Lifestyle

„Nie zaczynaj związku, dopóki się nie zakochasz”. 20 złotych myśli, które mogą odmienić twoje życie

Karolina Krause
Karolina Krause
15 listopada 2016
Fot. iStock/swissmediavision
 

Nie macie czasem wrażenia, że czasami musimy w kółko przypominać sobie te rzeczy, których już kiedyś się nauczyliśmy? Oto 20 złotych myśli, które kiedyś odmieniły moje życie, a o których bez przerwy zapominam. Myślę, że już najwyższy czas je sobie wreszcie wydrukować i powiesić nad łóżkiem, aby codziennie o nich pamiętać.

Zawsze walcz do końca

Zamiast „Ale ja już nie dam rady” powiedz: „No dawaj!”. Nawet jeśli nie czujesz się na siłach, te słowa zawsze dadzą ci porządnego „kopa”.

Przestań się martwić

Zamartwianie się to kompletna strata czasu, ale i wyobraźni! Istnieją tylko dwie opcje: albo zrobisz coś w końcu z tym, co wierci ci dziurę w brzuchu albo nie masz na to wypływu, więc nie masz powodów, by zaprzątać sobie tym głowy.

Spędzaj czas z ludźmi, których kochasz

Czyli z twoją rodziną i przyjaciółmi, najbliższymi osobami. Większość ludzi to tylko goście w naszym życiu, a skoro czas jest tym, co dla nas najcenniejsze, to warto zastanowić się nad tym, ile z niego poświęcamy tym, którzy na to zasługują.

Nie zaczynaj związku, dopóki się nie zakochasz

Zdarzyło mi się to więcej niż raz. Poznajesz kogoś, miło spędzacie razem czas i myślisz: „A czemu by nie spróbować?”. Bo po prostu nie. Albo kogoś kochasz, albo nie. Przestań siebie oszukiwać. To nie w porządku, ani dla ciebie, ani dla niego.

Ćwicz. Najlepiej codziennie

Przyznaję, że sama mam w tym spore zaległości…Prawda jest jednak taka, że zdrowe ciało, to także zdrowy umysł. Słyszałam kiedyś, że „ciało to świątynia dla duszy”. Od niego wszystko się zaczyna. Jeśli nie jesteś w stanie zadbać o siebie, jak chciałabyś prawidłowo zadbać o swój dom i swoją rodzinę?

Prowadź swój dziennik

Pamiętnik to tylko zabawa dla małych dzieci. Przeciwnie! Prowadzenie dziennika pozwoli ci lepiej myśleć, ale też wyrażać swoje zdanie. Można by pomyśleć – Ale poco mi to? Przecież nie planuje być pisarzem. No to mam do ciebie pytanie: „Ile maili i SMS’ów dziennie potrafisz napisać?”. W dzisiejszym świecie każdy jest pisarzem.

Bądź wdzięczna

Mów „dziękuję” za wszystko i do wszystkich. „Dziękuje za to, że jesteś”, „Dziękuje za troskę”, „Dziękuje, że o mnie pomyślałaś”. Jedno słowo, a tyle w nim pozytywnej energii.

Nie przejmuj się tym, co myślą inni

Jeśli wszystkim podoba się to, co robisz, to znaczy, że robisz coś źle. Masz tylko jedno życie, byłoby szkoda, gdybyś powstrzymywała się przed robieniem tego, co w danej chwili pragniesz tylko dlatego, że ktoś mógłby sobie o tobie coś pomyśleć. A niech sobie myśli. A ty rób swoje 🙂

Podejmij większe ryzyko

Nie bądź takim mięczakiem. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa!

Wybierz branżę, a nie samą pracę

Jeśli chcesz być w czymś dobra, musisz poświęcić kilka lat na to co robisz. Nie uda ci się to jeśli co chwilę będziesz się przebranżawiać. Wybierz branżę, która cię fascynuje i zacznij od zera. Idąc tą drogą w końcu znajdziesz dla siebie idealne miejsce. Nie ważne jeśli od 20 lat zajmujesz się czymś innym. Każdy moment w życiu jest dobry na to, aby zacząć robić to co się kocha.

