Lifestyle

Kiedy rodzina (nie) wspiera…

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
9 lipca 2016
Fot. iStock / fcscafeine
 

Jesteś z nimi od zawsze. Czasem czujesz ogromną więź, czasem dorastasz i nie chcesz o nich pamiętać. Bywa, że odchodzisz na dłużej, by wrócić i wybaczyć, pojednać się, ale dalej iść swoją drogą. Bywa, że nie umiesz odejść, ale nie potrafisz też przy nich trwać. Rodzina. Bliscy, którzy potrafią krzywdzić jak obcy. Podcinają skrzydła, nie potrafią wspierać. Jak ułożyć sobie z nimi relacje? Czy to w ogóle możliwe?

Kasia ma 35 lat, jest analitykiem finansowym. Ma własne mieszkanie, stać ją na wiele rzeczy, na które jej dawne i obecne znajome muszą wciąż oszczędzać. Jest samotna. Mówi, że z wyboru, ale nie swojego. Relacje z rodzicami określa słowami „zabójcza zażyłość”. Chwalą się jej osiągnięciami przed znajomymi. Z dumą opowiadają o jej zarobkach, o pracowitości Kasi, ale na każdym kroku zaznaczają, że gdyby nie oni, byłaby nikim. W jej obecności również. Jak jest naprawdę?

Kariera

Kierowali nią i szykowali od dzieciństwa. Starannie dobierali Kasi znajomych – „ z tą dziewczynką nie musisz się przyjaźnić” – mówili kiedy uznali, że to nie jest odpowiednie towarzystwo dla ich córki. Wymagali bezwzględnego posłuszeństwa i chcieli tłumić każdą próbę buntu w zarodku. Zupełnie niepotrzebnie. Kasia nigdy nie była typem „buntowniczki”. Była spokojną, cichą i bardzo pracowitą uczennicą o olbrzymich zdolnościach plastycznych. Jej nauczyciele zauważali ten talent i pasję do tworzenia – na przykład – pacynek. Raz Kasia wygrała nawet duży konkurs zorganizowany przez teatr lalkarski, a jej lalki występowały przez kilka sezonów w przedstawieniu dla dzieci.  Rodzice, zamiast zachęcać do rozwijania umiejętności, komentowali uszczypliwie. – Pieniędzy to z tego nie będzie – powtarzali. – Kiedy się chce, to można naprawdę dużo osiągnąć – próbowała ich przekonać. – W Berlinie jest świetna szkoła dla lalkarzy. – Ode mnie na to pieniędzy nie dostaniesz – odpowiadał ojciec.

Kasia skończyła liceum i poszła na studia. Ekonomiczne. Jej dusza rwała się w stronę teatru, palce tworzyły wieczorami małe cuda, które po kryjoma zanosiła do pobliskiego domu kultury, paniom prowadzącym z dziećmi zajęcia teatralne. Rodzice patrzyli na to z pobłażaniem, jak na niegroźne szaleństwo. – Nigdy nie powiedzieli mi, że moje prace im się podobają, nigdy nie skomentowali ich inaczej niż „te twoje zabawki” – Kasia z żalem poprawia jasne pasmo grubych, pięknych włosów.  – Jedno jest pewne, dzięki jej drugiej miłości – dzięki matematyce i studiom ekonomicznym zyskała pracę, która dała jej finansową niezależność. I tu mogłaby się zacząć jej wolność, zmiany. Kasia mogłaby zacząć spełniać marzenia, odciąć się, przynajmniej częściowo, od relacji, która do tej pory, psychicznie ciągnęła ją w dół. Tylko, że… nie umie. Wdzięczność?

– Nie mam za co być wdzięczna. Nigdy nie otrzymałam od nich wsparcia. Do wszystkiego, co osiągnęłam dotarłam sama. Mogę powiedzieć, że gdy próbowałam się rozwijać, raczej podcinano mi skrzydła niż zachęcano do pracy nad sobą.

