Lifestyle

Książki naszej młodości. Takie, w których bohaterki dorastają, dojrzewają, zakochują się, odkochują, głupieją i mądrzeją – czyli książki z duszą

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 listopada 2015
Fot. iStock / pixitive
 

Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć córkę. Nie, nie po to, żeby zaplatać jej warkocze i ubierać w kolorowe sukienki. Towarzyszyły mi bardziej egoistyczne pobudki :). Otóż myślałam o tym, że będę mogła z moją córką wrócić do swoich ukochanych powieści z okresu, kiedy sama miałam lat naście. Takich, o których mówi się, „to dla dziewczyn”, a chłopcy podsumowują je słowem „nuda”.

Takich, w których bohaterki dorastają, dojrzewają, zakochują się, odkochują, głupieją i mądrzeją. Przechodzą jakąś przemianę, uczą się świata i jego reguł, dowiadują się czegoś o sobie, o innych kobietach, dziewczynach, mężczyznach… A czytelniczka? Z wypiekami na twarzy przerzuca kilka kartek do przodu, żeby koniecznie zobaczyć „co będzie dalej”.

Siedem lat temu moje marzenie się spełniło: urodziła mi się córeczka. Więc teraz z niecierpliwością czekam na moment, w którym będzie wystarczająco duża, żebym mogła jej podrzucić moje ukochane „młodzieńcze” powieści. Zrobiłam sobie nawet taką małą listę. Na dobry początek.

1. Ania z Zielonego Wzgórza (Lucy Maud Montgomery)

Wstyd się przyznać, ale w moim egzemplarzu tej książki niektóre kartki wybrały absolutną niezależność: można je swobodnie wyjąć z okładek… Nic dziwnego, znacie chyba ten poziom uwielbienia powieści, który określa się mianem „do zaczytania”? Przygody rudowłosej Ani Shirley znam na wyrywki. Tak jak niektóre powiedzonka głównej bohaterki, na przykład: „tu nie ma pola do wyobraźni”. Tylko czy powieść napisana z delikatnością impresjonistycznego pędzla spodoba się dzisiejszym nastolatkom?

2. „Kłamczucha” (Małgorzata Musierowicz)

Ile jest w stanie zrobić młoda, zwariowana dziewczyna o nietuzinkowej osobowości by być blisko swojego wybranka? O, nie uwierzycie jak wiele. Aniela nawet przeprowadzi się do innego miasta, zapisze do szkoły poligraficznej i pod pseudonimem Franciszka Wyrobek zatrudni się w domu rodziców swego ukochanego – jako pomoc domowa. Cóż z tego, że Pawełek okaże się nic nie wart? Aniela zyska przyjaciół, przeżyje niezapomniane sytuacje, a nawet sprawi, że serce pewnego młodego poligrafa zabije mocniej.

Jeśli znacie opowieść o rodzinie Borejków, nie muszę was przekonywać, że to literatura, która zapada w nas na długo, kształtuje i… krzepi w ciężkich chwilach. Ciepło płynące z kart tych powieści, to chyba najlepszy znak rozpoznawczy Jeżycjady. I jeszcze to, że autorka skonstruowała (i nadal konstruuje) historię w taki sposób, żeby losy bohaterów przeplatały się, tworząc prawdziwą, wielopokoleniową sagę.

book-748904_1920

Fot. Pixabay / Hermann / CC0 Public Domain

3 „Za minutę pierwsza miłość” Hanna Ożogowska

Jak mówić o emocjach towarzyszących pierwszemu zakochaniu? Jak rozmawiać z dorastającymi dziećmi o ich miłościach, rozczarowaniach, nadziejach? Jeśli znacie Irkę, Ewę, Kostka i Marcina, na pewno będzie wam troszkę łatwiej. Bo chyba nie wszystko, od momentu naszego dorastania zmieniło się tak bardzo?…

4 „Małgosia kontra Małgosia” (Ewa Nowacka)

Siedemnastoletnia Małgosia przypina do piersi rubinową broszkę i… przenosi się w przeszłość. Z charakternej, zdecydowanej i odrobinę pyskatej nowoczesnej dziewczyny musi nagle stać się pracowitą, spokojną i wstydliwą panienką… Niebawem okazuje się, że ta Małgosia, na której miejsce wskoczyła powędrowała w przyszłość i radzi tam sobie naprawdę dobrze. Dorzućmy do tego jeszcze pojawiającą się na horyzoncie miłość. Czy to się może nie udać?:) A jak wiele można się o sobie dowiedzieć, gdy sięjest wystawionym na taką próbę… Kto jeszcze pamięta tę powieść, Małgosię i tajemnicze dytko?…

5 „Duma i uprzedzenie” (Jane Austin)