Naucz się prowadzić

I bynajmniej chodzi mi tutaj tylko o prowadzenie samochodu. Kiedy znajdziesz się w sytuacji, gdzie każdy spogląda po sobie, nie wiedząc co robić, sama przejmij stery. Zostajesz przywódcą wtedy, kiedy sama decydujesz się nim być. Nie ma tu żadnego tytułu czy rytuału rozpoczęcia. To, jak? Może teraz ty poprowadzisz?

Pieniądze to nie wszystko

Gdybym powiedziała, że pieniądze nie mają znaczenia, wyśmiałabyś mnie po przeczytaniu pierwszych kilku znaków. Więc dobrze – pieniądze mają tylko taką wartość, jaką im przypisujemy. Nie łatwo jest jednak odzierać je z ich wartości. Nie odmówić przyjęcia pracy, za duże pieniądze, by cieszyć się tą, gorzej płatną, ale za to przyjemną i dającą dużo satysfakcji. Pewnie, ale może lepiej byłoby móc zrobić sobie od czasu do czasu na wakacje? Może i lepiej, ale ja wolę cieszyć się życiem, od którego nie muszę uciekać.

Bądź miła

Nie chodzi o to, abyś nagle zmieniła się w żonę ze Stepford. Mam raczej na myśli, abyś nie dała się sprowokować. Nie obrażaj innych, nawet jeśli oni sami nie widzą w tym nic złego. Bądź ponad to.

Ucz się. Każdego dnia

Nie musisz czytać książki codziennie, by móc uczyć się każdego dnia. Ucz się na własnych błędach. Ucz się od innych ludzi – bądź otwarta na to, czego mogą cię nauczyć.

Nie oceniaj

Tylko dlatego, że ludzie dokonują innych wyborów niż ty, nie musi to wcale oznaczać, że postradali zmysły. Często nie mamy pojęcia, jaka historia zaprowadziła danego człowieka tu, gdzie jest. Nie oceniaj go – pomóż mu.

Dawaj, nie oczekując nic w zamian

Przestań zapamiętywać, co i ile ofiarowałaś innym. W ten sposób stajemy się zgorzkniali. Staraj się czerpać radość z dawania. Jeśli dostaniesz coś w zamian, świetnie, jeśli nie, jeszcze lepiej.

Nie traktuj siebie zbyt serio

Jesteś dorosłą osobą, w świecie dorosłych ludzi, którzy powinni traktować cię poważnie. Rozumiem. Ale nawet prezydent od czasu do czasu robi sobie wolne. No może nie ten, który ostatnio został wybrany w Stanach, ale to on to zupełnie inny przypadek. A tak na poważnie. Odpuść sobie. W końcu wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Stwórz coś

Nie po to, by zostawić coś po sobie, ale po to, by jakoś się przydać. Książkę, piosenkę, kawałek ubrania. Stwórz cokolwiek. Poczujesz się lepiej sama za sobą, a przy tym dasz innym coś, czym będą mogli się cieszyć.

Nie oglądaj się za siebie

Spoglądanie w przeszłość jest dobre tylko w jednym celu: aby się czegoś nauczyć.

Działaj

Nie siedź wyłącznie w domu po pracy. Zrób coś. Działaj. Bez akcji, nie ma reakcji. A zatem do dzieła!


 

Źródło: upworthy.com

 


Lifestyle

Andrzej Mleczko – zbiorowa histeria, czy kompletne niezrozumienie satyry? Nie jesteśmy przypadkiem „lekko” przewrażliwieni?

