Lifestyle

Morderstwo? Złamane serce? Zemsta? Po 60. latach zagadka śmierci Marilyn Monroe w końcu rozwiązana

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
6 maja 2022
 

Nowy film dokumentalny „Tajemnice Marilyn Monroe: Nieznane nagrania” stara się wyjaśnić tajemnice związaną ze śmiercią aktorki w 1962 roku. Sześćdziesiąt lat później dokument Netflixa ujawnia nowe szczegóły dotyczące nocy, w której Monroe rzekomo przedawkowała tabletki nasenne. Dokument od razu stał się hitem. Obecnie zajmuje 9. miejsce w rankingu najchętniej oglądanych pozycji na świecie. Czy to było samobójstwo? Morderstwo? A może Marilyn zachorowała na schizofrenię jak jej matka?

Od sześćdziesięciu lat teorie spiskowe na temat śmierci wielkiej gwiazdy mnożą się jak grzyby po deszczu. Nowy dokument zawiera wiele do tej pory niepublikowanych rozmów dziennikarza Anthonego Summersa, który sugeruje, że okoliczności śmierci aktorki zostały zatuszowane. Summers przeprowadził trzyletnie śledztwo i nagrał 650 rozmów ze znajomymi i przyjaciółmi gwiazdy, m.in. z żoną i dziećmi psychiatry, który leczył Monroe oraz z kilkoma agentami FBI. Dotarał do nowych niesamowitych informacji!

Z notatek psychiatry Marilyn

Od zawsze miała skłonności autodestrukcyjne – zanotował jej psychiatra Ralph Greenson. Gwiazda wyznała mu jednak, że jej mama leczyła się w szpitalu psychiatrycznym z powodu schizofrenii paranoidalnej i dlatego ona – jako mała dziewczynka – trafiła do domu dziecka, a potem była przekazywana od rodziny zastępczej do kolejnej. „Płakałam i krzyczałam, że przecież nie jestem sierotą. Do każdej napotkanej kobiety mówiłam mamo. Do każdego mężczyzny tato”, wyznała Marilyn. Miała wówczas tylko osiem lat. W sumie wychowywała się w dziesięciu rodzinach i nigdy nie miała poczucia bezpieczeństwa. Dlatego potem, jako dorosła już kobieta, szukała miłości na oślep i oparcia w silnych mężczyznach, którzy mieli władzę. Pierwszym jej mężem był policjant, drugim Joe DiMaggio (sławny baseballista), trzecim Arthur Miller (najbardziej uznany i wpływowy w Hollywood dramaturg i laureat Nagrody Pulitzera). A potem już w jej życiu rządzili tylko bracia Kennedy – Bobby (prokurator generalny) i John (prezydent Stanów Zjednoczonych).

 

Małżeństwa Monroe nie były szczęśliwe

Dlaczego jej relacje z mężczyznami zawsze były trudne? Z notatek psychiatry Monroe wynika też, że gwiazda była molestowana seksualnie w dzieciństwie. Szczegóły tego traumatycznego wydarzenia nie są znane. Psychiatra zapisał, że aktorka godziła się na to z ciekawości i nie przywiązywała znaczenia do tych wydarzeń. Jednak to z całą pewnością nie było obojętne dla jej psychiki. Jedna z jej znajomych zdradziła dziennikarzowi, że pamięta hollywoodzkie przyjęcie, podczas którego goście opowiadali sobie swoje największe marzenia. Monroe wyznała wtedy coś szokującego. Powiedziała, że chciałaby w barze poderwać swojego ojca (którego przecież nie znała!) i uprawiać z nim seks, a potem powiedzieć mu: ”Jak się czujesz, wiedząc, że kochałeś się z własną córką?”

Jej wszystkie małżeństwa okazały się fiaskiem. Jedna z fryzjerek, która pracowała z Marilyn przy filmie „Książę i aktoreczka”, wyznała Summersowi, że po słynnych dziś już zdjęciach, kiedy gwiazda pozowała w białej sukience, która unosiła się do góry od podmuchu z metra (zna tę scenę każdy) Joe DiMaggio pobił żonę. Był o nią okropnie zazdrosny. Marilyn podobno krzyczała i wzywała pomocy w wynajmowanym apartamencie, ale nikt jej nie usłyszał. Następnego nią przyszła z posiniaczonymi rękoma do pracy. Dlatego to małżeństwo przetrwało tylko… 9 miesięcy.

