Lifestyle Związek

Nigdy nie wychodź za mąż za faceta, który ma jedną (lub kilka) z tych cech. Obrażalskim mówimy: nie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
1 października 2017
Fot. istock/DariaZu
 

Bez względu na filozofię życiową i osobiste przekonania, małżeństwo to przedsięwzięcie o tyle poważne, że dość trudno się z niego wyplątać. Zdarza się, że wychodzisz za mąż za ideał, który po kilku miesiącach dorzuca ci tyle drewna do domowego ogniska, że zaczyna się prawdziwe „piekiełko”. Warto starannie przemyśleć krok, który wiąże nas z drugą osobą tak mocno, również pod względem prawnym.

Niech ci nie przyjdzie do głowy poślubić mężczyzny, którego charakteryzuje:

1. „Wąska” mentalność:

Idea spędzenia całego życia z facetem, który nie potrafi się otworzyć – na innych, na nowe, na rzeczywistość, na świat, brzmi jak koszmar. Nie chcesz chyba być do końca swoich dni z kimś, kto powstrzymuje cię od robienia wszystkich normalnych rzeczy, ponieważ nie ma do ciebie zaufania i się boi.

2. Nienawiść do zwierząt

Nie dlatego, że jest alergikiem, ale dlatego, że uważa je za coś gorszego, niegodnego miłości, zainteresowania, ciepła. Taki facet w ogóle nie ma empatii – uwierz mi – również w stosunku do ludzi.

3. Lekceważenie zasad waszej relacji

Nie interesuje go to, że uważasz, że nie powinien czegoś robić. Nie słucha twoich próśb. To nie tylko brak szacunku do ciebie, ale również całkowite ignorowanie reguł związku, na których powinna opierać się każda relacja.

4. Łamanie obietnic

Można wybaczyć mały błąd, zapominalstwo, a nawet raz złamaną obietnicę. Ale jeśli na mężczyznę po prostu nie możesz liczyć już teraz, szaleństwem byłoby się spodziewać, że to się zmieni po ślubie.

5. Brak troski o związek

To trochę tak, jakby jedna z dwóch osób była „bardziej” w tej relacji niż druga. To i tak się rozpadnie, bo w relacji chodzi o dawanie, przyjmowanie i dzielenie się. Więc jeśli jesteś tą, która dba o związek, podczas gdy on śpi spokojnie i nic sobie z tego nie robi, oznacza to po prostu, że twój ukochany ma cię w nosie.

6. Brak autorefleksji

Facet, który ciągle uważa, że ​​wszystko, co robi, jest całkowicie słuszne, a jego decyzje nigdy nie powinny być kwestionowane, ma problemy z trzeźwą oceną rzeczywistości. Każdy człowiek powinien zdawać sobie sprawę z tego, że zdarza mu się popełniać błędy i każdy powinien być gotowy na zmiany.

7. Czepialstwo

Bez sensownego powodu, o byle co, z częstotliwością, która nie daje ci spokoju. Wyobraź sobie całe życie z kimś, kto wiecznie ma do ciebie o coś pretensję.

8. Brak umiejętności rozmowy

On może być świetny w monologach – mówieniu o sobie, opowiadaniu historii. Ale gdy ty zaczynasz mówić, „wyłącza się”, jakby to nie miało dla niego znaczenia. Te nawyki nie tylko wykazują brak umiejętności konwersacji, ale także pokazują, kto tu jest lepszy, ważniejszy i warty uwagi. Tak, on.

9. Łatwość w mijaniu się z prawdą

Kłamstwa, które mają wpływ na twój związek to poważna sprawa. Dobre relacje między partnerami opierają się na wzajemnym zaufaniu.

10. Obrażalstwo i agresja

W najmniej spodziewanym momencie, o byle co. Miłość to nie przemoc ani fizyczna, ani emocjonalna. Uciekaj od faceta, który na najdrobniejszy konflikt reaguje agresją lub „strzela fochem”.  I nie myśl, że go zmienisz. Najgorszy błąd, jaki możesz popełnić, to poślubić faceta, który nie potrafi kontrolować gniewu.

Kiedy czytasz to na spokojnie, wydaje ci się, że przecież wiesz, że to takie oczywiste… Tymczasem miłość, życie, często prowadzi nas do wyborów, o które nigdy byśmu siebie nie podejrzewały.


