Lifestyle

Doda urządziła… przyjęcie rozwodowe! „Było, k****, co świętować!”

Redakcja
Redakcja
21 listopada 2021
fot.https://www.facebook.com/officialdoda/
 

Na facebookowym profilu Dody pojawiła się bogato ilustrowana relacja z imprezy, która okazała się być świętowaniem… rozwodu. Gwiazda chciała nie tylko uczcić to wydarzenie, ale też podziękować bliskim za wsparcie w trudnych chwilach. 

Imprezy rozwodowe od dobrych paru lat są popularne w USA, czy zachodniej Europie, trafiły też pod polskie strzechy. Osobiście byłam na dwóch. Jedną rozwiedziona para organizowała wspólnie – bardzo ciekawe doświadczenie dla wszystkich, nie tylko świeżo upieczonych rozwodników.

„BYŁO KURWA CO ŚWIĘTOWAĆ! 😝 – pisze Doda, jak zwykle niezwykle szczerze. – Nie jest sztuką celebrować sukces, kiedy los rzuca ci róże do stop, sztuką jest podnosić się kiedy rzuca ci pod nie kłody. Czas przełamać stereotypy, że rozwód to porażka. Porażką jest brak walki o siebie i swoje szczęście i szacunek. Porażką jest się poddać.. A inne „porażki” to tak naprawdę nasze sukcesy, bo nie sztuką jest wyciągnąć lekcję z róż – tylko z tych kłód właśnie. Teraz stoję na tej limuzynie w welonie i cieszę się, że list pożegnalny do fanów nigdy do nich nie trafił.

Impreza rozwodowa, nie musi być huczna, może być lampką szampana w towarzystwie najbliższych, to dobra okazja, żeby odciąć się od tego co złe, ale też – dokładnie jak Doda – podziękować za wsparcie tym, którzy przy nas byli w czasie rozwodu, czy podczas trudnego związku.

„Ostatni rok to był prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Depresja, stany lękowe, podjęcie decyzji o rozstaniu, złożony pozew rozwodowy, „lizanie ran” w tajemnicy w Meksyku, gdzie przez miesiąc ratowały mnie koleżanki, które zjechały się z różnych stron świata. Terapia, leczenie. Niesamowity progres, powrót do dawnej ja, spokój, pierwszy szczery uśmiech. Chęć śpiewania znowu. Wydanie singla po rocznej przerwie w karierze. Przypływ mojej starej mocy, odwagi, siły. Oświadczenie do mediów o rozwodzie, wielka ulga mimo wielkiej medialnej burzy” – pisze Doda w poście na FB.

Niestety okazuje się, że ulga nie trwa długo i spada na nią kolejny cios”

Nawet jeśli nie śledzicie serwisów plotkarskich, informacji o prywatnym życiu Doroty Rabczewskiej nie sposób nie spotkać w sieci, czy innych mediach. Ostatnie wydarzenia związane z filmem „Dziewczyny z Dubaju”, odbiły się szerokim echem. Dotyczyły nie tylko jej i byłego już męża, ale też całej masy osób, które chcąc nie chcąc, zostały w to zaangażowane. Wypowiadali się wierzyciele, wypowiadał się autor książki „Dziewczyny z Dubaju”, na kanwie której powstał scenariusz filmy, wyprodukowanego przez Dodę. Wypowiadał się też jej były mąż Emil Stępień. A z tego, co mówi Dorota, wnioskować można, że nie tylko sprawy zawodowe były problemem w tym związku.

Zatem, kiedy wydawać się mogło, że jest już na dobrej drodze, że wychodzi na prostą, kolejne ciosy musiały boleć jeszcze bardziej.

– Nagle BUM! Prokurator, policja rano przeszukuje mój dom w poszukiwaniu dokumentów ex męża , artykuły o oszustwie spółki w której jestem i zrobiłam film, o okradzionych inwestorach.. każdy dzień to był nowy szok, nowe złe informacje, które otwierały mi oczy w co ja się wpakowałam. Przez chwile bałam się ze wszystko znowu wróci. Ze ten stres przekreśli moją pół roczną prace nad sobą i znowu będę miała ataki paniki ALE NIC TAKIEGO SIĘ NIE STAŁO. Spokojnie i zadaniowo postanowiłam posprzątać ten bałagan ,krok po kroku rozwiązywać prawne kwestie – pisze gwiazda. I znów – to nie koniec.

