Lifestyle

Dwie silne kobiety, które przebiły się w męskim świecie policji. „Jeśli chodzi o pracę dochodzeniowo-śledczą, lepsze są kobiety”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
5 listopada 2021
 

– Istnieją resorty, które są bardziej zarezerwowane dla mężczyzn, ale nie są już poza zasięgiem kobiet. – mówi Grażyna Biskupska, była policjantka, wieloletnia funkcjonariuszka pionu dochodzeniowo-śledczego, była naczelnik Wydziału do Zwalczania Aktów Terroru Centralnego Biura Śledczego Komendy Głównej Policji, a teraz gospodyni serii „Kryminalne akta inspektor Biskupskiej” – Natomiast zawsze powtarzam, chociaż być może się narażam: jeśli chodzi o pracę dochodzeniowo-śledczą lepsze są kobiety. Widzą świat mniej jednowymiarowo, szukają niuansów, są podejrzliwe, a to jest pomocne przy wysuwaniu wniosków, łączeniu faktów.

W listopadowe poniedziałki na kanale CBS Reality można oglądać 2. sezon serii „Kryminalne akta inspektor Biskupskiej” opowiadającej o wstrząsających zabójstwach, do których doszło na terenie Warszawy i okolic w ciągu ostatnich 20 lat. Jedną z ekspertek w programie jest psycholożka policyjna Mariola Wołoszyn, z którą inspektor Biskupska wielokrotnie spotkała się na swojej drodze zawodowej. Teraz te dwie silne kobiety, które przebiły się w męskim świecie, opowiadają nam o swojej pracy.

Czy są sprawy, które pamięta się nawet po dwudziestu latach służby?

Grażyna Biskupska: Najczęściej wspominam, a przez to i najbardziej pamiętam, sprawę zabójstwa maturzysty Tomka J. To była jedna z najbardziej kontrowersyjnych i bulwersujących zbrodni, zbrodnia praktycznie bez powodu, do której jednak jedna kobieta była w stanie nakłonić kolegów, znajomych, partnerów. Mimo że upłynęły już 24 lata, to jest wciąż jedna z najczęściej przypominanych spraw. Omawialiśmy ja także w 1. sezonie serii.

W tym sezonie dotykamy spraw świeższych i nie zawsze tak nagłośnionych przez media. Każda jest zbrodnią, czynem okrutnym o różnym podłożu. Wydarzenia omawiane w 1. odcinku – czyli zbrodnia w Parolach, to sprawa, przy której pracowałam. Zabójstwo policjanta w trakcie wykonywania czynności służbowych obrazuje determinację, bezwzględność i okrucieństwo bandytów.

Pozostałe odcinki mówią o brutalnych czynach, każdy o innych motywach, ale każdy zakończony śmiercią człowieka. Mną najbardziej wstrząsnęła śmieć Pani Olgi (o jej zabójstwie opowiadam w 3. odcinku). Ciosy zadawały osoby, którym bezinteresownie pomagała, którym poświęcała swoją uwagę. Straciła życie za kilka tysięcy złotych. Straszne.

Mariola Wołoszyn: Ja wrócę na chwilę do czasów, kiedy w listopadzie 1990 roku zaczynałam służbę w wydziale dochodzeniowym prewencji, a po 4 miesiącach jako przeciętny, szeregowy policjant, nie miałam żadnego doświadczenia. Z racji psychologicznej wiedzy dostrzegałam rzeczy, których nie zauważali inni. Ale niestety, co mnie bardzo uwierało, nie mogłam się z tym moim głosem przebić.

Pamiętam męża, który zgłosił zaginięcie żony. Zeznał, że się pokłócili, parokrotnie ją uderzył, krwawiła. Pan opowiedział, że żona po tej kłótni bardzo się zdenerwowała, wyszła z domu i do tej pory nie wróciła. Minęły dwie doby. Choć mężczyzna mówił, że bardzo mu przykro, że uderzył żonę, zapaliła mi się czerwona lampka. Zgodnie z procedurami spytałam, co ze sobą zabrała, w co była ubrana, a on mi odpowiedział, cytuję: „nałożyła palto i kozaczki”. Czerwona lampka w mojej głowie migała już jak szalona.

To był wyjątkowo ciepły kwiecień, każdy miał już pochowane ciepłe ubrania, a nawet jeśli nie, na pewno by ich nie założył. Cała jego relacja budziła moje wątpliwości. Pamiętam, jak biegałam do kolegów z wydziału dochodzeniowo – śledczego i prosiłam, żeby zrobili dokładniejsze oględziny mieszkania, przesłuchali synów. Rzeczywiście, znaleziono sporo śladów krwi. Wtedy uświadomiłam sobie, że ta, niby szczera opowieść o przemocy to miało być jego alibi.

Mariola Wołoszyn, kadr z serialu „Kryminalne akta inspektor Biskupskiej”, © CBS Reality

Ta sprawa nie dawała mi spokoju. Ale żaden z kolegów mi nie wierzył, prokurator uznał, że nie ma potrzeby przesłuchiwania synów, nikt nie chciał mnie zrozumieć i do tej pory pamiętam tę bezradność. I to mi właściwie towarzyszyło przez 24 lata służby, bezradność, często byłam takim głosem wołającego w puszczy.

