Lifestyle

Do bólu prawdziwe ilustracje komentujące rzeczywistość. Warto obejrzeć

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 grudnia 2015
FacebookSteve Cutts
 

Steve Cutts w dobitny sposób ilustruje naszą rzeczywistość. Trudno przejść obok jego rysunków obojętnie. Artysta nie pozostawia nam złudzeń komentując ilustracjami codzienność. Prawda bywa porażająca… Pewnie dlatego tak trudno te prace się ogląda…

Zaczynamy od rysunku na czasie…

Wesołych Świąt

 

Merry Christmas to all!

Posted by Steve Cutts on 23 grudnia 2014

Co z nami zrobi ewolucja

 

Evolution

Posted by Steve Cutts on 30 stycznia 2015

Na czym polega prawdziwy recykling

 

Recycling

Posted by Steve Cutts on 19 lutego 2015

A życie kołem się toczy

 

The Circle Of Life

Posted by Steve Cutts on 27 lutego 2015

Pułapka…

 

The Trap

Posted by Steve Cutts on 13 marca 2015

Co dziś w telewizji?

<

Wonder what’s on the TV tonight…

Posted by Steve Cutts on 18 marca 2015

Szczęśliwego piątku

 

Happy Friday 🙂

Posted by Steve Cutts on 19 czerwca 2015

Na własność

 

Owned

Posted by Steve Cutts on 3 lipca 2015

 

 

Szokujące? Ale jakie prawdziwe… niestety.


Lifestyle

„I poczułam, że jeśli teraz czegoś nie zrobię, to nie wstanę od stołu do niedzieli”

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
26 grudnia 2015
Arch. prywatne
 

Muszę się przyznać. Jestem psychologiem, pracuję jako psycholog, rozmawiam, leczę rozmową, a jednak czasami na smutki pomaga mi lepiej… sport. Nie rozmowa, nie terapia, nie pisanie, ale porządny wysiłek fizyczny przy dobrej muzyce. Mój mózg zalewa fala endorfin, serotoniny i dopaminy, i znów mi się chce. Chce mi się tak bardzo, że nie mogę usiedzieć na miejscu. I kocham ten moment, gdy wstaję następnego dnia i nie mam siły zwlec z łóżka obolałych pośladków. Wiem wtedy, że żyję.

Wstałam rano, zjadłam świąteczne śniadanie…

…i poczułam, że jeśli teraz czegoś nie zrobię, to nie wstanę od stołu do niedzieli. Zacznę od zwiększania częstotliwości zaglądania do lodówki (pod pretekstem szukania cytryny do herbaty lub mleka do kawy) i moje posiłki zamienią się w liczne przekąski, a ja będę czuła żołądek w gardle. Powitam znajomą senność, gdy cukier mi skoczy i otulę się kocem, szukając wzrokiem małej przegryzki do czytania. Niby fajnie, bo odpoczynek każdemu się należy, ale czy ja w ten sposób naprawdę wypoczywam?

Pobiegłam. Prosto do lasu obok mojego domu, który pachniał deszczem. Drobniutkie krople wody spadały na moją twarz, a ja czułam jak w każdym kilometrze zapadam się w deszczu. Biegnę. Żyję. Czuję. Oddycham. Muzyka w słuchawkach ustala mi rytm, według którego się ruszam. Moje ciało zlewa się w jedność z umysłem, emocjami, zmysłami. Dochodzę do momentu, gdy w głowie mam tylko przyjemny szum jak mruczenie kota, a mój organizm jest doskonale zsynchronizowany, nie czuję żadnego zmęczenia.

Kop energetyczny podpowiada mi…

… by zamiast auta wybrać rower jako środek komunikacji na korty. Elastycznie świąteczny Pan otwiera nam balon na kilka godzin. – Ileż można siedzieć bezczynnie – mówi do mnie czyszcząc pomarańczową powierzchnię. – Pani na rowerze? No szacun dziewczyno. To chyba 15 kilometrów tu przejechałaś. Szacun robi swoje, bo czuję się niemal jak Agnieszka Radwańska na Wimbledonie i serwuję swoje najlepsze uderzenia. Hej, nie rozumiem waszych komentarzy pod zdjęciem na Facebooku „nogi niżej”. Mam doskonale nisko ustawione nogi, tylko do zdjęć usztywniam je tak, by wyglądały na należące do 1,80 cm mierzącej kobiety, którą bynajmniej nie jestem. Gram swój najlepszy tenis (hahaha), łyk wody i wskakuje na rower.