– Nagle kolejny BUM! Afera z filmem -miesiąc walki o final cut filmu, nad ktorym pracowałam ostanie 2 lata. Medialna przepychanka z ex mężem, przykre artykuły i komentarze. Przeszłam i to. Film ostatecznie skończyłam i moje małżeństwo również. Życzę wszystkim tak spokojnych i życzliwych spraw rozwodowych  – pisze Doda.

Dorocie życzymy szczęścia i spokoju. Zasłużyła! Śledźcie jej media społecznościowe, przygotowała dla Was coś naprawdę wyjątkowego!


Lifestyle

Uświadomiłam sobie, że kocham ją bardzo, że pragnę niezmiernie, ale… siebie kocham bardziej. Odeszłam”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
22 listopada 2021
fot. franckreporter/iStock
 

Dzielę się z Wami naprawdę trudnym i bolesnym epizodem z mojego życia. Mam głęboką nadzieję, że zatrzymacie się nad tą historią. Doświadczenie, o którym piszę, jest dla mnie szczególnie ważne, bo udowodniło mi samej, kto jest dla mnie najważniejszy…

Byłam w ostatniej klasie liceum. Prywatnego. Klasztornego. Chłodne mury starego pałacu, chłodne spojrzenia sióstr, chłodne podmuchy popołudniowego wiatru, gdy wracałam po lekcjach do domu. W poniedziałki i piątki wyjątkowo się spieszyłam. Ale nie do domu, w którym sytuacja relacyjno-emocjonalna była splątana jak kabel słuchawek na dnie plecaka nastolatka. Do niej. Kim była?

Trzydzieści kilka lat starszą mentorką. Mistrzynią, autorytetem, boginią, fantazją, snem. Lub z obiektywnego punktu widzenia przeciętną kobietą po czterdziestce, która od niedawna zaczęła prowadzić zajęcia wokalne dla młodzieży i młodych dorosłych w lokalnym domu kultury. Miała wielu znajomych w mieście, dwie inne prace (jak to artystka), męża i starszego ode mnie syna.

Pociągały mnie jej intelekt, wyczucie sytuacji, umiejętność prowadzenia rozmowy, opowiadania anegdot. Nie była atrakcyjna fizycznie według powszechnego kanonu piękna, ale otaczała ją aura subtelności i ciepła. Jej miękkie, ciepłe fale włosów opadały na nadmiernie wydatne kości jarzmowe. Na dłoniach błyszczały pierścionki i masywne bransolety. Bez wątpienia była kobietą elegancką. Imponowała mi. Jej piękny sopran otulał mnie jak szal w mroźny poranek.

Chciałam być jak najbliżej niej, więc tak szybko jak mogłam, stałam się młodą instruktorką w tym samym domu kultury. Skróciłam formalny dystans między nami, ale to nie pomogło mi się do niej zbliżyć w sposób, w jaki bym chciała, o jakim marzyłam i śniłam przez wiele następnych lat. Bałam się tego, co czuję, tego, jak jej obecność na mnie działa, a jednocześnie nie chciałam przerwać tego zauroczenia.

Mężczyznom, zwłaszcza rówieśnikom nie dawałam wtedy szans, koleżankom, rodzinie i znajomym z zespołu wciskałam historię o kolejnych rozstaniach lub nowych potencjalnych chłopakach, z którymi jednak nikt mnie nigdy nie widział.

A ona? Na pewno czuła moje niby przypadkowe muśnięcia dłonią, widziała nienaturalnie przedłużone spojrzenia, śledzące każdy jej krok, to, że zawsze byłam obok, podziwiałam ją i adorowałam. Pozostawała jednak obojętna przez ponad pięć lat, a ja nie miałam wystarczająco wiele wiary w siebie, by zrobić pierwszy odważny krok w stronę ustatkowanej, zamężnej i dojrzałej kobiety, więc cierpiałam w samotności, w każdy poniedziałek i piątek doznając katharsis. Aż do minionego lata.

Wyjechaliśmy z zespołem wokalnym na warsztaty w ramach wymiany międzynarodowej. Nie pierwszy raz, dlatego wiedziałam, że czekają mnie tam wspólne próby, treningi indywidualne, zajęcia z akompaniatorami, ćwiczenia oddechowe. Wycieczki, koncerty, próbowanie lokalnej kuchni. Wieczorami imprezy, alkohol, taniec i śpiew. Tak było i tym razem.