Minęły trzy miesiące, ktoś w lesie znalazł zwłoki kobiety, były w znacznym stopniu rozkładu. Ale była w kozakach. Jeden z nich, z tyłu, na całej długości szwa był przecięty ostrym narzędziem. Ktoś więc włożył je kobiecie na nogi – sprawca?

Teraz jako profiler dodałabym, że to zachowanie było formą zadośćuczynienia, morderca chciał ją ubrać, ale ze złości, napięcia, kozaczek, który nie wchodził na nogę, przeciął. Nastąpił kolejny etap bezradności – prokurator nie wszczął sprawy o zabójstwo, bądź nieumyślne spowodowanie śmierci, mówił, że nie da się jednoznacznie określić przyczyny zgonu. To były początki psychologii kryminalnej, niewiele osób wtedy wiedziało, że każdy przejaw zachowania sprawcy lub jego brak na miejscu zbrodni ma znaczenie, każdy ślad kryminalistyczny, to, co znajdujemy i to, czego nie pozostawił sprawca, to jak się zachowuje i co mówi podejrzany podczas kontaktu z policjantami ma wykrywcze znaczenie.

Jeśli chodzi o przestępstwa, które omawiamy w serii, mamy tu ogromny wachlarz motywacji sprawców, różny ich modus operandi, inne wiktymologiczne cechy ofiar. Serial prezentuje bardzo skomplikowany proces wykrywczy, znalezienie, zidentyfikowanie i udowodnienie winy sprawcy – nawet w tak tylko na pozór prostej sprawie, która została opowiedziana w 4. odcinku (wybuch granatu w wydawnictwie).

Nie przepadam za porównywaniem zdarzeń, ale najbardziej interesująca dla mnie była sprawa z odcinka 2. Opowieść o młodym mężczyźnie – seksualnym drapieżcy, wilku w owczej skórze. Taki zwykły człowiek, kierowca, pracownik, mąż i ojciec, a w istocie zabójca. Gdyby nie bardzo drobiazgowa, skuteczna praca policjantów, którzy go zatrzymali, jego działanie by eskalowało. Niewykluczone, że mordowałby nie tylko kobiety, o które, według niego, nikt by się nie upomniał. Podejmowałby coraz większe ryzyko, by zaspokoić swoje potrzeby, w okolicznościach jeszcze bardziej go ekscytujących.

Ponadto to kolejny, bardzo czytelny przykład na to, że sprawcom zabójstw umotywowanych seksualnie nie chodzi jedynie o zaspokojenie potrzeb i fantazji seksualnych, ale głównie o przejęcie kontroli nad ofiarą, wykorzystanie i upokorzenie jej w celu budowania i wzmacniania swojego ego. Jak i inni działający z motywacji seksualnej, upajał się tragizmem w położeniu ofiary, tym, że miał nad nią całkowitą władzę, że choć na chwilę stał się „bogiem”.  Po czym wracał do domu i kładł się do łóżka z żoną. Jak gdyby nigdy nic… Jak w przeważającej większości takich spraw, zdarzeń, w przypadkach morderców dokonujących wielokrotnych zabójstw, dla wszystkich, którzy ich znali i z nimi żyli – ujawnienie ich prawdziwej natury to szok.

Grażyna Biskupska: O wielu sprawach się zapomina mimo tego, że gdy się podejmuje czynności, myśli się: „Boże, taka sprawa, to do końca życia będę pamiętała”. Nie mija kilka dni, tygodni dochodzi do kolejnego zdarzenia, które też jest przerażające i nie do zapomnienia. Kiedyś dziennikarz poprosił mnie o konsultację do artykułu o tym dlaczego kobiety zabijają, ważny był tam wątek relacji rodzinnych. A ja podczas tego wywiadu, po wielu, wielu latach, przypomniałam sobie, jak córka oblała matkę płynem łatwopalnym i ją podpaliła. Zapomniałam o tej sprawie, chociaż w momencie, kiedy wykonywałam na miejscu czynności to była dla mnie tak ważna, tak bulwersująca, dramatyczna, że też myślałam, że będę pamiętała ją do końca życia.

Kiedy nie potrafiła się Pani przebić z teorią, że to mężczyzna zabił żonę wynikało to z tego, że tak się traktowało wtedy psychologów, czy chodziło o to, że jest Pani kobietą?

Mariola Wołoszyn: Jeśli mówimy o roli kobiety w policji, zacznijmy od faktów. Nadal na utrzymanie munduru policjant dostaje większą kwotę niż policjantka. Kiedy w Polsce po raz pierwszy generałem została kobieta, okazało się, że w rozporządzeniu nie ma wzoru galowego munduru dla kobiety. Do tej pory nie ma stopnia posterunkowa, jest stopień posterunkowy. Nie ma stanowiska dzielnicowa, jest dzielnicowy. I oczywiście, nie mam dokładnych badań, na ile ta dyskryminacja to fakt, ale istnieje. Gdzie w polskim prawie jest opis wzoru munduru dla policjantki w ciąży?

