Lifestyle

Im dłużej będziesz przyglądać się sobie, tym piękniejszego łabędzia zobaczysz. Teraz tylko rozwiń skrzydła…

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
12 lutego 2016
Fot. iStock/ilyaska
 

Był czas kiedy byłam jak szarobura mysz. Wierzyłam święcie, że kurą jestem i jak wszystkie kury primo: latać nie potrafię, secundo: miejsce moje w kurniku się znajduje. Żyłam tak sobie z innymi kurami gdacząc o głupotkach, skubiąc trawkę, nieistotna i niezauważalna. Czasami do koguta sobie wzdychnęłam, ale też nie za często i broń boże nie ostentacyjnie, bo przecież wiadomo… nie taki kogut głupi, żeby na byle kurę rzucić wyłupiastym okiem. Życie to było płaskie, bez podniebnych uniesień, w pewnym sensie błogie, bo całkowicie nieświadome.

Aż przez przypadek, dnia pewnego, wyszłam tym kurzym krokiem z kurnika i nagle patrzę i oczom nie wierzę! I kiedy już miałam kurzy móżdżek zgubić z tego zachwytu niewyjaśnionego, stara bezdomna kura, która od lat żyła poza kurnikiem, podeszła do mnie, zmierzyła mnie wzrokiem, po czym gdaknęła skrzekliwym gdakiem: łabędzi się nie widzialo? Hę?

Najpierw spać po nocach nie mogłam, tak mi te łabędzie w głowę zaszły. Potem zaczęłam wykradać się z kurnika, by godzinami siedzieć w ukryciu i podziwiać najpiękniejsze z ptaków. Aż dnia pewnego wpadłam, wydało się wszystko i oto znalazłam się w łabędzim kręgu. Tresowana latami przez najbardziej kurze z kur oczekiwałam najgorszego. Choć z drugiej strony pomyślałam: jak mnie te boskie ptaki zadziobią, to przynajmniej z pięknego dzioba zginę. Łabędzie tymczasem, wyciągnęły swoje białe, długie szyje jeszcze bardziej, po czym z łagodnym uśmiechem mi się przyjrzały:

– Drogie kączatko – tak mi powiedziały – cóż to ci się takiego złego przydarzyło, że prawie jak zmokła kura wyglądasz? Ech! – westchnęły, po czym zajęły się moją pielęgnacją. Nie minęło wiele czasu, a pióra moje wybielały, szyja mi wysmuklała, nabrałam gracji i klasy, na miarę ptaka, którym się stałam.

I choć życie odtąd wiodłam iście łabędzie, to o kurach nie zapomniałam…

… Zwłaszcza, że teraz to już sama pewna do końca nie byłam czy aby przypadkiem więcej kaczątek wśród kur, przez straszny jakiś przypadek, nie żyje. Poszłam nawet dnia pewnego do starej kurzej wioski. Zaszłam na rynek przed kurzy ratusz i oto co zaobserwowałam… kury i owszem, wszędobylskie były. Latały po kurniku jak właścicielki, rzecz jasna. Wzrok, którym mnie obrzucały jasno przy tym do mnie przemawiał: nawet z nimi nie zaczynaj kochana, bo z rozkoszą cię zadziobią. Te w czapeczkach z moherku na najbardziej zawzięte wyglądały. Dzioby powykrzywiały im się jak klasycznym hejterkom, co rusz wpadały w poślizg na zalegających wszędzie kurzych odchodach. Nawet to zabawne było, tak sobie pomyślałam w duchu. Inne kury też wyraźnie agendy swoje różne miały, bo obłęd w jakim funkcjonowały jednak miał jakiś tam rytm.

Kiedy zatem tak sobie na wszystko z rozbawieniem spoglądałam tak nagle zobaczyłam jedno, drugie, trzecie, dziesiąte kaczątko, a wszystkie one jedną misję miały: być kurą nad kury, taką kurą na piątkę! Najbardziej jednak w zdumienie mnie wprawiły … no tak, wcale się bowiem nie pomyliłam, dorosłe łabędzie w mentalnej skórze rasowej kury. Oczy przetarłam, wierzyć mi się nie chciało! Toż to łabędzie prawdziwe były! Czemu więc tak się kamuflowały? Czemu kury z precyzją i uporem udawały? Czemu? No czemu? Skoro tuż za bramą kurnika, o sto kroków oddalona, rozciąga się łabędzia kraina?