Na podstawie: relrules.com

 


Lifestyle Związek

On, co prawda, nazywał to „silną, charyzmatyczną osobowością”, ja określiłabym go jednym słowem: „tyran”

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
1 października 2017
Fot. iStock/KristinaJovanovic
 

Każde z was ma swoje racje. Doskonale wiecie, czego chcecie, a co wam kompletnie nie odpowiada i jasno to komunikujecie. Żadne z was nie chce ustąpić, bo to oznaczałoby porażkę. Zamiast iść razem przez życie, traktujecie się jak sparing-partnerzy, którzy ciągle muszą ze sobą walczyć. Niestety, jeśli planujecie związek, który ma trwać latami, musicie nauczyć się kompromisu.

– Byłam kiedyś w związku z facetem, który zawsze musiał postawić na swoim. On, co prawda, nazywał to „silną, charyzmatyczną osobowością”, ja określiłabym go jednym słowem: „tyran”. W każdej kwestii musiał mieć ostatnie słowo, ponieważ taka była rola mężczyzny. Musiał decydować niemalże o wszystkim. Chociaż byliśmy ze sobą zaledwie rok, ta relacja bardzo odbiła się na mojej psychice – powiedziała mi W., gdy zapytałam ją o sytuację, w której nie potrafiła wypracować kompromisu ze swoim partnerem. Opowiedziała też wiele szczegółów.

Ona, pasjonatka kina, porzuciła swój zwyczaj „piątkowych seansów w gronie znajomych” na rzecz koncertów rockowych. Przecież kino to strata czasu i pieniędzy – ten sam film może obejrzeć na komputerze w domu. Ona, miłośniczka kuchni francuskiej, musiała szybko nauczyć się kuchni polskiej. Taką on lubił najbardziej. – To tylko wierzchołek góry lodowej. Za każdym razem, gdy mnie odwiedzał, wytykał, że jestem strasznie pedantyczna. No i raz (bo tylko jedne, wspólne wakacje zaliczyliśmy) pokłóciliśmy się o to, gdzie mamy wyjechać na urlop. Wiesz, że lubię wylegiwać się na słońcu? On chciał pojechać w góry. Zgodziłam się tylko dlatego, że obiecał mi morze za rok. Na szczęście pogoniłam go i w kolejne wakacje zamęczał już jakąś inną kobietę – opowiada.

Kompromis – każdy o nim słyszał

M. ma już bardzo jasno sprecyzowane poglądy na temat kompromisu w związku. Podobno na tym właśnie polega udana relacja, można o tym poczytać niemal w każdym poradniku. – W teorii dość proste. Schody zaczynają się, gdy próbujemy wcielić w życie. On jest domatorem, ona kocha podróże. Z jednej strony ten związek nie ma szans na przetrwanie. Z drugiej wręcz przeciwnie. Można się fajnie uzupełnić. Czasem organizując randkę – piknik we własnym salonie, czasem pryskając na weekend do Barcelony. Czyli ustępstwo. Wychodzenie poza własną strefę komfortu na chwilę, po to, by uszczęśliwić kogoś, kogo się kocha. Ale nie tylko o „duże” rzeczy chodzi. Ale też o te drobne. Przede wszystkim o nie. Zakup pieczywa żytniego a nie pszennego, jajecznica zamiast owsianki w niedzielne śniadanie czy włożenie czerwonych szpilek zamiast czarnych, kiedy facet zaprasza Cię na kolację. Do włoskiej knajpy a nie do bałkańskiej. Bo wie, że wolisz kuchnię śródziemnomorską – opowiada, gdy pytam, jak jej zdaniem powinna wyglądać relacja, oparta na kompromisie.

– Sztuki kompromisu nauczył mnie dopiero Wojtek. Tak prawdę mówiąc, to trochę mnie „utemperował”, a reszta przyszła sama. Zawsze byłam Zosią Samosią. Nie egoistką, ale rzeczywiście stawiałam swoje potrzeby na piedestale. Nawet szaleńczo zakochana w moim obecnym już mężu nie zawsze potrafiłam ustąpić. Myślałam o nim, ale za każdym razem dążyłam do realizacji moich pomysłów. A on czasem ustępował, czasem nie. Zawsze mądrze, zawsze cierpliwie. Przeciągał linę na swoją połówkę. I pokazał mi, że nie zawsze „moje” jest najważniejsze, a tym bardziej najlepsze dla mnie i dla nas jako pary – mówi K., szczęśliwa matka od 8 lat.