Ostatniej nocy pozwoliłam sobie popłynąć, wyluzować i po prostu dobrze się bawić. Byliśmy wszyscy na tarasie, bo był to jeden z tych przyjemnych, późno sierpniowych wieczorów. Kończyłam chyba drugie wino, gdy ona, siedząca do tej pory obok mnie, wstała, pożegnała się i życzyła wszystkim dobrej nocy. Nie wiem co mnie tknęło – na pewno nie bez znaczenia pozostał krążący w moich żyłach gruziński trunek – ale rzuciłam do niej słowami napisanymi kiedyś przez Jeremiego Przyborę, jednego z moich ulubionych poetów i tekściarzy: ”Zimne drewno tej ławki zawsze już tęsknić będzie za ciepłem Pani dotknięcia”. Oniemiała, usiadła i spojrzała na mnie wzrokiem, jakim nikt nigdy wcześniej na mnie nie patrzył. Nie wiem ile czasu spędziłyśmy wpatrzone w siebie ani o czym wtedy myślałam. Gdy z głośnika poleciało “I’ve got you under my skin” Sinatry, subtelnym ruchem ręki zaprosiła mnie na parkiet. Tego tańca, dotyku jej dłoni, szeptu i zapachu nie zapomnę do końca życia. Zaprowadziła mnie do altany tuż obok, zaczęła kołysać się w rytm kolejnej piosenki, przytulając moją głowę do swojej, muskając palcami moje włosy, twarz, szyję, piersi. Gdy oparła mnie o ścianę i zaczęła całować, a jej ręka błądziła po moim brzuchu, nagle jakby ktoś przełączył w mojej głowie przycisk programujący wszystkie moje pragnienia i instynkty. Odsunęłam głowę, przeprosiłam ją i się uśmiechnęłam, bo milisekundy wcześniej wykonałam kalkulację całej sytuacji.

Uświadomiłam sobie, że kocham ją bardzo, że pragnę jej niezmiernie, ale… Ale siebie kocham bardziej! Zrozumiałam, że jedna noc z nią sprawi, że moja codzienność będzie tylko bardziej bolesna, że to, co właśnie się dzieje, to tylko incydent sprowokowany cytatem z Przybory i szybko uzupełnianymi kieliszkami. Czułam, że gdy wrócimy, ona w najlepszym przypadku będzie ponownie obojętna na moje uczucia, a w najgorszym – będzie mnie winić za to, co się stało. A ja nie mogłam sobie pozwolić na to, by uczuciowa sinusoida, jaką zapewniała mi przez ostatnich kilka lat zwiększyła swoją amplitudę.

Wróciłyśmy na taras, napiłyśmy się jeszcze razem, po czym drugi raz tej nocy wstała i pożegnała się. Nigdy później nie rozmawiałyśmy o tym, co się działo. Zaraz po powrocie odeszłam z zespołu. Zrobiłam to dla siebie. Za jakiś czas pewnie się odezwę, zapytam co słychać, może nawet ich odwiedzę. I choć blizny na moim sercu będę pielęgnować przez lata, to terapia, jakiej się poddałam i autorefleksje, jakie podejmuje każdego dnia utwierdzają mnie w przekonaniu, że wybrnęłam z tego najlepiej jak mogłam – wybrałam siebie!


Lifestyle

„Dlaczego Izabela z Pszczyny nie żyje? Opowiem wam o mojej pracy – list ginekolożki

Listy do redakcji
Listy do redakcji
19 listopada 2021

Przez Polskę przeszły niedawno protesty po śmierci trzydziestoletniej kobiety z Pszczyny pod hasłem „Ani jednej więcej”. Wiadomo tylko tyle, że na początku listopada Izabela trafiła do szpitala w 22. tygodniu ciąży, kiedy odeszły jej płyny owodniowe. Podczas przyjęcia stwierdzono ogólne zakażenie organizmu, a u płodu już wcześniej – wady rozwojowe. Cięcie wykonano dopiero po obumarciu płodu, a matka zmarła w wyniku wstrząsu septycznego.

Co mogło się wydarzyć? Większość ginekologów-położników milczy w tej sprawie. Nie chcą oceniać sytuacji przed zakończeniem dochodzenia prokuratury w Katowicach. W zasadzie trudno się temu dziwić, bo w ciągu tych 24 godzin mogło dojść do kilku scenariuszy. Redakcja „Oh!Me” dostała list od lekarki ginekolożki, którą ostatnie wydarzenia skłoniły do opisania własnej historii i do apelu, byśmy spojrzeli choć przez chwilę na pracę lekarzy z drugiej strony. Z ich perspektywy! Lekarka prosiła nas o anonimowość.