No tak… Świat koronek, kurtuazji, eleganckich bali i elokwentnych rozmów to musi być dla współczesnych nastolatek coś absolutnie niezrozumiałego:)… Czy pan Darcy zyskałby przychylność w oczach naszych córek? A jednak, Jane Austin wiedziała, pisząc swe powieści, że pewne mechanizmy rządzące światem i relacjami między kobietą a mężczyzną są uniwersalne. I dlatego te nasze córki, prędzej czy pózniej również ulegną czarowi tej niezwykłej literatury. Ba! Przez jakiś czas będą nawet mylnie odnajdywać jakieś cechy pana Darcy’ego w co drugim koledze ze szkoły…

Już w tej chwili myślę o kilku powieściach, które za moment dopiszę do swojej listy. Całe szczęście, większość z nich widziałam wczoraj w księgarni, przyglądając się półkom z napisem „literatura młodzieżowa”. Przejrzałam też kilka  bardziej „współczesnych” propozycji. I wiecie co? Brak mi w nich tej delikatnej wrażliwości, ciepła, poczucia humoru i wyczucia, z którym pisały „moje” autorki.

A Wy? Które „dziewczęce” powieści wspominacie z czułością? Do których wrócicie?


Lifestyle

Podsumowanie drugiego tygodnia akcji #Bądź Dobra dla siebie. Dla kogo nagrody?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 grudnia 2015
Fot. Pexels / Unsplash / CC0 Public Domain
 

Bardzo się cieszymy, że brałyście udział w naszej akcji. Drugi tydzień przyciągnął jeszcze więcej kobiet, które postanowiły zrobić coś dla siebie.

Zachwycały i wzruszały nas wasze wpisy, zwłaszcza te, w których podkreślałyście, że tak niewiele trzeba, by zrobić coś tylko i wyłącznie dla siebie i że to nic nie kosztuje. Czasami wystarczyła odrobina czasu, kartka papieru i bycie sam na sam z własnymi myślami.

Pamiętajcie proszę o tym wszystkim, co dla siebie zrobiłyście. I nie przestawajcie być dobre dla siebie.


 

Ogłoszenie wyników – Tydzień

A nagrody za tydzień drugi akcji #Bądźdobradlasiebie wędrują do:

Agata Nata Mi: zestaw kosmetyków ufundowany przez markę Sesderma

Paulina Tymosiuk: Voucher na zabiegi, ufundowany przez gabinet kosmetyczny S&B 

Monika Wasiak-Wiktorowicz: Voucher na zabiegi, ufundowany przez gabinet kosmetyczny S&B 

Laureatki prosimy kontakt mailowy w celu odbioru nagród w ciągu 7 dni od daty ogłoszenia wyników (czekamy do 30.11.2015). Prosimy o przesłanie danych do wysyłki nagrody (imię i nazwisko, adres i nr telefonu) na adres e-mail: [email protected]. Otrzymanie danych potwierdzamy w odpowiedzi zwrotnej.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim za udział w naszej zabawie :).



Lifestyle

„Bardzo szkoda mi lekarzy z powołaniem i pasją, ale jeszcze bardziej szkoda mi pacjentów, którzy na nich nie trafią”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
30 listopada 2015
Fot. iStock / LdF

Obiecałam sobie już dawno, że nic złego nie powiem o lekarzach. Nie zazdroszczę im sytuacji z Narodowym Funduszem Zdrowia. Nie zazdroszczę też fajnych samochodów, pięknych domów i wakacji za granicą. Gdybym zazdrościła, to znaczyłoby, że wybrałam zły zawód i też powinnam ukończyć Akademię Medyczną.

Mam dobrego znajomego, który kończył studia medyczne. Mega zdolny, z pasją. Mam też znajomą, która kiedyś pomiędzy zdjęciami swoich dzieci przerzucała zdjęcia z operacji zakrywając ekran i przepraszając. Widać było po niej, że jest we właściwym zawodowo miejscu.

Był też taki lekarz, który wiele lat temu nie poszedł na skróty. Zlecił wiele badań i konsultację z doświadczoną panią doktor, która podziwiała jego zaangażowanie. Kila lat później ten sam lekarz wybrał jednak drogę na skróty, w zupełnie innym przypadku…

Rozmawiałam ze znajomym ginekologiem. – Nie współpracuję z NFZ, bo to mija się kompletnie z celem. Taka sytuacja: mam pacjentkę w ciąży. Zlecam jej badania, okazuje się, że ma problem z tarczycą, musi trafić do endokrynologa, bo tylko on może wypisać jej receptę. Nie mogę tego zrobić ja, bo NFZ nie zwróci mi kasy. Ona w 12. tygodniu ciąży, wizyta u endokrynologa za pół roku. Paranoja? Przychodzi do mnie pacjentka z infekcją układu moczowego, leczymy. Po półtora roku przychodzi ponownie z tą samą infekcją, która przecież kobietom przytrafia się dość często. Leczę ją, po czym otrzymuję z NFZ informację, że nie dostanę pieniędzy za tę pacjentkę, bo to jest kontynuacja leczenia sprzed półtora roku. Przecież ręce opadają. Mógłbym przykładów mnożyć. Teraz przyjmuję tylko prywatnie.

