczami. On ją trzymał w pół. Ewa pamięta jak przez mgłę stukot swoich szpilek po chodniku i jakąś bramę. Jest taka słaba, a on chyba rozpina jej te mokre spodnie. Potem dziura. Nad ranem z bólem głowy wraca do domu. Ledwo idzie. Szybko dość orientuje się, co się stało. Budzi męża, chce na policję. Mąż zabrania. Ma kumpli na komisariacie, będą się z niego śmiali, że żona po nocach się puszcza. W Internecie doczytuje, że po pigułce gwałtu w organizmie śladu już raczej nie ma. Jak nie krwawi to niech pobędzie w domu. Przecież nic nie pamięta, więc po co aferę robić.

Ewa przerażona słucha męża. Boli i ciało, i dusza. Chce jej się wyć. Patrzy w lustrze na siebie z obrzydzeniem, choć jeszcze nie tak dawno bardzo się sobie podobała. Nie je, nie śpi, gapi się w sufit. Dzieci ją motywują, by co rano wstała. Mąż zawozi je do teściowej, a Ewa w pracy bierze urlop. Po miesiącu chudsza o prawie 10 kg, na granicy anoreksji, sama idzie na terapię. Mąż udaje, że problemu nie ma. Wścieka się, gdy ona odmawia mu bliskości, więc Ewa co jakiś czas zamyka oczy i mają szybki seks, po którym ona zawsze wymiotuje.

Na terapii przepracowuje lęki. Po roku mówi do swojego odbicia w lustrze, że nie była winna, że nie prowokowała, że jest piękną i mądrą kobietą. Robi kursy dokształcające. Odważa się na otwarcie własnego salonu. Dostaje dofinansowanie z urzędu pracy. I co najważniejsze ma siłę odejść od tego, co ciągle ciągnął ją w dół. O dziwo on zgadza się na rozwód i po jednej rozprawie nie są już małżeństwem. A Ewa odbiwszy się od dna, płynie z nurtem wierząc, że teraz już wszystko będzie dobrze. Nie wie, że po drodze zdarzą się wiry, a ona niebezpiecznie szybko się do nich zbliża…

Rozdział 2

Pracuje dużo. Dzieci w żłobku lub, gdy chorują, u mamy. Ma dużo klientek, cieszy się dobrą opinią. Z byłym mężem ma słaby kontakt, który przerywa jego nagła śmierć.

Dzień mija za dniem, aż pewnego dnia do salonu wchodzi bóg. Piękny młody mężczyzna. Druga fryzjerka, którą Ewa zatrudnia skacze nad nim, a ona nauczona doświadczeniem nawet na niego nie patrzy. Już raz tak kogoś poznała. Związek był porażką. Drugi raz do tej samej rzeki nie wejdzie. Ale bożyszcze przychodzi regularnie. Opowiada o sobie i kątem oka spogląda na Ewę. A ona jak skała nie daje się zmiękczyć. A jak wiadomo kropla drąży …

Po pół roku poszli na kawę. Trwała do 5 rano. Nie piła alkoholu, pilnowała szklanki i wysyłała przyjaciółce SMS co godzinę z informacją, że wszystko ok. Był spokojny, nienachalny, inteligentny. Po miesiącu wpadła po uszy. Był kawalerem, pracował fizycznie wykańczając mieszkania, myślał o założeniu własnej firmy, gdy zdobędzie większe zaufanie wśród klientów. Miał poważne plany i zamiary. Pokochał ją i dziewczynki. Wziął wszystkie w pakiecie.

W końcu karta się odwróciła. Ewa miała szansę na normalną rodzinę. Rok było cudownie. Wzięli ślub cywilny, ona kwitła, w pracy dobra passa, w domu bajka.

Długo to jednak nie trwało. Los lubi wystawiać nas na próbę…

Rozdział 3

Lecieli w dół. Po równi pochyłej. Szybciej niż weszli na szczyt szczęścia. Ewa musiała się swoim bożyszczem dzielić. Nie z byle kim. Nie z byłą dziewczyną, nie z jego koleżanką z pracy, nie z teściową, pracą czy pasją. Miała go na spółkę z nałogiem, który coraz bardziej go zawłaszczał. A on pił codziennie. Piwo, wódkę, wina, whisky. Zaniedbywał zobowiązania. Nie pracował, spóźniał się, tracił dobrą opinię w środowisku. Podbierał Ewie pieniądze, kradł ze skarbonek dziewczynek, pożyczał od kolegów i rodziny. Brał zaliczki od klientów na wieczne nieoddanie.