Podeszłam więc czym prędzej do jednej łabędzicy i mówię jej, tłumaczę…

… cóż, kiedy ona uparcie patrzy na mnie…. jak kura! Co więcej te w moherkach zaczynają dziobami szybciej kłapać… myślę więc sobie… nic nie zdziałam. Pora dyla dać z tego kurnika. Rozpostarłam więc skrzydła, jak zwykłam to czynic do lotu, i z gracją łabędzia kurnik opuściłam. Sama też przed sobą następnie przyznałam, że choć z bólem serca, to jednak nie zmuszę łabędzia do tego, żeby był łabędziem.

Morał z tej bajki wymyślonej jest taki: każdy z nas łabędzia w sobie nosi i każdy z nas łabędzi ma potencjał. To co powstrzymuje nas od transformacji to kurza świadomość. Bezpieczna, swojska, znajoma, nie wymagająca żadnego wysiłku. Kurnik daje reguły, gotowe łatwo wdrażalne, które jakoś tam życie kurom organizują. Wyjście poza granice kurzej świadomości, to wyjście ku łabędziej wolności. Niepewnej, nieznanej, nieodgadnionej. W tym sensie zatem, odrobinę strasznej i wymagającej. Choć przecież i takiej, w której każdy ptak to byt indywidualny, realizujący swoją łabędziość. Każdy kto z kurnika wyszedł i podjął trud bycia łabędziem wie tak naprawdę ile zyskał i zarazem jak niewiele stracił. Kura jednak tego nie wie. Z jej perspektywy łatwo i wygodnie jest być kurą po prostu. Łabędziem zostać to sprawa trudna, mozolna, wymagająca nadkurzego wysiłku. No może. Z kurzego punktu widzenia tak to właśnie wygląda.

Odkładając jednak kurzą logikę na bok tyle mogę rzec: jakże łatwo jest być łabędziem! I jak piękny jest to los!


Lifestyle

Po czym poznasz fałszywego przyjaciela? Mity o przyjaźni, w które ciągle wierzymy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 lutego 2016
Fot. iStock / Martin Cvetković
 

Przyjaźń cenniejsza niż miłość. Przyjacielowi ufamy, wierzymy, że nigdy nas nie okłamie, że zawsze możemy na niego liczyć. Przyjaciel to ktoś, do kogo możemy zadzwonić w nocy i wiemy, że będzie dla nas. To taka osoba, która idzie gdzieś obok nas – niekoniecznie blisko, niekoniecznie krok w krok, ale my wiemy, że gdzieś tam jest.

Posiadanie przyjaciela to największy skarb. Pytanie, jak nie trafić na tego fałszywego? Nosimy w sobie przekonania na temat przyjaźni. Chcemy wierzyć, że opiera się ona na kilu podstawowych filarach – niestety często złudnych.

FAŁSZ: Przyjaciel, to każdy kto chętnie spędza z nami czas 

„Tak bardzo się cieszę, że mogę do ciebie wpaść”, „Pojedziemy razem do kina?”, „Wyskoczymy na kolację”, „Zapisałam nas na siłownię”. Uważam, że przyjaciel to ktoś z kim spędzamy weekendy, wspólnie wieczory, planujemy razem wakacje, ktoś kto świetnie czuje się w naszym towarzystwie i o nie zabiega nieustannie. Bo przecież przyjaźń można mierzyć ilością spędzanego wspólnie czasu

PRAWDA: Przyjaciel lubi nasze towarzystwo, to jasne, ale przyjaźń nie polega na tym, by być ze sobą nierozłączni. Prawdziwy przyjaciel spędza z nami czas, ale go nie zawłaszcza.

FAŁSZ: Przyjaciel to każdy, kto zwierza się nam ze swoim tajemnic

„Jeszcze nigdy nikomu tego nie mówiłam”, „Jesteś pierwszą osobą, której w ogóle się zwierzam”, „Tylko proszę – nikomu nie mów, co ci teraz powiem, obiecaj”. Myślimy, gdy ktoś nam powierza swoje sekrety – ufa i o swoich problemach, wątpliwościach i trudnych doświadczeniach mówi tylko nam. Pytanie, czy aby na pewno?

PRAWDA: Przyjaciel nam się zwierza, bo nie boi się oceny, zaszufladkowania, nie chce się nam przypodobać. Przyjaciel nie prosi: „Nie mów tego nikomu”, bo to oczywiste, że może ci ufać.

FAŁSZ: Przyjaciel to każdy, kto skłania nas do zwierzeń

„Pamiętaj, że mi możesz zaufać”, „Co się wydarzyło, coś się stało”, „Dlaczego nie mówisz mi wszystkiego?”. Fałszywy przyjaciel będzie nakłaniał cię do zwierzeń, dopytywał o twoje uczucia, o problemy. Wyczuje słabszy moment, kiedy będziesz potrzebowała się komuś zwierzyć.

