Lifestyle

Kamienie szlachetne w pielęgnacji – jak się je wykorzystuje?

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
13 listopada 2021
Fot. iStock/GeorgeRudy
 

Bursztyn, malachit, turmalin. Świetnie wyglądają w biżuterii, ale używa się ich także w luksusowej pielęgnacji.

Autorka: Agnieszka Prokopowicz, Bellateca.pl

Kamienie szlachetne w kremie

Jedni noszą kamienie w wisiorkach, inni wmasowują szlachetny proszek w ciało. Od lat (tysiącleci) wiadomo, że kamienie szlachetne mają moc oczyszczania i harmonizowania. Pytanie, czy wiecie, że są także świetnym składnikiem w kosmetykach. Oto kilka przykładów, jak kolorowe kamienie mogą pomagać nam zachować urodę.

Kwarc i diament w peelingu

Ponieważ kamienie można idealnie zetrzeć, sprawdzają się w peelingach. W sproszkowanej formie świetnie radzą sobie z usuwaniem martwego naskórka i wszelkich zanieczyszczeń. Ale nie tylko oczyszczają. Na przykład śliczny różowy kwarc zachwyca również właściwościami odżywczymi. Idealnie też poleruje powierzchnię skóry i przywraca jej gładkość oraz równomierny koloryt. Także diament, ze względu na wyjątkową twardość, idealnie sprawdza się w produktach złuszczających. Regularne oczyszczanie skóry zapewnia prawidłowe procesy mikrocyrkulacji w skórze. Podobnie w mikrocyrkulacji pomaga turmalin.

Malachit w maseczce

Zresztą, nie tylko w maseczce, ale w całej linii kosmetyków. O fantastyczne właściwości tego kamienia upomniała się marka Soraya i stworzyła całą gamę malachitowych produktów. Eliksir Młodości linia odżywczo-odmładzających kosmetyków do pielęgnacji skóry dojrzałej. Połaczono w niej ekstrakt ze złotej algi właśnie z malachitem. Ma on silne działanie antyrodnikowe (dzięki dużej zawartości miedzi), a także kojące i wyciszające. Jest kamieniem równowagi i regeneracji.

Bursztyn w pudrze

Kiedy przetestowałam w warszawskiej klinice Holispace zabieg na twarz z bursztynem wyszłam oniemiała. Delikatny puder z naszego bałtyckiego skarbu był lekko wtarty w moją skórę, a ona stała się gładka i błyszcząca. Jak to działa? Kwas bursztynowy aktywuje metabolizm komórek, a dzięki temu spłyca zmarszczki i dodaje blasku zmęczonej skórze. Działa też antyoksydacyjnie, energetyzująco oraz dotleniająco, rozjaśnia przebarwienia, zapobiega powstawaniu nowych, wyrównuje koloryt skóry. Ma właściwości złuszczające podobne do kwasów AHA, ale w przeciwieństwie do nich nie podrażnia skóry, działa delikatnie i antybakteryjnie. Można skorzystać z zabiegu, można też samodzielnie pudrować skórę bursztynowym pudrem.

Jadeit w proszku

Proszek jadeitowy, pochodzący głównie z Chin, działa ogrzewająco i relaksująco. Kremy z dodatkiem jadeitowego pudru dodają skórze blasku i poprawiają jej koloryt. Ten piękny minerał lekko rozjaśnia też i tonizuje skórę. Co więcej, jego kryształy wpływają na pracę układu limfatycznego, co pomaga eliminować tkankę cellulitową.

Szafir i rubin na trądzik

Wydobywane głównie w Azji mają działanie odkażające. Tonizują, wygładzają i redukują powstawanie wykwitów. Regulują wydzielanie sebum , co jednocześnie poprawia kondycję skóry trądzikowej. Mikrokryształki szafiru spłycają zmarszczki i pobudzają procesy regeneracji i skóry. Dzięki temu cera staje się promienna. Podobnie rozjaśniająco działa sproszkowany rubin.