Natomiast jeśli chodzi o mnie, to nie sądzę, że moje problemy z przebiciem się wynikały z tego, że jestem kobietą. Chodziło bardziej o to, że w latach 90. trafialiśmy do policji po studiach. A niektórzy policjanci nie mieli nawet matury, co musieli uzupełnić. Mieli ogromną wiedzę, można się było od nich nauczyć bardzo wiele, jednak ich kwalifikacje nie były potwierdzone certyfikatami. Dodatkowo byli mało otwarci na inną wiedzę, doświadczenie, na słuchanie, że ludzie są bardziej skomplikowani niż to się może wydawać, że same badania kryminalistyczne nie wystarczą, że świat idzie w kierunku psychologii kryminalno-śledczej. W końcu, że trzeba uwzględnić pewną nową taktykę przesłuchania, która nie polega na straszeniu i wymuszaniu.

Mimo wszystko nisko się kłaniam policjantom, którzy przeszli z milicji do policji, nie tylko z tych pionów kryminalnych, ale też prewencyjnych. Ich doświadczenie było nie do przecenienia. Wiedzieli też, że świat przestępczy jest nie tylko światem męskim. Nas, kobiet w jednostce było trzy, a ile było czynności, w których brać udział mogła tylko kobieta? Dużo. W pewnym momencie zaczęto zauważać też, że psychologia jest potrzebna.

Grażyna Biskupska: W dalszym ciągu istnieją resorty, które są bardziej zarezerwowane dla mężczyzn, ale nie są już poza zasięgiem kobiet. Natomiast zawsze powtarzam, chociaż być może się narażam: jeśli chodzi o pracę dochodzeniowo-śledczą lepsze są kobiety. Widzą świat mniej jednowymiarowo, szukają niuansów, są podejrzliwe, a to jest pomocne przy wysuwaniu wniosków, łączeniu faktów. I kiedy pracowałam w Wydziale Dochodzeniowo-Śledczym na Żoliborzu, więcej było kobiet.

Ale dużo wcześniej, kiedy w pewnym momencie mojego życia zamarzyła mi się praca w policyjnej sekcji do spraw nieletnich, nikt mnie do niej nie przyjął – bo w owym czasie kobiety w resorcie mogły pełnić tylko funkcje biurowo–administracyjno–porządkowe. Moje przygotowanie pedagogiczne, praca w dwóch szkołach podstawowych na terenie dzielnicy, znajomość specyfiki szkoły, kontakty z pedagogami, nauczycielami szkół nie miały żadnego znaczenia. Zaproponowano mi wtedy etat maszynistki i sekretarki. W 1990 roku, po przełomie ustrojowym, wprowadzaniu w życie policji, poszłam na rozmowę do komendanta w sprawie pracy w sekcji do spraw nieletnich. Chyba mnie tam nie widział, zespół był już skompletowany.

Czy to ten, który spytał, czy umie pani dać w mordę?

Grażyna Biskupska: Nie. O to mnie zapytał kierownik zespołu, który miał być moim bezpośrednim przełożonym. Wydaje mi się, że czuł się zagrożony – nie miał studiów, po paru latach, gdy już nie chciałam tam pracować, to zostałam kierownikiem tego zespołu, weszłam na jego miejsce, przejęłam ludzi. Pracowałam tam dwa lata i najtrudniejsze były dla mnie sprawy opiekuńczo–wychowawcze, gdzie trzeba było jechać do domów dysfunkcyjnych i zabierać dzieci do ośrodków opiekuńczych. Szczególnie teraz, gdy oglądam to, co się dzieje na granicy, widzę dzieci zaniedbane, głodne, zmarznięte, wraca do mnie to, co widziałam wtedy.

Grażyna Biskupska, „Kryminalne akta inspektor Biskupskiej”, © CBS Reality

Natomiast jeśli chodzi o pozycję kobiety, to był tylko ten jedyny zgrzyt. I to nie była wina ludzi, z którymi rozmawiałam ubiegając się o pracę. Tak po prostu wtedy to wyglądało. Kobieta była do organizowania pracy mężczyźnie, natomiast nikomu nie przychodziło do głowy, że kobieta może zarządzać pracą innych.

Nie rozpychałam się łokciami, nie walczyłam o awans. Robiłam swoje. Owszem, narzekałam na ilość spraw trudnych, to był straszny czas, moment przełomowy, który pozwalał rozwijać się bandyterce. Ale miałam zawsze do pomocy fantastyczne koleżanki i kolegów, stworzyliśmy dobry zespół, dużo spraw udało nam się rozwiązać i pewnie dzięki temu byłam dobrze odbierana jako lider grupy, zarówno przez tę grupę, jak i prokuratorów. Cały zespół pracował na moją późniejszą pozycję i ta pozycja została zauważona przez moich przełożonych. Propozycję współtworzenia Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym Komendy Stołecznej Policji dostałam po kilku sprawach na Żoliborzu zakończonych sukcesem

I oczywiście wiem, że do tej pory zdarzają się wypaczenia, w służbie policyjnej również. Jest mobbing, szykany, kobiety nie są dowartościowane. Ja miałam to szczęście, że trafiłam na fantastyczny zespół, miał mnie kto pracy nauczyć, potem sama nauczyłam się tą wiedzę przekazywać, w końcu ktoś to zauważył.

