Lifestyle

Dzisiaj wszyscy wymagają od ciebie bycia on line! Kurde, nawet siedząc na kiblu piszemy maile! Oszaleć można

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
18 maja 2017
Fot. iStock/KristinaJovanovic
 

Kiedyś wystarczyło powiedzieć: „Sorry, nie było mnie w domu”, gdy ktoś mówił, że dzwonił, ale nie mógł się dodzwonić. Ja pierdzielę, co to były za czasy, no nie? Telefon z kablem w domu. Ba, ja to pamiętam telefon u sąsiada, który przychodził powiedzieć, że wujek ze Śląska do nas dzwoni. U sąsiada pod telewizorem stał ten zgniłozielony telefon z tarczą. Wszyscy wiedzieli, co u niego i u nas, bo każdy chętnie rozmowie się przysłuchiwał. Co z tego, że sąsiad, jego żona i kuzyn, który przyjechał pracy szukać. Oni ci pozwalali dzwonić, a ty nie mogłaś mieć pretensji, że słuchają.

Później mieliśmy już u siebie taki nowoczesny aparat, na ścianie. Bez tarczy, tylko z wyciskanymi numerami. Te niecałe zaledwie trzy dekady temu dzwoniący telefon stawiał całą rodzinę na nogi, która w napięciu oczekiwała, któż to postanowił się z nami połączyć.

A teraz? Dzwoni – jak nie odbierzesz, od razu pojawia się SMS: „Dlaczego nie odbierasz, gdzie jesteś? Nie chcesz ze mną gadać?”. Jakby było mało, to niemal w tej samej chwili wyświetla się wiadomość na którymś z popularnych czatów: „Widzę cię, jesteś, daj znak, jak będziesz mogła gadać”. MATKO BOSKA! Ja sobie ostatnio zdałam sprawę, że wszyscy wymagają od ciebie bycia on line. Non stop, przez cały czas. Bez przerwy. Jak nie jesteś podłączona, to nie żyjesz. To może łeb ci urwało, a w najgorszym przypadku – no tak, pewnie zgubiła telefon, albo jej ukradli.

I rozglądam się dookoła zastanawiając się, kto w ogóle podnosi głowę znad telefonu. Siadam w knajpie, czekam na znajomą, a wokół każdy ze wzrokiem wbitym w ekran ogłupiającegophona przebiera zgrabnie paluszkami po klawiaturze. Dobra, ja nie należę do świętych, telefon to moje narzędzie pracy i też spędzamy nad nim długie godziny, ale kiedy już spotykam się z drugim człowiekiem, to nie ma litości, wyciszam, odkładam i internet wyłączam, co by nie brzęczało.

A tymczasem taka sytuacja: jesteśmy zaproszeni na przyjęcie komunijne córki przyjaciół. Od pierwszej minuty przy stole jeden z gości z telefonem pod obrusem. Inna: siedzę na bardzo fajnej i mądrej konferencji, obok dziewczyna nerwowo przegląda w telefonie wszystkie modowe strony (konfa ani o modzie, ani o telefonach), nawet głowy nie podniosła, nie poświęciła chwili, by posłuchać, co ktoś inny ma do powiedzenia… Cóż. W sumie jej strata, albo moja, bo nie znam najnowszych modowych trendów, tylko słucham o ekologii. Kolejna: czekam w knajpie na spotkanie. Trzy kobiety, może przyjaciółki, bo wchodzą wspólnie roześmiane – zamawiają kawę ciastko i… wyciągają telefony. W ogóle ze sobą nie rozmawiają. O – i ostatnio jechałam pociągiem dość daleko i dość długo. Jedyna w przedziale czytałam książkę, reszta – wiadomo – telefony.