Kiedy Marilyn zaczęła romansować z Arthurem Millerem, miała zaledwie 29 lat, a on 40. Słynny dramaturg na początku uważał, że gwiazda jest inteligentną, ale nieoszlifowaną jak nieobrobiony kryształ osobą. Ich ślub był kameralny. On dał ukochanej obrączkę z napisem: „Tym razem na zawsze”. A ona jedno ze ślubnych zdjęć podpisała: ”Nadzieja, nadzieja, nadzieja”. Niedługo po weselu gwiazda przez przypadek przeczytała w notatkach męża, że ten uważa, że biorąc z nią ślub, popełnił jednak błąd, bo Monroe okazała się równie płytka, co jego poprzednia żona i nazwał ją, cytujemy: „dziwką”.

Nadzieja i obłęd

Gwiazda przyznała, że kiedy kręciła zdjęcia do „Pół żartem pół serio” była w ciąży z Arthurem. Od dawna marzyła o dziecku i opowiadała przyjaciołom, że to był najszczęśliwszy moment w jej życiu. Faktycznie promieniała! Ale kiedy poroniła, wszystko w niej się załamało. Zaczęły się kłopoty z narkotykami i nadużywaniem lekarstw na receptę, zwłaszcza tych nasennych. Podobno brała na zmianę środki pobudzające i uspokajające. Jej przyjaciele alarmowali Arthura, że  – jak tak dalej pójdzie – Marilyn wyląduje na cmentarzu. Zaczęła też spóźniać się do pracy, czasem wcale nie pojawiała się na planie. Kiedy rozwiodła się z trzecim mężem… na scenie jej życia pojawili się bracia Kennedy. Najpierw spotykała się z Jackiem, potem z Bobbym, a potem z obydwoma na raz.

Czy bracia Kennedy mieli lepkie rączki?”, pyta w filmie przyjaciół Marilyn dziennikarz Summers. A wszyscy zgodnie odpowiadają, że tak. Podobno ojciec dał obu synom Kennedym radę, która brzmiała mniej więcej tak: „Korzystajcie z każdej okazji, by uprawiać seks”. Więc obaj korzystali i … mówiąc wprost – dzielili się Marilyn.

A ona, wchodząc w intymne relacje z prezydentem Stanów Zjednoczonych oraz jego bratem prokuratorem generalnym igrała z ogniem, bo tym samym „wchodziła w drogę” wszystkim ich politycznym wrogom. Dlatego w jej domu były zamontowane podsłuchy.

Summers twierdzi, że w FBI zapewne uznano, że niestabilna emocjonalnie, zażywająca kokainę i nadużywająca środków nasennych gwiazda, która cały czas była pod opieką psychiatry – nie jest odpowiednią partnerką dla tak wysokich urzędników państwowych. Pamiętajmy, że na początku lat 60. było realne zagrożenie konfliktu atomowego. Rosja wysyłała do Fidela Castro na Kubę głowice atomowe, a Marilyn miała zdecydowanie lewicowe poglądy. Mogła więc… np. przekazywać informacje przyjaciołom komunistom, którzy zostali deportowani  – właśnie z powodu swoich poglądów – ze Stanów.

Czy Marilyn miała złamane serce?

Na miesiąc przed śmiercią zdążyła jeszcze podekscytowana zaśpiewać zmysłowo prezydentowi Stanów Zjednoczonych: „Happy Birthday! Mr President”. Niedługo potem dostała oficjalny zakaz kontaktowania się braćmi. Była wściekła. John Kennedy nawet do niej nie zadzwonił. Ona jednak miała swoje dojścia i zadzwoniła sama do Białego Domu, robiąc okropną awanturę. Podobno dostała szału. „Czy miała złamane serce?”, pytał dziennikarz. Na co dostał odpowiedź od znajomych Marilyn: „Nie! Ona po prostu czuła się WYKORZYSTANA!” Przekazywana jak trofeum z rąk jednego – w ręce kolejnego faceta. Musiała czuć się zrozpaczona.

