Lifestyle

A – jak alimenty, czyli alfabet świeżej rozwódki

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
22 kwietnia 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Alimenty są jak wrzód na tyłku każdego mężczyzny, który rozstaje się z matką swoich dzieci. Do dzisiaj nie zbadano, co ich tak boli najbardziej, portfel, czy duma. (celowo pomijam przypadki, kiedy to rozwódka musi płacić alimenty, bo całe życie dziada utrzymywała i musi zapewnić mu godne warunki, do jakich go przyzwyczaiła).

Cóż więc jest takiego niewygodnego w tej, jakże bolącej sprawie?

Ojciec moich dzieci, z którym się rozstawałam twierdził, że alimenty płaci się tylko kobietom lekkich obyczajów, więc żeby go nie ranić używałam słowa – mecenanty , od słowa „mecenas” – patron, opiekun.

W ogóle uważam, że rozprawa alimentacyjna, jest swoistego rodzaju przypowieścią o człowieku, który odchodzi… „Po alimentach ich poznacie” – rzekłabym nawet. W tej jednej sumie, wyszarpywanej z gardła facetowi, któremu urodziłaś dzieci, jest coś odbierającego godność nam, kobietom, które zostają z całym tym gównem po rozstaniu. Niebywałe jest również ich przekonanie, że to pieniądze, które rozpuścimy na waciki i inne własne przyjemności, bo przecież sumy są to zawrotne, a my już do 18-tego roku życia będziemy dzieci karmić zupą z proszku i podrzucać sąsiadce na wakacje, wysyłając fotki z parówkami znad morza. Zadziwiający jest również wyraz ich twarzy, kiedy pierwszy raz dostają podsumowanie wydatków, jakie ponosimy każdego miesiąca na dziecko. – Co to jest? Jedna para spodni kosztuje 80 złotych?? I nie wiesz, czy masz się śmiać, czy płakać, czy nie machnąć ręką na te całe alimenty dla świętego spokoju. O nie, drogie Panie po rozwodach, nie ma świętego spokoju, nic takiego nie istnieje. Ja po czterech latach od „rozwodu” spokój mam tylko wtedy, kiedy mój były „mąż” kłóci się ze swoją obecną kobietą. Zabawne są te zwroty akcji, ale o tym w kolejnym odcinku

Ja nie dopilnowałam sprawy alimentów przy rozstaniu, bo uwierzyłam w dobrą wolę i stwierdzenie – „będę płacił za szkołę”. „Będę płacił za szkołę” dzisiaj bowiem oznacza: opłać obiady, zajęcia dodatkowe, opiekę na świetlicy… No i tak obcinał z roku na rok, a ja tylko z wezwań do zapłaty orientuję się, ile jeszcze dołożyć. Opłacam wszelkie „bieżączki”, dlatego tatusia stać na zakup kilku markowych rzeczy w roku i wakacje zagranicą. Z pewnością nie jest po równo, a już z pewnością nie według potrzeb.

Im bardziej starałam się być w porządku, tym więcej gnoju leciało na moją głowę. I wtedy mnie olśniło. Jeśli już dostaję za wszystko, jak leci, to przynajmniej niech będzie wiadomo za co! Przede mną kolejna rozprawa alimentacyjna i postanowiłam pójść na całość. Kujcie drogie Panie żelazo, póki gorące. Zdanie na swój temat i tak znacie, bo przecież znacie. Była teściowa: „Zawsze była pazerna”, były mąż: „Tylko pieniądze są dla ciebie najważniejsze”, obecna kobieta byłego męża: „Dziwię się, że nie ma w sobie za grosz godności”. Brzmi znajomo? Dlatego nie odpuszczajcie żadnej złotówki, honor zakopcie razem z pamiątkami z małżeństwa (ok, ślubne zdjęcie na pamiątkę dla waszych dzieci może zostać) i zalejcie cementem. Wiem, co piszę.


Lifestyle

Mówiliśmy sobie: „Nic z tego nie będzie”. Kwitłam, schudłam, pomalowane paznokcie u stóp były symbolem, że znowu żyję

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
18 sierpnia 2017
Fot. iStock/mixetto
 

Bierzesz ? – zapytał los…

Scenariusz banalny jak wszystkie komedie romantyczne: sama na weselu przyjaciółki, wokół pary i szczęśliwi ludzie. Miałam do wyboru tego wieczoru: dziesięć lat młodszego Marcina lub dziesięć lat starszego Pawła. Dodam, że sama młodością nie grzeszę ale, jak mówiła moja babcia – „na zachwyty serca a w sam raz”. 🙂

Trudno było się zdecydować. Dla kogoś, kto nie wierzył, że w ogóle jeszcze może wzbudzić jakieś zainteresowanie, to było jak strzała z nieba. Dla porządku zatem opiszmy moją powierzchowność: 10 kilo za dużo, zamaskowane wszystkie defekty, niczym Bridget Jones, wyszczuplająca, świetna sukienka, majtki ściągające pas, idealny makijaż od przyjaciółki. Z rozumem całkiem w porządku. A jak dodamy fakt, że i dosyć przyzwoicie się ze mną rozmawiało, zainteresowanie obydwu panów wcale nie musiało być symulowane.

