Lifestyle

„Nie jesteś moją bajką, Warszawo”. Spowiedź „słoika”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 września 2017
Fot. istock/jcarillet
 

Jestem chyba twoim typowym „słoikiem”. Co miesiąc, w piątek wieczorem wracam do rodziców, pod Kielce. Spędzam cudowne dwa, trzy dni z bliskimi, odwiedzam stare kąty albo wcale nie wychodzę z łóżka, a tata przynosi mi kanapki z pomidorami z naszego ogrodu. W niedzielę, tuż koło południa, pakuję do walizki domowe ciasto mojej mamy, peklowane mięso, paprykę, domowe ogórki i maślane ciasteczka. Dorzucam kilka książek „na dobry nastrój”, tych, które czytałam, kiedy bezpieczna w moim pokoju na poddaszu, marzyłam o tobie. A potem wracam do ciebie, Warszawo i czuję, jak mocno cię nienawidzę.

Odkąd tu przyjechałam, jestem realistką. Wiem, że mam tylko siebie, nie liczę na twoją pomoc. Przekonałam się, że ludzie tutaj są albo obojętni albo podli. I że kiedy spotykam tych miłych, to na 90% nie są warszawiakami. Są obcy, jak ja. A ty, Warszawo, nie wybaczasz „obcym”, przyjezdnym. Traktujesz ich inaczej, uważasz za gorszych. Wykorzystasz i wyplujesz, jeśli nie potrafią o siebie zawalczyć. Czasem nawet zniszczysz, a często zawrócisz ich z drogi, którą sobie wymarzyli.

Szybko się o tym przekonałam. Wielu moich znajomych uciekło po kilku miesiącach, choć miało względem ciebie wielkie plany. Byłaś dla nich za szybka, zbyt bezwzględna, okrutna.

Przyjechałam do ciebie siedem lat temu, zaraz po studiach, bo mój pierwszy chłopak był warszawiakiem. Zamieszkaliśmy w domu jego rodziców, zajęliśmy piętro. Nie byłam darmozjadem, przyjechałam tu do pracy – miałam skończony dobry kierunek, znałam język. Zostałam asystentką w olbrzymiej korporacji. Dostałam pieniądze, o których wcześniej mogłam pomarzyć. Dziś wiem, że na podobnym stanowisku, przy tylu obowiązkach mogłabym zarabiać więcej, ale wtedy wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. Wzięłam bez mrugnięcia, co mi dałaś.

W pracy szło mi dobrze, jestem zdyscyplinowana, szybko się uczę, zrobiłam na tobie dobre wrażenie. Z rodzicami chłopaka nie potrafiłam się dogadać. Niby życzliwi, a jednak fałszywi. Patrzyli na mnie jak na intruza. Kilka razy usłyszałam, jak mama Piotrka mówiła o mnie znajomym, przez telefon, że jestem z nim, bo chcę się tu „zaczepić”, „wżenić w rodzinę”, bo przyjechałam ze wsi. Nie rozumiałam tego. Jak można kogoś tak traktować? Kiedy on przyjeżdżał do mnie, do mojej rodzinnej miejscowości, moi rodzice przyjmowali go jak „swojego”, z życzliwością, otwartością. Tutaj, u ciebie ludzie są bardzo zamknięci w sobie, podejrzliwi.

Moja mama piekła Piotrkowi jego ulubione pierniki, z tatą pił piwo w ogrodzie. I dla mnie był inny, lepszy, kiedy byliśmy daleko od ciebie. Rozstaliśmy się, bo nie potrafiłam tego znieść. Tej hipokryzji, tego rozdwojenia. Że niby mnie kocha, ale jednak się wstydzi. Że jesteś dla niego ważniejsza.

Wynajęłam kawalerkę na Pradze i płakałam dzień w dzień w poduszkę, w mikroskopijnym pokoju z kuchnią. Zostałam sam na sam z tobą, Warszawo.