Miłość

Na studiach pojawił się on – Piotrek. Szybko stał się dla niej upragnionym oparciem, otwierał jej oczy na wiele spraw. Kochał bezwarunkowo, ale nie chciał stawać między Kasią a rodzicami. A w pewnym momencie po prostu zaistniała taka właśnie potrzeba. Na początku nic nie wskazywało na katastrofę. Mama Kasi przyjmowała Piotrka obiadem, tata coraz częściej wypytywał ich o dalsze plany. Odpowiadali – z godnie z prawdą – że chcą ze sobą zamieszkać, że może za kilka lat wezmą ślub. Piotrek został zaakceptowany i …to był początek końca. Rodzice Kasi zaczęli ingerować w życie młodych. Otwarcie krytykowali ich decyzje, obrażali się, kiedy Piotrek odrzucał ich zaproszenia na wspólnie spędzane weekendy. Nie podobało im się, że za jego namową Kasia rozpoczęła kurs dla lalkarzy. – On cię nam zabiera – mówili i podkopywali jej wiarę w ten związek.

Coraz częstsze telefony, wyrzuty i zarzuty powodowały coraz więcej napięć miedzy zakochanymi. Po trzech latach związku Piotrek odszedł, a Kasia go nie zatrzymała. Wszystko wróciło do „normy”.

Przecież tak ci pomogliśmy…

– Jesteś dorosła – powiedziała kiedyś Kasi przyjaciółka. – Dlaczego po prostu nie zerwiesz z nimi kontaktu, dlaczego pozwalasz by nadal kierowali twoim życiem, uniemożliwiali ci założenie rodziny, albo w ogóle jakiś normalny związek? Dlaczego nie przedstawisz im swoich warunków?!

Kasia nie umie odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. Odpowiada na nie całym swoim dotychczasowym życiem. ONI zawsze traktowali ją jak swoją własność. I mimo wypracowanej pozycji zawodowej (Kasia jest wysoko cenionym przez szefów swojej firmy specjalistą), jej pozycja w rodzinie nie zmienia się od dzieciństwa. Kiedy przekracza próg mieszkania rodziców jest znów cichą, szarą myszką, małą dziewczynką z kucykami i przestraszoną miną. – Nigdy w życiu – mówi – nigdy nie poczułam się w tym domu swobodnie. Oddycham kiedy wracam do siebie. I co rok, 1 stycznia obiecuję sobie, że to koniec, że nie dam im dłużej ingerować w swoje życie. Ale nie umiem zrobić tego „tak od razu”. Problem w tym, że to takie błędne koło.

To prawda. Rodzice nauczyli ją szacunku i miłości „na pamięć”. Tę miłość i ten szacunek dla nich ma w sobie głęboko, tej miłości i szacunku dla siebie dostrzec nie może. Ale tym roku coś w niej pękło. Chciała odnowić kontakt z Piotrkiem, pokazać mu, że walczy o siebie, że mogłaby walczyć o nich. Okazało się, że założył już rodzinę, jest szczęśliwy. Ta wiadomość nią wstrząsnęła. Ale czy na tyle, by zacząć żyć po swojemu?


Lifestyle

Rany leczy czas, nieobliczalny z niego doktor – nigdy nie wiadomo, co przyniesie… Błękitne lato

Małgorzata Mueldner
Małgorzata Mueldner
9 lipca 2016
Fot. iStock / wundervisuals
 

Wszystko się poukłada i będzie kiedyś  dobrze. Nic nie dzieje się bez przyczyny i nie może być cały czas źle. Źle nie jest, bywało gorzej. Kiedy oświadczył, że odchodzi. Coś się skończyło na zawsze. Łzy też się kiedyś kończą, ale dusza wyje cichutko do poduszki jeszcze długo. Rany leczy czas, nieobliczalny z niego doktor – nigdy nie wiadomo, co przyniesie…

W to lipcowe popołudnie postanowiłam zacząć pisać, w głowie poukładanych jest tyle obrazów i wydarzeń, całe scenariusze do kobiecych filmów i romantycznych komedii. A może ktoś, kiedyś zechce je wykorzystać i jeszcze stanę się nieprzyzwoicie bogata! Rano pojechałam na zakupy, posprzątałam dom, nastawiłam kolejną pralkę, zmieniłam wystrój tarasu, trochę powygrzewałam się na słońcu. Przebrnęłam jeszcze przez ustawienia konta na Facebooku. Nadal jedna osoba nie jest zablokowana. Po prostu jeszcze nie mogę.