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
15 listopada 2016
Facebook/ Andrzej Mleczko
 

Andrzej Mleczko, pierwszy satyryczny komentator Rzeczypospolitej Polskiej w ostatnim czasie nacisnął internetom na duży, napuchnięty odcisk. Jak kraj szeroki opublikował nowy rysunek, w którym przekonuje, że „Molestowanie brzydkich kobiet powinno być karane łagodniej”. Pan Andrzej nie zdając sobie chyba sprawy jak kapryśna potrafi być sieć,  przywiązał się właściwie zupełnie nago do drewnianego pala, wypiął tyłek i dał początek bardzo rzeczowego ukamienowania połączonego z cierniową chłostą. Podzielił krainę i podniósł larum wyjątkowo histerycznie ostatnio reagującego społeczeństwa. Nie ma się co dziwić. W końcu jako przetrącone króliki doświadczalne z mocno nadpalonym wąsem ostatnich pomysłów i zmian w ustawodawstwie spodziewamy się ataku już praktycznie z każdej strony. Coś, co potencjalnie powinno wydać się zabawne, odbieramy jak największą wpadkę medialnego światka. Ale czy słusznie?



No panie Mleczko…nawet Trump by tego lepiej nie ubrał w słowa….bardzo, bardzo niski lot…”

„To może tak: molestowanie przez brzydkich, grubych, łysych, starych dziadów po 60tce powinno być karane podwójnie surowo. (…) Śmieszne, nie?”

„Żarty z robienia innej osobie krzywdy, przekraczania granic jej intymności, zawstydzania nie są zabawne i są słabe nawet jako prowokacja . Zakładam, że jak dziewczyna/żona/matka przyjdzie do Ciebie z płaczem bo szef /kolega z pracy/przypadkowy facet na ulicy klepnął po dupie, wystosował komentarz o jej cyckach czy robił obrzydliwe aluzje, też zalecisz dystans i poczucie humoru.”

Śpieszę tłumaczyć. Mija rok odkąd w Polsce stery władzy przejęła  prawica. Niektórzy może i spodziewali się odważnych zmian, ale większość raczej zbiera do tej pory zęby z podłogi. Ja dla przykładu byłam przekonana, że będzie wesoło, ale dzień w dzień włączając telewizor wyrywam po kłębku włosów i czekam momentu, w którym usadzę się wygodnie w kącie salonu i zacznę się śmiać złowieszczo do ściany. Albo do kanapki z masłem. Albo w tej nerwicy przez sen wydrapię dziurę w tynku do sąsiada i podrapię go za uchem, już mnie nic nie zdziwi. Serio.

Kiedy jako jedna z tych „bawiących się”, jak uraczył nas nazwać Minister Waszczykowski kobiet, która w wiadrach deszczu, z połamaną od wiatru parasolką paradowałam ulicami miasta w obronie oczywistych wartości, jeszcze wierzyłam. Biło ode mnie przekonanie, że dobrnęliśmy już na szczyt absurdu każąc rodzić ciężko chore dzieci i efekty gwałtu, a po takim „puczu” jak nasz, państwo pójdzie na balkon srogą zimą bez kurtki zaczerpnąć świeżego powietrza.

Otóż dupa! I wcale nie Andrzej Dupa, bo za to się idzie na dywanik, a jak nauczył nas przypadek Mleczki, z ludźmi dzisiaj trzeba nad wyraz ostrożnie. Chwilę później dostaliśmy ekstra kasę na skomplikowane porody. Proszę państwa, gratyfikację, rzec by się chciało, za trud podjęcia decyzji o urodzeniu nieuleczalnie chorego dziecka. Całe cztery patyki łaski państwa, jednorazowo. Na pół elektrycznego wózka inwalidzkiego, ramę do dobrego łóżka, dożywotni zestaw baterii do pilota do wspomnianego wyra albo na pokrowiec od materaca przeciwodleżynowego. To jest dopiero rozmach. Niepotrzebne skreślić.  I co nam pozostało oprócz głośnego lania żalu i oburzenia? Nic. Nie mamy już absolutnie na nic wpływu. Ewentualnie widły i sierpy, ale kto by nas poprowadził…