I kiedy ostatnio znajoma dzwoni, pisze SMS, zaczepia na czacie myślę sobie: „A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!”. No przecież nic tylko można oszaleć. Próbowałam kiedyś zliczyć, jaki to pożeracz czasu, to odpowiadanie na wszystkie pytania, których nikt by ci nie zadał, gdyby nie było pod ręką telefonu i internetu. Ale jest, i ty musisz być do nich podłączona nieustannie. Bo przecież jak to można być zajętym cały dzień i nie oddzwonić, jak to, nie odpisać na SMS-a. Gdyby ktoś wiedział, który to już podobny do poprzednich z pierdołami SMS, albo która wiadomość na czacie nieodczytana, bo zwyczajnie brakuje czasu, żeby w ciągu dnia odpisać na: „co porabiasz”. No kurde, pracuję! Dwoję się i troję, ogarniam pracę, dom, dzieci i WYBACZ nie mam czasu zaspokajać w ciągu dnia twojej ciekawości! Zwłaszcza, że przekonałam się nie raz, że za tym „co słychać” czy „co porabiasz”, kryje się tak naprawdę litania nieszczęść z drugiej strony! Same powiedzcie, czy tak nie jest? Czy jak ktoś tak niby koleżeńsko was zaczepia, to nie po to, żeby samemu wylać po chwili swoje żale, jak to nieszczęśliwy jest i co mu znowu w życiu nie wyszło? I wcale go nie obchodzi, co u was? O nie, sorry, ja wysiadam z takiego tłoku ludzi, którzy w realu nie maja z kim pogadać, tylko siedzą ze wzrokiem utkwionym w ekran śledząc poczynania bliższych lub dalszych znajomych, a czasami nawet nieznajomych! I tylko czyhają na okazję, żeby zaczepić i zagadać.

A jak się nie odezwiesz, to obraza! To śledzenie, ile minut temu byłaś na czasie, to pretensje, wtedy najczęściej SMS-em: „Widzę, że odczytałaś wiadomość i co?”. I gówno! Bo ja najczęściej to nawet nie pamiętam, o co chodziło? O kolor sukienki, którą ostatnio założyłam, czy może o rozmowę sprzed dwóch miesięcy, którą moim zdaniem skończyłyśmy dawno temu? A może o coś, o czym nie mam zielonego pojęcia, o temat, na który nie chcę się wypowiadać, bo zwyczajnie mnie nie interesuje. A może w natłoku spraw i codzienności, ok, przeczytałam, pomyślałam: „później odpiszę”, ale „później” przyszło 100 innych wiadomość, z których na część odpisać musiałam i tamte, starsze choć raptem sprzed kilku godzin, uciekły w otchłań internetu.

Kiedyś znajoma ze zdziwieniem, tyle, że nie wiem, czy większym jej czy moim, spytała: „O rety, a ty tak potrafisz na urlopie odciąć się, zostawić telefon, wyłączyć internet”. No a jak inaczej odpocząć? Jak inaczej czas spędzić z dziećmi i seks z mężem dobry mieć, gdy coś nieustanne pika lub wibruje (tak wiem, skojarzenie z seksem jeszcze mogłoby być dobre).

Bycie online, wiecznie na stand by’u to przekleństwo naszych czasów. Takie jest moje zdanie. Idziesz biegać – weź telefon. Idziesz się kąpać – weź telefon. Ile razy rozmawiałyście siedząc na kiblu? Kto się przyzna? A dlaczego tak się dzieje? Bo każdy oczekuje, że tu i teraz możesz być dla niego dostępna. Kurde MUSISZ być, skoro świecisz się na niebiesko, czy zielono! A tak się nie da. No do cholery, nie dajmy się zwariować! Oszczędzajmy siebie nawzajem!

A korzystając z okazji chciałam przeprosić za setki maili, na które w ostatnim czasie nie odpisałam, za wiadomości, które odczytałam, ale na nie nie zareagowałam. Gdybym tak mogła ustawić sobie wszędzie powiadomienie: „Jeśli to coś bardzo ważnego, a ja nie zareaguję, proszę, przypomnij mi się za dwa dni, a potem za kolejne dwa”. Ha, wtedy też miałabym pewność, co do kosza mogę spokojnie wyrzucić.


Lifestyle

Odpuściłam. Przestało mi zależeć na tym, by zadowolić wszystkich. W końcu ile można tak żyć?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
4 czerwca 2017
Fot. iStock/jacoblund
 

Nic nie doprowadza mnie do szału tak, jak marudzący ludzie. Organicznie nie jestem w stanie znieść tego wiecznego: „no stara bieda”, „wszystko po staremu”, „nie ma o czym mówić”. A kiedy próbuję wykrzesać choć trochę energii, porozmawiać jak z dzieckiem zachęcając do pozytywnych wynurzeń pytając: „A co dobrego się wydarzyło” to widzę tylko te zdziwione oczy, jakbym rozum straciła, bo co dobrego może wydarzyć się w życiu, które kręci się wokół pracy, dzieci, zakupów i liczenia, czy wystarczy na kolejną ratę kredytu.

A mi się wrzeszczeć wtedy chce, bo czy naprawdę nasze życie ma polegać tylko na szukaniu tego, co czyni nas nieszczęśliwymi? Czy z narzekania czerpiemy jakąś masochistyczną przyjemność. A jest mi źle, to sobie wsadzę jeszcze jedną szpilkę, a to jeszcze poszukam czegoś, na co mogę pomarudzić do woli. A niech mi się uleje jadem, zawiścią i marudzeniem.