– Kompromis to dla niektórych filozofia budowania relacji. Nie pojmuję tego. Dla mnie związek to z jednej strony emocje i uczucia, z drugiej zdrowy rozsądek i sztuka argumentacji. Pójście na kompromis to w mojej ocenie wybór najlepszego rozwiązania, które pozwoli osiągnąć zamierzony cel. Wspólnie ustalony. To kalkulacja. Zazwyczaj bardzo chłodna. Może dlatego, ze oboje mamy ścisłe umysły? – twierdzi J. i jednocześnie zapewnia, że oboje czują się w związku szczęśliwi i spełnieni. A może po prostu kolejny raz na chłodno ocenili plusy i minusy bycia razem?

Utrata części własnej autonomii

Decydując się na związek z drugim człowiekiem musimy być gotowi na podejmowanie większości decyzji w porozumieniu z drugim człowiekiem. Poświęcenie i wyrzeczenia powinni być też dobrowolną decyzją obu stron. Nie jest łatwo wypracować takie relacje, w których oboje partnerzy czują się usatysfakcjonowani, docenieni, a jednocześnie nie mają wrażenia, że są wykorzystywani lub ich potrzeby są nieistotne. Dobrze, gdy wspólne podejmowanie decyzji sprawia nam radość. Jeszcze lepiej, gdy za pomocą rozmowy potrafimy do takiego stanowiska, na które żadne z was wcześniej nie wpadło, a wdaje się być najlepszym rozwiązaniem.

Kiedy jednak kompromis jest szkodliwy?

  • Gdy ukrywamy pewne cechy swojej osobowości, rezygnujemy z niektórych znajomości, tłamsimy swoje plany, marzenia i aspiracje, bo nie podobają się one naszemu partnerowi. Można, oczywiście, próbować funkcjonować w ten sposób. Trzeba jednak mieć świadomość, że odbije się to nie tylko na naszej psychice, ale także na związku.
  • Gdy godzisz się na pewne rzeczy ze strachu przed porzuceniem lub pod presją. Gdy partner wymusza swoje racje poprzez okazywanie pogardy i przemoc psychiczną. Ciężko wtedy mówić o wypracowaniu kompromisu. To po prostu zastraszenie. Związek, w którym brakuje szacunku, nigdy nie będzie się opierał na zdrowym kompromisie.
  • Gdy godzimy się robić w łóżku rzeczy, na które nie mamy najmniejszej ochoty. Lub przeciwnie – gdy pomijamy własne potrzeby i nie mówimy o tym, co nas kręci. Znacząca niezgodność seksualna często bywa powodem rozstań. Jest to jednak sfera życia, do której większość z nas przykłada wielką wagę. Jeżeli nie potrafimy osiągnąć w tej kwestii kompromisu, a jedna ze stron odczuwa niezadowolenie i frustrację, lepiej się rozstać.

Na podstawie: Psychology Today


Lifestyle Związek

To były zupełnie inne czasy, inne wartości, priorytety. Co nam dzisiaj z nich zostało? Jedynie zasłyszane historie i garstka ludzi?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 września 2017
Fot. iStock/George Marks

Wchodzę do mieszkania, w którym pachnie historią… Nie jest to jedno z tych nowoczesnych mieszkań, raczej jedno z tych, gdzie czas się zatrzymał, na niemodnych meblach leżą haftowane serwetki, na ścianach wiszą wyszywane obrazki… A przy stole, w kuchni siedzi starsza Pani w czerwonym swetrze i wyszywa… Ma 92 lata i siadając naprzeciwko mnie opowiada o swoim życiu.

Wojna

Wyobraź sobie młodą dziewczynę. Ma zaledwie 17 lat, powoli wchodzi w dorosłe życie, ale przecież jeszcze tutaj, jeszcze przez chwilę powinna żyć beztroską, cieszyć się każdym dniem, zakochiwać się po raz pierwszy. Powinna z radością poznawać świat i ludzi. Tymczasem Pani Jadwiga w wieku 17 lat została zesłana na przymusowe prace do Niemiec. Była wojna, a ona wyjechała zamiast swojej matki. Bo to ona najpierw została aresztowana, to ona miała wyjechać, ale kto wtedy zająłby się całą rodziną jak daliby sobie radę, gdyby na pracę pojechał ojciec pani Jadwigi? Pojechała więc ona – 17- letnia dziewczyna, która szybko musiała wejść w dorosłość, nagle wyrwana z domu trafiła do baraków, w nocy był nalot na miasto w pobliżu którego spali… – Wtedy pierwszy raz się bałam, bałam się, że zginę. Wojna wdarła się w jej życie bez pytania o pozwolenie. – Jak mało wiedziałam wtedy. Dostałam od mojego taty zapaskę i ciepłe buty, ale zostawiłam je, chciałam wyglądać ładnie, nie myślałam, że będzie mi zimno, że te buty i ta zapaska bardzo by mi się później przydały – wspomina pani Jadwiga.