Oszczędzałam, jak mogłam. Obiad w pracy, w stołówce. Co dwa tygodnie powrót do domu, żeby uzupełnić zapasy, wypłakać się mamie, nabrać siły. Miałam znajomego z moich okolic, kiedy mogłam, dopasowywałam moje plany do niego, żeby razem z nim wracać do Ciebie, jego samochodem, byle nie płacić ciągle za bilety na pociąg. Odkładałam każdy grosz. Nie chodziłam do kina, o teatrze nawet nie marzyłam. Tramwaj, metro tramwaj, praca. Tramwaj, metro, tramwaj dom. Nie, nie dom. MIESZKANIE. Dom jest tam, pod Kielcami.

W mojej kamienicy poznałam dziewczynę z Białegostoku. Była nowa i przerażałaś ją, Warszawo, jeszcze bardziej niż mnie, więc zaczęłyśmy cię oswajać we dwie. Tym razem poszło trochę lepiej. Poznałam cię, ale nie polubiłam. Można powiedzieć, że nie kocham cię od pierwszego wejrzenia. Nie imponuje mi te kilka twoich żałosnych, nowoczesnych wieżowców – traktuje je z lekką pogardą. Chciałabyś być Nowym Jorkiem, ale nie stać cię nawet na Central Park. Nie zachwycasz mnie, nie jesteś piękna. I wciąż, kiedy tylko mogę, uciekam jak najdalej od ciebie.

Pytasz, co z pracą? Po roku dostałam awans i podwyżkę, po dwóch następnych kolejną. Rodzice wyciągnęli swoje oszczędności, ja dołożyłam, co mogłam i kupiłam mieszkanie – dwa pokoje w ładnej, nowoczesnej dzielnicy miasta. Zaczęłam chodzić do kina i czasem do opery. Przyjaźnię się tylko z „obcymi”. Po siedmiu latach  u ciebie nadal bezbłędnie ich „wyczuwam”.

Masz za sobą trudną historię, przyznaję. Ja też nie jestem łatwa – potraktowałam cię instrumentalnie. Dałaś mi wymarzoną pracę, możliwości i podróże służbowe do Irlandii. Dałaś mi dojrzałość, doświadczenie i pieniądze, komfort życia. Zabrałaś ufność i wiarę w ludzi, a mam wrażenie, że i empatię. Nie płaczę już w poduszkę, otrząsam się i idę dalej. Tylko wiesz, ciągle nie wiem, czy ten bilans jest dla mnie korzystny. Bo nigdy nie będziesz „moją bajką”, Warszawo. Nadejdzie dzień, gdy wrócę do domu.


Lifestyle

„Niech się pani zajmie swoim dzieckiem!” – nakrzyczała, gdy chciałam pomóc

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
1 września 2017
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
 

Siedzę na jednej z pięciu ławek i ze spokojem obserwuję dzieci. Są w różnym wieku. Mój czterolatek jeździ na hulajnodze, jak większość z nich. Kilkoro starszych pędzi na rowerach, a młodsze, 2- i 3-letnie ćwiczą równowagę przeróżnych trójkołowych sprzętach. Spokój przerywa nagły, histeryczny płacz. Było zderzenie, jedno z dzieci upadło. Trzyma się za głowę. Z daleka wygląda to nieciekawie. Wśród rodziców panuje ogólne poruszenie. Podchodzę do matki, trzymającej na rękach zapłakaną 2,5-latkę i proponuję pomoc. Jestem ratownikiem, chętnie zerknę. Jest otarcie i siniak, więc sugeruję, by na drugi raz dziecko miało na głowie kask. – Niech się pani zajmie swoim dzieckiem! – usłyszałam. Tym razem nic poważnego się nie stało.