Ale to Marcin odezwał się po weselu. Ten młodszy.

– Bierzesz? – zapytał los.

– Nie, teraz nie mogę. To nie jest najlepszy moment, może później?

– Później może się nie zdarzyć. Nie wiem, co będzie później, jestem losem a nie przeznaczeniem – odpowiedział.

Wzięłam. I nie żałuję. Trzy miesiące egoizmu, niczym nie skrępowanej radości życia, wspaniałego szaleństwa.

Pierwsze spotkanie nam kompletnie nie wyszło, a przynajmniej mnie się tak wydawało, ponieważ od razu, na dzień dobry, zupełnie nie wiedzieć czemu wystrzeliłam: z tego i tak nic nie będzie. Proponuję, żebyśmy nie udawali, nie ściemniali, nie oszukiwali siebie…

Już po miesiącu, za każdym razem kiedy otwierał mi drzwi do swojego mieszkania, witaliśmy się chórem: z tego i tak nic nie będzie! Do dzisiaj uśmiecham się do siebie na samą myśl tych słów.

Spotykaliśmy się coraz częściej, z reguły po pracy i obowiązkowo w każdy drugi weekend.

Wiedział, że jestem po rozwodzie, mam dzieci i byłam od niego starsza 7 lat. Oczywistym chyba było w takim przypadku, że … z tego i tak nic nie będzie 🙂

Kwitłam. Schudłam, miałam zawsze ogolone nogi, ułożone włosy, ładną bieliznę. Pomalowane paznokcie u stóp były symbolem, że znowu żyję. Z tęsknotą wyczekiwałam wspólnych weekendów i bez wyrzutów sumienia odwoziłam dzieci do taty. Przestałam dzwonić do nich, pytać, czy wszystko w porządku, zniknęłam ale za to sumiennie spędzałam swój czas z nimi, żeby zapracować na niczym nieskrępowane osobiste chwile radości. Bo o radości tutaj piszę przede wszystkim. Radości z odkrycia rzeczy, emocji, o które nigdy bym siebie już nie podejrzewała.

One we mnie były, ale zwyczajnie zapomniałam, że:

umiem się głośno śmiać, wygłupiać,

oglądać filmy całą noc,

spacerować bez sensu,

być dla Niego ważna.

Trzy miesiące solidnej dawki dopaminy, jakby moje serce i ciało pojechało do spa. Ani razu nie pomyślałam, że tak będzie już zawsze. Korzystałam z chwili, jego zainteresowania, wspólnych chwil razem. Nigdy nie zapytałam czy mnie kocha. Brałam na oślep, na zapas. A kiedy padło – moja mama chciałaby Cię poznać, wiedziałam, że już czas.

Nie miał żalu ani poczucia, że go wykorzystałam. Nie chciałam mieć więcej dzieci, on – przeciwnie. Nie chciałam jeszcze raz wychodzić za mąż – dla niego było to bardzo ważne. Nie miałam nic do zaoferowania, oprócz swojego towarzystwa, dobrej rozmowy i czasu do zabawy.

Zrozumiał.

Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni wręczył mi list.

Nie zakochuj się w kobiecie, która czyta, w kobiecie, która czuje zbyt wiele, w kobiecie, która pisze… Nie zakochuj się w kobiecie wykształconej, czarodziejce, rojącej, szalonej. Nie zakochuj się w kobiecie, która myśli, która potrafi wiedzieć, zdolnej wzbić się do lotu, w kobiecie, która ma wiarę w siebie. Nie zakochuj się w kobiecie, która śmieje się lub płacze, gdy się kocha, która potrafi przekształcić swego ducha w ciało, a nawet więcej… w kobiecie, która kocha poezję (są one najbardziej niebezpieczne) lub w kobiecie, która może stać pół godziny przed obrazem, która nie może żyć bez muzyki. Nie zakochuj się w kobiecie intensywnej, zabawnej, błyskotliwej, zbuntowanej, zuchwałej. Niech nigdy nie zdarzy ci się zakochać w takiej kobiecie. Bo gdy zakochasz się w tego typu kobiecie, czy pozostanie z tobą czy nie, czy będzie cię kochać, czy nie, od takiej jak ta kobiety nigdy nie wrócisz wstecz. Nigdy.

