Lifestyle

Oczekiwania wobec dzieci. Rodzicu, daj żyć!

MamaM&M
MamaM&M
9 kwietnia 2017
MamaM&M
 

Dwie godziny angielskiego, basen, rytmika, gimnastyka artystyczna lub piłka nożna, zajęcia plastyczne, szkoła muzyczna lub przynajmniej nauka gry na instrumencie u prywatnego nauczyciela – kiedyś się śmiałam, gdy słyszałam o takiej ilości zajęć dla przedszkolaków w jednym tygodniu. Dziś wiem, że to się zdarza nie tak rzadko i że rodzice zasypują swoje dzieci obowiązkami, których kilkulatek nie jest w stanie udźwignąć na tych swoich wątłych barkach.

Marek jest „żłobkowy”. Podobno w tymże żłobku są jakieś dodatkowe zajęcia (niepłatne dodatkowo) typu angielski. Nie wnikam, czego uczy się moje dziecko będąc przez 8 godzin w placówce. Dlaczego się tym nie interesuję? Odpowiedź jest prosta: nie zapisaliśmy dziecka do żłobka, żeby tam nauczyło się komunikatywnie porozumiewać po angielsku, recytować wiersze i grać na flecie. Marek jest po opieką żłobka, żebym ja mogła pracować. Żłobek ma zapewnić opiekę, a nie edukację. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby pomiędzy posiłkami a drzemką moje dziecko przez cały czas układało klocki, turlało się po podłodze i wchodziło na wszelkiego typu przeszkody. Byłabym zadowolona, gdyby jedynym dodatkiem był codzienny kilkudziesięciominutowy spacer.

Tymczasem widzę zdjęcia z zajęć plastycznych i efekty pracy mojego dziecka – będzie artystą jak jego mama: u wszystkich dzieci patyczki przyklejone do kartki tworzą choinkę, u Marka choinkę w stanie totalnego rozkładu… Słyszę piosenki, które śpiewa moje dziecko w drodze powrotnej ze żłobka, Marek opowiada, że był u nich Mikołaj, a kiedy skacze z łóżka na podłogę liczy: „łan, czu, czri”. Cieszę się, że umie powiedzieć inny wierszyk niż: „Raz, dwa, trzy, cztery, maszerują oficery, a za nimi Myszka Miki z gołą dupą na zastrzyki”, którego nauczyłam go podczas wchodzenia na drugie piętro po schodach.

W weekendy chodzimy na basen. Marek jest w grupie kilkulatków, które uczą się pływać. Traktujemy te zajęcia (my, czyli MamaM&M oraz TataM&M) jako fajną zabawę, która sprawia, że nasz syn nie boi się wody. Podczas urlopu w styczniu i w lutym zauważyliśmy, że przypadkowe nurkowanie, napicie się basenowej wody, nalanie wody do oczu nie zniechęcają Marka do zabaw i stwierdziliśmy, że to ostatni moment, kiedy jeszcze nie wyczuwa zagrożenia, więc może nauczyć się pływać. Nie zakładamy, że po 12 tygodniach nasz syn będzie umiał pokonać 5 basenów olimpijskich motylkiem, będzie nurkował po zabawki, a w kolejnym semestrze będzie gotowy do zrobienia licencji nurka zawodowego. Liczymy, że woda nie będzie jego wrogiem i latem będziemy mogli razem pobawić się w jeziorze bez obaw, że ktoś pływający obok pochlapie nasze dziecko i tym samym zabawa skończy się jednym wielkimi: „bo on mnie pochlapał… łeeeeeeeeeeeeeee”.