Ale wygląda Pani na bardzo silną i charyzmatyczną osobę, może takim kobietom jest łatwiej?

Grażyna Biskupska: To prawda, jestem dość konkretna. Może to wynika z charakteru, może mnie życie nauczyło, trudno powiedzieć, ale też zawsze dobrze mi się współpracowało z ludźmi. Lubię pracę zespołową, choć wśród kolegów krążyły śmieszne anegdoty na mój temat. Kiedyś dyskutujemy zażarcie, a jeden z nich mówi: „E, możemy sobie dyskutować, ale szefowa i tak zrobi, co chce, zawsze ma ostatnie zdanie”.

W jednym z wywiadów przeczytałam, że pierwsze zwłoki, z którymi miała Pani styczność, były ciałem samobójcy, którego bała się Pani dotknąć. Czy to się później zmieniło i takie sytuacje stały się dla Pani normalne?

Grażyna Biskupska: Normalne to się nie staje nigdy, natomiast można się oswoić ze śmiercią. Szczególnie, gdy się pracuje w wydziale dochodzeniowo-śledczym i widzi zwłoki w różnym stanie. Zanim pojechałam do pierwszego ciała, nie miałam nigdy do czynienia ze zwłokami. Może widziałam nieżyjącego człowieka, bo jeździłam na pogrzeby rodzinne, ale nie byłam w tak bliskim kontakcie z obcym zmarłym, w obcym domu. No i sam fakt, że musiałam tego mężczyzny dotknąć, musieliśmy go ściągnąć, odciąć linę – to było wielkie przeżycie. Później takie sytuacje zdarzały się często, traktowałam to jako swój obowiązek, część pracy, ale ciało ludzkie zawsze traktowałam z należytym szacunkiem i pietyzmem. Może dlatego, że od razu włączała mi się wyobraźnia. Widziałam jego życie, bliskich. Myślałam też, jak sama chciałabym być traktowana po śmierci.

Mariola Wołoszyn: Miałam to szczęście, że jak studiowałam neuropsychologię i psychologię kliniczną, w wakacje mieliśmy praktyki i pracowałam na Akademii Medycznej. Tam mieliśmy sekcje zwłok, badania, zajęcia z patologii – oswoiłam się trochę z ludzkimi ciałami, tkankami. Powiem, choć wiem, że to strasznie brzmi: gdy trafiałam na zdarzenie, oddychałam z ulgą, jak ciało zmarłego nie było zdeformowane.

To, co było dla mnie najtrudniejsze, to osoby, które przeżywały śmierć bliskiego. Pierwszy zgon, wszystko wskazywało na samobójstwo, a ja spędziłam z tym młodym, nieżyjącym już człowiekiem kilka godzin, spisywaliśmy oględziny i czekaliśmy na prokuratora. W drugim pokoju była jego mama, która przejmująco szlochała z rozpaczy. Wchodziła do nas co chwila i prosiła: „Niech mi pani powie, że to nie było samobójstwo, że został zmordowany”. To są strasznie silne emocje dla wszystkich, a ja wtedy byłam mało doświadczonym policjantem, to był pierwszy, może drugi rok mojej pracy, nikt nas nie uczył, jak się zachować w takiej chwili, uczyliśmy się obserwując starszych stażem kolegów.

Wśród najtrudniejszych sprawy były też interwencje kryzysowe, które dotyczyły też wielkich katastrof w Polsce. Choćby wypadek pod Nowym Miastem nad Pilicą w październiku 2010 roku, gdzie wskutek zderzenia pojazdów zginęło 18 osób, które jechały na zbieranie jabłek w sadzie. Kierowałam tam pomocą psychologiczną. To są chwile tak tragiczne, że trudno o nich zapomnieć. Bliscy żegnali się ze zmarłymi w Zakładzie Medycyny Sądowej na Oczki w Warszawie. Jeden z ojców przytulał swojego syna – jego ciało po sekcji – na jego rękach pozostały resztki płynów ustrojowych syna, wyglądały jak stara krew. I on z tymi dłońmi nie wiedział co zrobić, patrzył i chodził przez jakiś czas. Pozwoliłam mu nie tylko pobyć i pożegnać się z jego synem, ale też towarzyszyłam mu podczas umycia rąk. Powiem szczerze, że to był taki moment, że nie wiedziałam, co powinnam zrobić, by nie znieważyć jego cierpienia, nie naruszyć świętości pożegnania. Przygotowanie psychologiczne mi nie pomogło. To moment, gdy poszłam za intuicyjną i empatyczną sobą.

Jak się godzi tak intensywną pracę w policji z życiem rodzinnym?