Droga powrotna zajmuje mi dwa razy więcej czasu, bo a) jadę pod górkę, b) wieje mi w twarz ostry wiatr. Ale po wciągnięciu sporej dawki hormonów uznaję to jako wyzwanie, któremu dokładam „Pszczółkę Maję” Wodeckiego. Fakt, co chwila słyszę trąbienie zniecierpliwionych gości, którzy zapewne spieszą się do kolejnego stołu, przy którym siądą. Mijam więc odświętne koszule, kapelusze, błyszczące sukienki wystające spod płaszczy i myślę sobie, że choć wczoraj wam tych świąt zazdrościłam, to dziś już nie. Znalazłam swoje własne świąteczne buty i jest mi tak dobrze, naprawdę dobrze, że słów nie wystarcza.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Pozdrawiam mijanego rowerzystę…

… który mruga do mnie porozumiewawczo, jakby chciał mi powiedzieć „W poważaniu mamy bigosik i uszka, co?”, a ja mrugam do niego, odpowiadając „W poważaniu, mój drogi, w poważaniu”. I choć wiem, jak może być piękne rodzinne kolędowanie, to zamiast śpiewać do karaoke z laptopa, wybieram dziś ten wiatr i deszcz i Podkowę w słońcu.

Mijam domy, które są w kolejnej fazie budowy albo zdążyły ją ukończyć. Widzę nowe zasłony i nowych mieszkańców, którzy cieszą się jak ja wiele lat temu, że będą mieli swoje pierwsze święta w domu. Dzieci bawią się na na nowych podwórkach, zadowolone, że wystarczy szalik czapka i rękawiczki, i naciśnięcie klamki by znaleźć się na placu zabaw. Niektóre z nich ściskają pod pachą pluszaka od Mikołaja lub puszczają zdalnie sterowane auto. Rodzice asystują na podwórku lub wyglądają przez okno doglądając gotującego się barszczu. Iluminacje świetlne wokół domów przybierają różne kształty, gdzieś renifer ciągnie sanie, gdzieś bałwan świeci oczami albo Mikołaj wspina się po murach domu. Zaglądam do okien, w których żyje świąteczna historia niepodobna do żadnej innej. Jadąc rowerem czytam antologię ludzkich historii.

Wskakuję prosto na świąteczną kaczkę i buraczki. Zjadam bez milimetra wyrzutów sumienia. Potem makowiec i najlepszy pod słońcem nugat mojej mamy. Zwijam się pod kocem ze wspaniałą książką, którą dostałam pod choinkę i zanim przeczytam stronę – zasypiam ze zmęczenia. Śni mi się łąka, koc i kosz z kanapkami z dużą ilością masła i szynką. I ktoś jeszcze.

Jestem wdzięczna za tę wiosnę zimową…

… nie pamiętam takich świąt. Mój Tata zesłał mi słońce.

– Naprawdę pojechałaś tam na rowerze? (Jurek, 12-letni syn). – Tak – odpowiadam. – Myślałem, że nie dasz rady. Niedowiarek. – Jak było? – Pięknie! – mówię zgodnie z prawdą. – Jutro jadę z tobą.

A więc jutro będzie jeszcze piękniej. Zachęcam was wszystkich!

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne


Lifestyle

Nie oszukujcie się, że wy będziecie inni. Kłóćmy się, dyskutujmy, spierajmy, ale zawsze z happy endem – nic tak nie zbliża

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 grudnia 2015
Fot. iStock / CSA-Printstock

Nie ma par idealnych. Takich, gdzie brak konfliktów, kłótni, chowanych żali i pretensji. To niemożliwe, by przez kilkadziesiąt lat żyć ze sobą w wiecznej harmonii, pełnej zgodzie.

Tak, wiem – bardzo byśmy chcieli wierzyć, że takie związki istnieją, że do tego ideału my też podążamy. Ale może zamiast stawiać sobie tak wysoko poprzeczkę i dążąc do niemożliwego, lepiej pogodzić się z tym, że się różnimy. Że miewamy odmienne zdanie w przeróżnych kwestiach. Że to, co wkurza nas, może zupełnie nie przeszkadzać naszemu partnerowi.

Myślimy naiwnie – my się o te skarpetki kłócić nie będziemy. A później okazuje się, że skarpetki to pikuś, przy tym, o co kłócić się potrafimy. Więc może zamiast się frustrować, przyjąć, że kłócą się wszyscy, co prawda jedni mnie, drudzy więcej. Tamci bardziej ekspresyjnie, a inni spokojniej. Żyjemy razem, zmieniamy się przez lata, zmienia się nasze postrzeganie świata, stawiani jesteśmy wobec nowych, bywa, że trudnych sytuacjach i konflikt jest czymś zupełnie naturalnym.

O co kłócimy się najczęściej?

