Lifestyle Święta

„I poczułam, że jeśli teraz czegoś nie zrobię, to nie wstanę od stołu do niedzieli”

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
26 grudnia 2015
Arch. prywatne
 

Muszę się przyznać. Jestem psychologiem, pracuję jako psycholog, rozmawiam, leczę rozmową, a jednak czasami na smutki pomaga mi lepiej… sport. Nie rozmowa, nie terapia, nie pisanie, ale porządny wysiłek fizyczny przy dobrej muzyce. Mój mózg zalewa fala endorfin, serotoniny i dopaminy, i znów mi się chce. Chce mi się tak bardzo, że nie mogę usiedzieć na miejscu. I kocham ten moment, gdy wstaję następnego dnia i nie mam siły zwlec z łóżka obolałych pośladków. Wiem wtedy, że żyję.

Wstałam rano, zjadłam świąteczne śniadanie…

…i poczułam, że jeśli teraz czegoś nie zrobię, to nie wstanę od stołu do niedzieli. Zacznę od zwiększania częstotliwości zaglądania do lodówki (pod pretekstem szukania cytryny do herbaty lub mleka do kawy) i moje posiłki zamienią się w liczne przekąski, a ja będę czuła żołądek w gardle. Powitam znajomą senność, gdy cukier mi skoczy i otulę się kocem, szukając wzrokiem małej przegryzki do czytania. Niby fajnie, bo odpoczynek każdemu się należy, ale czy ja w ten sposób naprawdę wypoczywam?

Pobiegłam. Prosto do lasu obok mojego domu, który pachniał deszczem. Drobniutkie krople wody spadały na moją twarz, a ja czułam jak w każdym kilometrze zapadam się w deszczu. Biegnę. Żyję. Czuję. Oddycham. Muzyka w słuchawkach ustala mi rytm, według którego się ruszam. Moje ciało zlewa się w jedność z umysłem, emocjami, zmysłami. Dochodzę do momentu, gdy w głowie mam tylko przyjemny szum jak mruczenie kota, a mój organizm jest doskonale zsynchronizowany, nie czuję żadnego zmęczenia.

Kop energetyczny podpowiada mi…

… by zamiast auta wybrać rower jako środek komunikacji na korty. Elastycznie świąteczny Pan otwiera nam balon na kilka godzin. – Ileż można siedzieć bezczynnie – mówi do mnie czyszcząc pomarańczową powierzchnię. – Pani na rowerze? No szacun dziewczyno. To chyba 15 kilometrów tu przejechałaś. Szacun robi swoje, bo czuję się niemal jak Agnieszka Radwańska na Wimbledonie i serwuję swoje najlepsze uderzenia. Hej, nie rozumiem waszych komentarzy pod zdjęciem na Facebooku „nogi niżej”. Mam doskonale nisko ustawione nogi, tylko do zdjęć usztywniam je tak, by wyglądały na należące do 1,80 cm mierzącej kobiety, którą bynajmniej nie jestem. Gram swój najlepszy tenis (hahaha), łyk wody i wskakuje na rower.

Droga powrotna zajmuje mi dwa razy więcej czasu, bo a) jadę pod górkę, b) wieje mi w twarz ostry wiatr. Ale po wciągnięciu sporej dawki hormonów uznaję to jako wyzwanie, któremu dokładam „Pszczółkę Maję” Wodeckiego. Fakt, co chwila słyszę trąbienie zniecierpliwionych gości, którzy zapewne spieszą się do kolejnego stołu, przy którym siądą. Mijam więc odświętne koszule, kapelusze, błyszczące sukienki wystające spod płaszczy i myślę sobie, że choć wczoraj wam tych świąt zazdrościłam, to dziś już nie. Znalazłam swoje własne świąteczne buty i jest mi tak dobrze, naprawdę dobrze, że słów nie wystarcza.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Pozdrawiam mijanego rowerzystę…

… który mruga do mnie porozumiewawczo, jakby chciał mi powiedzieć „W poważaniu mamy bigosik i uszka, co?”, a ja mrugam do niego, odpowiadając „W poważaniu, mój drogi, w poważaniu”. I choć wiem, jak może być piękne rodzinne kolędowanie, to zamiast śpiewać do karaoke z laptopa, wybieram dziś ten wiatr i deszcz i Podkowę w słońcu.

Mijam domy, które są w kolejnej fazie budowy albo zdążyły ją ukończyć. Widzę nowe zasłony i nowych mieszkańców, którzy cieszą się jak ja wiele lat temu, że będą mieli swoje pierwsze święta w domu. Dzieci bawią się na na nowych podwórkach, zadowolone, że wystarczy szalik czapka i rękawiczki, i naciśnięcie klamki by znaleźć się na placu zabaw. Niektóre z nich ściskają pod pachą pluszaka od Mikołaja lub puszczają zdalnie sterowane auto. Rodzice asystują na podwórku lub wyglądają przez okno doglądając gotującego się barszczu. Iluminacje świetlne wokół domów przybierają różne kształty, gdzieś renifer ciągnie sanie, gdzieś bałwan świeci oczami albo Mikołaj wspina się po murach domu. Zaglądam do okien, w których żyje świąteczna historia niepodobna do żadnej innej. Jadąc rowerem czytam antologię ludzkich historii.