Grażyna Biskupska: Gdy zaczynałam pracę w policji, mój syn miał dziesięć lat. Nie powiem, jak to się robi, bo nie wiem. Sama się czasem zastanawiam, jak tego dokonałam. Chyba po prostu, jak się chce, to można. Wychowałam fantastycznego faceta, wykształconego, mądrego, nie wyrzuca mi, że ciągle pracowałam. Wszystko było zorganizowane, pomagali moi nieżyjący już rodzice, którzy jak tylko mogli przyjeżdżali i mnie wspierali, choć mieszkali daleko. Pomagały mi sąsiadki, co nazwałam współdziałaniem „piętrowym”. Wzajemnie się wspierałyśmy, bo przecież nie pracowałam codziennie po kilkanaście godzin, a moja późniejsza obecność w domu rekompensowała te braki. Szczęśliwie dobrnęłam do emerytury i doczekałam się wnuków.

Mariola Wołoszyn: Ja z kolei byłam na początku policjantką bezdzietną, co dawało niesamowity komfort pracy. W trakcie służby się rozwiodłam, zostałam samotnie wychowującą matką i mogłabym się podpisać pod tym, co powiedziała Grażyna. Bardzo dużo zawdzięczam koleżankom z osiedla, których synowie chodzili z moim dzieckiem do jednej klasy. Proszę pamiętać, że ja też często wyjeżdżałam i to niespodziewanie. Tak było, na przykład, gdy zawalił się dach hali Międzynarodowych Targów Katowickich w Chorzowie, gdzie zginęło 65 osób, a 170 zostało rannych, czy podczas katastrofy smoleńskiej. Też nie wiem, jak to wszystko zrobiłam. Nie dałabym rady bez opiekunek, wsparcia znajomych. Nie mogłam liczyć na pomoc rodziców, bo mieszkali daleko, to się zmieniło dopiero w 2012 roku, gdy zaczęła pomagać mi mama. Jak to się skończyło? Mój syn jest przyzwyczajony do tego, że mnie nie ma. Gdy dłużej siedzę w domu, to się dziwi. Dwa miesiące temu powiedział mi, że może bym już gdzieś wyjechała! (śmiech)

Grażyna Biskupska: Proszę też pamiętać, że wtedy było trudniej, dziś mamy telefony komórkowe, jesteśmy w stałym kontakcie. Rozpoczęłam pracę w resorcie i jeszcze kilka ładnych lat czekałam, żeby mieć telefon stacjonarny.

A czy przez to, że pracowałyście Panie w policji, towarzyszył Wam szczególny niepokój o dzieci?

Grażyna Biskupska: Nie przypominam sobie, choć fakt, że pracowałam w zespole dla nieletnich i zetknęłam się z brutalnością najmłodszych, sprawił, że byłam bardziej na wiele rzeczy wyczulona. Nie byłam nadopiekuńcza, wrażliwa ponad normę. Nie byłam też bardziej zatrwożona niż teraz, wtedy też mniej się mówiło o pewnych rzeczach.

Mariola Wołoszyn: Ja się nie tyle bałam, że coś stanie się mojemu synowi tylko, że on coś wykreuje (śmiech), bo fantazji mu nie brakowało. Wspominaliśmy ostatnio, jak ze swoim przyjacielem, podczas przerwy wyszli ze szkoły podstawowej. I sobie poszli, przed siebie. Mieszkamy blisko lasu, obok była jego podstawówka, teren dość specyficzny, miejsce spotkań młodzieży i alkoholowych imprez. Na szczęście daleko nie odeszli, bo odkryli porzucone, zakrwawione ubranie i podekscytowani pobiegli do szkoły informując dyrekcję, że właśnie odkryli miejsce zbrodni.

Czy sprawy pokazane w 2. sezonie serii „Kryminalne akta inspektor Biskupskiej”  wybierała Pani sama?

Grażyna Biskupska: Sugerowałam i doradzałam, bo wiadomo, że nawet najlepszy scenarzysta nie ma aż takiego rozeznania w temacie. Z kolei w 1. sezonie większość spraw była wybrana przeze mnie.

Staraliśmy się, żeby sprawy były różnorodne, dynamiczne, pozytywnie zakończone – sprawca zostaje znaleziony, a winni trafiają przed oblicze sprawiedliwości. Natomiast w programie sprawy dopasowuje się też pod kątem ludzi, którzy przy nich pracowali, którzy mogą ciekawie nas przez nie prowadzić. Ja jestem narratorem, wprowadzam, dopytuję.

Pierwszy sezon opowiadał o sprawach z lat 90., natomiast drugi skupia się na tych bardziej współczesnych. Co według Pań najbardziej się zmieniło w wykrywaniu sprawców zabójstw? 

Grażyna Biskupska: Lata 90., a 2000. to przeskok technologiczny. Rozwój informatyki, możliwość korzystania ze zbiorów banku śladów DNA czy systemu daktyloskopijnego AFIS to doskonała pomoc, skracająca czas na wykonanie ekspertyz porównawczych. Analiza kryminalna i chociażby system kamer miejskich tzw. CCTV, monitorujących ulice to ogromne możliwości i pomoc w pracy śledczych. Umiejętności policjantów w połączeniu z nowymi możliwościami technologicznymi na pewno wpłynęły na lepszą wykrywalność najpoważniejszych przestępstw, w tym zabójstw.