PRAWDA: Przyjaciel nie naciska, nie dopytuje. On cierpliwie czeka, kiedy czuje, że coś jest nie tak, mówi: „Pamiętaj, jestem tuż obok, jak będziesz chciała – mów”. I ty wiesz, że on ciebie rozumie, że jest. Ta pewność pozwala ci się otworzyć i zaufać.

FAŁSZ: Przyjaciel to każdy, kto mówi, że możemy zawsze na niego liczyć

„Pamiętaj – dzwoń o którejkolwiek, nawet w nocy” – słyszysz, ale kiedy dzwonisz, czy może kawa, bo masz kiepski nastrój pada: „Wiesz co, dzisiaj nie mogę, ale zadzwonię i pogadamy”. I telefonu nie ma, tylko późno SMS, że przeprasza, kocha i na pewno jutro zadzwoni. A dla ciebie jutro to już inny dzień. Inne emocje. Ale fałszywy przyjaciel stwarza iluzję, że się martwi i że zawsze jest tuż obok.

PRAWDA: Przyjaciel nie musi mówić, że na nim możemy polegać. Jest uważny, słucha i pamięta ważne dla ciebie rzeczy.

FAŁSZ: Przyjaciel to każdy, kto prosi o naszą pomoc

„Kochana, mogę podrzucić ci dzieci?”, „Pomożesz mi? Mam gości, nie wyrobię się”. Gdy pytasz: „Pomóc ci”, zawsze usłyszysz, że oczywiście i że dzięki, ze zapytałaś. Fałszywy przyjaciel dużo bierze, ale mało daje. Raczej sam z siebie nie zaproponuje pomocy, kiedy wie, że jej potrzebujesz w zwykłym, codziennym życiu. Dla niego przyjaźń jest ponad przeciętność. On mówi, że im owszem pomoże, ale tylko mówi.

PRAWDA: Przyjaciel pyta, jak może pomóc, a my nie mamy problemu, by od niego tę pomoc wziąć. Wiemy, że branie i dawanie w tej przyjaźni się równoważy.

FAŁSZ: Przyjaciel to każdy, kto chce nam dobrze doradzić

Podobno dobrymi radami jest piekło wybrukowane. „Myślę, że powinnaś zrobić tak”, „Uważam, ze powinnaś powiedzieć to i to”, „Musisz zadecydować, wybrać”, „Musisz być inna, zmienić się”. Ktoś kto chce cię nieustannie zmieniać, decydować o twoich wyborach i decyzjach, może być twoim przyjacielem?

PRAWDA: Przyjaciel powie: „I co chcesz z tym zrobić? Masz jakiś pomysł?”. Wesprze cię w twoich decyzjach. Zdarza się, że powie: „Nie rozumiem, ale to ty decydujesz”. I będzie z tobą.

Gdyby nie fałszywi przyjaciele przyjaźń byłaby łatwiejsza. Nie balibyśmy się rozczarowań, tego, że ktoś nas wykorzysta, że nas skrzywdzi i zostawi. A przecież tej przyjaźni potrzebujemy, tej pewności, że gdzieś obok nas jest ktoś, na kim zawsze możemy polegać, kto nas nie zawiedzie, a co ważniejsze – my nie zawiedziemy jego.


Lifestyle

„Jesteś tym, co osiągasz, co udaje ci się zrobić”. Serio? Jak niszczą nas wymagania

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
12 lutego 2016
Fot. iStock / baona

Nazwijmy ją Ewa.  Scenariusz macierzyństwa: z góry ustalony. Termin pojawienia się dziecka na świecie: czerwiec. Ewa usłyszała, że dzieci urodzone wiosną rzadziej chorują, są inteligentniejsze i bystrzejsze od tych urodzonych jesienią. Jeszcze w ciąży zapisała przyszłego potomka do przedszkola Montessori . Urodziła się dziewczynka, powiedzmy Lena. Gdy Lena skończyła dwa lata – Ewa uczyła się z nią angielskiego, francuskiego i chodziła na zajęcia muzyczne.

Po trzecich urodzinach – zaprowadziła ją karate i plastykę. Później doszedł basen, narty, i oczywiście balet. Ewa czuła się dumna, gdy koleżanki z zazdrością mówiły: „Ależ będziesz miała wykształconą córkę”. I jeszcze dopytywały, jak ona to wszystko ogarnia. Bo Ewa oprócz zajmowania się rozwojem dziecka robiła karierę, jeździła na szkolenia, znalazła czas na obronę doktoratu i weekendowy kurs fotografii. W domu miała idealny porządek, i regularnie organizowała kolacje dla znajomych i przyjaciół.