Wskakuję prosto na świąteczną kaczkę i buraczki. Zjadam bez milimetra wyrzutów sumienia. Potem makowiec i najlepszy pod słońcem nugat mojej mamy. Zwijam się pod kocem ze wspaniałą książką, którą dostałam pod choinkę i zanim przeczytam stronę – zasypiam ze zmęczenia. Śni mi się łąka, koc i kosz z kanapkami z dużą ilością masła i szynką. I ktoś jeszcze.

Jestem wdzięczna za tę wiosnę zimową…

… nie pamiętam takich świąt. Mój Tata zesłał mi słońce.

– Naprawdę pojechałaś tam na rowerze? (Jurek, 12-letni syn). – Tak – odpowiadam. – Myślałem, że nie dasz rady. Niedowiarek. – Jak było? – Pięknie! – mówię zgodnie z prawdą. – Jutro jadę z tobą.

A więc jutro będzie jeszcze piękniej. Zachęcam was wszystkich!

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne


Lifestyle Święta

Wino szumiało jej w głowie przyjemnie. Miał ładne dłonie i pachniał tytoniem… Historia miłości najmniej przypadkowa

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
26 grudnia 2015
Fot. iStock / robertiez
 

Poznali się na jachcie w boskim San Francisco. On miał spędzić wieczór z Miss Brazylii. Ona, pojawiła się w zastępstwie koleżanki, której wypadło coś pilnego. Był letni, ciepły wieczór i Miss wystawiła go do wiatru. Nie krył poirytowania. Jak to samiec. Wiadomo.

Przypadkowa kolacja

Gospodarz posadził ich obok siebie, skoro już pojawili się znikąd jak te dwie wyspy pośrodku znudzonego oceanu. Ona niezainteresowana, on, mówiłam już … niezmiennie poirytowany. Jedli w ciszy. Ona zwłaszcza dużo wina piła. To wtedy pomyślała, ach pofolguję tu sobie troszkę. Wydał się jej lekko śmiesznawy, gdy tak w tej swojej irytacji tkwił. Więc zaczęła go drażnić, śmiejąc się swobodnie. Odgarniała włosy, głaskała krawędź kieliszka, co podobno natychmiast zdradziło w niej Europejkę. No i akcent też miała. Wiadomo.

Więc zaczął jej słuchać, tak mimochodem i bez zaangażowania. Bożesz! Jakże świergoliła tym kobiecym sposobem. Ale fajne nogi miała. I pachniała kobietą. Taką bardziej prawdziwą. Jak krew. Więc zaczął do niej mówić, niby to od niechcenia, o iluzji czasu i sprawach spirytualnych. Zauważył natychmiast, że jest elokwentny i że brzmi nad wyraz interesująco. Lubił się słuchać od zawsze. W końcu inteligentny był. Wiadomo.

Ten jego monolog ją zaintrygował. Mówił w końcu o rzeczach, które czuła od dziecka. Widziała jak się pręży, jak jakiś narcyz nad oniemiałym jeziorem. Dać mu lusterko i umrze od nadmiaru miłości własnej. Pomyślała, ale mu odpuściła. Wino szumiało jej w głowie przyjemnie. Miał ładne dłonie i pachniał tytoniem, tym z fajki, którą pykał namiętnie. Tak kolacja owa dobiegła wreszcie końca.

Przypadkowa randka

Kiedy schodzili z jachtu, poślizgnął się i wpadł do wody. Śmiała się głośno, perlistym śmiechem. Bo taka była rozbawiona. Jaguar, którym przyjechał, by zaimponować Brazylii, nie odpalił rzecz jasna na mokry klucz. Jej samochód, dziwnym losu zrządzeniem, stał obok jak gdyby nigdy nic.  On mokry był cały od wody tej morskiej, głupio mu było, ale w końcu poprosił. Żeby do domu go podrzuciła. Zgodziła się rzecz jasna, bo trochę żal jej się go zrobiło. Taki narcyz zbiedzony ze zdechłym jaguarem. W duszy trochę się podśmiewała.

Postaw mi wino, a zawiozę Cię do domu. Wyszeptała zaczepnie, a uśmiech już miała wyzywający. Więc poszli do „No name bar”, baru bez nazwy, bo tylko taki bar tej nocy ciekaw był ich historii. Weszli jak na scenę w teatrze przewrotnego życia. Pijane oczy widzów zawisły im na szyjach i na kroplach wody, które pełzły po nim jak miniaturowe, przeźroczyste ślimaki. On był na bosaka, ona miała czerwone szpilki. Usiedli przy barze, na tych stołkach wysokich i nogi zakleszczyły im się w uścisku bez wyjścia. Całowali się jak młodzież o północy na plaży w Łebie, przy czym ona miała oczy szeroko otwarte, bo była trochę jak Marilyn Monroe. A on czuł się bogiem. Wiadomo.