A czy teraz już w Waszym życiu jest spokojnie?

Grażyna Biskupska: Na pewno jest spokojniej i wolniej, ale to też wynika z wieku. Nadal jest pracowicie. Emerytura tylko trochę spowolniła moją aktywność. Jestem wykładowcą Collegium Civitas, gdzie przekazuję studentom wiedzę z zakresu przestępczości w różnych jej aspektach.

Mariola Wołoszyn: Obecnie jestem w bardzo dobrej, wręcz idealnej sytuacji. Nadal aktywna zawodowo. Mogę dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem ze studentami, głównie Collegium Civitas, gdzie wykładam psychologię kryminalną, profilowanie sprawców, przestępczość kobiet i nieletnich, psychologię terroryzmu. Prawie na wszystkich polskich uczelniach ekonomicznych prowadzę warsztaty z pozyskiwania informacji i psychologii oszustwa. Wykonuję ekspertyzy z zakresu psychologii kryminalnej dla organów procesowych i prywatnych podmiotów. Moje główne obecnie zainteresowanie to przestępczość gospodarcza. Jednak nadal mam do czynienia ze sprawami zabójstw, głównie wznowionymi, w których do tej pory nie wykryto sprawcy.

Mam też o wiele więcej czasu dla siebie i bliskich, czasu na odpoczynek i rozwijanie pozazawodowych zainteresowań. I co najważniejsze – już nie mam poczucia, że jestem głosem wołającego na puszczy, że wiedza i umiejętności psychologów kryminalnych i śledczych ugruntowała się w praktyce organów ścigania oraz wymiaru sprawiedliwości.


Panie Grażynę Biskupską i Mariolę Wołoszyn będzie można zobaczyć w 2. sezonie serii „Kryminalne akta inspektor Biskupskiej” 2. sezonie serii „Kryminalne akta inspektor Biskupskiej”. Powtórka premierowego odcinka odbędzie się o 21:00 w poniedziałek, 8 listopada, a o 22:00 zostanie wyemitowany odcinek 2. Kolejne odcinki w poniedziałki o 22:00.

 


Lifestyle

Jak pomóc poturbowanemu psychicznie partnerowi? 5 żelaznych zasad działania

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
5 listopada 2021
fot. skynesher/iStock
 

Trauma emocjonalna wynika z zawiedzionego zaufania lub skrzywdzenia przez osobę, na której się polegało. I wcale nie musi dotyczyć tylko zdrady w sensie seksualnym. Bo traumę może mieć facet, którego żona okradła po rozwodzie. Może jej też doświadczyć mężczyzna, który nagle odkrył, że dziecko, które uważał za swoje – ma innego ojca… Przykłady można mnożyć bez końca.


Skutki traumy spowodowanej zdradą mogą być druzgocące i długotrwałe. Zdrada rujnuje poczucie własnej wartości i wpływa na sposób reakcji w sytuacjach kryzysowych w kolejnych związkach. W każdej miłości wspieranie drugiej osoby jest fundamentalne. Jednak zachowania, przekonania i emocje osoby skrzywdzonej mogą być trudne i kompletnie niezrozumiałe dla nowego partnera. Dlatego jeśli twój ukochany został poturbowany psychicznie, warto byś nauczyła się nawigować w tej relacji.

1. Zdobądź wiedzę

Postaraj się zrozumieć, jakich uczuć doświadcza twój partner. Tu nie chodzi tylko o książki, ale o bardziej aktywne słuchanie. Nie ma lepszego źródła informacji niż twój ukochany! Jednak nawet jeśli on nie czuje się gotowy do dzielenia się swoimi doświadczeniami, warto towarzyszyć mu w milczeniu. Mężczyźni niechętnie opowiadają o tym, co ich zraniło. Gdy otwierają się, czują się bardziej bezbronni. Nie namawiaj więc go, by ze szczegółami opowiadał ci o swoich poprzednich związkach. Tym bardziej że te historie mogą zranić ciebie. Możesz poczuć się urażona, gdy dowiesz się, jak ważną relację miał z inną w dodatku raniącą go kobietą. Po co ci to? Rozmawiaj więc na poziomie ogólnym, raczej o tym, jak zachowanie twojego mężczyzny obecnie wpływa na ciebie i wasz związek. Mówcie o swoich uczuciach i systemie wartości, by dać sobie wzajemnie poczucie bezpieczeństwa.

Nie uruchamiaj natychmiast emocji, jeśli zauważysz, że facet reaguje nieadekwatnie do sytuacji. Chcesz iść z kumplem na spacer, a on jest zazdrosny? Nie wkurzaj się, raczej porozmawiajcie na ten temat.