Rysunek Mleczki jest niezaprzeczalnie kontrowersyjny. Wywołuje dyskusję i nie pozwala na jednoznaczną ocenę. Nadmuchał przerysowaną, narodową wrażliwość, której nabawiliśmy się po ostatnich ekscesach prawicy. Otwiera jednak oczy na dosyć często pojawiające się zjawisko, w którym my, naród, jesteśmy systematycznie dymani na każdym polu, a władza już nawet nie udaje, że podchodzi do tego zupełnie hobbystycznie. Gdyby na rysunku Mleczki dokładnie to samo zdanie wypowiedział podstarzały Hobbit z kotem pod pachą, podzielilibyśmy się grafiką na wszystkich polach w social media i stworzyli viral. „Dokładnie tak”, „Bezczelny typ”, „Panie prezesie, coś pan wie o molestowaniu?” grzmiałyby media, a my dumnie zmienialibyśmy profilowe na hasło Mleczki. Tak proszę państwa działa internet. Właśnie tak.

Niestety Pan Andrzej podpisał hasło własnym profilem i strzelił sobie świadomie lub mniej w kolano. A szkoda, bo przesłanie było inne.

Zanim zaczniecie pouczać o cienkich granicach i niesmaku, przytoczycie dwieście definicji o satyrze i sposiłkujecie się odpowiedzią feministek, na której pewna młoda dama odpowiada Panu Andrzejowi „Spier*alaj”, zastanówcie się porządnie, co autor miał na myśli. Czy przypadkiem nie wyśmiał tym samym zapędów przy korycie i w dosyć nieoczywisty sposób nie stanął niejako w obronie kobiet? Satyra satyrą, ale to tutaj to ostatni pisk rozpaczy. Słyszycie?


Lifestyle

Goniłam za tym, o czym marzyłam i straciłam to, czego najbardziej potrzebowałam. Dzisiaj żałuję

Listy do redakcji
Listy do redakcji
15 listopada 2016
Fot. iStock/fcscafeine

Bum! Spotykam go i niczym piorun z nieba przeszywa mnie dreszcz, a w głowie wiem już, że właśnie na niego czekałam. Bum, bum, bum – moje serce zaczyna szybciej bić, brakuje mi tchu, w uszach szumi. Nie dociera do mnie nic poza jednym – oto jest moja druga połówka, mój ci on! Tak to sobie mniej więcej wyobrażałam, tak wyglądało to w moich snach. Do tej pory czasem mam nadzieję, że może jutro, że już niedługo, a z drugiej strony dobrze wiem, że to tylko moje naiwne życzenia.

Może to głupie, ale do niedawna wciąż wierzyłam, że każdy z nas ma swoją drugą połowę na tym świecie, że jesteśmy komuś przeznaczeni i przez coś lub kogoś zapisane jest połączenie się naszych losów. No bo niby skąd te wszystkie miłosne opowieści, filmy, wiersze, piosenki? Ktoś może powiedzieć, że z ludzkich pragnień i marzeń, ale ja wolałam wierzyć, że mają one swoje realistyczne podstawy, że to bardziej zapis faktów niż sennych majaków. Trzymałam się tego mocno, choć teraz wiem, że przez to moje gonienie za marzeniami straciłam coś bardzo ważnego.

Od zawsze czekałam na motyle w brzuchu, gęsią skórkę na widok ukochanego, ten grom uczuć i emocji, który trafi mnie od pierwszego wejrzenia. Czy szukałam? Nie wiem sama, czy można to w ogóle znaleźć, jest na to jakiś sposób, metoda? Rozglądałam się dookoła, uważna byłam, ale nie wstawałam z myślą, że to dzisiaj, nie rzucałam się na facetów, nie dawałam anonsów i ogłoszeń. Byli w moim życiu mężczyźni, ale nigdy nie traktowałam ich poważnie, bo nigdy przy nich nie poczułam TEGO.  Gdy tylko oni wykonywali jeden krok do przodu, ja cofałam się o dwa albo uciekałam gdzieś na bok, chowałam się za murem przyjaźni, samodzielności, autonomii. Chciałam bliskości, intymności, nowego rozdziału, chciałam założyć rodzinę, ale nie z pierwszym lepszym, substytutem jakimś, namiastką. Wolałam zaczekać, goniłam za tym, o czym marzyłam i straciłam to, czego najbardziej potrzebowałam. Straciłam miłość.