Telefon zadźwięczał dzisiaj kilka razy, znajomym sygnałem przyjścia wiadomości na messengerze. Z samego rana A. napisała po angielsku: – „Hi my bb, Kiss u and fx for yesterday evening”. A. jest niesamowita, pisze tak, od kiedy on przestał. Pisze, żeby było mi łatwiej „na odwyku” i dla śmiechu, otuchy, zabawy. Wszystko razem jest urocze i wprawia w lepszy nastrój. A ja odpisuję tak, jakbym odpisała mu: „Kiss you too”.

Później sygnał messenger obwieścił nadejście wiadomości od niego. Kolejny raz wysłał swoje zdjęcia, tym razem z lotniska z komentarzem, że żegna właśnie wyjeżdżającą córkę… Co mnie to wszystko obchodzi..??..!!  Już nic, trzy tygodnie temu napisałam mu wyczerpująca wiadomość, że wycofuję się z tej znajomości, nie dam rady dłużej.

On jednak nie pozwala o sobie zapomnieć.  Czasem w środku nocy przyśle zdjęcie, na którym jesteśmy razem, czasem napisze pojedyncze słowa „miss you”, „Kiss for you”.  I to wystarczy, wypracowany na chwilę spokój znika, serce bije mocniej w nadziei, że może on tak naprawdę tęskni, tylko nie potrafi okazywać bardziej uczuć.

Słowa przyjaciół, dudnią jak echo: „ nie odpisuj, nie reaguj, jemu na tobie nie zależy, pisze też tak do innych”.  Co robi jednak głupie serce?. Nie słucha rozumu, tłumaczy i oszukuje się.  W ostatnim tygodniu wymyślił nową drogę przyciągania mojej uwagi – wysyła zdjęcia. Swoje, z rodziną, ze spaceru, z leżaka, z lotniska…, po co to robi? Wie chyba tylko on. Efekt jednak jest taki, że nadal mu odpisywałam. Do dzisiaj. Dzisiaj postanowiłam inaczej.

Wysyłam, więc zdjęcia, które dostałam do A, i do drugiej A.. w dramatycznej potrzebie upewnienia się, że nie powinnam odpisać.  Moje przyjaciółki mają cierpliwość aniołów, kolejny raz piszą: „Nie odpisuj!! Wiesz, co masz robić!” Nie odpisuję. Jestem z siebie dumna. Teraz już nie odpiszę.

A jeszcze miesiąc temu, troszkę więcej, było tyle pozytywnych emocji, śmiechu, rozmów i przygotowań. Przygotowań do wyjazdu.

Pojawiła się w najmniej oczekiwany sposób. Historia jak z romantycznej komedii. Projekt „wychodzisz z domu” zadziałał. Wyszłam… po 15 latach małżeństwa, po prawie roku rozpaczy, przygnębiającej rzeczywistości rozwodowej. Wyszłyśmy obie. Chociaż A. zawsze miała swój bogaty świat, pasje, odskocznie od o życia domowego i męża kata.

Wiele razem przeszłyśmy przez ten rok, nauczyłyśmy się rozmawiać o wszystkim i walczyć jedna o drugą – każda na swój sposób.  Razem płakałyśmy, wspierałyśmy się i śmiałyśmy. Wiele razy widziałam A złamaną, bez sił i wiele razy ona widziała taką mnie.  Ale teraz… Teraz żartujemy, flirtujemy. Bywamy znowu nastolatkami.