POLECAMY: „Jak to jest, że nasz związek wciąż trwa?” 11 (popartych przez psychologię) wymiarów niekończącej się miłości

2. Bądź cierpliwa

Miesiąc bycia w stabilnym związku nie wymaże wpływu przeszłych doświadczeń. Z pewnością nie zawsze jest to łatwe, ale zachowanie cierpliwości będzie kluczowe, ponieważ zdrowienie i zaufanie wymaga czasu. Twój partner potrzebuje więcej przestrzeni na to, by na nowo komuś zaufać i być spokojny, że to, co kiedyś go zraniło, wcale nie musi się powtórzyć. W takich sytuacjach często zdarza się, że osoba, która doświadczyła traumy, obawia się otworzyć i wejść w głęboko zaangażowaną emocjonalnie relację. Niby jest z tobą, ale czujesz, że jednak gdzieś obok, jakby „ślizgał się” tylko po powierzchni związku. Nie dziw się, że on jest bardziej „usztywniony” i zamknięty w sobie. Może nawet próbować cię sprawdzać i kontrolować.

Pamiętaj w tych sytuacjach o zachowaniu granic. Jeśli on ma wątpliwości i lęki, nie oznacza to, że powinnaś zgadzać się, by notorycznie przeglądał twoją komórkę. Masz prawo do prywatności. Masz prawo do spotykanie się z przyjaciółmi.

ZOBACZ: Cisi zabójcy nawet najlepszych związków. Pamiętaj, tu nie chodzi o „On kontra Ona”, ale o „My kontra Ja”

3. Spójrz z perspektywy

To naturalne, że na początku związku z partnerem, który doświadczył zdrady, czujesz się zdezorientowana. Jego zachowania, np. podejrzliwość mogą wydawać ci się irracjonalne i niesprawiedliwe. Nie daj się wkręcić w poczucie winy, że masz coś wspólnego z tym, co on czuje. Nie obwiniaj się za jego wybuchy zazdrości albo za to, że w sytuacji, gdy ty się dobrze bawisz na imprezie, on nagle milknie i staje się ponury. Oczywiście możesz pomagać ukochanej osobie i robić wiele, by on czuł się przy tobie dobrze, ale tak naprawdę to on musi coś zrobić ze swoimi emocjami.

Staraj się patrzeć na jego sytuację z pewnej perspektywy. To oczywiście jest trudne, bo jesteś zakochana i najchętniej przychyliłabyś mu nieba.

Nie tylko seks. 8 głęboko intymnych rzeczy, które budują związek

4. Rozpoznaj własne potrzeby

Wiele osób popełnia błąd, skupiając się tak bardzo na tym, czego potrzebuje ich ukochana osoba, że zupełnie zapominają o sobie. To powoduje, że na dłuższą metę ludzie wypalają się w związkach, a nawet mają urazę do partnerów. Dlatego nawet jak twój mężczyzna zmaga się ze swoją przeszłością, myśl o sobie. Pamiętaj, że nawet jeśli on od czasu do czasu potrzebuje dodatkowego wsparcia, związek to nadal partnerstwo. Bądź świadoma tego, czego potrzebujesz i staraj się komunikować te potrzeby ukochanemu.

Nie powinnaś być ani jego ratowniczką ani terapeutką. Powinnaś być partnerką. Owszem wspierającą, ale jednak też wymagającą dla siebie szacunku, czasu i wsparcia. Przecież ty też masz swoje dylematy i kłopoty. Dobry związek polega na równowadze w dawaniu i braniu. Dbaj o nią, byś nie czuła się wykorzystana.

„Osiemnaście lat razem i też nie wiemy wszystkiego o miłości. Ale te cztery święte zasady znamy”. Sceny z życia małżeńskiego

5. Szukaj wsparcia

Innym błędem jest myślenie, że ponosisz wyłączną odpowiedzialność za dźwiganie ciężaru uzdrowienia partnera. Chociaż nie powinnaś nikomu ujawniać szczegółów doświadczeń swojego faceta, to poleganie na innych w celu uzyskania wsparcia w trudnych chwilach jest ważne w każdym związku.

Warto byś przyjrzała się, czy twój ukochany ma inną zaufaną dorosłą osobę, z którą może rozmawiać o swoich dylematach. Czy ma przyjaciela? Mądrych rodziców? A jeśli nie, spytaj, czy nie chciałby skorzystać z pomocy terapeuty.

Sześć prostych, choć nieoczywistych rytuałów, które wzmocnią wasz związek. Ile to kosztuje? 6 godzin tygodniowo


Lifestyle

5 języków miłości. Posługujesz się nimi?

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
5 listopada 2021
fot. ljubaphoto/iStock

Każdy z nas liczy, że spotka swoją drugą połowę, z którą będzie umiał porozumiewać się bez słów. Nie bez przyczyny (prawie) wszystkie opowieści o miłości kończą się, gdy para po wielu perturbacjach postanawia być razem. Któż z nas nie zastanawiał się jednak, co było dalej? Czy istnieje „długo i szczęśliwe”? Popularny poradnik zakłada, że jest to możliwe, o ile właściwie zrozumiemy swojego ukochanego i nauczymy się odpowiednio komunikować nasze pragnienia i potrzeby. W książce ”5 języków miłości” padają pytania: Czy twoja żona przyjmuje wszystkie komplementy w milczeniu, a cieszy się jedynie z biżuterii? A może woli pomoc przy sprzątaniu zamiast romantycznej kolacji? Czy twój mąż marudzi, gdy namawiasz go na weekendowe wyjście ze znajomymi, bo woli spędzić ten czas spokojnie w domu? Jeśli nie rozumiecie, dlaczego tak odmiennie lubicie okazywać sobie miłość, to znaczy, że posługujecie się różnymi językami miłości i powinniście się lepiej zgrać!