Obok mojego domu, tuż przy ogromnym placu zabaw znajduje się miasteczko ruchu drogowego. Dzięki tej inwestycji dzieci mogą w bezpiecznych warunkach poznawać przepisy. To doskonałe odwzorowanie prawdziwej infrastruktury drogowej – są tu asfaltowe jezdnie z zaznaczonymi liniami, pasy, sygnalizacja świetlna, przejazd kolejowy, rondo, znaki drogowe i ósemki do ćwiczenia techniki jazdy na rowerze. Jest też wielka tablica z regulaminem, którego zapewne nikt nie czyta. W teorii brzmi świetnie, w praktyce bywa różnie. Wszystko przez lekkomyślnych rodziców, którzy nie mają za grosz wyobraźni. Co gorsza, nigdy przenigdy nie wolno im też zwrócić uwagi. Bo to przecież ich dziecko i oni najlepiej wiedzą, jak należy się nim opiekować.

Moje 4-letnie dziecko niewiele jeszcze wie o przepisach ruchu drogowego. Ogarnia sygnalizację świetlną, rondo i stara się pamiętać, by zawsze jeździć prawym pasem. Mimo to, zdarza mu się zapomnieć i złamać wszelkie przepisy, rozwijając zawrotną prędkość na hulajnodze. Takich dzieci jest tam najwięcej – coś tam świta w głowie, coś tam wiedzą, ale dobra zabawa zawsze jest na pierwszym miejscu. Pewnie dlatego co i rusz słychać „Jasiu, wolniej”, „Aniu, po prawej stronie jeździmy”, „Bartek, uważaj na młodsze dzieci”. Można tłumaczyć, żeby ostrożnie się bawiły, uważały na innych, patrzyły przed siebie, a nie pod koła, jednak wypadki się zdarzają. Po prostu. Dzisiaj na szczęście nic poważnego. A jutro? Zobaczymy.

I tak oto na wszystkich placach zabaw spotykamy dwa typy rodziców. Jedni chodzą za swoimi pociechami krok w krok, zdmuchując sprzed nóg piasek, podczas gdy drudzy bezmyślnie wierzą w szalenie rozwinięty intelekt swojego dziecka i liczą, że ani ono samo nie wpadnie na żaden głupi pomysł, ani towarzystwo wokół. Rodziców, kierujących się rozsądnym i ograniczonym zaufaniem do dzieci (wszystkich) jest jednak niewielu.

Ja wiem, że 2-letnia Zosia na plastikowej hulajnodze czy 3-letni Wojtuś na trójkołowym rowerku, nie będą szarżować bez opamiętania. Na ogół z resztą stoją miejscu, obserwując starsze towarzystwo, grzebiąc w ziemi lub biegając po całym terenie. Nie oznacza to jednak, że nic im nie grozi. Starsze dzieci, które sztukę rozwijania prędkości mają opanowaną do perfekcji, stanowią dla takich maluchów poważne zagrożenie. Nie, nie jestem za tym, żeby nie zabierać dzieci w takie miejsca. Uważam jednak, że trzeba im zapewnić choć podstawowe warunki bezpieczeństwa. To, że Zosia się nie przemieszcza, nie oznacza, że zaraz ktoś jej na tym placu nie potrąci. Nie jestem też jedną z tych matek, które chuchają i dmuchają na swoją pociechę, obcałowując każde zadrapanie. Nigdy jednak nie zdarzyło mi się puścić mojego syna na rower, rolki czy hulajnogę bez kasku. Nigdy też nie przewoziłam dziecka w foteliku rowerowym bez kasku.

Nie jest to bowiem tajemna wiedza, którą zdobyłam jako ratownik medyczny, a zwykła wyobraźnia. Rezygnując z kasku, ryzykujemy naprawdę wiele. Najmniej poważną konsekwencją upadku na rowerze jest otarcie naskórka – sprawa banalna. Kolejnym urazem, którego może doznać dziecko (dorosły też) bez kasku jest rana głęboka, którą chirurg będzie musiał zszyć. Przeżycie bardzo dla dziecka traumatyczne i bolesne oraz zostawiające trwały ślad w postaci blizny. Te dwie wspomniane przeze mnie konsekwencje są najmniej niebezpieczne. Ale nie zakładając swojemu dziecku kasku na głowę możecie doprowadzić u niego do poważniejszych urazów czaszkowo-mózgowych, które w najlepszym przypadku skończą się tylko wstrząsem mózgu, a w najgorszym: krwiakiem, śpiączką, trwałym kalectwem lub śmiercią. Moim, a także zdaniem moich kolegów-ratowników, którzy naprawdę wiele już w życiu widzieli, niezakładanie kasku dziecku na głowę jest skrajną nieodpowiedzialnością. Ale jak to się mówi – wszystko jest dobrze, dopóki jest dobrze.