Wszyscy czekamy na to, jakie będą ustalenia prokuratury

Ja też nie mogę przestać myśleć o tej kobiecie, która zmarła w Pszczynie. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że czasem kobietom odchodzą wody płodowe, ale wtedy procedury medyczne nakazują podanie: antybiotyków i ewentualnie sterydów, bo zdarza się (choć rzadko!), że worek owodniowy zasklepia się, a płyny wypełniają go, bo cały czas są produkowane. Być może była więc szansa, by taką ciążę donosić do 24 tygodnia, kiedy można już ją wywołać i próbować utrzymać wcześniaka przy życiu.

Powiem też tyle, że pracuję w szpitalu ponad 20 lat i nigdy nie widziałam tak szybko rozwijającego się zakażenia, które doprowadziłoby do wstrząsu septycznego. Ta infekcja musiała „iść” piorunująco, bo wszystko wydarzyło się w trakcie jednego dyżuru.

Czy lekarze nie powinni szybciej podjąć decyzję o terminacji tej ciąży? Być może! W jakim naprawdę stanie była pacjentka? Tego nie wiemy, bo nie znamy dokumentacji medycznej. Kluczowy jest poziom CRP i parametry morfologii. Nie możemy jednak wykluczyć, że faktycznie, gdyby lekarze wcześniej zdecydowali się na zakończenie ciąży, to ta kobieta przeżyłaby. Jednak to też nie jest pewne! Wydaje mi się, że zbyt szybko, pod wpływem emocji, wydaliśmy jako społeczeństwo wyrok. Tu naprawdę scenariuszy mogło być wiele. Poczekajmy na wyniki dochodzenia prokuratury i proszę spójrzmy na lekarzy przychylniej.

Coraz częściej mam wrażenie, że myślicie, że jesteśmy bezduszni

Że bez serca, że znieczuliliśmy się na cierpienie pacjentów. Po części jest to prawda. Musimy być twardzi, bo inaczej przecież nie potrafilibyśmy wykonywać swojego zawodu. Ale powiem wam, że większość z nas, ginekologów-położników, tuż po trzydziestce czuje się już wypalona zawodowo. Jesteśmy wrakami ludzi. Serio! My zazwyczaj nie śpimy na dyżurach, większość z nas czuwa, bo po co przymykać oko na 45 minut. Kobiety rodzą dzień i noc, czy pada, czy jest pełnia, czy nów. Bez przerwy! Dlatego też postanowiłam wam opowiedzieć o mojej pracy, byście lepiej nas zrozumieli.

Przyznam się, że do czterdziestki dyżurowałam nawet po trzy razy w tygodniu. Pracowałam wtedy po 90-100 godzin tygodniowo. Pytacie, po co tak robiłam, bo to wygląda na szaleństwo? Dopóki byłam rezydentem, nie mogłam stawiać się, bo w szpitalu nie było wielu lekarzy, a potem, gdy zostałam już szefem dyżuru, czyli miałam cały oddział położniczo-ginekologiczny na głowie, to czułam gigantyczną odpowiedzialność. Chodziłam więc do pracy z migreną, wywichniętym podczas ciężkiego porodu ciąży bliźniaczej barkiem, a nawet przyszłam tydzień po swojej operacji wyrostka. To adrenalina. To odpowiedzialność. To chęć niesienia pomocy. Ta trójka pcha nas w ramiona pięknej, ale jednocześnie upiornie wykańczającej pracy.

 

Fot. iStock/vm

Chcę opowiedzieć wam o swoim załamaniu

Tak, bo my lekarze też jesteśmy ludźmi! Każdy z położników z takim stażem jak mój, ma choć jednego pacjenta, który zmarł mu na stole operacyjnym. To jest okropne przeżycie, ale nie o tym chcę opowiadać. Paradoksalnie moje załamanie było związane z osobą, której nawet nie operowałam. W najmniejszym stopniu nie mogę czuć się winna jej śmierci, bo zajmowałam się tylko organizacją pomocy zewnętrznej podczas operacji ratującej jej życie.

Ta kobieta była jedną z pierwszych pacjentek, jakie zobaczyłam po powrocie do szpitala po swoim urlopie macierzyńskim. Wydała mi się sympatyczna, ale wystraszona. Do tej pory pamiętam, że była ubrana w zwiewną sukienkę w drobne kwiaty i miała włosy związane w koński ogon.

Mówiła: „Pani doktor, ja nie wiem, czego się tak boję! To jest jakiś okropny lęk, taki do szpiku kości przejmujący. Urodziłam już dwoje zdrowych dzieci drogami natury. Jestem doświadczoną matką, nigdy nie miałam kłopotu z karmieniem. Ale boję się i to strasznie!”

Pamiętam jej okrągłe oczy, lekko drżące ręce, wilgotne i zimne koniuszki szczupłych palców. Wszyscy w szpitalu pochyliliśmy się z uwagą nad jej obawami, ale ciąża przebiegała wprost idealnie. Zero zarzutów.