 

Dlatego znów szukała ukojenia w narkotykach i środkach nasennych. 5 sierpnia 1962 roku tuż po godzinie 3.00 nad ranem martwą Marilyn Monroe odnalazła jej gosposia. 36-letnia gwiazda srebrnego ekranu leżała twarzą do łóżka, a jej prawa dłoń była kurczowo zaciśnięta na słuchawce. Czy tak wyglądał jej koniec? Nie!

Summers twierdzi, że FBI starało się zatuszować wszelkie powiązania gwiazdy z braćmi Kennedy, dlatego dopiero w wyniku śledztwa dziennikarskiego dowiedzieliśmy się, że gwiazda zmarła nie w domu, a w karetce. Summers jest niemal pewien, że aktorka nie została zamordowana. Uważa, że popełniła samobójstwo lub nieświadomie przedawkowała lekarstwa. By poznać całość historii, obejrzyjcie ją na Netflix.

 


Lifestyle

W imieniu matek walczących o alimenty, dziękujemy Ci Celebryto. Właśnie rozpętała się wojna z alimenciarzami!

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
8 maja 2022
Sad mother and son at home. Quarantine, lockdown.
 

Jedna z najpopularniejszych par w polskim showbiznesie. A raczej była para. Od lat obserwujemy toczącą się między nimi wojnę o dzieci. Teraz media oskarżają mężczyznę o to, że swojej byłej partnerce jest winien 170 tysięcy złotych alimentów. Rozpętało się piekło.

Post na ten temat udostępniła w piątek 6 maja Karolina Korwin Piotrowska, dziennikarka. Od tego czasu dostaje setki wiadomości od innych kobiet w podobnej sytuacji. Wśród nich są również znane matki z pierwszych stron gazet, których eks (alimenciarze) są dobrze zarabiający aktorami i biznesmenami.

„Polskie prawo to jakiś żart, jeśli chodzi o ściąganie alimentów, mój były zalega już 100.000 tysiące, prokuratura ciągle umarza, on niewypłacalny, biznesy robi na swoją ukochaną! (…) Wstyd i gdzie tu sprawiedliwość w naszym kraju i dobro dziecka”.

„Zaległość wynosi 80.00 plus odsetki koszty. Wierzyciel jedzie oficjalnie na 1/2 etatu. Albo na czarno. Albo komornik mówi, żeby wpłacił 20 złotych i będzie okej. Nowa żona namawia, żeby nie płacił”.

Mój były wisi mi 200 tysięcy, a że wszystko jest na nową kobietę to tylko mogę powąchać. Szkoda gadać, a w domu trójka dzieci niepełnosprawne”.

Do Karoliny napisała również komornik sądowa

„Masa celebrytów jest zadłużona, jest to wręcz nagminne. Nie mają nic na siebie, wynagrodzenie pobierane w gotówce albo przelewem bankowym na rachunek bankowy partnerki, rachunki w revolut czy zagranicznych bankach, gdzie nie ma dostępu komornik sądowy, umowy zawierane w imieniu spółki a nie aktora (zarabia wtedy spółka, nie aktor, nie jest to jego majątek, który można zająć) i funkcjonują dalej w przestrzeni publicznej. Jestem komornikiem sądowym, nie przestaje mnie to zadziwiać”.

Mój alimenciarz mówi spier****j

– Czytam to i jest mi niedobrze. Walczyłam o alimenty na swoją córkę prawie całe jej życie – mówi Aneta (została sama, gdy jej córka nie miała trzech lat). – Dziś Iga ma 18 lat, nie chce mieć z ojcem nic wspólnego. A ja? Chciałabym, żeby jak najszybciej umarł, bo boję się, że odziedziczy po nim wszystkie długi. Czuję się też wyrolowana przez państwa, bo w większości krajów europejskich długi alimentacyjne przejmuje państwo, a dłużnik staje się dłużnikiem państwa, a nie dziecka.
Najgorsze jest to, że jego nieodpowiedzialność wspierała rodzina, najpierw matka, potem siostra. „On jest chory”, tłumaczyli. Miałam zrozumieć, że jest alkoholikiem, traci kolejne prace. Teraz sprzedał mieszkanie, pieniądze za dwa lata zaległości wybłagałam w końcu od jego siostry, która trzyma też jego część ze sprzedaży (bo przecież on je przepije). Od ojca mojej córki usłyszałam: „spierdalaj”.
Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że to jest jak z przemocą. Na początku jeszcze wiesz, że to, co się wokół ciebie jest złe. Ale potem wpadasz pułapkę i myślisz, że to twoja wina, wybrałaś złego faceta na ojca swojego dziecka, nie potrafiłaś utrzymać związku, nic się nie należy. Bo na co ty wydajesz ten hajs? Te odczucia potęguje fakt, że zwykle cała rodzina ukrywa pieniądze. Mówią, że jesteś złodziejką. Albo roszczeniową kurwą. Tak jakbyś chciała kasę na paznokcie, podróże dla siebie, a na podstawowe rzeczy rzeczy dla waszego wspólnego dziecka. Zaczyna ci wydawać, że żyjesz w matrixie. Do tego kilka razy słyszałam od swoich koleżanek: widziały gały, co brały.