Bo od rana pada, bo sąsiad kupił sobie nowe auto i ciekawe skąd ma na to pieniądze. A to znowu znajoma z byłej pracy zdjęcie z weekendowego wypadu wstawiła – jasne, stać ją, pewnie zgarnęła twoje obowiązki i więcej kasy dostała, jak ty odeszłaś. Bo lepiej jest wszędzie tam, gdzie nas nie ma. Koleżanka ma fajniejszego męża, bo ostatnio zakupy dźwigał z garażu do domu, a twojemu to się akurat w ten dzień nie zdarzyło. Pani ze sklepu ma klawe życie, bo ma osiedlowy biznes, chlebek rano sprzedaje, ludzie mili, każdy się do niej uśmiecha. A tobie? Tobie ostatnio pani spod szóstki dzień dobry nawet nie powiedziała. Zdzira jedna. Pewnie zazdrości, już nieważne czego.

A kuzynka? Skubana, wiedziała jak się ustawić, męża złapała, co to kasy w pizdu ma i nic w życiu robić nie musi. Jak ty byś tak chciała nic nie musieć. Nic, kompletnie nic.

I wiesz co, ja też tak długo myślałam. W chwilach kryzysu, kiedy sił mi było brak, krzyczałam w duchu: a weźcie się wszyscy ode mnie odwalcie. Nie odbiorę telefonu, nie zrobię obiadu, nie odkurzę i prania kolejngo nie wstawię i z dziećmi znienawidzonych przez mnie klocków nie poukładałam.

Nienawidziłam życia, jak większość z tych marudzących. Wszystko było nie tak, albo zupełnie nie wystarczające. Wszystkiego było mi mało – mało pieniędzy, mało obowiązków, mało radości, mało miłości, czułości i szczęścia. Wszystko było do bani, choć udawałam, że jest w idealnym porządku. Uśmiechałam się szeroko przytakując, że no tak truskawki w tym roku drogie i jakieś takie mało smaczne, a na wakacje, to my też jeszcze nie wiemy, gdzie pojedziemy, bo drogo wszędzie cholernie, a my łazienkę wyremontować byśmy chcieli. A później w nocy wyłam do poduszki, bo po ch*j mi ta łazienka, jak ja marzę o odpoczynku. O tym, żeby uciec w pizdu od tego życia, od tego świata, od wszystkich ludzi, którzy mnie otoczyli zaciśniętym kręgiem i przed którymi nie sposób było się schować, bo oni zawsze wiedzieli, jak mnie znaleźć i co znowu ode mnie chcieć.

I przyszedł taki moment, kiedy powiedziałam basta. Najpierw naczyniom w zlewie. Wyszłam z domu pozostawiając brudne kubki… Śmiejcie się, ale kto wie, ten zrozumie, jaki przełom to w moim życiu stanowiło. Bo to był mój pierwszy świadomy wybór: wyjście z dziećmi na spacer czy mycie naczyń. Spytałam siebie: co chcesz? I odpowiedź była jasna. Później odebrałam telefon z pracy po godzinach mówiąc, że już skończyłam pracę i zajmę się tym jutro z samego rana. Stres sięgał zenitu, kiedy zastanawiałam się, czy rano na biurku nie zobaczę wypowiedzenia. Ale nic się nie stało, a telefon po godzinach przestał dzwonić. Niby niewiele się zmieniło, a jednak tak dużo. Zadzwoniłam do mojej mamy pytając czy przyjedzie zająć się dziećmi, bo muszę sama wyjechać w góry, połazić, pomyśleć, ułożyć się ze sobą. Tego jej akurat nie musiałam mówić i tłumaczyć, bo ona złapała w lot, choć oczywiście panicznie bałam się usłyszeć, jaką to wyrodną matką jestem.To wtedy w tych górach schodząc w okropnej ulewie ze wzrokiem utkwionym w ziemię, bo tak lało, zeszłam ze szlaku. Nawet nie wiedziałam jak. Kiedy podniosłam głowę okazało się, że jestem w zupełnie innym niż zazwyczaj miejscu. Stałam na polanie rozglądając się i pytając samą siebie, jak tu doszłam. I wtedy dotarło do mnie, że czasami trzeba iść tam, gdzie nogi nas same niosą, żeby dostrzec wszystko to, o czym zapomnieliśmy Nagle góry, które znałam na pamięć, odkryły przede mną swoje nowe miejsca. Wyszło słońce, a dobrzy ludzie zatrzymali się sami po drodze zabierając mnie całą mokrą na stopa.