Mówimy się, że przykład idzie z góry. A nikt nie jest dla małego dziecka większym autorytetem niż mama czy tata. Jeśli przemieszczamy się rowerem, sami też załóżmy kask. Jeśli dziecko wyjątkowo bardzo wzbrania się przed jego noszeniem, pójdźmy z nim do sklepu i pozwólmy wybrać taki, który mu się spodoba. Na rynku dostępnych jest przecież wiele modeli, w różnych kształtach i kolorach. To niewielka inwestycja w porównaniu z konsekwencjami, może przyjść nam (a przede wszystkim dziecku) zapłacić.

Mamę, która na mnie fuknęła, spotkałam tam ponownie. Ostentacyjnie uniosła głowę mijając ławkę, na której siedziałam. Jej dziecko dalej śmigało bez kasku. Pewnie na złość mi. A co!


Lifestyle

Biustonosz, sukienka, rajstopy – czy wiesz, jak często prać poszczególne elementy garderoby?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
1 września 2017
Fot. iStock / vadimguzhva

Chyba nikomu nie trzeba przypominać, że bieliznę osobistą należy zmieniać każdego dnia. O ile w tym temacie wszyscy się zgadzamy, pewne kontrowersje może wzbudzać częstotliwość prania takich elementów garderoby jak: biustonosze, spódnice, wizytowe sukienki czy rajstopy. Wiadomo, że mechaniczne czyszczenie ubrań wpływa na ich jakość i wygląd, jednak warto przestrzegać pewnych zasad, by nie tylko wyglądać schludnie, ale przede wszystkim uniknąć problemów ze zdrowiem. Brudne czy przepocone ubrania są bowiem źródłem wielu chorobotwórczych drobnoustrojów.

Jak często prać poszczególne elementy garderoby?

Po jednym założeniu:

  • bielizna,
  • skarpetki,
  • koszulki,
  • kostium kąpielowy,
  • strój do ćwiczeń,
  • koszule,
  • rajstopy (pamiętajmy, by prać je w ręku),
  • jedwabne ubrania (również w ręku lub z zastosowaniem odpowiedniego programu).

Po dwóch, trzech założeniach:

  • szorty,
  • biustonosze (pranie ręczne),
  • jedwabne i bawełniane swetry,
  • sukienki (jeśli jest to sukienka wizytowa – po jednym założeniu).
Fot. iStock / zaMoment

Fot. iStock / zaMoment

Po czterech, a niekiedy nawet sześciu założeniach:

  • piżamy (najlepiej już po trzecim użyciu),
  • wełniane garnitury (po czterech razach),
  • syntetyczne garnitury (nawet po po pięciu),
  • spódnice (również po pięciu założeniach),
  • bluzy (po sześciu razach),
  • wełniane swetry.

Gdy się ubrudzą lub zaczynają brzydko pachnieć:

  • spodnie i jeansy,
  • buty.

Kilka razy w sezonie, w którym są używanie:

  • czapki, szaliki i rękawiczki,
  • wełniane kurtki, płaszcze i kamizelki,
  • skórzane kurtki (wystarczy raz na sezon).

Czyżbyś właśnie pobiegła nastawić pranie?


 

Źródło: Business Insider


Zobacz także

Detoks przed odchudzaniem. Jak się do tego skutecznie zabrać? Akcja „Polka na diecie”, dzień #24

Planujesz wiosenny detoks? Poznaj TOP 10 produktów oczyszczających!

Kiedy narcyz mówi: „kocham Cię”, to znaczy „uwielbiam, że nie oczekujesz wzajemności”