Interesował się mną od początku, ja nim zupełnie nie. Nie wyglądał atrakcyjnie, a pierwsze wrażenie wręcz krzyczało: „ podrywacz”. Kobiecy umysł i serce potrafią płatać figle.

Niespełna tydzień po wyjeździe z Polski, zaczął pisać na  Facebooku.  Okazał się mistrzem słowa. Jego humor, spontaniczność urzekła mnie i nie tylko mnie. Wszystko przecież opowiadałam A., G., i drugiej A. Był uroczy, odważny, czuły… wirtualnie, ale jednak.

Miesiąc niedospanych nocy, bo pisaliśmy do wczesnych godzin nad ranem. W dzień nie mogłam się na niczym skupić wiedząc, że za chwilę coś napisze, da znać, że jest i pamięta.

A. powtarzała, że zakocham się w jego mózgu. I to prawda, kobieta stęskniona ciepła i adoracji zakocha się w słowach. Wszystko się zmienia, zakładamy różowe okulary i widzimy inaczej. Wcześniej niezbyt wysoki, łysy, o 10 lat starszy. Później podobny do Bruce Willisa, męski, uroczy. Wszystkie reagowałyśmy podobnie. Promieniałam. Po smutnym roku przyszła kolorowa wiosna i błękitne lato.

Wszystko potoczyło się dynamicznie, kupił bilety lotnicze i było oczywiste, że do niego polecę. Nawet, jeśli zapierałam się, że nie absolutnie nie. Mnóstwo przygotowań poprzedziło wyjazd. Zakupy, nowe biustonosze, starannie dobrane, w których nawet mój skąpy biust wyglądał obiecująco. Wypełnione szuflady sportową bielizną zmieniły zawartość na kolorowe koronki, kwintesencję delikatnej kobiecości. Przy walizce obok conversów, które najczęściej noszę, stanęły nowe szpilki. Na łóżku wyprasowane starannie sukieneczki na wszelki wypadek.

A on nadal pisał. Jeszcze bardziej uroczy, bez pruderii, bez wstydu. Zdecydowany, ale czuły. Jego wiadomości były obietnicą niesamowitych chwil i miłosnych uniesień. Czasem czytałyśmy razem, z rumieńcem na twarzy i swego rodzaju fascynacją, że można nazwać wszystko, opisać i nie naruszyć intymności między kobietą a mężczyzną.

Jaki był naprawdę? Był męski, jak na swój wiek dobrze zbudowany, zachował młodość tam gdzie trzeba. Czuły, doświadczony kochanek w łóżku. Idealny dla dziewczyny jak ja, na ten moment życia i na powrót do własnej cielesności uśpionej przez lata. Poza sypialnią jego czar nieco pryskał. Wydawał się niezbyt zaangażowany, nieco apodyktyczny, szorstki. Ale nadal z dużą dozą jakiegoś bliżej nieokreślonego uroku. Coś w nim jest, co jednocześnie przyciąga a za chwilę, za parę godzin, dni odpycha. Sześć szalonych dni i nocy, miłosnych rozkoszy, odrobina rozczarowania i wiele nowych znajomości skazanych i tak na powolne zapomnienie.

Czy było warto? Zawsze! Życie jest po to, by żyć. Czuć i czuć mocno. Radość, pożądanie, smutek, złość. To wszystko sprawia, że jesteśmy prawdziwi i spełnieni.

Wszystko dzieje się po coś, jest kolejną lekcją. Wystarczy tylko otworzyć swoje zmysły, zaufać intuicji i zabrać przesłanie, które podsunął los nawet, jeśli przez chwilę boli.

Ja już wiem, czego chcę od życia. Chcę kochać i być kochaną, chcę być kobietą a nie małą dziewczynką zamkniętą w cyfrze 40. Bez kompromisów, bez tłumaczenia drugiej osoby, mieć pewność i dawać pewność, we wszystkim. Być samodzielną, niezależną materialnie, ale jednocześnie delikatną księżniczką potrzebującą silnego męskiego ramienia do wsparcia i męskiej prawdziwie męskiej klaty do przytulenia.