Na alkohol było zawsze, na jedzenie i rachunki niekoniecznie. Gdy wyrzucała go z domu, spał na wycieraczce, płakał, prosił, robił show. Wpuszczała go następnego dnia, a on przez tydzień, dwa, pięć nie pił. Łapał ponownie fuchy i potulnie robił ludziom remonty mieszkań. Oddawał długi, kupował jej i dzieciom prezenty. O siebie też dbał. Nikt by nie powiedział, że takie bożyszcze może mieć jakiś problem. A problem miał. Ogromny. I obarczał nim swoją rodzinę. Ciągnął w dół za sobą. Ewa walczyła. O niego i dom. Wytrzymywała dużo. Dużo za dużo.

Gdy sprzedał po kryjomu pierścionek jej matki i łańcuszek starszej córki, ten od chrztu.

Gdy pod zastaw dał ich obrączki.

Gdy po pijaku rozbił Ewie auto, które wzięła w leasing.

Gdy jej numer telefonu podał swoim klientom jako kontaktowy, a oni wydzwaniali do niej, jak nie dotrzymał terminu.

Gdy upił się do nieprzytomności na jej wigilii firmowej i narobił wstydu wymiotując na środku salonu.

Nawet gdy zaszła z nim w ciążę i brzydząc się siebie, i jego usunęła ciążę. Nie porozmawiał z nią o tym. Nie było go przy zabiegu, bo akurat był w ciągu. Liczyło się tylko czy będzie mógł się napić. Nie interesowała go żona, która następnego dnia po skrobance omal się nie wykrwawiła i tylko dzięki znajomościom w szpitalu ją uratowano, i mogła czuć się anonimowo. Nie było go, gdy znów wpadała w czarną otchłań, obwiniając siebie o zamordowanie dziecka, o brak godziwego pogrzebu, o brak siły, by je urodzić.

Wytrzymała, gdy ją wyzywał, i kiedy sprzątała wymiociny, i fekalia z łóżka.

Gdy kradł jej biżuterię, perfumy, ubrania i sprzedawał, by mieć na alkohol.

Otrzeźwiała, gdy młodsza córka nazwała ją szmatą, bo Ewa zabroniła małej oglądać trzecią bajkę z rzędu. To był pierwszy policzek.

Zaraz potem kolejny. Ukradł jej kartę do bankomatu, telefon i cały utarg z salonu. Wyniósł całe jedzenie z domu, nawet mąkę, cukier, ziemniaki i olej. Wróciła do domu po pracy. Nie od razu się zorientowała. Późnym wieczorem siedziała z dziewczynkami w salonie i płakała, bo po raz pierwszy nie miała dać im czegokolwiek do jedzenia i nie mogła nic kupić. Ani nawet do nikogo zadzwonić. Dziewczynki w końcu posnęły ze zmęczenia. Ona znów gapiąc się w sufit przetrwała noc. Wstała nagle. Wyrwała się z letargu jakby ktoś oblał ją wiadrem lodowatej wody. Rano poszła do sklepu. Na kreskę w osiedlowym kupiła chleb, masło i mleko, łgając, że ukradziono jej całą torebkę. Zadzwoniła stamtąd do mamy. W ciągu dwóch godzin się spakowała. Mieszkanie wynajmowali. Było na szczęście opłacone. Zaplanowała jeszcze dzisiaj wymówić wynajem. I zadzwonić do teściów, by uświadomić im, że odchodzi, że nie ma już siły, że jeśli będą chcieli, dziewczynki będą ich odwiedzać.

Cholernie bała się przyszłości, ale tkwienie w teraźniejszości ją paraliżowało. Czuła jak pochłania ją ta znajoma otchłań, w której tak niedawno była.

Czuła się głodna, okradziona, oszukana, z poczuciem winy. Gorzej być nie mogło. Od teraz mogło być już tylko lepiej.