Naukowcy na całym świecie wciąż poszukują idealnych produktów pielęgnacyjnych. Jedni szukają w laboratoriach, inni tworzą kolejne roślinne ekstrakty, a jeszcze inni sięgają po wiedzę znaną niektórym od tysiącleci.

Agnieszka Prokopowicz

 


Lifestyle

„Nasz świat się zatrzymał, a zegar stanął w miejscu”. Agnieszka Hyży, właśnie urodziła

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
13 listopada 2021
Fot. Domena publiczna/creativcommons/CC BY-SA 4.0
 

Choć minęło już sporo czasu od kiedy jesteśmy RAZEM, wciąż trudno nam w to uwierzyć. RODZINA. Dziś doświadczamy i odczuwamy ją bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Nareszcie ….”, napisała na Instagramie Agnieszka Hyży. Dziennikarka bardzo długo starała się o tę ciążę. W końcu możne się podzielić swoim szczęściem.

W sierpniu tego roku, gwiazda podzieliła się ze swoimi fanami na Instagramie informacją o tym, że spodziewa się dziecka. Szczerze przyznała, że długo walczyła o ciążę i w tym czasie potrzebowała spokoju. To nie jedyny powód. Dziennikarka wyznała, że kilkukrotnie poroniła i dlatego teraz chciała cieszyć się ciążą jedynie w gronie najbliższych. Agnieszka i jej mąż do tej pory wychowywali razem trójkę dzieci: ośmioletnią Martę z poprzedniego małżeństwa Agnieszki i bliźniaków – Wiktora i Aleksandra – dziewięcioletnich synów Grzegorza Hyżego z małżeństwa a z piosenkarką Mają Hyży.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Agnieszka Hyży (@agnieszka_hyzy)

 

Niedawno Agnieszka w „Mieście Kobiet” w „TVN Style” opowiadała o swojej walce o powiększenie rodziny:

Była to walka, było to marzenie, które w naszych głowach zakiełkowało wiele, wiele lat temu. Kiedy poznaliśmy się z Grzegorzem pomyśleliśmy, że chcielibyśmy mieć wspólne dziecko. (…) Wydawało mi się, że to będzie proste do spełnienia, a okazało się bardzo trudne. Jak to jest możliwe, że dziewczyna, która jest zdrowa, w sile wieku, nic jej nie dolega, wszystko teoretycznie ma, może mieć jakieś problemy zdrowotne?”.

Agnieszka wyznała, że udało im się, kiedy porzucili już nadzieję. Dziennikarka bardzo szczerze opowiedziała również o swoich najtrudniejszych doświadczeniach życiowych. Kilkakrotnie poroniła.

„Za pierwszym razem to jest chybanajwiększa trauma i największy szok. Nie ukrywam tego, że to nie jest jednorazowa historia, doświadczenie tego stanu spotkało mnie niestety kilkakrotnie. Za pierwszym razem jest jedna wielka niewiadoma, jest mało informacji na ten temat, zarówno pod kątem medycznym jak i opieki psychologicznej. Moment ten wspominam traumatycznie”.

Żona Grzegorza Hyżego zdradziła również, jakie pytania w tej sytuacji najbardziej ją raniły lub irytowały.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Agnieszka Hyży (@agnieszka_hyzy)

 

„Pamiętam problem z rodziną, która obchodziła się wtedy ze mną, z nami, jak z jajkiem. Pytania: „Jak się czujesz?” – bardzo mnie irytowały. A pytania: „Jak sobie z tym poradziliście?” – kompletnie mnie wybijały i wyprowadzały z równowagi. Myślę, że na to nie ma złotego środka i nie ma recepty (…), a potem za każdym kolejnym razem (…) nauczyliśmy się nie informować naszych bliskich. To była nasza zasada. Moja mama dowiedziała się o ciąży, kiedy byłam w piątym, czy szósty miesiącu, kiedy już było coś widać, kiedy miałam pewność, że wszystko jest w porządku. A potem było wielkie zdziwienie, jak mogłam nie powiedzieć… Mogłam nie powiedzieć, wystarczyło mi, że sama musiałam nosić tę informację, więc nie do końca chciałam, żeby inni też wiedzieli i znów byli skrępowani tymi doświadczeniami”.

