Lifestyle

Jesteśmy pełni złości, irytujemy się, a w gruncie rzeczy niczego tak bardzo nie potrzebujemy na świecie jak drugiego człowieka

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
23 grudnia 2017
Fot. iStock/Jasmina007
 

Jest późny wieczór przed Wigilią, dom już ucichł, choinka się świeci, pachnie makowcem i kapustą z grochem. Taki nasz domowy misz masz. Telefon co chwilę informuje mnie o kolejnych życzeniach przysłanych przez kolejnych znajomych. A ja piszę i w głowie układam listę, do kogo chcę zadzwonić.

Pewnie wykonam kilka telefonów, wzruszę się, popłaczę, porozmawiam z tymi, z którym nie rozmawiałam czasami i rok. Ale to nic, to nie ma znaczenia, naprawdę.

Święta wyzwalają w nas mnóstwo stresu i złości. Każdy się denerwuje, czy zdąży, czy wszystko będzie tak jak być powinno, czyli miło, smacznie, może i przez chwilę zabawnie. Na wdechu i spięciu siadam do stołów wigilijnych, pospiesznie, bo tak nauczyliśmy się żyć. Wszystko ma być szybko, nie ma chwili, by przystanąć, pomyśleć, usłyszeć własne emocje.

Odliczamy czas, kiedy po Wigilii zostaniemy sami, bez tych wszystkich oczekiwań, pytań i ocen wokół. „Już po wszystkim” – myślimy. Nie słyszymy tego żalu i smutku, tego wszystkiego, co kazałoby się nam zatrzymać. Wolimy się wkurzać, mówić, że właściwie po co te całe Święta, że to tylko dwa dni, że ta cała szopka, jak co roku kompletnie nie ma sensu.

Coraz więcej słyszę takich głosów. I myślę sobie, że większość z nas ucieka przed drugim człowiekiem, umniejszamy Święta, bo relacje, z jakimi przychodzi się nam w tym czasie zmierzyć, trudno udźwignąć.

Jest teściowa, która jak co roku zrobiła grzybową z ziemniakami, choć wie, że ty lubisz z makaronem. Jest siostra, która znowu będzie mówić najgłośniej i pokazywać przez cały wieczór filmiki ze swoimi dziećmi. Jest teść – dzisiaj myślisz sobie, że dla ciebie obcy człowiek. Przyjaciółka, do której nie wiesz czy dzwonić, bo ostatnio jakoś wam dalej do siebie…

Wielu nie ma… Ukochanej babci, żaden barszcz nie smakuje, jak ten, który ona robiła. Kolejny rok bez taty, a przecież to on zjadał najwięcej dzwonków karpia. Nie ma mamy, która by ręce całe w mące wycierała w świąteczny fartuszek witając was w drzwiach. Nie ma dziadka, który znał wszystkie kolędy i wyciągał tego dnia swój akordeon. Nie ma przyjaciółki, do której szliście zawsze z kolędą po Wigilii…

Święta to spotkania. Spotkania, których się boimy, których unikamy przez cały rok, ale w tym właśnie czasie trudno przed nimi uciec. Po co uciekać? Możemy tłumaczyć, że to nieważne, że na miejsce jednego człowieka, przyjdzie następny, że natura nie lubi próżni, że najważniejsi jesteśmy sami dla siebie. Tak, znajdujemy wiele wymówek, żeby nie spotkać się z prawdą, nie zderzyć się z pustką, samotnością, bólem.

A przecież prawdziwym szczęściem w te Święta powinno być dla nas spotkanie się z tymi, których kochamy. Możliwość spojrzenia sobie w oczy, przytulenia się, by poczuć, że nie jesteśmy sami, że obok nas, czasami na wyciągnięcie ręki, czasami na kilka sygnałów telefonu jest ktoś, kto wypełnia nas miłością i spokojem, dobrem. Tak, te spotkania są dobrocią. Dobrocią, która daje nam poczucie, że w całym tym wszechświecie jest ktoś, kto odbierze ten cholerny telefon, ktoś kto powie – „pamiętaj, że jestem” i ty wiesz, że jest naprawdę.