Rodzinna zmowa alimenciarza

Ewa, matka 15 letniego syna, po rozstaniu 13 lat.
– Syn potrzebuje pieniędzy na rehabilitacje, trenuje piłkę nożna, podczas jednego meczu, przewrócił się, zerwał więzadło– operacja, a potem konieczność żmudnych ćwiczeń. Do tego kryzys psychiczny, bo syn jest wrażliwy. Długo radziłam sobie finansowo sama, ale w końcu dzwonię do eks – od lat płaci mi tylko 500 złotych alimentów. Z synem widuje się raz miesiącu, zabiera go na obiad. Na wspólnych wakacjach byli raz, w polskich górach. Sam podróżuje ze swoją obecną partnerką po całym świecie.
Telefon odbiera na lotnisku:
– Dopiero wylądowaliśmy, czego chcesz?
– Chcę, żebyś się dołożył do rehabilitacji i psychologa – mówię.
– Pojebało cię, po co zawracasz mi dupę, jak jestem po cudownym trzytygodniowym pobycie w RPA, uspokojony i zrelaksowany. Przez ciebie skoczyło mi ciśnienie.
– Chodzi o twoje dziecko – próbuję zachować spokój.
– Zapisz go na rehabilitację z NFZ, poza tym dostajesz alimenty, a w zeszłym roku wyciągnęłaś od mojej matki połowę kasy na obóz sportowy.
Potem zaczyna się seria inwektyw: dziwko, szmatko, pojebie, debilu. Miałam być spokojna, więc próbuję:
– Skończyłeś? W takim razie składam pozew o podwyższenie alimentów. Wyłączam się.
Dopiero po godzinie pisze – wysłałem ci 300 złotych. I wiem, że robi to tylko dlatego, że boi się sądu.
Nie potrafię pojąć. Ma dobrą pracę, mieszka z nową partnerką w pięknym apartamencie. Mój syn czasem kontaktuje się ze swoją babcią. Słyszy: mama wyciąga wciąż od taty pieniądze.
Jego aktualna partnerka mówi: no bez przesady, przecież twoja matka ma 500 plus. Czyli razem tysiąc złotych na miesiąc. Ona, która w knajpie na obiad potrafi wydać tysiąc złotych.
Kiedy mu to wszystko racjonalnie piszę, odpowiada:
– Trzeba było nie niszczyć rodziny.

Brak kobiecej lojalności

– Od ośmiu lat jestem ze wszystkim sama – mówi Karolina, matka dwóch nastolatek, 12– letniej Poli i 16 – letniej Leny. Płacę za jedzenie, zajęcia dodatkowe, obozy, wakacje, kosmetyki, daję kieszonkowe. Eks wysyła alimenty, jak chce. Owszem, potrafi zabrać je raz na pół roku i kupić im kurtki za 2 tysiące, czy inne drogie ubrania. Po co? Żeby jakoś je zdobyć. Jest i był tatą od prezentów. Poza tym nie był nigdy na żadnym zebraniu w szkole, nie załatwił niczego, co z nimi związane. Prowadzę nieustanną wojnę – ale komornik nie ma skąd ściągnąć pieniędzy. Mój były mąż ma agencję reklamową, ale wszystko zapisał na żonę… oficjalnie nie zarabia. To naprawdę cyrk jest. Jeździ bmw, ma najlepsze ciuchy, a jak proszę na dentystę dla córek mówi: zaniedbałaś im zęby, teraz płać.
Zobacz, jak to w ogóle brzmi! – denerwuje się Karolina. – Proszę go o pieniądze, które mi się najzwyczajniej w świecie należą. Cieszę się, że wypłynęła ta sprawa wśród celebrytów, niech mówią o tym i piszą, bo matki są bezradne. A wiesz dlaczego? Bo panowie przepisują majątki na nowe partnerki, żony. Bo to one mówią: co ona chce tyle hajsu? Gówno chce, niech spróbują same utrzymać dziecko.
Zresztą ja to przecież robią, ale dlaczego mam? To są też jego dzieci. Wciąż ma prawa rodzicielskie!
Karolina mówi, że to zresztą nie chodzi tylko o pieniądze, ale porażającą samotność w rodzicielstwie. Brak drugiego rodzica, z którym można porozmawiać o problemach emocjonalnych dzieci, ich wybrykach. Brak wsparcia na każdym polu.