Gwiazda po raz drugi została szczęśliwą mamą. Jeszcze nie zdradziła ani imienia dziecka, ani jego płci. Serdecznie gratulujemy Rodzicom !

 


Lifestyle

Czułam się, jakbym codziennie była na wojnie. Tak mają ludzie z nerwicą lękową. Pomogły nie tylko psychotropy

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
13 listopada 2021
Fot. iStock/PeopleImages

Od razu zaznaczę:  jestem odpowiedzialna, nie uważam, że depresję, czy nerwicę leczy się bieganiem lub pozytywnym myśleniem. Wiem, jak ważna jest pomoc specjalisty.
Na nerwicę lękową cierpiałam od dziecka, zdiagnozowano ją, gdy dobiegałam trzydziestki. W moim życiu dominowała lęk. Również wtedy, a może właśnie wtedy, gdy powinnam być spokojna i szczęśliwa, bo życie układało się dobrze.

Miałam wrażenie, że stabilizacja mnie zabija. Latami wstydziłam się do tego przyznać. Kiedy poznałam dobrego partnera, przez pierwszy rok codziennie płakałam, bo bałam się, że na pewno coś się stanie. On umrze, zachoruje. Nie byłam szczęśliwa. Codziennie do mojej głowy dobijały się demony. Urodziłam dziecko– opanował mnie bezbrzeżny smutek, lęki nasiliły się. Już nie bałam się tylko o rodziców, męża, teraz bałam się też o syna. To nie są rzeczy, którymi ludzie chętnie się dzielą, zawsze udawałam, że jest świetnie i dobrze.

Dużo lepiej działałam w kryzysach. Moich bliskich kryzys rozbijał– ja potrafiłam załatwić wtedy milion rzeczy, przenieść góry, dostać się do samego „Pana Boga” i załatwić u niego rzeczy niemożliwe. Kiedyś koleżanka powiedziała, że nigdy nie domyśliłaby się, że potrafię być tak sprawcza.

W dobrej codzienności sprawcza nie byłam. Cały wysiłek szedł na wojnę w mojej głowie.

Na opanowanie ataku paniki w supermarkecie, gdzie kłębił się przedświąteczny tłum.  Na przekonaniu siebie, że mogę wejść do pociągu i naprawdę nikt na mnie nie patrzy. Na zapanowaniu nad paraliżującym lękiem, że mój dobry czas zaraz się skończy i pochowam wszystkich tych, których kocham.
Na uspokojeniu się i wytłumaczeniu sobie, że potrafię napisać zdanie tekstu i umiem pracować.
Że w domu, w którym mieszka moja mama, nie ma duchów, tam tylko skrzypi podłoga, bo to stary dom (tak, wiem, jak to brzmi).
Że mój mąż nie zginie w wypadku
Że  nie jestem beznadziejna, straszna, nic nie umiem i nie potrafię.

Do tego dochodził lęk, którego nie potrafiłam sprecyzować. Po prostu czułam, że zaraz stanie się coś strasznego. Oblewały mnie zimne poty, waliło serce, drżały ręce, nie potrafiłam wydobyć głosu. To było tak silne, że musiałam czasem zjechać na pobocze, włączyć światła awaryjne i czekać, aż TO przejdzie. Kilka razy dostałam napadu paniki na parkingu podziemnym i czułam, że zaraz się uduszę. Z nerwów nie mogłam znaleźć wyjazdu, co tylko wzmagało objawy. A gdy wracałam z Tajlandii, na lotnisku, gdzie był tłum, czułam, jak odpływam, a ziemia usuwa mi się spod nóg. Mąż myślał, że jestem ciężko chora i coś mi się dzieje– a mi nic nie było. Wszystko przeszło, gdy wyszłam na świeże powietrze w Warszawie.

Sama zaczynałam stygmatyzować się określeniem: „wariatka”.