Zadzwoniła do mnie dzisiaj przyjaciółka mówiąc: „Wiem, że jesteś zalatana, ale musiałam zadzwonić, bo przez chwilę zrobiło mi się tak bardzo źle”. Za chwilę się śmiałyśmy opowiadając sobie o makowcach jak naleśnik i szybkim przepisie na śledzie i jaką koszulę kupić jej byłemu mężowi pod choinkę.

Pomyślałam, jak ogromną wartością – dla mnie jedną z najważniejszych – jest mieć choć jedną na świecie osobę, która cię rozumie, która nie ocenia, która nie zazdrości, a jeśli nawet, to mówi o tym otwarcie. Przy kim nie boisz się być sobą. Tak… nie boisz się być sobą…

W naszym życiu ludzie są w niezwykle ważni, wszyscy – ci którzy zjawiają się na chwilę, ci którzy zostają na dłużej. Ale każdy z nas powinien mieć chociaż jedną bliską mu osobę, o której wie, że nigdy go nie zawiedzie, że nie skrzywdzi, że zawsze będzie, zawsze – choćby minęło 10 lat od ostatniego telefonu. To ktoś taki, o kim myślimy i robi się nam ciepło w sercu, łagodniejemy, uśmiechamy się. To ktoś, kto budzi w nas dobre emocje, bez strachów, lęków, bez złości i zawiści.

Życzę wam wszystkim, abyście w te Święta mogli przejrzeć się w oczach takiej osoby, usłyszeć siebie w jej głosie. By każdy nadal miał kogoś takiego, kogoś, dzięki komu staje się lepszy, przy kim nie musi nic udawać. Kogoś, z kim po długim czasie może przegadać całą noc. Jakby czasu nie było i dzielących kilometrów.

Życzę wam, by oprócz wysyłanych w sieci życzeń, był ktoś, komu chcecie je złożyć osobiście, o kim myślicie, że jest dla was bardzo ważny.

Byście nie bali się zadzwonić, zapukać do drzwi… Bo ten ktoś też tam czeka i wy o tym wiecie, choć tak bardzo obawiacie się, że jest inaczej, że to już za późno… Nie dowiecie się, jeśli nie sprawdzicie.

Życzę wam, byście mieli komu podziękować za to, że po prostu jest.

Jeśli zwlekacie z jakimś telefonem, z powiedzeniem komuś „Dziękuję” i „Kocham”, to teraz jest ten czas… Magiczny, który otwiera nas na drugiego człowieka…

Niech te Święta będą dla was cudownymi spotkaniami.


Lifestyle

„Lubię wyobrażać sobie, że jestem silna. Lubię czuć się silna”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
24 grudnia 2017
Fot. iStock/Ridofranz
 

W szatni u mojego trenera Dominika wisi napis, który już od kilku lat przykuwa moją uwagę: „Ból jest chwilowy. Chwała jest wieczna.”

Przyznam, że słowa te budzą we mnie, w zależności od czasu w jakim jestem, bardzo różne emocje. Od buntu do akceptacji. Od delikatnego,a nawet pobłażliwego uśmiechu do pełnego szacunku i zrozumienia skinienia głową.

Michalina jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, ma już za sobą kilka wystaw indywidualnych i zbiorowych. Niezwykle utalentowana młoda artystka. Mówi o sobie, że jest biegającą malarką.

Spotykamy się w bytomskim Suplemencie. Na przeciwko mnie siedzi drobna i bardzo delikatna młoda kobieta. Nasza rozmowa przerywana jest chwilami wzruszenia, a nawet łzami, ale we mnie z każdym słowem rośnie przekonanie, że mam do czynienia z silną i mądrą kobietą.

– Biegać zaczęła najpierw moja mama – opowiada Michalina – zaraz po czterdziestce, w bardzo trudnym dla siebie czasie, po to, żeby rozładować złe emocje.

Mama Michaliny szybko zaczęła wygrywać puchary i medale. Potem dołączyła córka. Ale na samym początku Michalina zajęła się fotografowaniem biegaczek (a w szczególności swojej mamy). Aż w końcu zaczęły powstawać ich obrazy.