Martha Rivera Garrido


Lifestyle

Jaka matka – taka córka, czyli dlaczego tak bardzo zawsze chciałam być inna

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
13 kwietnia 2017
Fot. iStock/swissmediavision

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, jaki ojciec, taki syn i szkoda wymieniać dalej, jakże dzisiaj nieaktualnych powiedzonek naszych babć. Bo nieaktualne, taka prawda. Jestem totalnym zaprzeczeniem swojej mamy.Myślami wróciłam do czasów swojego dzieciństwa. Nikt się mną nie zajmował. Nie zajmował oczywiście w dzisiejszym sensie „zajmowania się”. Miałam 8 lat, na szyi klucz, w drodze powrotnej ze szkoły odbierałam swoją młodszą siostrę z przedszkola, odkurzałam całe mieszkanie, a za pięć piętnasta wstawiałam obrane ziemniaki na obiad. Taki codzienny rytuał. Dzisiaj co najwyżej, klucz można sobie powiesić na szyi w celach ozdobnych lub wytatuować.

Mama wracała z pracy o 15:15 i była bardzo zmęczona. Nie latała z nami na zajęcia popołudniowe, nie siedziała przy odrabianiu lekcji, nie czytała lektur na głos. Tak sobie po cichu myślę, że dzisiaj odebrano by jej prawa rodzicielskie, bo pozwalała nam na totalną samodzielność: samodzielne wałęsanie po mieście, chodzenie na wszystkie zajęcia pozalekcyjne, na naukę tańca w ośrodku kultury. W domu mnie nie było. Do biblioteki miałam daleko i kiedy tylko trzeba było obgadać ważne sprawy z dziewczynami, bywało, że latałam do niej trzy razy w tygodniu! I co dziwne, nigdy włos mi z głowy nie spadł, nie potrącił żaden samochód. Pamiętam słowa swojej mamy, które towarzyszyły mi przy każdym wyjściu: „Tylko niech ci się coś stanie, to popamiętasz!”… No, nie mogłam sobie na to pozwolić, to zrozumiałe. A kiedy po trzynastu latach przerwy urodziła się najmłodsza siostra, mama wstawiła nam (mi i mojej siostrze) łóżeczko do pokoju, bo chciała się wyspać. O prasowaniu pięćdziesięciu tetrowych pieluch dziennie – nie wspomnę.

Ileż w nas było empatii dla tej naszej dzielnej mamy, która urodziła troje dzieci. Urodzić troje dzieci, to jest coś, nie to, co dzisiaj. Nawet medal honorowy dostała z takiego specjalnego koła rodzin (ale chyba nie dawali już później za kolejne etapy wychowania). A kiedy ostatnią nadzieję na poznanie bardzo przystojnego syna sąsiada odebrał mi okropny wózek, którym musiałam telepać się z małą siostrą po ulicy na spacerach, pomyślałam, że ja swoim dzieciom nigdy tego nie zrobię i będę wszechobecna na każdym etapie ich życia. Jedyne, czego chciałam, to mieć takiego męża, jak mój tata. Moja babcia zawsze mówiła o nim, że „żywcem pójdzie do nieba”. Szybko zrozumiałam dlaczego, a z każdym dniem przekonywałam się o tym coraz bardziej. Dzisiaj nie ma już takich facetów. Dodam tylko, że to mówiła mama mojej mamy, więc nie ma co rozwijać tematu. No i dodam jeszcze, że nie trafiłam na takiego mężczyznę, jak mój tata.

Jak to możliwe, że nie zginęłam bez tej matczynej obsesji, że „wyszłam na ludzi” i właśnie za to kocham dzisiaj swoją mamę najbardziej? I to nieinteresowanie się każdym dniem moich zmagań ze wszystkim dookoła powoduje, że z tym większą ochotą dzielę się z nią sukcesami, finałem swoich spraw. Sama, przywiązana pępowiną do swoich dzieci, która już zaciska się na mojej szyi, (bo przecież nie ich), tak bardzo chcę zrekompensować im swoje porażki życiowe, że za chwilę się uduszę, jak nie odpuszczę.

Ale i może dlatego z kolei tak tęsknię za kimś, kto jak mama mojej znajomej przyjechałby do mojego domu, zrobił za mnie porządek w moim życiu…