I wtedy dociera do ciebie, jak wiele rzeczy możesz, a jak niewiele musisz. Że to tylko zależy od ciebie. Jak zadasz sobie to jedno cholernie trudne pytanie: czego chcesz, wiesz wszystko. Czemu trudne? Bo kiedy sobie na nie odpowiesz, musisz (i to jedyne musisz) wybrać – czy zrobisz to, czego chcesz, czy to co powinieneś, albo nomen omen, co tylko w opinii innych musisz.

I pewnie dlatego do wku*wu doprowadza mnie to całe marudzenie i narzekanie. Bo ja już wiem, że mamy WYBÓR! Chcesz marudzić – proszę bardzo, ale nie zatruwaj mi tym życia, nie dziw się, że w końcu się odsunę już nie mogąc tego słuchać, moja tolerancja, wybacz, w tym względzie ma swoje granice. Bo TY MASZ WYBÓR, ja też mam swój. Ja też mogę siebie spytać: czego chcę. I jeśli nie chcę tego dłużej słuchać, odejdę zostawiając cię z kolejnym powodem do narzekania, bo nawet na ludzi liczyć nie możesz. Błagam cię, a ty na siebie możesz liczyć? No jak? Możesz?

Odpuściłam. Przestało mi zależeć na tym, by zadowolić wszystkich. Wybrałam, kto jest dla mnie najważniejszy i na kim i na czym mi tak naprawdę w życiu zależy. Pewnie dlatego nie ruszają mnie te wszystkie: mogłabyś to, czy tamto, życzę ci tego lub śmego – bo ja już wiem, czego chcę. I wiem, że to w jakim miejscu jestem, to mój wybór. I pewnie dlatego nie marudzę i nie narzekam, bo jeśli już mam mieć do kogoś pretensje, to tylko dla siebie i tylko ja to, co odbiera mi radość życia, mogę zmienić. To takie proste. A jednak większość z nas woli być nieszczęśliwymi i wiecznie skwaszonymi. Ale to ich wybór. Szkoda jedynie, że tego nie rozumieją. Mi ich szkoda.


Lifestyle

„Godzina dla rodziny” – nowy projekt w rządzie, który, odnoszę wrażenie, ma nas za idiotów

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
11 maja 2017
Fot. Flickr / Arentas / CC BY-SA

Ja nie wiem, czy politycy nas rodziców mają za idiotów? Czy naprawdę ktoś myśli, że wraz z przyjściem dziecka na świat ucieka nam jakaś szósta klepka, że dziecko przejmuje jakiś nasz procent IQ do własnego rozwoju?

Ja naprawdę zaczynam się czuć jak jakaś ułomna. Jakbym sobie sama nie potrafiła poradzić z wychowaniem dzieci, z zajmowaniem się nimi, zabawą i opieką. Skoro zdecydowałam się na to, żeby założyć rodzinę i mieć dzieci, to nie dlatego, że liczyłam, że państwo zapewni mi jego utrzymanie, da czas wolny do opieki i nagrodę za bycie matką roku. Nie – jestem dorosłą, odpowiedzialną w pełni władz umysłowych osobą, która wie, że dziecko to nie tylko miłość i ciumcianie z zachwytu nad maluchem, ale też odpowiedzialność. Dlaczego ktoś chce za mnie kierować moimi decyzjami.

Mój nerw wynika z faktu dyskutowania w sejmie nad projektem złożonym przez PSL o tym, aby rodzicom dzieci, które nie ukończyły 10 tego roku życia, dać godzinę wolną w pracy, za to pełnopłatną. I żeby było jasne – rozumiem intencje, szczytny cel, poczucie misji, by rodzice ze swoimi dziećmi spędzali czas w domu, pieprzenie, że nie potrzeba 500 plus wystarczy godzina (jakby ta godzina nie robiła nikomu żadnych kosztów). Ale do jasnej cholery, czy ktoś rodziców spytał o zdanie? Bo mnie nikt. Chcą mnie na siłę uszczęśliwić godziną wolną, która mnie i tak nie dotyczy, bo mam taką pracę, której czas sama sobie normuję. Ktoś powie, to skąd to oburzenie.