I chociaż mama mówiła na zawodach do Michaliny – teraz nie jestem twoją mamą, teraz rywalizujemy – to jednak bieganie stało się czymś w rodzaju kobiecego sojuszu.

Sojuszem, ale też wyrazem buntu wobec przemocy domowej, której doświadczyła żeńska część ich rodziny. Bo sport pomaga wyrzucić z siebie gniew, hartuje i staje się zalążkiem siły. Ogromny potencjał, który mamy w sobie.

Michalina przyznaje zresztą , że wielki postęp w rozwoju osobistym przyszedł, kiedy uciekła z domu i odcięła się od wszystkich toksycznych osób, które manipulowały nią przez lata.

Ucieczka Michaliny nabiera tu dodatkowego znaczenia.

(Widzę ją jak wybiega z domu. Biegnie szybciej, coraz szybciej. Skoncentrowana i poważna… )

„Myśli, które przychodzą mi do głowy, kiedy biegnę, są jak chmury na niebie (…) Przychodzą i odchodzą, a niebo pozostaje takie samo”. (Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu)

Michalina opowiada:

– Gniew napędzał nas do działania i walki z dyskryminacją doświadczaną w domu, a swoje ujście znajdował w bieganiu. Im bardziej bolało trenowanie, tym było lepiej. Uzewnętrzniało nasz ból, w głównej mierze psychiczny.

I dodaje: – Bo bieganie to rodzaj cierpienia. A potem życie smakuje lepiej. (uśmiechamy się do siebie)

Do biegających kobiet wkrótce dołączyła kolejna kobieta z rodziny. Starsza Siostra Michaliny. Dziewczyny czerpały radość ze ścigania się i to był dodatkowy element spajający ich relację. Powstały też kolejne obrazy.

Problem przemocy został w końcu po wielu ciężkich latach rozwiązany (rodzice rozstali się), ale bieganie pozostało.

„Bo sport to walka. Sport to nie tylko talent i praca, ale także umiejętność cierpienia”. (Dominika Stelmach, polska lekkoatletka i biegaczka długodystansowa.)

Jestem poruszona historią Michaliny i sama coraz częściej przekonuję się, że wychodzenie ze strefy komfortu w sporcie (czy jakiejkolwiek innej aktywności ruchowej) wzmacnia nas w codziennym życiu.

„Kiedy jestem niesprawiedliwie (przynajmniej ze swojego punktu widzenia) krytykowany albo kiedy ktoś, kto na sto procent powinien mnie zrozumieć, nie robi tego, idę pobiegać trochę dłużej niż zwykle. Mam wrażenie, że biegnąc dłużej, zdołam fizycznie pozbyć się części swojego niezadowolenia. Biegnąc dłużej, znów zdaję sobie sprawę jak jestem wątły i jak ograniczone są moje możliwości. Uświadamiam sobie fizycznie te dwa słabe punkty. A jednym z rezultatów biegania trochę dalej niż zwykle jest to, że staję się o ten nadliczbowy kawałek silniejszy. Jeśli czuje gniew, kieruję gniew ku sobie. Jeśli przeżyłem rozczarowanie, wykorzystuję je do udoskonalenia siebie”. (Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu)

Wraz z upływem lat, trudnymi chwilami, które jak to w życiu, pojawiają się niezmiennie jak chmury na niebie, dochodzę do wniosku, że jednym ze sposobów „trzymania pionu” jest hartowanie mojego ciała. Bo to jest to co mogę zrobić zaraz. Na wyciągnięcie ręki.

Lubię wyobrażać sobie, że jestem silna. Lubię czuć się silna. Stoję mocno na jogowej macie. Czuję energię w ciele. Czuję swoje ciało. Czuję jego moc i sprawczość.

Szukam kobiet, które podejmuję taki wysiłek często w trudniejszych warunkach niż moje.