Oczywiście chodziłam na terapię, brałam leki. Większość z nich działała na mnie źle. Tabletki antylękowe usypiały mnie i sprawiały, że było mi wszystko jedno. Poza tym tabletki łagodzą objawy, ale nie usuwają przyczyny. Tak, jestem wielką zwolenniczką leków, bywają niezbędne– piszę tylko o tym, jak ja na nie reagowałam.

W tym czasie moja koleżanka zachorowała na raka. Była w złym stanie, bardzo bala się, że umrze. Od psychiatry dostała, oczywiście, benzodiazepiny. Ale nie mogła ich brać wciąż, zaczęła szukać sposobów, jak poradzić sobie z lękiem poza lekami i terapią (na terapię też chodziła, ale to dla niej było wciąż za mało).

Najpierw ona zaczęła wchodzić na grupy, czy słuchać programów na youtubie, które wcześniej traktowała z przymrużeniem oka. Hasła: mamy wpływ na swoje myśli, możemy panować nad emocjami wydawały nam się bez sensu. Ja też, przyznaję, byłam antyfanką wspólnot i grup, a na internetowych guru reagowałam wysypką.

Ale był moment, kiedy już naprawdę myślałam, że zwariuję, byłam zmęczona latami wewnętrznych wojen, byłam gotowa przyjąć magiczną tabletkę, żeby poczuć się lepiej.

Zaczęłam medytować

Celem medytacji jest uspokojenie się, oderwanie od obsesyjnych i lękowych myśli. Nie chodzi, żeby te myśli kontrolować, ale pozwalać im płynąć i obserwować je bez ocen.
Istnieje dużo praktyk medytacyjnych, każdy znajdzie bez problemu coś dla siebie. Możemy wybrać popularny mindfulness (mi to szło bardzo źle, okropnie się męczyłam), medytacje z mantrą (recytujemy mantrę i w ten sposób nasze myśli odchodzą od źródła stresu– w internecie znajdziemy dużo świetnych mantr, w zależności od naszego życiowego celu. Ten sposób uwielbiam). Medytacją jest spacer po lesie, czy jak mówi moja przyjaciółka, zmywanie nauczyć i wywieszanie prania– wtedy też jesteśmy w „tu i teraz”, możemy koncentrować się tylko na konkretnych działaniach. Często, gdy dopadały mnie demony, przerywałam ten ciąg nakręcających się paranoi, włączając „Poradnik Headspace: Medytacja” na Netflixie.
Pomagało.

Zaczęłam słuchać Klaudii Pingot oraz innych yotuberów, którzy tłumaczą, jak odpuszczać, koncentrować się na celu

Afirmacje, oddechy Wima Hofa, intencje – wiem, ze brzmi to kosmicznie. Przynajmniej dla mnie brzmiało, gdy namówiona przez koleżankę zaczęłam tego słuchać po raz pierwszy.
Część mnie pukała się w czoło, a druga część codziennie wieczorem włączała Klaudię Pingot. I choć bliscy myśleli, że trochę zwariowałam, ja byłam przekonana, że dzięki niej wariuję mniej. Posłuchajcie, polecam.
Zresztą Klaudia skończyła psychologię, była oficerem Komendy Głównej Policji i Centralnego Biura Śledczego i otwarcie mówi, że nie zwróciła się ku mistycyzmowi, omija szerokim łukiem ezoterykę, wciąż szuka dowodów naukowych.

Odkryłam kilka cudownych terapeutek i terapeutów, którzy nagrywają swoje wykłady

Nie chcę polecać konkretnych nazwisk, bo przed wpisaniem kilku, wrzuciłam je w wyszukiwarkę– opinie są bardzo różne. Ale  metodą prób i błędów można znaleźć kogoś, kto nam przypasuje. I kto nas na bieżąco doładowuje w chwilach najgorszego kryzysu. Pamiętam, jak kiedyś obudziłam się rano i byłam pewna, że nie skończę zlecenia, nie ogarnę swojego życia. Za dużo. Odłożyłam wszystko i wpisałam w google hasło: „Jak poradzić sobie z napadem paniki. Przejrzałam nagrania, wybrałam jedno, dwudziestominutowe– po tym czasie po prostu czułam spokój. A każdy z nerwicą wie, że mogłabym się nakręcać dalej i za chwilę nic bym nie zrobiła.