Po powrocie czar nowej miłości jakby nieco prysł. Nie przyleciał do mnie z wizytą, odpisywał mniej. Często z humorami, niezbyt przyjemnie. Najbardziej był zainteresowany moją fizycznością. Nie nadaję się do uprawiania seksu na czacie. Wszystko jest dla ludzi, ale trzeba w tym wszystkim pozostać sobą. Zawsze można zmienić się dla kogoś, ale ten ktoś musi być tego wart.

Pewnego dnia druga A napisała mi: „ Nie zmieniaj się dla niego, bo będziesz tego żałować”. Druga A zna mnie 30 lat, jest dla mnie jak siostra.  A i G wydały krótkie zalecenia – zablokuj go na Facebooku, nigdy więcej mu nie odpisuj. On jest dla ciebie toksyczny, to nie ma i nie będzie miało przyszłości, nie poradzisz sobie z nim.

W głowie nagle pojawiły się słowa dawno wypowiedziane przez mojego ojca i chociaż od lat nie mam z nim kontaktu, nie wiem, dlaczego właśnie teraz przypomniałam sobie o nim.

– Pamiętaj facet, jeśli jest zakochany, nie ma dla niego przeszkód, odległości, wymówek zrobi wszystko by być z tobą, chociaż przez chwilę – mówił. Może to inne pokolenie, a może wcale nie. Ojciec  znał dobrze męską stronę natury. Myślę, że powiedziałby mi jeszcze jedno: -„Szanuj się”.

Pozostałam sobą i napisałam długą, ładną wiadomość. Delikatnie, nie kryjąc uczuć, ale informując, że nie chcę dłużej utrzymywać tej relacji. W odpowiedzi otrzymałam dwa oschłe słowa, zupełnie bez sensu. Nieważne. Ważne, że łzy pociekły po policzku, że jakiś kolejny etap był zamknięty.

On… Cóż… Nie przestał przypominać o sobie, tym samym ja nie potrafię zapomnieć o nim.  Nadal nie wiem czy jestem jedną z dziewczyn na jego liście czatu, czy może wprowadziłam trochę zamieszania do kawalerskiego wygodnego życia i sam nie wie, co z tym zrobić.

Ponownie – nieważne. Zabieram z tej znajomości to, co dla mnie najlepsze, wyciągam kolejne wnioski i przechowuję najpiękniejsze ze wspomnień – dla wnuków (mam nadzieję).  Odważyłam się na szaleństwo w życiu i chociaż moja delikatność i emocje nie sprzyjają tego typu aktywności – było warto.

Telefon wydał dźwięk, przyszła wiadomość: „Hi”. Nie odpiszę, postanowiłam, że nie.

Wieczorem kolejny brzdęk aplikacji messenger, to druga A: „ Wytrzymaj!!! Please!!!! Nie daj mu wygrać!!!”.


 

Malgorzata mueldner gosia awatarMałgorzata Mueldner

Mama Mikołaja, 4 kotów i psa. Ponad wszystko ceni sobie spokój domowego zacisza i ogródka, ale miewa zaskakujące przygody. Przed laty zaczynała  jako obiecujący pracownik dużej korporacji, a dziennikarzem została dzięki splotowi różnych okoliczności i ludzkiej życzliwości.