Rozdział 4

Łatwo nie było. Pożyczyła pieniądze od przyjaciółki, zapłaciła pracownikom, opłaciła czynsz na trzymiesięczny okres wymówienia mieszkania. Pracowała więcej, by odkupić sobie i dziewczynkom ubrania, buty i kosmetyki. Mieszkała u rodziców, bo już tylko u nich czuła się bezpiecznie. Ponownie poszła na terapię. Wyrzuty po skrobance zżerały ją od środka. Gdy ratowała męża przez chwilę nie czuła nic, by za moment poczuć wstręt do siebie samej i niego. Miała ochotę bić się po twarzy, ciąć nawet, by ukarać się za to, że nie dała szansy mu/jej się urodzić. Nie spała po nocach albo śniła koszmary. Znów musiała przepracować traumę. Traumę aborcji i współuzależnienia. Ciężar ogromny. Opadała z sił, do pionu stawiały ją dziewczynki i praca, którą kochała.

Po półtorej roku była w stanie zrozumieć swoje współuzależnienie. Po kolejnych miesiącach powiedzieć sobie spokojnie w twarz, że usunęła ciążę. Była jak ze stali. Hartowana przez życie. Dumna jak królowa, a jednocześnie krucha niczym dziecko. Pełna sprzeczności, rozchwiana, ale uparcie walcząca. O siebie i dla siebie.

Zdobywała kolejne dyplomy, kształciła się, nauczyła siebie nagradzać. Spędzała każdą wolną chwilę z córkami, które pewnego razu zaprowadziła na cmentarz do pomnika dzieci nienarodzonych, spokojnie im mówiąc, że tu leży ich siostra lub brat. Nie podała szczegółów, może gdy będą dorosłe to im wyjaśni.

Od tego dnia, gdy w ten wiosenny dzień poszły na ten cmentarz, bardzo się uspokoiła. Powiedziawszy córkom o nienarodzonym rodzeństwie, zauważyła, że na niebie pojawia się przepiękna tęcza mieniąca się kolorami, jakich chyba nigdy nie widziała. Poczuła na sobie ciepły deszcz, który spływając po jej twarzy zabierał ze sobą łzy. Łzy, których tak wiele już wylała. Poczuła w środku ciepło, jakby ulgę. Bezkresny spokój. Było jej tak dobrze. Nie pamięta, kiedy ostatnio tak się czuła. Silna, pewna siebie, niczym król po wygranej bitwie.

Spojrzała w niebo. Tęcza zniknęła. Pozostała w jej sercu. Od tej pory będzie zawsze ją wspominać w trudnych chwilach. Ewa poczuła, że wtedy pod sercem nosiła córeczkę. Postanowiła nazwać ją Iryda -Tęcza i 5 maja świętować jej imieniny.

Rozdział 5

Wychodziła na prostą. Małymi krokami. Układała życie w kosteczkę, równo, by się więcej nie rozpadło. Czuła się bezpiecznie. Pracowała, dziewczynki otoczone miłością spały już spokojnie. Młodsza przestała się moczyć i wulgarnie odnosić do matki. Starsza zaczęła się uśmiechać i ustały jej bóle brzuszka. Świeciło nad nimi słońce, towarzyszyła tęcza, czasem lekki wiatr, ale nie zakłócał porządku, o który tak długo walczyła.

Postanowiła, że zrobi coś dla siebie. Zapisała się na capoirę. Taniec połączony z elementami walki. Mogła pięknie wyrazić siebie i poczuć się pewnie w swoim ciele. Hartowała się. Założyła niewidzialną zbroję, żeby nikt więcej jej nie skrzywdził, nawet nie zadrapał i żeby mogła się bronić. Stal była jej drugą skórą. Zamknęła się na mężczyzn, na fałszywe przyjaciółki. Otoczyła tylko najbliższymi osobami. Stworzyła sobie mikroświat, w którym osiągnęła stabilizację i wewnętrzną równowagę. Było tak dobrze, łagodnie. Płynęła z nurtem. Myślała o kredycie. Obok bloku rodziców było nieduże trzypokojowe mieszkanie na sprzedaż. Na parterze z ogródkiem. W pobliżu znajome przedszkole i szkoła. Do pracy niedaleko, rodzice w zasięgu ręki. Miała zatem cel. Wiedziała, że to tylko kwestia czasu aż go osiągnie. Odsunęła wszystkie sprawy, które mogły ją rozproszyć.