 

Karolina Korwin Piotrowska dostaje wiadomości dotyczące nie tylko mężczyzn. Jedna z kobiet napisała, żeby podkreślać, że to ojcowie, ale też matki mogą zalegać z alimentami.
„Mój partner sam wychowuje syna, bo pani mama zajęła się innym życiem. Pani mama alimentów nie płaci, ale to pikuś, najgorsze, że mały chłopiec od 2 lat nie widział matki”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Lifestyle

Maciej Dowbor: „Był taki moment, że się poddałem, bo nie mogłem patrzeć na cierpienie Joanny”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
6 maja 2022

Żona Macieja Dowbora, Joanna Koroniewska, niedawno na Instagramie opowiedziała o długich staraniach o powiększenie rodziny. Tak bardzo oboje chcieli mieć drugie dziecko, że Joanna na pięć lat porzuciła granie w filmach i serialach. Niestety kilka razy poroniła. Aby donosić ciążę z Helenką, niemal cały czas leżała. W swoim wpisie umieściła piękne słowa podziękowań dla lekarzy, którzy wierzyli, że w końcu jej się uda. Była wdzięczna jednak przede wszystkim  Maćkowi: „Nie przeszłabym tego wszystkiego, gdyby nie wsparcie mojego męża. Faceci są inni. Z pozoru często bardziej zamknięci, ale jedno wiem na pewno  – największe wsparcie otrzymałam od niego!”. Postanowiliśmy porozmawiać z dziennikarzem o jego tacierzyńskiej perspektywie.

Maciek, twoja żona mówi, że w czasie porodu dostała największe wsparcie właśnie od ciebie. Jak przeżywałeś ten czas, gdy rodziły się twoje córki?

Na pewno bardzo się denerwowałem, zwłaszcza za pierwszym razem. Miałem wtedy 30 lat, ale to nie oznacza, że byłem już dorosły. Jak wiesz faceci dojrzewają później niż kobiety, a niektórzy wcale. (śmiech). Oczywiście nie wiedziałem, czego się mogę spodziewać po samym porodzie. Myślałem, że to będzie hardkorowa akcja, ale okazało się, że nie było tak strasznie. Oczywiście to są tylko moje odczucia, bo perspektywa mojej żony będzie zapewne inna. Ale wtedy dotarło do mnie, że okres bycia Piotrusiem Panem, który w każdej chwili może zawinąć się i wyjechać gdzieś daleko do Wietnamu i żyć za trzy dolary dziennie, to już przeszłość. Stałem się odpowiedzialny już nie tylko za siebie.

Łatwo pożegnałeś się z beztroskim życiem?

Oczywiście, że nie. Skłamałbym, gdybym powiedział, że jak urodziła się Janka, to od razu stałem się altruistą. U mnie był to proces. Na początku jest łatwo, bo pojawiają się nowe wyzwania. Ja jestem typem zadaniowca i dość dobrze działam w trybie: kup mleko, pobujaj, przynieś pieluchy. Jednak po jakimś czasie następuje zmęczenie i poczucie monotonii, bo każdy dzień wygląda z dzieckiem tak samo. Ono przecież potrzebuje rytmu, ustalonych godzin spaceru, czy snu. Nasza praca była do tej pory dość nieprzewidywalna, spontaniczna i każdego dnia inna. Wcześniej dużo czasu spędzałem poza domem, podróżowałem nawet 150 dni w ciągu roku i bardzo to lubiłem. Pamiętam taki moment absolutnego doła, kiedy uświadomiłem sobie, że my z Aśką, ludzie, którzy świadomie wykonują wolne zawody, wpakowaliśmy się w totalną rutynę.