 


Lifestyle

Żyjemy w koncepcji uciekającego czasu i zachwianych priorytetów… na wiecznym, cukrowym głodzie

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
9 lipca 2016
Oto człowiek współczesny. Pełen zdrowotnych problemów, ważący tonę ale niedożywiony i do tego na wiecznym, cukrowym głodzie.
Fot. iStock / knape

Nie należę do tych, które gotowanie z mlekiem matki wyssały. Jakieś inne to mleko było i do gotowania nigdy pasji nie wykazywałam. Jeść jadłam, ale jak mi ktoś smacznie ugotował. Nawet chłopaka raz sobie takiego dobrałam, żeby to on balety w kuchni wyczyniał. Ja wolałam pokój pomalować. Jak facet gotować nie chciał, czy zwyczajnie nie umiał, do restauracji chadzałam na obiady i kolacje. No i wstyd się przyznać ale obiady od mamy też zwoziłam w weekendy. Do zamrażalki i było co jeść przez prawie tydzień! Zupki, pierogi, mięsko w wekach… wystarczyło sałatę i pomidor kupić, a jedzenie było domowe i prawie gourmet! Do tego przekąski. Co się nawinęło bo akurat taki był smaczek. Drożdżówki, banan, kawałek kabanosa. Podjadałam sobie w przerwach. A że nie tyłam od tego wszystkiego (z jakiś niewyjaśnionych powodów, zwłaszcza że cukru to ja jadłam na kopy) to i jadłam sobie jak chciałam i na co mi akurat ochota przyszła.

Potem wyjechałam do Ameryki. I nagle jak mi 15 kilo nie przybyło w mgnieniu oka! Drugi podbródek prawie zaczął mi się kształtować, o spodniach, spódnicach i kieckach nie wspomnę, że się jakieś takie ciasne zrobiły. Co do podbródka, to ignorowałam go przez chwilę. Co do ciuchów, z radością pomknęłam na zakupy. Aż zobaczyłam to zdjęcie z Sylwestra i pomyślałam… w dobrym kierunku to wcale nie zmierza. Ruchu mi trzeba bo się w amerykański przypadek otyłości zamienię. O jedzeniu nie pomyślałam. Dalej restauracje, kupowanie na zamówienie, jak zrobiłam sałatę to miałam poczucie, że bardzo zdrowo jem.

Aż dopadł mnie rak. Rak piersi z serii masakra. Poszłam pod nóż i na chemię rzecz jasna. Wróciłam do wagi sprzed 10 lat, po pierwsze ze strachu, po drugie dlatego, że choroba zmusiła mnie do zweryfikowania diety. Z początku ciężko było, bo przecież przyzwyczaił się człowiek. Do jedzenia gotowego, szybkiego, pełnego smaku nie wiadomo skąd. No i do słodkości wszelakich. Coca colę, Sprite i inne sody też się nieraz spożywało, nie powiem. Nowa dieta tymczasem o tyle straszna mi się wydała, że do kuchni zaprosiła mnie w głębokim ukłonie. Obszar niezbadany, obcy, wrogi. Weszłam jednak, choć nieśmiało, a tam sprzęty science fiction! Piec, piekarnik, wyciskarki, blendery, przyprawy z piekła rodem, chyba! Lodówka, do tej pory przyjazna, nagle wypełniła się jedzeniem żywym niemalże! Kurczaki bez hormonów, z hodowli przyjaznej dla ptaka, jajka biologiczne, warzywa z organicznych certyfikowanych farm z całą bandą około towarzyszących ślimaków z tzw. symbiozy. Owoce też przestały być idealne w swych kształtach, w jabłkach odżyły robale z czasów kiedy dzieckiem u babci będąc, z drzewa zajadałam zielone guguły.

Wyzwanie największe to jak to wszystko do kupy poskładać, żeby posiłek jakiś logiczny wyszedł i żeby, błagam Cię dobry Boże, obiad smak jakiś miał. Straszny to był początek. Zupki na wodzie i na warzywach, zero Knorra, vegetty, glutaminianu sodu. Jak na patelnię rzucałam, to na olej kokosowy albo ten z awokado, bo każdy inny albo wydzielał jakąś tam śmierć albo temperatury nadmiernej nie znosił. Tak mędrcy mówili, więc ich słuchałam. Soli niewiele, chyba że morska była. Ale i tej morskiej też tyle co kot napłakał. Warzyw za to aż po horyzont, owoców równie wiele, przypraw ile dusza zapragnie, a wszytko świeże, pachnące, wibrujące kolorem, smakiem, soczystością zachwycającą. Bo tak się złożyło, że oto nagle, jedzenie prawdziwe, takie z natury wytargane, jak tęcza się rozwinęło paletą smaków i zapachów. Tak oto zaczęłam gotować. Zaczęłam oswajać kosmiczny ten statek kuchenny i powolutku Kuchenna Moja Odyseja zamieniła mi się w Samych Swoich. Alleluja, dzięki ci Panie.