Tyle, że niedawno Ewa trafiła do kliniki leczenia bezsenności. Nie spała miesiącami, miała napady lęków. „Nie wiem o co chodzi, mam wszystko” mówiła. „Co to jest wszystko?” spytał psychiatra. Więc Ewa wymieniała: stanowisko, pieniądze, córkę w szkole muzycznej, świetnie zarabiającego męża. Mówiła i mówiła. A psychiatra przerwał tylko raz: „A kiedy pani odpoczywa?”. Pytanie Ewę rozbiło. Bo ona nie odpoczywa. I córce też na to nie pozwala: „Ćwiczyłaś? Malowałaś? Uczyłaś się? Posprzątałaś pokój?”. Życie Ewy to dążenie do doskonałości. W gabinecie psychiatry Ewa po raz pierwszy odważyła się też powiedzieć, że córka  ją rozczarowała: „Wyobrażałam sobie, że jeśli dam tyle możliwości, ona będzie w czymś wybitna. A ona jest po prostu pilna”. I jeszcze przyznała: „Czuje rozdrażnienie, gdy córka ogląda na komputerze film, myślę wtedy: „Czy nie jest jej głupio, tak nic nie robić?”

Zasada 1: spójrz na rzeczy, które wmawiali ci rodzice z dystansem

Do gabinetów psychiatrów i psychologów trafia wiele matek podobnych do Ewy. Najczęściej używane przez nich słowo: „Muszę”. Muszę to, muszę tamto. A przede wszystkim: „Muszę dać dziecku, jak najwięcej”. To „najwięcej” to dodatkowe zajęcia, języki, dobre szkoły. Słowo klucz: inwestycja. Potem jest już albo duma (gdy dziecko spełnia oczekiwania). Albo rozczarowane, gdy jest przeciętne. Przecież presja jest ogromna. Gorsze wyniki przekładają się na kontakty towarzyskie.

To matki, które nie widzą, że wspierają swoje dzieci w tej rywalizacji. Uczą je tego, czego często same były uczone: „Jesteś tym, co osiągasz i co udaje ci się zdobyć”.

Bertrand Cramer, szwajcarski psychiatra i psychoanalityk zajmujący się wpływem rodziny na kształtowanie osobowości człowieka, zwraca uwagę na to, że jeszcze przed urodzeniem dziecka rodzice tworzą sobie pewien jego obraz. Oczekują, że odziedziczy wybrane cechy i talenty po swoich przodkach, projektują na niego marzenia i oczekiwania. Cramer nazywa to „duchami unoszącymi się nad kołyską”. Tak więc presja, żeby być „jakimś” jest przenoszona z pokolenia na pokolenia. 

Psychiatra Ewy kiedyś zapytał: „A czym dla pani jest sukces?”. Była zdziwiona. Dla niej to oczywiste: sukces to prestiż, uznanie. „A dlaczego nie myśli Pani, że sukces to jest na przykład święty spokój. Domek na wsi, spokojna praca?” zaoponował. Ewa przypomniała sobie obrazki z dzieciństwa. Jej mama też miała mnóstwo zajęć i powtarzała: „Ludzie nie powinni sobie pobłażać”. Ewa pamięta taką scenę, tata stał w kuchni, patrzył przez okno i popijał herbatę. Mama z niechęcią mruknęła: „Tacy ludzie nigdy nic nie osiągają”. Gardziła ojcem za jego umiłowanie do ciszy i kontemplowania chwili.

I inne sceny: mama wieszała sobie na ścianie świadectwa córki. Oczywiście zawsze z czerwonym paskiem. Na szafce kładła medale. Za wybitne osiągnięcia pływackie, wygraną w zawodach jeździeckich. A potem przychodzili znajomi i mówili. „Ależ zdolna ta córka”. Mama się uśmiechała, przytulała Ewę. Jak to się stało, że Ewa nawet nie zauważyła, że Lenę uczy tego samego: „Jesteś coś warta, jeśli dobrze cię oceniają”.

Zasada 2: nie ma jednej definicji sukcesu

Zwolennicy dopingowania dzieci i stawiania ostrych wymagań mówią: „Sport, muzyka wyrabia dyscyplinę bez której nie da się żyć”.  Jedna z terapeutek powiedziała mi kiedyś: „Ale czy cena jaką musi ponieść często mały człowiek jest tego warta? I opisywała pacjentki podobne do Ewy. Do dziś nie potrafią odpoczywać. A zapytane czego naprawdę chcą dla siebie często odpowiadają: „Nie wiem”. Ewa też odniosła „sukces”. Tylko, że płaci za niego depresją i wypaleniem. Jest mnóstwo przykładów ludzi, których zniszczył „luz” i których zniszczyły „wymagania”. Wiele zależy od charakteru dzieci.