 


A jednak udało ci się pielęgnować pasję sportową. Brałeś udział w triathlonach, grasz w tenisa. Czy możesz nam, kobietom, powiedzieć, dlaczego faceci potrzebują takich odskoczni i jak to zrobiłeś, że Joanna ci pozwoliła?

Możemy oczywiście rozmawiać o tym, że zmęczenie rodziców rekompensują postępy dziecka, jego pierwsze słowa i kroki. Ale to pięknie wygląda tylko w komediach romantycznych. Nam, normalnym ludziom, towarzyszą różne kryzysy i spadki formy. Jak człowiek żyje tylko w trybie: praca, dom, pieluchy, dziecko, sen, zakupy, to pewnego dnia obudzi się i pomyśli: „Moje życie jest beznadziejne”. Celowo mówię człowiek, a nie mężczyzna. Moja logika jest prosta: jeśli kobieta jest „udupiona” z dzieckiem w domu, to facet, który chodzi tylko do pracy i czasem przywozi zakupy, nie bardzo ma prawo, by wyskoczyć z kuplami na piwo wieczorkiem. Lepiej, by spytał, czy ona nie ma ochoty iść na spotkanie z koleżankami. Potem łatwiej mu będzie negocjować realizowanie swoich potrzeb poza rodziną. To prosty patent, ale sprawiedliwy i działa.

Mówisz, że jesteś feministą. Niewielu facetów się do tego przyznaje.

Dziś faceci mają trzy wyjścia – albo będą singlami, albo pantoflarzami, albo feministami (śmiech). Ja wybieram naturalnie trzecią opcję. Właściwie to nie bardzo miałem kiedykolwiek wybór, bo przecież… znasz moją mamę i żonę. Nikt nie ma wątpliwości, że obie są silnymi, samowystarczalnymi kobietami. Kiedy zacząłem spotykać się z Aśką, poczułem, że to komplement dla mnie, że taka twarda babka wybrała sobie mnie na partnera. Bo to oznacza, że na to zasługuję, a nie, że dziewczyna akurat potrzebowała wsparcia emocjonalnego, czy materialnego. Poza tym ja po prostu lubię mocne kobiety, bo czuję, że jestem ich partnerem. Nigdy nie miałem jakieś szczególnej potrzeby, by być w moim stadzie autorytarnym samcem alfa. Wydaje mi się, że każdy widzi jak na dłoni, że system patriarchalny w nowoczesnym społeczeństwie odchodzi już do lamusa.

Wciąż jednak kiedy facet zajmuje się dzieckiem, to ze wszystkich stron płyną ochy i achy, że on tak słodko pomógł. A to przecież kobiety przyjmują na siebie większość ciężaru opieki nad dziećmi i nikt tego nie traktuje z takim podziwem. Dlatego uważam, że kobietom należy się absolutny hołd za to, jak wiele wysiłku wkładają w rodzinę. Niesprawiedliwością jest niedocenienie tego! Szybko zrozumiałem, jak bardzo ważna jest potrzeba symetrii między tym, co kobiety próbują wywalczyć , a tym co już mają mężczyźni. I dlatego też uczciwie przyznaję, że jestem feministą.

Co na to twoje córki?

Jak nie miałbym być feministą, jeśli mam dwie córki? Muszę dla nich walczyć o to, żeby one miały takie same prawa jak faceci, równe zarobki, dostęp do rozwijania kariery zawodowej, czy prawo do decydowania o własnym ciele. To są dla mnie rzeczy oczywiste. Uczę je, że symetria jest potrzebna, bo to jest po prostu uczciwe. Jestem zakochany w swoich dzieciach, dlatego walczę o nie, nawet jeżeli na pozór obcinam tym swoją przestrzeń. Oczywiście dla niektórych mężczyzn feminizm to jest ograniczenie przywilejów, ale ja uważam że bycie prawdziwym facetem i feministą nie musi iść w kontrze.