Mówi się, że jest to jeden z najbardziej popularnych poradników dla par na świecie. Sprzedał się w 11 milionach egzemplarzy.  Naukowcy jednak przebadali wiele par i odkryli, że wcale nie trzeba być dopasowanym pod względem okazywania sobie uczuć, by mieć szczęśliwy związek. Czyżby autor poradnika nabił nas w butelkę?

Chapman twierdzi, że jest pięć języków miłości.

Gary Chapman to amerykański duchowny, który oprócz służby wspólnocie jako pastor, jest również pisarzem i terapeutą. Od ponad 20 lat wspiera pary, pomagając im w naprawie relacji. Inspiracją do rozpoczęcia tej drogi był jego własny kryzys małżeński, który udało mu się przezwyciężyć.

1. Język afirmacji i akceptacji

O miłości można mówić wprost: „Jestem w tobie po uszy zakochany”, „Zwariowałem dla ciebie” itp. Taka osoba kocha wspierać partnera słowem – chwali go i prawi komplementy. Afirmować może wygląd fizyczny, cechy osobowości, umiejętności i osiągnięcia.

2. Wspólny czas

Ktoś, kto „kocha” w tym języku, nie będzie szczęśliwy, gdy z partnerem ogląda w ciszy teleturniej. Jemu chodzi o czas zaangażowany, kiedy może pogadać o ważnych sprawach podczas spaceru czy romantycznej kolacji.

3. Dotyk

Przytulanie, całowanie, czułości, trzymanie za rękę – tak wyraża miłość ten, dla kogo dominującym językiem okazywania miłości jest dotyk.

4. Prezenty i niespodzianki

Taka osoba uznaje prezenty i niespodzianki za wyraz swoich uczuć. Nie chodzi o to, aby upominki były kosztowne, ale aby były pomysłowe i od serca. Polny kwiatek zerwany podczas spaceru z psem czy liścik na lodówce sprawia, że taka osoba poczuje się zauważona.

5. Drobne przysługi

Wzajemna pomoc, wyręczanie w sprzątaniu, zatankowanie samochodu, zrobienie czegoś specjalnie dla drugiej osoby – oto wyraz miłości kogoś, kto uwielbia działać na rzecz innych.

Chociaż możesz używać dowolnego z pięciu języków, aby okazać partnerowi miłość, według Chapmana masz jeden dominujący styl. Ostatnie badania wykazały, że najbardziej preferowanym językiem miłości był czas (40,8%), następnie dotyk (40,0%), słowa (22,7%), przysługi (13,6%) i prezenty (4,0%). Według poradnika, gdy oboje partnerzy posługują się tym samym dominującym językiem miłości, ich związek przebiega gładko. Jednakże, jeśli ich języki są niedopasowane, to pojawiają się trudności z komunikowaniem się i zrozumieniem, co osłabia związek.

Nie tylko seks. 8 głęboko intymnych rzeczy, które budują związek

Co o „pięciu językach miłości” mówi nauka?

Niestety okazuje się, że przesłania Chapmana są najprawdopodobniej błędne. Problem w tym, że dopiero teraz ta teoria została przebadana. Dwie naukowczynie Zoe Hazelwood i Selena Bunt postanowiły sprawdzić, czy partnerzy z pasującymi językami miłości mają lepsze relacje. Zgromadziły heteroseksualne pary w wieku około 20 lat i poprosiły każdą osobę o wypełnienie „pomiaru zadowolenia” ze związku i stylu miłości (np. „Mam tendencję do wyrażania swoich uczuć, załatwiając dla niej/niego sprawunki”). Zgodnie z sugestiami Chapmana określiły podstawowy język miłości każdego partnera na podstawie tego, który z pięciu języków uzyskał najwyższy wynik. Następnie porównały partnerów, aby sprawdzić, czy ich główne języki miłości pasują do siebie (np. obaj ocenili najwyżej dotyk), czy też nie pasują (np. jedna osoba zakreśliła dotyk, podczas gdy druga – czas).

Według Chapmana osoby z wyrównanymi językami miłości powinny mieć lepsze relacje. Tak jednak się nie okazało. Pary z niedopasowanymi językami miłości miały relacje tak samo dobre, jak pary, które zostały dopasowane. Co z tego wynika? Uważajcie: nawet jeśli staramy się znaleźć wartościowe informacje w popularnych książkach, trudno nam stwierdzić, jak wiele z nich jest wspierane przez naukę. Języki miłości są proste do zrozumienia i łatwe do wdrożenia. Ale powstały tylko w głowie jednego człowieka. Zupełnie intuicyjnie.


Zobacz także

Zmiana nie boli, ale brak akceptacji już tak. Przestańmy wierzyć, że lepsze zawsze jest to, co już było

złość

Jak sobie radzić z … chamstwem. Krótki, pozytywny poradnik

Dodatki, które odmienią letnią stylizację – sprawdź, które masz w szafie