Otóż oburzenie wynika stąd, że wolałabym, by rząd zadbał o to, żeby moja przyjaciółka mogła bez problemu zapisać swoje dziecko do państwowego przedszkola, żeby iść do pracy, za którą tęskni, bo chce do ludzi, bo w domu dostaje już świra. A siedzi na wychowawczym, bo jej pensja nie pokryłaby nawet kosztów niani, dojazdów do pracy. Ale nie, bo zamiast zainwestować w nowe miejsca w przedszkolach, łatwiej jest rzucić godzinę wolną, przez którą pracodawca nie będzie chciał jej przyjąć, bo jedna godzina dziennie, to pięć godzin w tygodniu – czyli prawie dniówka. A w miesiącu robi się tych godzin 20… Średnia perspektywa, kiedy wiesz, że nie masz pracownika niemal przez trzy dni w pracy w miesiącu… I ktoś inny tę dziurę musi załatać.

Tak bardzo zazdrościłam wszystkim kobietom, kiedy rząd uchwalił roczny macierzyński. Moją traumą jest, że musiałam po 4 miesiącach wracać do pracy i zostawiać to małe pod opieką niani. Ale wyjścia nie było. A dzisiaj? Dzisiaj obserwuję moje koleżanki, które dwoją się i troją, jakby tu pracować w trakcie tego roku, co zrobić, żeby nie wypaść z rynku, Z jednej strony ciąży na nich presja Matki Polki, która jeśli nie chce przez rok być ze swoim dzieckiem, to jest tą wyrodną i wyzutą z uczuć i w ogóle dzieci mieć nie powinna. Taka jest nasza narracja: „Inne kobiety czekają, żeby zajść w ciążę, a ta urodziła i do pracy od razu chce wracać”. No ale ja się im nie dziwię zupełnie. Bo rok poza rynkiem pracy, to jest masakra. I jasne, że są kobiety, które z ogromną przyjemnością korzystają z tego macierzyńskiego urlopu, bo mogą, bo ich na to stać, bo nie mają ciśnienia. Ale są takie, które kochają swoje dziecko ponad życie, ale też chcą zadbać o siebie i o ich wspólną już przyszłość! I kombinują – umowy na mężów, jakieś lewe papiery – i wcale im się nie dziwię, bo gdyby państwo zamiast dawać 500 plus na dziecko, dało 500 plus do pensji matek – myślę, żeby byłby szczęśliwsze i czuły się bardziej docenione i dowartościowane.

Możemy sobie tylko dywagować.

Dlaczego nie można pomyśleć nad programem dofinansowania żłobków przy miejscach pracy? Dlaczego nie można dać preferencyjnych warunków dotyczących ZUS-u pracodawcom zatrudniającym młode matki?

Jeśli tylko dostaniemy narzędzia, możliwość wyboru, to już naprawdę nikt nie będzie musiał się martwić, że – jak to ostatnio usłyszałam – dzieci w przedszkolu spędzają po kilkanaście godzin. Znam dziewczyny, których pracodawca naprawdę idzie im na rękę. Mogą pracować zdalnie, gdy dziecko chore bez potrzeby brania wolnego. Mają elastyczny czas pracy między 7:00 a 18:00 – gdzie każdy sam reguluje w jakich godzinach najlepiej przebywać mu w firmie. Jest naprawdę wiele korzystniejszych rozwiązań niż „godzina dla rodziny”, która wywoła z pewnością nie raz burzę w jakieś firmie. Bo przecież, jeśli ktoś pracuje godzinę mniej, to ktoś inny musi to nadrobić – z pewnością za te same pieniądze. I nie wierzę, że nie padnie: „A dlaczego ona wychodzi szybciej? Ja szukam męża – więc może godzina dla singli na założenie rodziny?”, „dlaczego znowu mam mieć gorzej tylko dlatego, że nie mam dzieci?”.

Mam poczucie rozdwojenia jaźni, bo oczywiste jest, że rodzice mówią: „O super by była ta godzina, bo można zrobić zakupy, dojechać spokojnie do przedszkola, załatwić kilka spraw”. A z drugiej – słyszę: „Tylko co na to pracodawca?”. No właśnie, czy pracodawca zatrudniając młodą kobietę, która na pytanie: „Planuje Pani mieć dzieci”, odpowie szczerze, że tak, zatrudni ją chętniej niż mężczyznę, który w ciąży nie będzie, rocznego macierzyńskiego nie ma… I jakoś stereotypowo pewnie pracodawca pomyśli, że ta godzina wolna, to jednak bardziej dla kobiety niż faceta…

Nie wiem, zła jestem, bo nikt nas nie słucha, nikt z nami – kobietami, rodzicami nie rozmawia, nikt nie chce usłyszeć, co jest prawdziwą bolączką, jak można by rozwiązać problemy z korzyścią dla wszystkich, a nie znowu kosztem jakieś grupy… Eh.