Podczas wakacji, na Instagramie przeczytałam, że z zazdrością patrzysz na swoich kolegów, którzy mają synów i mogą z nimi pokopać piłkę, a ty musisz z córkami bawić się kucykami pony. Wytłumaczysz, o co chodziło w tym wpisie?

Gdybyś spytała mnie, czy wolałbym mieć syna, to bym ci powiedział, że w żadnym wypadku. Mam dwie córki 13-latkę i 4-latkę. I uważam, że nie ma nic piękniejszego dla ojca niż ta ich słodycz, wrażliwość, delikatność. Jak Janka lub Helenka mówią mi, że kochają tatusia, to jest dla mnie coś absolutnie cudownego. Nigdy nie myślałem o tym, że jak nie spłodzę potomka męskiego, to moje nazwisko rodowe nie będzie miało kontynuacji. Mam dwóch braci i oni mają synów, więc w razie czego nasze nazwisko gdzieś tam sobie będzie funkcjonowało. A co do kucyków pony… Może i wolałbym w ramach zajmowania się dziećmi pokopać piłkę, iść na mecz albo grać w Fifę? Może… Ale moja starsza córka jest muzykiem i jest w zupełnie innej bajce, bardzo mi tym imponuje i bardzo ją w tym wspieram.

Myślę, że jako ojciec dziewczynek dostaję wiele rzeczy, których nie dostałbym od chłopców. Mam na myśli ich czułość i wrażliwość. Poza tym ja jestem takim „babskim królem”, trochę „rodzynkiem w swoim domu” i to też jest fajna pozycja, mówiąc szczerze.

Czy fakt, że wychowywałeś w rozbitej rodzinie, wpłynął na to, w jaki sposób budowałeś swoją?

Część życia mieszkałem z matką, a część z ojcem. Za każdym razem to były pełne rodziny, ale jednak nie takie standardowe. Zawsze miałam macochę albo ojczyma. Poza tym nie pamiętam swoich rodziców, żeby mieszkali razem. Nie chciałbym nazwać swojej sytuacji traumą, bo wiadomo, że w innych rodzinach to bardziej skomplikowane, ale prawda jest taka, że moje dzieciństwo mocno zaważyło na tym, jakim jestem ojcem i człowiekiem. Na pewno to miało wpływ na moje poczucie własnej wartości i nierozumienie pewnych schematów działania rodziny. Byłem uboższy o  doświadczenia i dopiero razem z Aśką podczas naszego małżeństwa zacząłem odkrywać pomału, jak powinna wyglądać rodzina. Joanna też miała skomplikowaną sytuację rodzinną w dzieciństwie, bo ona w ogóle nie wychowywała się z tatą. Dlatego chyba nam obojgu bardzo zależało, by wytrwać. Czuliśmy, że ta nasza rodzina jest ważna i zawsze chcieliśmy ją konsolidować. Oczywiście jak w każdym związku tak i u nas nie zawsze jest różowo !

Joanna bardzo chciała, byście mieli więcej dzieci niż jedno. Kilka razy poroniła.

Kiedy patrzyłem na jej determinację i na to, że na pięć lat odsunęła na bok swoją karierę i poza teatrem nie robiła nic więcej zawodowo, podziwiałem ją. Dla niej to był zawodowo doskonały moment i pewnie mogła dużo więcej zrobić dla swojej kariery. Ona wolała jednak przeznaczyć ten czas na budowanie naszej rodziny i będę ją za to zawsze szanował. Przyznam, że był taki moment, że już się poddałem, bo nie mogłam patrzeć na jej cierpienie. Sugerowałem, że jeśli już mieliśmy tyle porażek, to może warto byłoby odpuścić. Bo szkoda życia. Jednak Joanna, chociaż ją to wiele kosztowało, zawsze powtarzała: „Nie, Maciek, musimy spróbować jeszcze raz”.

A teraz? Cieszy cię wasza czwórka?