Kiedy w 1964 roku Roberta Bobby Gibb obejrzała relację z Maratonu Bostońskiego to od razu zrozumiała, że musi w nim wystartować. W tamtych czasach kobiety nie miały szans na otrzymanie numeru startowego. Trenowała więc samotnie, a podczas swoich treningów pokonywała dystanse dłuższe niż 42 km. Jednak, kiedy po dwóch latach przygotowań, wysłała swoje zgłoszenie do organizatorów maratonu, poinformowano ją, że z przyczyn fizjologicznych kobiety nie są zdolne do wzięcia w nim udziału. Co zrobiła Bobby? Zaczaiła się w krzakach w okolicach startu i ruszyła z zawodnikami.

Zainab to jedyna Afganka, która zameldowała się na mecie maratonu w Afganistanie. Wcześniej nie zważając na obelgi, którymi była obrzucana – dzielnie trenowała, praktycznie cały czas w ukryciu. Często biegała po prostu po podwórku, bo przecież bieganie w terenie było dla kobiety bardzo niebezpieczne.

(Te dwa przykłady silnych kobiet-biegaczek pochodzą z artykułu pt Słaba płeć nie istnieje – kobiety, które zmieniły historie biegania autorstwa Marty Arbatowskiej)

Takie historie wzmacniają.

– Bo bycie silną trzeba pielęgnować.– mówi Michalina – Moje ciało jest teraz silne ale jeśli przestałabym ćwiczyć to moja forma zaczęłaby spadać z każdym dniem.

– To jest przecież zadanie na całe życie! – dodaje.

Jestem pod wielkim wrażenie kobiet, które walczą. Które przekuwają zła energię w działanie. Potykają się ale wstają . To niesie nadzieję dla nas wszystkich!

PS W przedostatnim mailu Michalina pisze do mnie: „Kasia na ostatnich zawodach na jakich byłam, tylko w szatni męskiej był prysznic. My miałyśmy na przebranie się salkę z pianinem” Tak, na pewno jest jeszcze dużo do zrobienia, żeby wspierać kobiety w stawaniu się silniejszymi (ale to może być przecież temat na kolejny felieton)

Mam nadzieję, że historia biegającej malarki Michaliny stanie się częścią książki o silnych kobietach nad którą intensywnie teraz pracuję.

Katarzyna Szota-EksnerKatarzyna  Szota – Eksner prowadzi szkołę jogi Yogasana, współtworzy Sunday is Monday oraz gliwicki Klub Książki Kobiecej. Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie. Dziewczyna ze Śląska, wegetarianka, felietonistka i feministka.


Lifestyle

Regularnie ją zdradzał. Oszukiwał ją każdego dnia. I te SMS-y: „Kręcisz mnie jak diabli. Stoi ci? Przy tobie zawsze”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
23 grudnia 2017
Fot. iStock/atarzynaBialasiewicz

Paula

Upuściła telefon. Ze złości i zdenerwowania. Ona wie. Ta pieprzona żona wie. Co teraz? Może trzeba z Klaudią pogadać, ona ma łeb jak sklep. Podpowie. Zanim to jednak zrobi, wysyła serię wiadomości do Radka, a raczej do Sylwii. Bo na telefon Radka, ale wie, że ona to przeczyta.

Zniszczę cię, Radek kocha mnie.
Zostawi cię i puści z torbami.
Nawet dzieci ci zabierze, bo przecież ciągle cię nie ma.
Ja mu dam dom i ten seks, o którym on marzy. No bo z takim wielorybem to przecież orka na ugorze, a nie przyjemność.

Ale pojechała. Grubo. Jest z siebie dumna. Z tego seksu najbardziej. Wbiła szpilę głęboko. No  przecież ta Sylwia jest stara i gruba, no to sorry. Trzeba było nie żreć w ciąży.
Może i dobrze, że się wydało. Radek pójdzie do prawnika już na pewno. Tyle jej obiecywał, że pójdzie, ale ta głupia Sylwia zawsze dawała mu jakieś zadanie. I on robił, żeby nie skumała, że ma ją – swoją Myszkę. Więc pójdzie, wezmą rozwód i wtedy dziewczyny z pracy już nie będą gadać, że małżeństwo rozbija. Pokaże im, że można zdobyć żonatego faceta. Starszego, z mieszkaniem w dodatku.