Na zajęciach dzieci wykonują różne ćwiczenia: skaczą do wody, gonią gumowe zabawki, udają ustami motorówkę, utrzymują się na wodzie na brzuchu i na plecach, pływają z deską. Ponieważ TataM&M wkrótce idzie na operację i nie będzie mógł chodzić na basen, podzieliliśmy te 12 tygodni tak, aby w części zajęć mógł brać udział mój mąż, a pod jego nieobecność ja – mniej więcej pół na pół. Mam więc teraz okazję obserwować „z lądu” innych rodziców i ich podejście do tych „lekcji”. Niektórzy nie umieją pływać, inni boją się wody (ależ to widać – podziwiam zaangażowanie w rozwój dziecka mimo własnych traum i blokad), jeszcze inni, jak MamaM&M, nie lubią zjeżdżalni i zanurzania głowy. Podobnie jest z dziećmi. Niektóre chętnie wykonują ćwiczenia, inne nie lubią lub nie chcą. Zasadą powinno być: „nic na siłę”. Tak niestety nie jest. Część rodziców strofuje swoje pociechy i stawia warunki, jak podczas wojskowej musztry. Kiedy zajęcia przestają być dla dziecka zabawą, przestają mieć sens. Widać to od razu, bo dziecko zaczyna inaczej się zachowywać. Wykonuje polecenia mechanicznie lub w ogóle przestaje reagować i naśladować inne dzieci. Szkoda więc i czasu i pieniędzy. Takie zajęcia niewiele temu dziecku dadzą, a wkurzonemu rodzicowi jeszcze mniej, bo ani frajdy ze spędzania z naburmuszonym dzieckiem nie ma, ani zysku w postaci nowych umiejętności. „Pływasz, czy idziemy do domu?” – myślisz, drogi rodzicu, że twoje zestresowane dziecko naprawdę wybierze basen i pływanie? Sama wolałabym już wyjść i mieć święty spokój.

Czasami widzę, jak dziecko mówi, że nie chce iść dziś na lekcje gitary, na tańce, na piłkę, ale rodzic na siłę wiezie… bo przecież tak fajnie móc powiedzieć w pracy: „moja córka gra na gitarze”. To nic, że nie chce, ważne, że gra…

Chciałabym, żeby moje dzieci w przyszłości umiały jak najwięcej, żeby miały pasję. Nie narzucam jednak od urodzenia tony zajęć. Nie chcę, żeby dwulatek cały dzień był pochłonięty nauką. Próbuję być przykładem. Chodzę na fitness, czytam książki, piszę blog, pracuję jako dziennikarka, pracuję w ogrodzie, lubię gotować i urządzać rodzinne przyjęcia, organizuję imprezy sportowe, opowiadam podczas spacerów o wszystkim, co mijamy, rozmawiamy o kolorach o tym, że słońce jest bardzo gorące, śnieg zimny, noc ciemna, a pająków nie trzeba się bać, śpiewamy razem piosenki przed snem, Marek ogląda w internecie bajki anglojęzyczne i automatycznie powtarza kolory za lektorem. TataM&M uwielbia gry komputerowe, krótkie filmy naukowe, interesuje się motoryzacją, ogląda z Markiem samochody, motocykle, razem układają klocki, grają na gitarze, strzelają pistoletami na wodę w łazience i robią bańki podczas kąpieli. Marek ma dwa lata. Nie widzę potrzeby zapychania mu czasu zajęciami dodatkowymi. Tak, teraz chłonie wszystko jak gąbka. Wolę jednak, żeby teraz chłonął zyski z czasu spędzonego z rodzicami – choćby to było siedemdziesiąte piąte odśpiewanie przed snem „Jadą, jadą misie, la la la la la”…

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Lifestyle

Dziecko potrzebuje wsparcia, nie wymówek

MamaM&M
MamaM&M
21 kwietnia 2017
pixabay.com/unsplash
 

Ostatni mój tekst dotyczący oczekiwań rodziców wobec dzieci wywołał niemałe poruszenie. Jakże to bowiem dorosły ma dać wolną rękę i nie namawiać swojej pociechy do aktywności? Otóż ma zachęcać, nie zmuszać, ma pozwalać na ponoszenie porażek, na rozczarowania, na ochłodzenie zapału, ale też nie wywierać presji, nie realizować swoich marzeń za pomocą dziecka.