Niedawno powiedziałem Aśce: „Zobacz, jak trudno było ludziom, którzy przed pandemią byli jak „królowie życia”, bo tylko biegali z imprezki na imprezkę. Lock down pozamykał nas wszystkich w maleńkich społecznościach i okazało się, że „królowie życia” stali się nagle samotnymi i nieszczęśliwymi ludźmi. Dlatego moim zdaniem w czasie pandemii zwycięzcami okazali się ludzie z kochającą się rodziną. To oczywiście nie znaczy, że nie zazdroszczę kumplom, którzy są zdeklarowanymi singlami i zawsze mogą sobie wyskoczyć na tenisa. Dzwonią do mnie spontanicznie, zapraszają, a ja nie jestem tak elastyczny. Wiem, że Aśka jest w teatrze i muszę wieczorem zająć się dziećmi. Jestem odpowiedzialny i nie chcę, żeby wszystko „wisiało” na mojej żonie.

Domówka to wasze trzecie dziecko, urodzone podczas pandemii. Obliczyłeś odcinki i gości, którzy was odwiedzili?

Istota naszego funkcjonowania w social mediach jest taka, żeby było spontanicznie, więc w pewnym momencie przestaliśmy liczyć. Tutaj rządzi chaos połączony ze spontanicznością i sobie świadomie na to pozwalamy. Wszystko niby jest zaplanowane i mamy pewne rzeczy poukładane, ale żyjemy na luzie i zdarza się coś zmieniać w ostatniej chwili.

Czy ty się o sobie dowiedziałeś czegoś szczególnego podczas „Domówek u Dowborów”?

Stworzyliśmy je z czystego egoizmu, z naszej potrzeby niebycia kompletnie odciętym od świata i potrzeby pracowania, bo moim zdaniem praca jest jak powietrze, którego każdy człowiek potrzebuje do funkcjonowania. To, co robimy, nie jest w żaden sposób usystematyzowane, nigdy nie mamy scenariusza, o czym będziemy z gościem rozmawiać. Chcemy, by panowała domowa atmosfera. I bardzo często – jak to na imprezach bywa – tematy dorosłych kręcą się tak naprawdę wokół dzieci, bo to one nam dają powody do radości albo też i do stresu. I wiesz, czego ja się dowiedziałem?

Wyszło na to, że wszyscy jesteśmy bardzo do siebie podobni. Nieważne, czy pochodzimy ze wsi czy z dużego miasta, czy pracujemy w biurze, czy prowadzimy gospodarstwo rolne. Wbrew pozorom wszyscy pragniemy tego samego i mamy identyczne kłopoty. Dziś dzieci dają nam w kość, ale za kilka lat będziemy za tym tęsknić, gdy okaże się, że już nie jesteśmy im potrzebni.

Masz w domu czterolatkę. Tobie to jeszcze długo nie grozi.

Myślę, że to dobrze, bo dzięki temu muszę być bardziej elastyczny. Patrzę na moją mamę, która urodziła moją siostrę po czterdziestce, mniej więcej w w takim samym wieku, w jakim moja żona urodziła Helę. I myślę, że dzięki temu mama mentalnie jest młoda. Mnie urodziła jako nastolatka, więc mogła mieć wieku 37 lat wszystko „pozamiatane” i życie tylko dla siebie. A przecież jeszcze niedawno przeżywała maturę, studia, pierwsze miłości mojej siostry. To są emocje, które nas napędzają, działają jak zastrzyk adrenaliny, który niby męczy, ale też ożywia. Z drugiej strony jak moja młodsza córka będzie wychodziła z domu na studia, to ja będę miał 57 lat, a Aśka – ponieważ jest odrobine starsza – 58 lat. (śmiech). To taki mały przytyk do żony. Wszystko ma swoje wady i zalety.

Czy dziś myślisz, że Joanna miała rację, tak długo walcząc dla was o większą rodzinę?

Aśka niedawno spytała: „Wyobrażasz sobie, żeby nie było małej Heli?”. Oczywiście, że sobie tego nie wyobrażam! Obie córki są oczkiem w mojej głowie. A dla żony, za jej heroizm, mam olbrzymi szacunek. Starałem się ją wspierać, jak potrafiłem. Ale ja bym tego nie uniósł!

 


Zobacz także

Jak policzyć BMI (Body Mass Index)

Polka na diecie. Dlaczego odchudzanie nam nie wychodzi?

Nie wszyscy muszą brać ślub, nie wszyscy muszą mieć dzieci. Ważne, by mieć świadomość tego, co nas uszczęśliwia

Zobaczcie nową, świąteczną reklamę Johna Lewisa. Chwyta za serca i uwodzi prostotą przekazu