A jednak po porodzie jej macica nie chciała się obkurczyć, doszło do atonii. Trzech lekarzy na sali operacyjnej walczyło o jej życie ponad cztery godziny. Nic nie pomagało: ani łyżeczkowanie, ani masowanie. Nie odpowiadała też na leczenie farmakologiczne. Na szczęście dziś mamy o wiele bardziej skuteczne leki i myślę, że ta kobieta miałaby obecnie większą szansę na przeżycie. Wtedy przetoczyliśmy jej kilka litrów krwi i wiele jednostek czynnika krzepnięcia. Krew jednak płynęła i nie krzepła, szybko więc podjęto decyzję, że trzeba wyciąć macicę. Dopiero po sekcji zwłok wiedzieliśmy, że doszło do zatoru płynem owodniowym, co jest ekstremalnie rzadką sytuacją. To coś, czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Byłam wtedy po 24-godzinnym dyżurze w szpitalu, ale kiedy dostaliśmy wiadomość z bloku operacyjnego, nikomu nie przyszło do głowy, by wyjść ze szpitala. To było oczywiste, że cały zespół zostaje. Szukaliśmy dla tej kobiety krwi, szukaliśmy czynnika krzepnięcia w innych szpitalach. Każdy dzwonił ze swojej komórki, próbował coś załatwić. Wsiadaliśmy w swoje prywatne samochody i jechaliśmy po krew, bo mieliśmy za mało kartek. W końcu przewieziono tę kobietę na sygnale na OIOM, gdzie mimo reanimacji, zmarła.

To była już chyba moja 30 godzina na nogach bez snu!

Ale wsiadłam w swój samochód i na prośbę ordynatora zawiozłam dokumentację medyczną na OIOM. Ledwo widziałam na oczy, byłam nieprzytomna z przepracowania, a za chwilę miałam zacząć kolejny dyżur. Dlatego zaczęłam dzwonić po wszystkich lekarzach. Trójka, która tego dnia miała wolne, nie zgodziła się mnie zastąpić. Powiedzieli, że nie mogą w tym czasie odwołać pracy w prywatnych gabinetach i ja to rozumiem. Zgodziła się mnie zastąpić czwarta lekarka, do której zadzwoniłam.

Nie zapomnę też tego, co działo się ze mną przez następne pół roku. Wsiadałam do samochodu rano i zaczynałam płakać. A potem stawałam skupiona do operacji, do porodów. Jeśli nie płakałam rano przed pracą, to płakałam wieczorem po pracy. Zawsze w samochodzie, żeby nikt nie widział! Wszyscy wokoło myśleli, że jestem taka silna! Mąż, przyjaciele, rodzina, lekarze i położne ze szpitala. A ja beczałam jak małe dziecko, mając przed oczami obrazy tego dnia, twarz tej kobiety, myśl, że w domu zostawiła dwójkę małych dzieci i męża, który przyszedł odebrać ze szpitala córkę, która już nigdy nie pozna swojej matki. Przypominałam sobie ten jej atawistyczny strach. To cholerne przeczucie, że wydarzy się coś niedobrego. Do dziś zadaję sobie pytanie:

„Czy można mieć takie przeczucie własnej śmierci?” I odpowiadam, że można! Kiedy pacjentki mówią, że czują niczym niepoparty lęk, nigdy nie przechodzę obok tego obojętnie. Analizuję każdy szczegół, jestem napięta, skupiona do granic możliwości. I tak przyznaję – boję się.

Bo my też nie jesteśmy nieomylni i wszechmocni. Nie mamy zapewnionej w takich sytuacjach złamania pomocy psychologicznej ani psychiatrycznej, a ponieważ pracujemy na kontraktach, sami musimy ubezpieczać się od popełnienia błędu medycznego. To bardzo obciążające.

Ciężko pracujemy, naprawdę przejmujemy się pacjentami. Czy wiecie, ile razy w życiu, zanim położyłam się spać po dyżurze, dzwoniłam do lekarza, który przyszedł po mnie, by spytać, czy na pewno wszystko jest w porządku z moimi pacjentkami? By móc spokojnie zmrużyć oko, a potem biec, odebrać synka z przedszkola? Setki! Nie… raczej tysiące!


Zobacz także

Chcesz pozbyć się cellulitu – jest na to sprawdzony sposób

11 dowodów na to, że masz w sobie coś z zołzy. I wychodzisz na tym najlepiej

Elementarz codziennej przekąski, czyli jak mądrze podjadać między posiłkami