Można? Można. No jak ma się 20 lat, ciało młode i chętne, no to, sorry, każdy poleci. Dzieci jakoś ogarnie. Radek będzie się nimi zajmował. Najgorzej to te wakacje, ale jakoś wytrzyma. Dadzą im tablet i z głowy. Ponoć dzieciaki teraz to lubią. Żanety synek ma dwa latka, a już gra.

Chyba będzie musiała powiedzieć rodzicom. Matka jakoś zrozumie. Widzi, że jej Paulusia ukochana jak na skrzydłach lata. Mówiła raz ojcu, a Paula wszystko słyszała. Gorzej z ojcem, bo on taki srogi jest. Nie wiadomo, czy rozwodnika zaakceptuje. Paula najwyżej ucieknie z Radkiem na koniec świata. Będą wszystkich mieli w dupie.

Telefon zawibrował. Odpowiedź Sylwii. O wku*wiła się. Bolało co, świnio jedna?

A idź se na policję. Będę pisała do Radka, ile mi się żywnie  podoba. Ch*j ci do tego. To mój facet. Za chwilę weźmie z tobą rozwód. A jak mnie wku*wisz bardziej, to cię zniszczę. Albo dzieci nastraszę. Albo doniosę do opieki, że patola z was.

Paula ostatnio w tv widziała takie zemsty. Spróbować zawsze można. A przynajmniej jej stracha napędzi, to nie będzie taka pewna. Co policja jej zrobi. No bez przesady.
Klaudia nie odbiera. Paula idzie do pracy. Znów wysyła Sylwii serię, że ma dać im spokój, że może se dzieci brać, ale Radek jest jej. I że już nie kocha na pewno, bo jej mówił to i pisał. Zresztą poczytać se może. To jej oko zbieleje i będzie jeszcze brzydsza.

W pracy kierowniczka się czepia. Żaneta widzi, że Paula nie w sosie. Docina jej nawet, czy się z Radusiem nie pożarła. A pożarła i owszem. Tylko, że z jego żoną. Żaneta aż upuściła foliówki, które niosła na warzywa i owoce. Co teraz? Paula opowiada. Jest dumna ze swoich docinek. Radek może zaraz przyjedzie. Przytuli i powie, że ma się niczym nie przejmować. Przecież urodzin to raczej nie będzie.

Żaneta mówi jedno.: „A nie mówiłam? Rodzinę roz*ebałaś. Zostaw ich w spokoju. Dzieci są. A ty znajdziesz innego”.

Żanetę w ciąży chłopak zostawił. Polazł do innej. Ojciec ją wyklął. Zlał, ale z domu nie wyrzucił. Ciężko mają. Samemu dzieciaka chować trudno. Ale przecież nie musiała dupy dawać, nie? Wpadli no to sorry. Paula ma odpowiedzialnego faceta, w ciąży nie jest. Radek się zachować umie. Kocha ją. A tamten Żanety nie kochał, bzykać się chciał i tyle. Pecha mieli.

Paula robi dobrą minę do złej gry. Udaje twardą. Radka wciąż nie ma. A dziś jego dyżur. No musi być.

Sylwia

Drży, serce wali jak młot. Jeszcze nie płacze. Przyjdzie czas na łzy. Będą lać się strumieniami. Czyta wpisy Radka i tej dziewczyny. Od kilkunastu miesięcy Radek prowadził podwójne życie. Mówił tej gówniarze to, co Sylwia chciałaby usłyszeć. Kocha ją? Spali ze sobą? Kiedy się spotykali? Pytania pędzą jak lawina. Powoli doczytuje. Romans. Radek ma romans.

Regularnie ją zdradzał. W pracy, w domu. Pisał, jeździł, dzwonił, kupował prezenty, zapraszał na kawki. Oszukiwał ją każdego dnia. Kradł czas dzieciom. Wykorzystywał jej nieobecność. A jak brała dodatkowe dyżury, to się cieszył, że kasy będzie więcej. Teraz wszystko jasne. Boże ona ma 20 lat. Omotała go. To jeszcze dziecko, ale bezczelna, wyrachowana, zimna. Radek nie mógł się zakochać.