Mam znajomych, którzy jakiś czas temu uciekli w kompletną dzicz… oj, przepraszam, przeprowadzili się do małej wsi na zachodzie kraju. Wcześniej mieszkali w 20-tysięcznym powiatowym miasteczku, a teraz muszą do niego dojeżdżać kilkanaście kilometrów. Wieś to taka, że na nadjeżdżający autobus czeka orszak powitalny. Moi znajomi to 4-osobowa rodzina. Dzieci w wieku szkolnym: podstawówka, gimnazjum. Do placówek trzeba dojechać, na zajęcia dodatkowe trzeba dojechać, na basen trzeba dojechać, do znajomych ze szkoły trzeba dojechać. I kiedyś ojciec tejże rodziny powiedział w luźnej rozmowie, zupełnie naturalnie słowa, które zapamiętałam i które stały się dla mnie niejako drogowskazem w wychowywaniu dzieci. A powiedział co następuje: „Zupełnie świadomie wybraliśmy miejsce do zamieszkania, dzieci nie miały tak naprawdę nic do powiedzenia, więc musimy ponosić odpowiedzialność za swoją decyzję i dlatego wozimy bez słowa i córkę, i syna na zajęcia, w których chcą uczestniczyć”. Kilkanaście kilometrów w jedną stronę, rodzice pracujący, każde dziecko w innej placówce, każde z innymi zainteresowaniami, w innym wieku. Rodzice jeżdżą, wożą, odwożą, przewożą.

I to właśnie ta rodzina była dla mnie inspiracją do napisania tekstu. Nie dlatego, że innych tematów nie mam, ale dlatego, że rodzice często bywają hamulcem w rozwoju swoich dzieci. Ostatnio pisałam, żeby do niczego nie zmuszać, ale też nie można uderzać w drugą skrajność i zniechęcać, bo wychowamy leniwych, niezainteresowanych niczym, narzekających, niesprawnych młodych ludzi, którzy kiedyś staną się zmorą swoich pracodawców, ponieważ wszystko będzie dla nich niemożliwe do zrobienia.

Wspominałam, że nasz starszy syn (2,5 roku) chodzi na zajęcia pływania. W sobotę na 8:50. Po całym tygodniu wstawania o 5:00 (TataM&M) lub 6:00 (MamaM&M) jesteśmy bardzo entuzjastycznie nastawieni do wstawania w sobotę o 7:00, żeby przed dziewiątą stawić się na basenie na zajęciach. Jasne, że nam się nie che. Chcielibyśmy pospać dłużej, a na pewno połazić w piżamach do południa (dziękujemy ośrodkowi sportu za zamknięcie basenu w Wielką Sobotę – wypoczęliśmy bez wyrzutów sumienia). Nie mówimy jednak Markowi, że to takie trudne w dzień wolny podnieść tyłek z łóżka wcześnie rano i pójść z nim na basen. Budzimy go i mówimy: „dziś jest sobota. Dokąd idziemy?” W odpowiedzi słyszymy radosne: „Na baaaaseeeen”. Pakujemy się i jedziemy. Bez gadania.

To była nasza decyzja o zapisaniu syna na zajęcia i teraz trzymamy się tego, o czym zdecydowaliśmy. Po pierwsze szkoda nam pieniędzy i poświęconego czasu i dlatego nie opuszczamy lekcji, jeśli wszyscy są zdrowi. Po drugie Marek lubi chodzić na basen, więc nie zabijamy w nim tego entuzjazmu narzekaniem, jacy to my jesteśmy uciemiężeni obowiązkiem uczestniczenia w zajęciach.

Przykładem godnym naśladowania jest dla mnie także moja bratowa, która, pracując na dwie zmiany, organizowała sobie czas tak, aby wrócić z pracy do domu kilkanaście kilometrów, zabrać syna i ponownie pojechać do miasta, w którym pracuje, aby dziecko mogło uczyć się tańczyć. Nie chciało jej się, często nam o tym mówiła, ale nigdy przy dzieciach. Złapała drugi oddech, gdy po kilku latach mój bratanek z tańca zrezygnował, ale nigdy nie wymuszała na nim tej decyzji, a nawet nie sugerowała, że byłoby jej łatwiej ogarnąć inne sprawy, gdyby 2-3 razy w tygodniu nie spędzała całych dni poza domem, spędzając całe godziny pod salą prób.