Przestałam uciekać z terapii, nauczyłam się pracować z myślami

Wcześniej latami uciekałam z terapii. To było nie do zniesienia. A moje koleżanki śmiały się, że dają mi najwyżej miesiąc zanim znów ucieknę. Terapeuci irytowali mnie wszystkim: bo zapisują, bo zadają nie takie pytania, bo nie mówią o sobie, bo znam te gadki i ich nie kupuję. To pewnie był bojkot samej siebie, to nieważne– nie dawałam rady. Hitem była terapia psychoanalityczna, wytrzymałam prawie rok. W końcu powiedziałam koleżance, że naprawdę wolę jej opowiadać o problemach, bo ona chociaż coś mi odpowiada. A potem odkryłam terapeutkę dla siebie, która pracuje w nurcie poznawczo–behawioralnym. Ten nurt polecam w leczeniu zaburzeń lękowych. Uczymy się powoli, że większość lęków bierze się z naszych myśli, a one wpływają z kolei na nasze nastroje i zachowania. Terapia behawioraln0– poznawcza pomaga zrozumieć, że to samo wydarzenie bądź zachowanie jest kompletnie inaczej rozumiane przez różnych ludzi.
Kiedyś nie przypuszczałam, że można się zdroworozsądkowo oddalić od jakiegoś swojego niszczącego przekonania, które przebiega  przez głowę. Można mu się przyjrzeć, rozebrać na czynniki pierwsze, a potem pozwolić temu odpłynąć, nie identyfikując się z tym. Nie traktując tego jako rzeczywistość.

To nie dzieje się od razu, ale odpowiedni trening czyni mistrza.

Oczywiście, to tylko subiektywne sposoby radzenia sobie z nerwicą lękową, ale boję się już dużo mniej i dużo rzadziej. Rzadziej też sięgam po leki psychotropowe. Choć, oczywiście, wiem, że może nadejdzie okres, gdy będę ich potrzebować– to dla mnie naturalne i oczywiste. Kiedyś natomiast byłam chyba uzależniona od benzodiazepin- co też jest bardzo niebezpieczne, dziś ich nawet nie mam w domu.

I najbardziej pomogła mi terapia–i to polecam ponad wszystko. To jest nieprawdopodobne zrozumieć skąd wzięły się nasze lęki, nauczyć się z nimi radzić.

Czasem czuję, że Zło znów nadciąga.  Gdzieś  krąży myśl, która za chwilę mnie pokona. Wywołać ją może wszystko i to też w nerwicy jest straszne– nie wiesz, kiedy zacznie walić ci serce, kiedy zaczniesz się bać. Ale, gdy teraz TO się pojawia, nie czekam w panice, aż się rozkręci. Pracuję z oddechem i na siłę przekierowuje uwagę, gdzie indziej. Pomaga. Mitem chyba jest, że możemy się zmienić o 180 stopni. Ale możemy nauczyć się korzystać z narzędzi, które oferuje nam świat. Chociaż spróbować. To znacznie lepsze niż mówić: nie potrzebuje terapii, leków, nie potrzebuję pracować z emocjami. Gdy żyjesz z piekłem w głowie, masz czasem wrażenie, że nic tego nie może zmienić. To nieprawda, może. I tego życzę wszystkim.

 

 


Zobacz także

„Aaaa, no co mnie podkusiło?”. Nie zasłaniajcie oczu, sprawdziłyśmy, o co chodzi z podpaskami wielorazowymi!

Żesz w mordę – w tym roku miałam być do wiosny przygotowana. A ja jeszcze pod ciepłym kocykiem!

Co ty mówisz, a co ja rozumiem. Są rzeczy, których nigdy nie powinniśmy ani usłyszeć, ani mówić

Co ty mówisz, a co ja rozumiem. Są rzeczy, których nigdy nie powinniśmy ani usłyszeć, ani mówić