Po roku już tam mieszkała. Miały z dziewczynami swój pałac. Swoją oazę. Same ją wymalowały, urządziły. Było jasne, przytulne i kobiece. Wcale nie brakowało w nim mężczyzny. A ci wciąż się w jej życiu pojawiali. Mniej lub bardziej natrętni. Tych spławiała od razu. Zarozumiali macho. Tych też skreślała. Czasem trafił się spokojny intelektualista. Ale po jednej, dwóch kawach okazywał się być poranionym i wciąż zakochanym w byłej żonie facetem, politycznym fanatykiem albo mieszkającym z mamusią chłopaczkiem. Tragedia goniła tragedię. Toteż mężczyzn już dawno schowała do pudełka z napisem: „do wyrzucenia”. I było jej z tym dobrze. Kochała dwa razy i dwa razy zapłaciła zbyt dużo za miłość, oddanie i troskę. Teraz uznała, że bez faceta da radę i że jest szczęśliwa.

Pojawił się nagle. Mieli stłuczkę. Z jego winy. Spisali oświadczenia. Miał jej numer i dane. Znalazł ją potem na fejsie. Do salonu wysłał kwiaty z podziękowaniem, że nie wezwała policji. A jej się po prostu do pracy spieszyło. Szkody dużej nie było, więc użerać się nie chciała. A on zaczął pisać. Delikatnie. Po kilka zdań. Najpierw to ignorowała. Potem czytała, czasem odpisała. Na luzie, bez emocji, które już dawno temu wcisnęła pod zbroję. Pisali o sprawach mało istotnych. Potem trochę o życiu. Nie była wylewna. Bardzo ostrożnie podchodziła do tej znajomości. Był kilka lat młodszy. Po długoletnim związku. Bezdzietny, ale nie przeciwny dzieciom. Inteligentny, pracowity. Otwierał ją powoli. Nie zadawał pytań, czekał aż sama coś powie. Nie atakował smsami. Dawał czas. Podziwiał jej pasję do pracy i to jak wspaniałą jest matką. Komplementował urodę i charakter. Poczuła się piękna. Choć wmawiała sobie, że jest tego świadoma bez niego, skrycie pragnęła usłyszeć takie słowa z innych ust niż swoje i usta dziewczynek. Zbroi nie zdjęła, ale miała wrażenie, że stal z której jest zrobiona, staje się ciensza. Wszystko układało się powoli i dobrze. Jeszcze nie mówiła dziewczynkom, że się z kimś spotyka. Bo po co? Była jednak ciekawa jak zareagują. A potem zdarzyło się to, co wbiło ją w fotel. Swój własny fryzjerski i gdyby nie klientka, to pewnie siedziałaby w nim całą noc mówiąc do swojego odbicia, jaka byłaś głupia.

Poszła dzień wcześniej z dziewczynami z pracy na małego drinka. One na drinka, Ewa na wodę. On przyjechał po nią do pubu niespodzianie. Bo nie odbierała telefonu. No super, tylko że ona jeszcze ma spotkanie, w gronie bab i go nie zaprosi. A nie odbierała, bo ma wyciszony. Wyszedł z pubu urażony. Ba, obrażony. I od samego rana jak nigdy cała seria smsów.

Że czuł się jak zbity pies.

Martwił się o nią!

Czemu z nim nie wróciła?!

Zlekceważyła go jawnie wśród swoich znajomych.

Tak się nie robi bliskiej osobie!!!

Miał o niej inne zdanie, a ona sobie z ludzi drwi. Jezu, jaka jest zimna!

Powinna z nim wyjść. Gdyby był ważny to by z nim wyszła. Oddane kobiety tak robią. Widocznie on się angażuje, a ona nie. Bawi się jego uczuciami.

Powinna go zatem przeprosić. I w cztery oczy i wśród znajomych, żeby mógł im się na oczy pokazać. Bo tak to wstyd!

Siedziała oniemiała. Zbyt dobrze znała obwinianie, by dać się podejść. Zbroja natychmiast jakby stała mocniejsza. Odpisała krótko. To jej wstyd przed samą sobą, że w taką relację weszła.

A on napisał coś, czego więcej już nie chciała czytać.

Zakochał się, a ona go rani. Nie szanuje jego uczuć.

Tak się bliskich osób nie traktuje. Nie ma empatii najwyraźniej.

Poczuł jak śmieć. Przerwał oglądanie meczu, by po nią pojechać.

Dzwonił po kilkadziesiąt razy.

Pisał kilkanaście.

Nie może z nim zerwać. Jak to?!

Ona jest dla niego najważniejsza. On też więc powinien.

A ona jak zimna suka, która na niego nie zasługuje.

Z zaskoczeniem czytała jak rozkręcał się w swojej złości.

Czuł się źle i to jej wina.

Jak tak mogła go odrzucić?

Jak można mieć tak lodowate serce i być taką szmatą?