Rozpisuję się na ten temat całkiem nie bez powodu. Jedzenie bowiem, to wielka część naszego codziennego żywota i zdaje się, że jako takie winno mieć jakieś tam poważanie. Tymczasem, większość ludkości je byle jak. Je byle gdzie. Je jak chwilę czasu skradnie, a i wtedy je na szybko i najlepiej w okolicznym fast foodzie. Także w domu wielu wcale w podróż kulinarną nie wyrusza, zamiast tego przeprocesowane pseudo żarcie wrzuca do mikrofali. Bez zastanowienia i bez jednej myśli o konsekwencjach, jakie za tym wszystkim idą. A idą.

Coraz częściej niestety przestajemy traktować posiłek jako swoisty rytuał. Żyjemy w koncepcji uciekającego czasu i zachwianych priorytetów. Wydaje nam się, że milion rzeczy nie może zaczekać, więc gonimy własny ogon jak zwariowane szczenię. Jedzenia w żadnym razie nie uważamy za sprawę ważną. Raczej wrzucamy w siebie cokolwiek i tak zaspakajamy głód. Kuchenne rytuały babek i prababek są nam prawie nieznane, wspominamy je jak  te sprawy z przeszłości, lekką melancholią podszyte. Ach te pierogi babci Marii, mówimy, zajadając pizzę z kolą. A tak po prawdzie, to wcale nie pamiętamy, ani smaku, ani zapachu, nie tylko pierogów, ale i całej sztuki ich robienia. Tak umiera tradycja. Przez pośpiech, wieczne zmęczenie i znużenie. Razem z nią zmienia się nasz smak.

Fot. iStock / HultonArchive

Fot. iStock / HultonArchive

Nasze kubki smakowe zapominają jak smakowało jedzenie przygotowane z prawdziwych i pożywnych składników. W ich miejsce wchodzi chemia. Pyszna, bo tak zaprojektowana, przez zainteresowane w zyskach korporacje. Zajadamy więc chipsy, mrożonki i hamburgery, na deser lukrowane ciastka i szklanka słodkiej jak diabli sody. Do tego kawa i energetyki, bo energię przecież mieć musimy. Zamiast energii jednak, lądujemy w szpitalu. Z rakiem, z cukrzycą, cholesterolem albo z ciśnieniem jak w samowarze. Oto człowiek współczesny. Pełen zdrowotnych problemów, ważący tonę ale niedożywiony i do tego na wiecznym, cukrowym głodzie.

Na szczęście dla tego człowieka, świat jakby powoli zaczyna się orientować. W sklepach obok żywności wysoko procesowanej, pojawiają się produkty w swojej postaci oryginalnej. Niektórzy idą jeszcze dalej zwracając uwagę na pochodzenie tychże produktów z upraw zdrowych, świadomych i organicznych. Ogarnięcie takiego pożywienia to właśnie owa sztuka. To rytuał, poniekąd właściwy człowiekowi przecież, który praktykowany z pasją i swoistą czułością, objawia się niebem w gębie. Takim, jakiego żadne sztucznie przetworzone pożywienie nie jest w stanie się pochwalić.

Fot. iStock / sestovic

Fot. iStock / sestovic


Zobacz także

„Proszę, a macie wino? Muszę odreagować". Nałóg perfekcjonistki

„Proszę, a macie wino? Muszę odreagować”. Nałóg perfekcjonistki

Chcę się podobać mężowi i nie widzę w tym nic złego

Zawsze podobały mi się silne kobiety. Wojowniczki