Trafiła do Kassel, niemieckiego miasteczka, tam pracowała w fabryce zajmującej się obróbką metalu. – Przygotowywaliśmy różne elementy, nie wiem, do czego one służyły, gdzie dalej były używane. Na początku nie wiedziałam, jak się ustawia maszyny, kiedy mi nie wyszło, jeden z pilnujących nas Niemców okropnie mnie zbił… Wstawaliśmy wcześnie, do fabryki musieliśmy iść osiem kilometrów w jedną stronę. Przydziały jedzeniowe były marne. Dostawałam jedną trzecią bochenka chleba w poniedziałek, do tego pięć deko cukru na cały tydzień. Chleb miał mi wystarczyć do środy, do następnego przydziału, a ja zjadałam go już na kolację pierwszego dnia, polanego wodą i posypanego cukrem. Na obiad była zupa, jakaś kartoflanka.

Głód był obecny właściwie cały czas, trzeba było się do niego przyzwyczaić. Pani Jadwiga woli jednak wspominać te dobre chwile. – Było z nami dużo Polaków, pracowaliśmy w różnych miejscach, ale wieczorem spotykaliśmy się wszyscy w barakach. Pamiętam, że dużo było Zosiek – zawsze hucznie obchodziliśmy ich imieniny.

Sama z Niemiec do Polski

– Eh, ja to zawsze byłam taka trochę niepokorna – śmieje się pani Jadwiga. – Pewnie dlatego po trzech latach postanowiłam uciec, nie chciałam już tam dłużej być, chciałam wracać do rodziców, do Polski. To była zima 1944 rok, Niemcom już trochę palił się grunt pod nogami. Miałam uciec z przyjaciółką, ale kiedy obudziłam ją nad ranem, ona stwierdziła, że jednak zostaje. A ja? Matko, kiedy dzisiaj o tym myślę, to w życiu bym się nie zdecydowała uciekać sama. Co ja mówię, w ogóle bym nie uciekła. Przecież to były setki kilometrów do przejechania, a jakby mnie złapali, to pewnie rozstrzelaliby na miejscu.

Pani Jadwidze pomogła folksdojczerka (określenie dla Niemców mieszkających poza granicami kraju), która rozpisała jej stacje, na których powinna wysiadać. Kobieta mogła pociągiem jednorazowo na jednym bilecie przyjechać tylko 100 kilometrów. To jednak nie okazało się proste. Kiedy Pani Jadwiga trafiła na dworzec, było późno, a kasy zamknięte. Wsiadła do pociągu bez biletu, usiadła obok żołnierza – Niemca, a kiedy konduktor przechodził, położyła mu głowę na ramieniu i udawała, że śpi. – Myślał, że jesteśmy razem, sprawdził bilet tylko mężczyźnie i poszedł dalej. Niemiec mnie nie wydał.

Na innym dworcu bilet Pani Jadwidze kupił Niemiec, który prowadził dwóch rosyjskich jeńców. – Dał mi adres do siebie, prosił, żebym do niego przyjechała… Przez ponad tydzień młoda wówczas dziewczyna zupełnie sama podróżowała w stronę Polski, do Piotrkowa Trybunalskiego, tam wtedy mieszkała jej rodzina, stamtąd pochodziła. Była wyczerpana, głodna, zgubiła po drodze swój bagaż, kiedy sprawdzano pociąg w poszukiwaniu uciekinierów. – Zawsze szybciej pomagali mi mężczyźni niż kobiety, pod polską granicą też tak było. Może mężczyźni mniej się bali, kobiety jednak zawsze myślały o swoich dzieciach, rodzinach. Ludzie wtedy nie mieli nic. Jedzenia, pieniędzy, miejsca do spania. Pamiętam nocleg na ławie pod piecem u nieznanych ludzi, przykryłam się swoim płaszczem i czekałam na ranek, na informację, jak mogę przejść przez granicę, Niemcy wtedy bardzo pilnowali…

Ciemną grudniową nocą, kiedy było okropnie zimno, pani Jadwiga przeczołgała się po zmrożonej ziemi pasa granicznego, poranione kolana, podarte ubranie nie miały znaczenia, kiedy stanęła po drugiej stronie granicy. Pierwsze swoje kroki skierowała na Jasną Górę – tu głos pani Jadwigi się łamie, nie jest w stanie nic więcej powiedzieć.