(nie)Przypadkowa miłość

Wiele jeszcze razy tak się spotykali, bo jej energia stała się jego opium. Więc powiła mu syna, pod gwiazdą szczęśliwą i żyli jak kobieta z mężczyzną. Przez chwilę. Ich drogi się rozeszły w obcych zupełnie ramionach. Zamieszkali oddzielnie choć niezbyt daleko. Ona nabrała mocy, jemu przybyło lat. I nagle już wiedziała, czego od życia chce. Jakiej miłości, jakiej czułości, jakiego mężczyzny chce, wiedziała. I dostała. Bo los jej zawsze sprzyjał. Więc pili szampana w lawendowej pościeli i uczyli się ciał na pamięć. Taka to była miłość. Pełna najintymnijeszych szczegółów. Aż pewnego dnia padła bez życia. Głupia ta miłość nierozumna.

Więc wróciła do niego, jak zraniona sarna. A dusza bolała ją nadmiernie. Patrzyła, jak się pręży, jak chodzi za nią i węszy, odurzony opiatem kobiecości nie do odzyskania. Nocami, kiedy spać nie mogła, widziała jak wyje do księżyca, zrozpaczony jak wilk po śmierci samicy. Straceniec jeden. Nie miała litości. Więc kwiaty jej słał i przypodobać się próbował, lecz cóż kiedy jej lodowaty oddech zamrażał mu oczy w akcie pojedynczego westchnienia.

Z pewnością cierpiał, czasem też się miotał. Kiedyś energię miał silną i wiedział, jak jej użyć, by mu uległa, posłuszna jak kobieta. Teraz gorzkie gody zamieniły ich role. I był bezsilny jak pisklę kolibra w miniaturowym zamku na wzgórzu.  Zmalał, spokorniał, schował się w sobie. Podczas gdy ona żyła, ale nie wiedziała jak. Rozdarta  od środka, przez duszę torturowana.  Aż zrodziła się w niej tęsknota….

Historia ta wcale się jeszcze nie skończyła. Typowa historia przypadkowa, najmniej przypadkowa. Dwoje ludzi, którzy nagle się spotkali. Coś kliknęło, wszechświat zatrybił i nagle ruszyła maszyna po kosmicznych szynach. Życie udało się w podróż, unosząc ich ze sobą na fali. Ale kierunek pozostał nieznany. Tak, ciąg dalszy z pewnością nastąpi, choć przecież nikt nie wie nic. Pewności nie ma. Życie jak zwykle wykreuje scenariusz, na jaki przyjdzie mu tylko ochota. Ona musiała zastąpić tego dnia koleżankę, a on musiał zamarzyć o Miss Brasil. Tyle wystarczyło, by pozornie z niczego i bardzo przypadkowego powstała historia najmniej przypadkowa. Historia której ciąg dalszy jeszcze ciągle nastąpi.


Lifestyle Święta

Do bólu prawdziwe ilustracje komentujące rzeczywistość. Warto obejrzeć

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 grudnia 2015
FacebookSteve Cutts

Steve Cutts w dobitny sposób ilustruje naszą rzeczywistość. Trudno przejść obok jego rysunków obojętnie. Artysta nie pozostawia nam złudzeń komentując ilustracjami codzienność. Prawda bywa porażająca… Pewnie dlatego tak trudno te prace się ogląda…

Zaczynamy od rysunku na czasie…

Wesołych Świąt

 

Merry Christmas to all!

Posted by Steve Cutts on 23 grudnia 2014

Co z nami zrobi ewolucja

 

Evolution

Posted by Steve Cutts on 30 stycznia 2015

Na czym polega prawdziwy recykling

 

Recycling

Posted by Steve Cutts on 19 lutego 2015

A życie kołem się toczy

 

The Circle Of Life

Posted by Steve Cutts on 27 lutego 2015

Pułapka…

 

The Trap

Posted by Steve Cutts on 13 marca 2015

Co dziś w telewizji?

<

Wonder what’s on the TV tonight…

Posted by Steve Cutts on 18 marca 2015

Szczęśliwego piątku

 

Happy Friday 🙂

Posted by Steve Cutts on 19 czerwca 2015

Na własność

 

Owned

Posted by Steve Cutts on 3 lipca 2015

 

 

Szokujące? Ale jakie prawdziwe… niestety.


Zobacz także

Wi-Fi w domu wciąż zawodzi? Jest sposób na poprawę jakości sygnału

Nawilżaj swoją skórę – wykorzystaj żółtko. Akcja „Bądź piękna każdego dnia”. Dzień #13 [03.05.]

Wściekła żona pisze list do kochanki swojego męża. „Nie wyobrażaj sobie, że mi go zwrócisz, zwrotów nie przyjmuję”