Nie chciałem kochanie, poniosło mnie. Po prostu jestem zły. Przepraszam skarbie.

I wysyła wirtualne kwiaty.

Apogeum było nad ranem, gdy nadal nie odpisywała, a on próbował zwrócić uwagę na siebie wysyłając jej fotkę prędkościomierza. Miał 180 na liczniku, potem 200. I do tego płaczące emotki. Liczył, że ją to ruszy.

Nie ruszyło. Nie odpisywała. Nie odczytywała, co potem pisał. Bo najwyraźniej zabić się nie zamierzał. Manipulacja się tym razem nie udała. Trafił może na sukę, ale nie na naiwną.

Wysłała tylko maila, że nie życzy sobie już z nim kontaktu i że życzy mu szczęśliwego życia.

Poczuła ulgę, a z drugiej strony zawód, że znów trafiła na manipulanta. Że zaufała. Zaczęła się otwierać. Wpuszczać do życia. Czy mam to napisane cholera na czole? Że poszukuję toksycznego faceta, bo mi się nudzi w życiu i za mało mam rozrywki?! – pytała samą siebie.

Po raz kolejny postanowiła dumnie nosić zbroję. Lekka nie jest, ale chroni przed światem. Jest idealnie skrojona, nawet wygodna, jednak jak każda kobieta wolałaby niczym nimfa nosić zwiewne sukienki.

Czy Ewie będzie to dane? Nie wiadomo na razie. Póki co w swojej zbroi czuje się najlepiej. Jak to dobrze, że połysk i metaliczne dodatki są modne w tym sezonie …


Lifestyle

Portret Malkontentki

Poli Ann
Poli Ann
30 kwietnia 2019
Fot. iStock / IG_Royal

Dzwonię do Anki. Z tydzień z nią nie gadałam. Jak na nas to długo. Z reguły choć raz na dzień smsik leci. Przyjaźnimy się od kilku lat. Mamy dzieci, mężów, pracę zawodową i kredyt. I mieszkania w jednym bloku. Przeciętne matki Polki, żony i pracownice. Zalatane, zmęczone, stojące w korkach, wiecznie w niedoczasie współczesne trzydziestolatki.

No więc dzwonię do niej, zagaduję co tam słychać, a ona jak na rozkaz zdaje raport:

Pogoda byle jaka, dość mam, chandry przez to dostałam. Co za kraj.

Taki mamy klimat – ripostuję rezolutnie. To idź do parku, mówię po chwili (mieszkamy tuż obok). Widziałam już pąki, wiosna nieśmiało puka do nas i delikatnie odsuwa chłód, zapraszając ptaki do koncertu. – Uuu, to pojechałam prawie Mickiewiczem.
Ty mi tu nie wyjeżdżaj z poezją – warczy na mnie. Rzygać mi się chce jak to słyszę.
To rusz tyłek i biegaj – zmieniam front. Poruszasz się, chandrę wywalisz, a endorfiny to skutek uboczny.

Usłyszałam tylko westchnięcie. Okres mam – mówi. 

Boli? – pytam retorycznie tylko, bo znam Ankę i jej okres, i wiem, że należy do tych szczęściar, które nie zwijają się z bólu i nie muszą zakładać podpaski XXL, bo inaczej będzie im ciekło po nogach. Comiesięczną przypadłość kobiecą znosi rewelacyjnie.

Zmieniam więc temat, zadowolona ze swojej intelygencji;) 

Jak w robocie? – zagajam wielce oryginalnie. 

A weź nie pytaj – słyszę już podniesiony głos. Anka zaczyna opowiadać, jak to musi znosić nową koleżankę. Młodą, po studiach zaraz, co to nic nie kuma i na dodatek, o zgrozo, waży max 50 kilo !!!

No co Ty? – śmieję się jak dzika. Masz trzydzieści pięć wiosen. Piękny czas. Młoda, piękna i już nie taka głupia. Z doświadczeniem i wiedzą jakąś. I figurą po dwójce dzieci naprawdę do pozazdroszczenia.

Kochana, kurze łapki mam. Zęby jakieś żółte i chyba przytyłam pół kilo.

– jęczy znowu.

No i co? – pytam. Śmiejesz się, złościsz, pracujesz twarzą. Najwyżej na kwasy idź albo botoks. Ale to za piętnaście lat jak coś.

No to co dobrego słychać? – pytam już bardziej mądrze, zadowolona z siebie jak nie wiem co.