Zresztą co z tego, że ktoś jest mistrzem? Bardzo ciekawie opisał to w swojej książce Andre Agassi, słynny tenisista. Tak zaczyna swoją autobiografię „Open”: „Otwieram oczy i nie wiem gdzie ani kim jestem . Nie jest to znów takie niezwykłe uczucie. Połowę życia spędziłem nie wiedząc (…) gram zawodowo w tenisa, choć go nienawidzę, ale to mroczne i tajemne poczucie, które towarzyszy mi przez całe życie”.  I wspomina, jak miał siedem lat i ojciec zmuszał go do grania. „Ojciec twierdzi, że jeśli będę odbijał dwa i pół tysiąca piłek dziennie, to będzie równało się siedemnastu tysiącom pięciuset piłkom na tydzień, więc pod koniec roku będę miał na koncie prawie milion odbitych piłek. (…). Dziecko odbijając milion piłek rocznie będzie niepokonane”. Gdy jego kilkuletni syn na chwilę zamyśla się trzymając w ręku rakietę, krzyczy: „Co ty robisz do k…. nędzy. Przestań się zamyślać. Żadnego, k…, zamyślania!”. Cała historia jego kariery to realizowanie marzeń ojca. To oczywiście brutalny przykład, ale może warto się zastanowić czego naprawdę chcemy dla siebie i swoich dzieci.

Bo rodzice, owszem, dają dziecku do ręki mnóstwo narzędzi, ale rzadko pokazują, jak z nich korzystać. Roztaczają przed nim wizję przyszłego sukcesu, w efekcie nie dając mu żadnego wyboru.

Zasada 3: każdy jest w czymś dobry

Co tak naprawdę gwarantuje (a raczej zwiększa szansę) na szczęśliwe życie? Poczucie własnej wartości, samodyscyplina, zdolność do budowania i tworzenia więzi. Większość szczęśliwych, pewnych siebie, spełnionych ludzi ma dobry i mocny charakter. Co to znaczy?

Stephen R. Covey, autor bestsellerowej pozycji: „7 nawyków skutecznego działania” pisze o absolutnie niezbędnych nawykach dojrzałego, mądrego człowieka. Trzy pierwsze dotyczą kształtowania mocy wewnętrznej: poczucia, że każdy sam jest odpowiedzialny za własne życie. Nie można żyć we władzy opinii innych, stereotypów, wzorców kultury. Nie można obciążać innych odpowiedzialnością za swoje błędy, osądzać. W końcu trzeba mieć dystans do tego co się nam przydarza, na co nie mamy wpływu. Bo często ranią nas nie same wydarzenia, tylko nasze myślenie o nich.Trzy kolejne nawyki dotyczą współdziałania z innymi; cierpliwości, otwartości, empatii, zdolności słuchania.  Ostatni mówi o samoodnowie, czyli trosce o sobie. I to jest najważniejsze. I te cechy trzeba rozwijać i pielęgnować w dziecku. Wbrew pozorom nie jest to takie trudne. I bardziej przyda się tu intuicja niż setki poradników.

 Zamiast wozić je na setki zajęć znajdujmy dla niego czas i zobaczmy w czym  ma talent, a potem pomóżmy mu je rozwijać. Dziecko nie musi być wybitne, to mit, że talent to zawsze coś spektakularnego. Według Marcusa Buckighama, który przez 20 lat badał ludzkie cechy pod kątem tych najlepszych, talent to: „Każdy powtarzający się wzorzec myślenia, odczuwania lub zachowania, które może znaleźć praktyczne zastosowanie”. Według niego już talentem jest: empatia, pryncypialność, zdolność do analizy, organizacji. Każdy w czymś jest dobry. Trzeba tylko to coś znaleźć  i doskonalić się w tym. Dla przyjemności swojej, a nie dlatego, żeby sprawiać przyjemność ludziom.


Zobacz także

Zdrada nasza powszednia… Dlaczego zdradzamy? Och, powodów jest tyle, ile sypialni, ale niezwykle rzadko chodzi o seks

Nikt nie pierze tak, jak mamusia. Kiedy trzydziestolatek mieszka ciągle z matką, to wiedz, że coś się dzieje...

Nikt nie pierze tak, jak mamusia. Kiedy trzydziestolatek mieszka ciągle z matką, to wiedz, że coś się dzieje…

Wątroba choruje po cichu. Zrób dla niej sześć dobrych uczynków, by cieszyć się zdrowiem