No przecież jeszcze w weekend się z nią kochał, było cudownie jak zwykle. Dobrze im razem mimo jej tuszy. Przecież Sylwia dobrze wie, jak wygląda. Schudnie dla siebie i Radka. Taki był plan. Siedzi na podłodze. Czajnik gwiżdże, ale ona nie słyszy. Czyta i zapada się w czarną dziurę.

Myszko, Kotku, tak cię pragnę.
Oj wziąłbym cię. O tak chciałabym.
Dziękuję skarbie za prezent. Majteczki idealne.
Proszę Myszko, nie mogę się doczekać, by je z ciebie zedrzeć.
Tęsknię. Ja też.
Kocham cię. Ja ciebie też.
Sprawiasz Myszko, że unoszę się nad ziemią. Wiem, Kotku, ja też fruwam.
Kiedy będziesz? Myszka tęskni. Już jadę i jak cię wezmę…
Gdzie mnie weźmiesz? Na stole?
Myślałem o kawie najpierw, ale skoro chcesz to na stole.
Bardzo chcę. Jak bardzo? Bardzo bardzo.
Wczoraj mi się to śniło, nasz szalony seks. Cudownie Myszko, będzie szalony. Kręcisz mnie jak diabli.
Stoi ci? Przy tobie zawsze.
Byłeś u prawnika? Pójdę w przyszłym tygodniu.
Mówiłeś żonie? Powiem w weekend.
Ja cię kocham, wiesz? Zrobię dla ciebie wszystko. Wiem Myszko. Buziaki.
Nie chcę, byś dawał jej kwiaty na dzień kobiet.
Myszko muszę.
Jak to dziś cię nie będzie? Masz tu być! Inaczej wszystko jej powiem!
Dobrze będę za godzinę, pogadamy, uspokój się.
No jak mam się uspokoić? Chcesz mnie rzucić?
Powiem jej, zobaczysz. Nienawidzę cię!
Dziękuję Kochany za kwiaty. Proszę Myszko. Piękne kwiaty dla pięknej dziewczyny…

Sylwia jak w transie przewija palcem setki rozmów. Radek wszedł do mieszkania. Nie słyszała. Zbladł. Widzi swój telefon w jej rękach i to osłupienie na twarzy, ten ból i rozpacz. Już wszystko wie. Sylwia czyta dalej. Po chwili tępo patrzy przed siebie. Widzi Radka. Dociera do niej, że przyszedł po telefon. Jest przerażony. Sylwii robi się gorąco. Powoli podchodzi do niego, a Radek częstuje ją najgorszym tekstem świata. No jak, oczywiście, że to nie jest tak jak ona myśli. Przecież wymyśliła sobie wszystko.

W kilka chwil odzyskuje jasność umysłu. Z całej siły uderza Radka w twarz. Pięścią. Krew tryska. Sylwia dostała jakiejś nadludzkiej mocy. Bije go na oślep. Rzuca talerzami. Krzyczy, wyje. Radek próbuje ją uspokoić, ale obrywa kolejne ciosy. Tak jakby chciała go ukarać za każdy jego pocałunek z tamtą, za każde słowo do niej, każde spojrzenie i dotyk.
Kuchnia wygląda jak po bitwie. Radek jak po pobiciu. No szczerze mówiąc, Sylwia go pobiła. Spuściła wręcz manto. Jest oślepiona złością i furią. A on przerażony tym, co zrobił. Nie wie, że to dopiero początek tsunami. To była pierwsza fala. Za nią nadejdą kolejne…

Cdn.

autorka: Poli-Ann


Zobacz także

Marcin Kydryński

Marcin Kydryński: „Od nienadążania jestem wybitnej klasy specjalistą”

Czy w reklamie wszystkie chwyty są dozwolone? Firma, która nie uszanowała pamięci o powstańcach pokutuje wpłacając pół miliona na akcję Filipa Chajzera

Facet z odzysku... Jak żyć z rozwodnikiem?

Facet z odzysku… Jak żyć z rozwodnikiem?