Sama bardzo rzadko korzystam z naszej służby zdrowia. Dwie ciąże, porody. Rozcięte głowy dzieci i jedno wycięcie migdałów. Zawsze z pełnym zrozumieniem dla lekarzy i w ogóle służby szpitalnej. W końcu wśród swoich koleżanek mam pielęgniarki, położone. Wiem, że nie jest im lekko. Jednak żadna z nich utyskując na wiele trudności związanych z wykonywaniem tego zawodu, nigdy nie powiedziała, że chciałaby się przekwalifikować. Wręcz przeciwnie, bardzo lubią to, co robią.

Taka sytuacja. Mecz siatkówki, nagle pod koniec kontuzja. Coś z łydką – naciągnięty, naderwany mięsień. Decyzja: jedziemy na pogotowie. Wózek dostaliśmy. To już było coś, bo targać wielkiego faceta na ramieniu lekko nie jest. Korytarz. Krzesła. Przypomniało mi się, jak śmiałam się z określenia „straszny szpital”, przecież szpital już w samej nazwie jest straszny. Wyszliśmy ze wstępną diagnozą od anestezjologa – akurat lekarz z taką specjalnością przyjmował i skierowaniem do ortopedy. Weekend z nogą jak bania, kulami i zimnymi okładami. A dzisiaj zderzenie z polską służbą zdrowia. Brak dostępu do ortopedy. Najbliższe wolne terminy, nawet prywatnie, za trzy tygodnie. Wrzucone z wściekłością kule do samochodu mówiły wszystko. Sfrustrowany lekarz mruczący coś pod nosem i z łaską wskazujący termin wizyty za tydzień.

I wylało mi się dziś. Lekarz na pogotowiu, gdzie trafiają ludzie z nagłymi przypadkami – złamaniami, zawałem serca, rozcięciami, poparzeniami – anestezjolog. Z całym szacunkiem dla niego, tylko co on robi, kiedy przywiozą mu kogoś ze złamaną nogą. Znajomemu nie włożył nawet w gips, bo stwierdził, ze złamania nie ma. Co, gdy trafiam z dzieckiem z rozciętą głową – do kości? Czekam aż ściągną mi chirurga, a w tym czasie dziecko słabnie od utraty krwi i cierpi. W poczekalni siada mężczyzna – po dwóch zawałach, a obok niego przechodzą lekarze ze słowami „Proszę czekać”. Gość wymiotuje, ciężko oddycha. A że pije? Co z tego w tym momencie? Może ma zawał. Obok siedzi jego córka, a oni traktują go jak intruza, który zakłócił wieczorny dyżur. Bo jak cuchnie alkoholem, to może czekać?

Czy naprawdę tak trudno być dla siebie zwyczajnie milszym. Czy lekarze są wyzuci z empatii, z uśmiechu. Czy nie potrafią powiedzieć: „Proszę czekać” w taki sposób, że aż czekać się chce, że zrozumiem, że nie ma innego wyjścia, że oni uwikłani w odgórne przepisy nic więcej na tę chwilę nie mogą? Czy dzisiaj lekarz zamiast rzucać pretensjami nie mógł powiedzieć: „Niech pan pokaże, zerknę, a w przyszły poniedziałek wypiszę co trzeba”? Nikogo w poczekalni nie było…

I nie, nie mam pretensji do lekarzy, że nie mogą. Mam pretensję, że nie chcą. Że nie okazują zrozumienia traktując nie rzadko pacjenta jako zło konieczne. Na zasadzie: swoje trzeba odbębnić. Byle szybko. Chirurg w przychodni: ośmiu pacjentów w pół godziny.

I tak bardzo szkoda mi lekarzy z powołaniem i pasją. Szkoda pacjentów, którzy na nich nie trafią. Jest we mnie dużo goryczy, bo ktoś w kogo ręce oddaję to co dla mnie najcenniejsze, nie widzi mnie. Widzi kolejny punkt w NFZ, malejący limit. A może gdyby lekarze zbuntowali się przeciwko tej bezdusznej biurokracji (tak jak znajomy ginekolog), gdzie pacjent jest na ostatnim miejscu, gdzie lekarze traktowani są jak wyrobnicy, to coś by się zmieniło? Nie wiem, gdybam sobie gdzieś w kosmos licząc na to, że w przyszły poniedziałek pan ortopeda nie wyleje znowu swojego jadu, tylko zachowa się profesjonalnie. Ja będę miła. On niech będzie chociaż profesjonalny.


Zobacz także

Horoskop miłosny na 2018 rok

4 najwierniejsze znaki zodiaku. Z nimi możesz planować przyszłość

Zostały ci resztki czerwonego wina? Nie wylewaj, zrób złuszczającą maskę na twarz

Akcja „Bądź piękna każdego dnia”. Dzień #3 [23.04.]