Znam rodziców, którzy nie tylko nie zachęcają swoich dzieci do żadnych aktywności, nie czytają książek, nie mają zainteresowań, które mogliby dzielić z dziećmi, oglądają seriale całymi godzinami, pozwalają dzieciom na niekontrolowaną aktywność w internecie, a gdy dziecko już coś sobie ciekawego znajdzie, to mają problem, żeby dziecko na zajęcia zaprowadzić. To jest nagminne. Nie ma problemu, jeśli sprawa dotyczy nastolatków, bo ci sami mogą się przemieszczać, zapisać, wypisać. Mało śmiesznie jest natomiast, gdy mówimy o 5-,6-,8-9-latkach. Obserwuję, jak wielu rodziców wymaga, żeby to szkoła wychowywała, uczyła, pokazywała świat i szukała dziecku zainteresowań. Od siebie często dorośli nie dają nic. Wymagają od całego otoczenia, jednocześnie nie oferując w zamian nawet wdzięczności.

Rodzic-hamulec, rodzic-spadochron – właśnie tak nazywam podobne „osobniki”. Nie pozwalają ani się rozpędzić, ani tym bardziej złapać wiatru w żagle. Muszą wstać z kanapy, zrezygnować z oglądania serialu – jednego, drugiego i połowy trzeciego. Muszą po pracy, a nie daj Boże w weekend, zamienić kapcie na obuwie „nadworne” i zawieźć dziecko na zajęcia, muszą wysłuchać pierwszych nieudanych akordów na gitarze (jeszcze trzeba kupić – też coś…), pierwszych fałszywych wyśpiewanych dźwięków, odczekać godzinę w korytarzu basenu, zaprowadzić na piłkę, odebrać z treningu. To nic , że dziecko prosi, że oczy się świecą, gdy tylko zaczyna mówić o swojej nowej pasji. Rodzic okopał się w swojej strefie komfortu. Nie chce się z niej ruszać. Z góry zakłada, że te rolki to tylko na chwilę, bo ciocia kupiła, na rowerze to tylko siniaków można się nabawić, a bieganie po krzakach z aparatem fotograficznym jest dla frajerów i każdemu w końcu się znudzi.

Jeśli dziecko wymyśli sobie zajęcie, które, waszym zdaniem, drodzy rodzice, jest nierealne do realizowania w warunkach, które was otaczają, przeanalizujcie najpierw, czy na pewno nie ma jakiegoś rozwiązania będącego w waszym zasięgu, zanim podacie sto wymówek i zabijecie w swoim dziecku to, co jest w nim najcenniejsze: entuzjazm, pasję, radość, otwartość na nowe. A może ta nowa „dziwna” pasja stanie się zajęciem na całe życie i kiedyś będziecie mogli usiąść w filharmonii i posłuchać, jak wasz syn gra na skrzypcach, albo zobaczyć jak ta mająca milion pomysłów na minutę Marysia zdobywa złoty medal w kitesurfingu na olimpiadzie.

Sukcesy nie biorą się znikąd. Na sukces trzeba pracować. Sukces zaczyna się od pierwszego postawionego kroku. Ja bym chciała, żeby kiedyś moje dzieci, odnosząc sukces, mogły powiedzieć: „dziękuję rodzicom, że nie byli dla mnie hamulcem, ale kołem napędowym, że nie zmuszali i nie przeszkadzali, ale inspirowali”. Bądźcie inspiracją!

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Lifestyle

Nie szanujemy ludzi, którym powierzamy opiekę nad naszymi dziećmi

MamaM&M
MamaM&M
3 kwietnia 2017
Fot. istock/Nadezhda1906

W ostatnim czasie spotkałam się z wieloma pytaniami, czy nie boję się oddać młodszego syna do żłobka. Oczywiście ma to związek z tym, że nasz 6-miesięczny szkrab od dziś jest żłobkowy. Starszy poszedł pod opiekę „obcych” miesiąc szybciej, a więc jako 5-miesięczny niesamodzielny byt. „Wyrodna matka” – ile razy usłyszałam lub wyczytałam z mimiki te słowa. Nie żałuję, ale tym razem nie przeszłam ze żłobkowaniem tak szybko do porządku dziennego.