K. był moim przyjacielem niemal od zawsze. To właśnie z nim wiążą się moje najlepsze wspomnienia, on potrafił rozśmieszyć mnie do łez i pocieszyć w chwilach smutku, z nim mogłam rozmawiać szczerze i bez ogródek. Na początku było to uczucie czysto platoniczne i z obu stron nie było oczekiwań czegoś innego. Dopiero, gdy oboje dorośliśmy, K. zaczął wysyłać mi subtelne sygnały mówiące o tym, że darzy mnie uczuciem dużo głębszym. Udawałam, że tego nie widzę, trzymałam na dystans, często podkreślałam to, że jest dla mnie jak brat, że cenię sobie naszą przyjaźń. Nie chciałam go stracić, był dla mnie jedną z najważniejszych osób na świecie. Dzisiaj myśląc o tym wiem, że byłam wobec niego nieuczciwa, że powinnam z nim porozmawiać otwarcie, a najlepiej powinnam dać szansę temu uczuciu. Zamiast tego szukałam jakiegoś mitu, fantazji, byłam pewna, że tylko to sprawi, że będę szczęśliwa, a moje życie nabierze sensu i stanie się kompletne.

To był mój największy błąd – to przekonanie, że szczęście musi mieć wielkie wejście, że przybywa nagle niczym rycerz na białym koniu, wybawiciel i bohater. A kto powiedział, że nie można znaleźć go tuż obok siebie, za ścianą, że szczęście nie może mieć znajomej twarzy i dobrze znanych rysów? Że miłość nie może rozkwitać powoli, z dnia na dzień stawać się coraz bardziej widoczna i silniejsza, że nie musi wpadać z hukiem i niespodziewanie burząc dotychczasowy rytm i stawiając to, co było w cieniu. Byłam głupia, zaślepiona, a moje szczęście wymknęło się ukradkiem, uciekło nagle zostawiając pustkę i samotność. Widzę to dopiero teraz, gdy jest już za późno. K. przestał na mnie czekać, znalazł swoje szczęście u boku innej kobiety, spełnia się jako mąż i ojciec. Patrząc na jego rodzinę nie mogę powstrzymać się od myślenia, że to mogło być moje, że to mogłam być ja, że tak przecież być powinno! Nie po raz pierwszy okazuje się, że doceniamy coś dopiero wtedy, gdy to stracimy, gdy jest już za późno.

Nadal przyjaźnię się z K., choć teraz nasze role się odwróciły – to ja wzdycham do niego, chciałabym czegoś więcej, kocham go skrycie. Na moje nieszczęście jego żona jest świetną kobietą, on tryska radością, a ja mam w sobie uczciwość i głęboko zakorzenione zasady, które nie pozwalają mi na bycie więcej niż jedynie dobrą przyjaciółką. Pluję sobie w brodę, przeklinam swoje niezdecydowanie z przeszłości i głupotę. Nie czekam już na księcia z bajki, bo wiem, że nie zawsze to, co chcemy, jest tym samym, czego potrzebujemy. Od niedawna w moim życiu jest ktoś bliski, mężczyzna, z którym czuję się dobrze, bezpiecznie i spokojnie. Nie było BUM, ani wielkiego WOW przy pierwszym spotkaniu, ziemia się nie zatrzęsła, prąd nas nie poraził, ale było wzajemne zaciekawienie, uśmiech i chęć dalszego poznania – tylko tyle i aż tyle. Jak dla mnie to wystarczająco dobry początek pięknej historii. Mam nadzieję, że z happy endem.

Zapisz


Zobacz także

Dzień #8. Zadbaj o siebie naprawdę. #SlimemGO

Ludzkie zoo, czyli historia, którą ktoś musiał opowiedzieć

Feminizm jest tylko dla kobiet w związkach – usłyszałam – my, singielki, nie możemy pokazywać, że jesteśmy silne i niezależne