Nic. Zosia nie chce się uczyć, a Tymek nie je w przedszkolu. – pada odpowiedź. 

A co u Krzyśka? – może jak o chłopa zapytam, to coś mi powie pozytywnego. I powiedziała, jak to zmęczony wraca po pracy, jej nie pomaga, na dzieci krzyczy, a w nocy jeszcze seksu chce. Masakra. Nie wiem czy śmiać się czy płakać. No cholera jasna. 

Anka, a co dobrego się pytam?! – wrzeszczę już. 

Nooo nic. – mówi zrezygnowana. Zaraz szlag mnie trafi. To zapraszam ją do siebie. Herbata z cytryną, kawa, wino czy drink? – kuszę.

Nie wiem. – odpowiada bez entuzjazmu. Po godzinie się doczłapała do mnie raptem dwa piętra w górę. Jak przez maszynkę przemielona. No kurde, dziewczyno ogarnij się! Co za naród. Bylibyśmy mistrzami świata jeśli marudzenie byłoby dyscypliną olimpijską. Nie da się inaczej. Trzeba ponarzekać. Cieszyć się nie wypada? Być zadowolonym z pracy, dzieci i męża też nie? Umartwiać się, w depresyjny nastrój wpadać – o tak!

Ja w totka nie wygrałam, nic nie brałam na poprawę nastroju, ale żeby tak ze mnie radość życia wyssało? Patrzę na siebie. Idealnie nie jest, ale nie aż tak źle. Patrzę też na Ankę. Zdrowa jest, ładna bardzo, dzieci fajne i zdrowe, małżeństwo może nieperfekcyjne, ale się dogadują, rodziców ma samodzielnych, pracuje, na urlop co roku wyjeżdża, raz w góry, raz do Grecji. Zależy od kasy. Co nie tak się pytam? I wymieniam jej, że powodów, by być tak nieszczęśliwą to na pewno nie ma. Gapi się na mnie jak na nienormalną. Wyjęłam winko. Białe półsłodkie, nalałam do moich ulubionych wielkich kielichów tak, że cała butelka w dwa weszła. I podjęłam się arcytrudnego zadania – uświadomić Ankę, że jest marudą pierwszej klasy. Malkontentką numer jeden! Jeszcze trochę, a deszcz jej będzie przeszkadzał, bo średnica kropel będzie nie taka jak sobie by jaśnie Pani życzyła, trawa będzie zbyt zielona, a kwiaty za mocno będą pachnieć. W d… się jej poprzewracało. Ot tyle!

Anka więc z każdym łykiem na szczęście zamiast się nakręcać na to, jaka jest biedna, zaczęła odpuszczać. 

Pogoda faktycznie paskudna, ale za chwilę przecież zieleń wybuchnie i będzie pięknie. 

W pracy jest szansa na premię. Szefa ma w porządku. Lubi to, co robi. 

Zosia ma średnią 4,5. Samych piątek mieć nie musi przecież, a Tymek w sumie ma to niejadkowanie za nią. 

Biegać może i zacznie, bo park faktycznie blisko.

Mąż też nie najgorszy, zapierdziela po 10-12 godzin, a że chłop zdrowy to seksu się domaga. Normalna rzecz, na boku przynajmniej nie szuka. 

No i jakie ładne wnioski wyciągnęła. Proszę bardzo. Można? Można!!!! Nawet bić jej nie musiałam;)

Poszła do łazienki. Wróciła w skowronkach, bo wlazła na wagę, a ta pokazała jej, że wcale nie przytyła. W lustrze się przejrzała (Anka, nie waga) i doszła do wniosku, że tak tragicznie nie jest, a nadmieniam, że kielich wychyliła do połowy tylko. Nie żebym picie alkoholu promowała, bo nie chodzi o to, żeby pić celem poprawy humoru. Rzadko się nam zdarza tak ładować akumulatory, ale pomysł mój tym razem okazał się być trafiony. 

Anka przyznała mi rację i kazała się następnym razem za włosy wytargać lub wodą chlusnąć w twarz jak będzie biadolić i widzieć problemy tam, gdzie ich nie ma. Kieliszka nie dopiła, bo nie jest zwyczajna tyle w siebie wlewać i uznała, że narzekać to ona postara się mniej. Zuch dziewczyna! Ja wina też nie dałam rady dopić, padłam po jej wyjściu zmęczona, ale zadowolona z mojej misji. O jednego malkontenta mniej. Chociaż to!