Tym razem bolało, ale moja więź z młodszym synem jest inna, bo wyłączne karmienie piersią dało nam dużo wspólnego czasu – długich minut patrzenia sobie w oczy i wspólnego poznawania świata. Już się boję, co będą o mnie mówić jego dziewczyny w przyszłości…

Ale to nie jest temat, który zamierzałam podjąć. Chciałam poruszyć tym razem temat naszego (mam, ojców, rodziców) stosunku do pracowników żłobków, przedszkoli i szkół. Podczas wizyty szczepiennej poinformowałam naszą lekarkę, że Mariusz wkrótce idzie do żłobka. Wywiązała się krótka rozmowa na temat warunków w placówce, kosztów, kadry. Na pytanie: „Jak oni sobie radzą z taką ilością maluchów” odpowiedziałam zgodnie z prawdą: „Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Zawsze powtarzam, że mnie zwolniliby po pierwszym posiłku”.

Dlaczego nie chcę wiedzieć? Wiem, że mojemu dziecku nie dzieje się krzywda, ponieważ rano nie ma problemu z pozostawieniem go w placówce. Widzę jak chętnie bierze udział w zabawach, wykonuje swoje pierwsze prace plastyczne, bawi się z innymi dziećmi. Do domu wraca czysty, nieodparzony. Panie ze żłobka pomagają nam (a raczej my pomagamy) w pożegnaniu z pieluchą.

Mam nadzieję, że obie strony widzą to tak samo, ale wydaje mi się, że nie jestem kłopotliwym rodzicem. Nie mam oczekiwań z kosmosu, bardzo szanuję pracę wszystkich dziewczyn pracujących w żłobku – od właścicielki po panią, która pomaga w utrzymaniu porządku. Jestem im niezwykle wdzięczna, że dzięki ich zaangażowaniu ja mogę realizować się w pracy i nie muszę martwić się, czy moje dziecko jest traktowane jak człowiek, a nie jak obiekt, który jest przetrzymywany od 8:00 do 15:00 w placówce.

Nie chcę jednak wiedzieć, jakim cudem udaje się jednocześnie położyć spać gromadę składającą się z 15 rozbrykanych roczniaków i dwulatków. Nie chcę wiedzieć, jak wygląda posiłek każdy posiłek, jak wygląda walka z jelitówką, w jaki sposób udaje się ugasić spór między moim synem i Piotrusiem. Są dni, kiedy my mamy problem z drzemką, śniadaniem, kolacją, relacjami syna z innymi dziećmi. Ile razy musieliśmy wyjść i odetchnąć, żeby z bezsilności nie zrobić jakiegoś głupstwa. Podkreślam, że to jest nasza reakcja na zachowanie dziecka, które kochamy i za które oddalibyśmy nasze życie, natomiast panie w żłobku są „obce”, przychodzą tylko (albo aż) wykonywać swoje obowiązki zawarte w umowie o pracę, a my, rodzice, często zamiast wsparcia, dokładamy im nasze problemy rodzinne, które swoim zachowaniem obwieszcza od progu nasza pociecha.

Obserwuję innych rodziców w naszym żłobku, znajomych, których dzieci są w przedszkolach, szkołach. Odnoszę wrażenie, że najczęściej pretensje i odrealnione wymagania mają te osoby, które nie radzą sobie z wychowaniem swoich synów i córek. Osoby, które nie umieją we własnym domu opanować swoich dzieci, wymagają cudów od innych, zupełnie obcych ludzi. Mówi się, że wychowujemy potworne pokolenie, nieempatyczne, zapatrzone w siebie, niewidzące nic poza własnymi troskami, marzeniami, problemami. To od nas, rodziców, zależy, jaki stosunek dziecko będzie miało do otaczającego świata. Jeśli my nie pokażemy, że szanujemy czyjąś pracę, nie będziemy mogli wymagać, aby ono ceniło nasze zaangażowanie.

Namawiam do zauważania, jak wiele pracy w proces wychowawczy naszych dzieci wkładają zupełnie obcy nam ludzie, którzy też mają swoje problemy, swoje rozrabiające dzieci, które budziły się kilkakrotnie w nocy, natrętne żony, leniwych mężów, zrzędliwe teściowe i matki, cieknący kran w kuchni, choroby w rodzinie i 200 tysięcy kredytu do spłaty. I mimo wszystko pomagają naszym dzieciom poznawać świat.

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