Wzór i autorytet?

Dlaczego opowiadam tę właśnie historię? Bo dzisiaj nie pamiętamy tamtych czasów, dzisiaj nie mamy realnego świadectwa, co wtedy spotykało zwykłych ludzi. W pokoju, w którym siedzę z panią Jadwigą czas się na chwilę zatrzymał. Ta historia przeniosła mnie w czasy, których niemal nikt z nas już nie zna, a za chwilę nie będzie już tych, którzy mogliby nam o nich opowiedzieć. Pani Jadwiga już po wojnie wraz z rodzicami została przesiedlona w zupełnie nieznaną dla nich część Polski. Musieli na nowo uczyć się miejsc i ludzi.

Wyszła za mąż, urodziła pięcioro dzieci. Nie było łatwo. Dziś jej córki (mają dzisiaj niemal 70 lat) mówią, że nie znają drugiej tak silnej osoby, jak ich mama, która nauczyła je, że w każdej sytuacji należy sobie radzić. Nie można się poddawać.

A przecież po wojnie nie było łatwo. Musieli sobie radzić w trudnej rzeczywistości, z piątką dzieci. – Pamiętam, jak byłyśmy małe, chodziłyśmy z mamą zbierać kwiaty lipy, bławatki, pokrzywy i wiele innych roślin, ziół, które zanosiłyśmy do skupu. Teraz mamy 500 plus, a kiedyś przy piątce dzieci, trzeba było naprawdę się natrudzić, żeby mieć czym nas nakarmić – mówi jedna z córek Pani Jadwigi, a druga dodaje: – To były zupełnie inne czasy niż teraz. Mama dbała o to, żebyśmy dużo czasu spędzali razem. Z jednej strony trzymała nas twardą ręką, a z drugiej, kiedy nie stać nas było na opał, kiedy na szybach w naszym mieszkaniu był lód, sadzała nas wszystkich razem, przytulaliśmy się do siebie, a ona wieczorem, przy świecach, opowiadała nam bajki, śpiewała piosenki, z których każda opowiadała jakąś historię.

– Mama zawsze o nas dbała, ciężko było ubrać piątkę dzieci, zwłaszcza, gdy ojciec rzucił legitymacją partyjną i z godziny na godzinę pod nasze pierwsze mieszkanie podjechał traktor, wszystkie nasze rzeczy wrzucono na przyczepę i wywieziono – nie wiedzieliśmy gdzie, znaleźliśmy je pod tym mieszkaniem, porozrzucane na ulicy. Pamiętam, jak mama wtedy płakała. Ale po raz kolejny się nie załamała – wspominają. – Szyła nam nam ubrania. Sukienki. Robiła na drutach, miała specjalną maszynę… – Wtedy nie można było dostać wełny, więc kupowałam męskie skarpety sportowe i je prułam, żeby uszyć dzieciom ubrania i żeby miały co na siebie założyć – śmieje się pani Jadwiga.

Dla swoich córek pani Jadwiga jest największym autorytetem. – Mama nauczyła nas, że najważniejsze, to trzymać się razem, że nawet jeśli nie ma ku temu warunków nie można zapominać o najbliższych nam osobach. Kiedy już dorośliśmy, założyliśmy swoje rodziny, ona co niedzielę zapraszała nas na obiad. Nigdy byśmy się wszyscy razem u niej pomieścili, więc co tydzień przychodził do niej ktoś inny ze swoja rodziną. Jeden tydzień ja, następny Halinka, później nasza siostra, bracia. Rodzina to dla naszej mamy świętość, do dzisiaj wiemy, że ona o nas dba, że nas wspiera – mówią ze wzruszeniem.

Pani Jadwiga pożegnała już wiele bliskich jej osób, ale wciąż ma wokół siebie mnóstwo tych, którzy ją kochają, którzy pojawiają się podczas rodzinnych uroczystości, aż ciężko wszystkich zmieścić na zdjęciach, które wspólnie oglądamy. To, co w życiu jej się udało – to rodzina, to dzieci, córki, które choć same w „poważnym” wieku ściskają ją mówiąc: – Nie ma takiej drugiej mamy na świecie… I boją się, co się stanie, gdy jej już zabraknie…


Zobacz także

Albert Watson autorem kalendarza Pirelli na rok 2019

„Mam nadzieję, że i ty poukładałaś swoje życie”. List do kochanki mojego męża

10 życiowych rad, które udzielamy innym kobietom, a same ich nie stosujemy