O pieniądze

O to, że ktoś wydaje za dużo, a ktoś inny za mało. O to, że nie ustalamy między sobą większych wydatków. Dla jednego pieniądze to poczucie bezpieczeństwa, pewnej stabilności, a dla drugiego narzędzie do zaspokajania swoich potrzeb. Kłócimy się to, że jedno z nas jest rozrzutne zbyt bardzo naszym zdaniem albo o to, że jest zbytnim skąpcem. Pieniądze mają dla każdego z nas różną wartość. Są tacy, którzy mówią: „jakoś to będzie”, a inni myślą o tym, by mieć choć małe oszczędności na czarną godzinę. Jeśli oboje jesteście rozrzutni, konflikt rodzi brak pieniędzy. Jeśli zbyt oszczędni – odczuwacie frustrację, bo ile można odkładać, oszczędzać. Tak źle i tak niedobrze. A jeśli jeszcze miewamy do siebie pretensje o to, że jedno zarabia więcej, inne mniej… Nie umiemy rozmawiać o pieniądzach. Okazuje się, ze bardzo rzadko ten temat poruszamy, a jak już zaczniemy, to kończy się wielką awanturą i pretensjami.

O dzieci

Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakimi będziemy rodzicami. Możemy zakładać, chcieć być wyrozumiałymi, kochającymi, wspierającymi, cierpliwymi, ale rzeczywistość koryguje te nasze wyobrażenia o sobie i… niestety często o partnerze. Okazuje się, że jednak mamy odmienne wizje wychowania naszych dzieci. Ty jesteś tą łagodną, on stanowczy. Macie do siebie nawzajem pretensje, że na dużo/zbyt mało pozwalacie, że nagroda/kara to skuteczna metoda. Kłócicie się o pół godziny przez telewizorem, godzinę przed komputerem waszego dziecka. „Tak, ty wiesz wszystko najlepiej – matka idealna” – rzuca on, „W ogóle się nie angażujesz, a później chcesz zaistnieć jako ojciec w pięć minut” – krzyczy ona. Tylko, że w tym konflikcie jest ktoś jeszcze – dziecko. Które to bez wątpienia kochacie i chcecie dla niego jak najlepiej. Może zamiast udowadniać sobie, kto jest lepszym czy gorszym rodzicem, warto pamiętać o dziecku.

O teściów

O teściową, która uwielbia wrzucać swoje trzy gorsze w wasze małżeństwo. O to, że on biega na każde jej zawołanie, a ty nie masz ochoty iść na kolejny niedzielny obiad u teściowej. O to, że za mało/za dużo pomagają, że są interesowni, że więcej dają siostrze/bratu niż wam. Partnera bierzmy w całym jego rodzinnym zestawem… Wiem, teściów się nie wybiera. Tylko po co się o nich kłócić?

O seks

O to, że go za mało – to on najczęściej, że za szybko – to ona. Nad seksem, jak i nad związkiem trzeba pracować, żeby nie popaść w rutynę, w nudę, w niechęć. Myślimy: „Gdzie te czasy, kiedy było mi z nim tak dobrze”. No właśnie one już były, minęły. Jest tu i teraz. Z seksem lepszym i gorszym, z seksem dla świętego spokoju, bez seksu, bo zmęczenie, ból głowy. A rano wstajemy, jak gdyby nigdy nic nie chcemy wracać do tego, co wieczorem. On ma pretensje, że go nie pragniesz, nie wykazujesz inicjatywy. Ona – że traktujesz ją przedmiotowo, nie okazujesz czułości, nie zdobywasz jej codziennie. A przecież seks jest tak ważny w związku. Nie umiemy o nim rozmawiać, często nie potrafimy, nie chcemy urazić. Czasami słyszę: „Daj spokój, ja mu tłumaczę, a on i tak swoje”.

O pracę

A raczej o czas, jaki pracy poświęcamy z pretensją, że nic poza pracą nie jest dla nas ważne. Boli, gdy druga osoba mówi: „Tak, praca dla ciebie jest najważniejsza”, a ty wiesz, że inaczej na razie nie możesz, że musisz się zaangażować bardziej. Brak zrozumienia. Poczucie niesprawiedliwości, że ona pracuje tak mało, a ja muszę tyrać po kilkanaście godzin dziennie i gdybym nie ja (facet), to byśmy nie mieli kaso na to (pod TO kryje się mieszkanie, wakacje, nowe buty, itp.) wszystko. A jak już jedno z was pracuje mnie, to drugie wymaga od niego, żeby bardziej zaangażował się w funkcjonowanie domu, wychowanie dzieci. Ma być po równo, każdy ma dawać tyle samo. Ja pracuję, ty zajmujesz się domem. Ja wychowuję dzieci, ty zarabiaj więcej na wakacje, żebyś mógł być z nami. I tak w kółko.

Terapeutka od par małżeńskich powiedziała mi kiedyś, że „komunikacja ważna jak miłość”. A ja pod jej słowami podpisuję się obiema rękami. Rozmawiajcie ze sobą. Do niczego nie prowadzi udawanie, że wszystko jest w porządku, niekończące się ustępowanie partnerowi. Kłótnia nie jest zła, gdy prowadzi do konstruktywnych rozwiązań, kiedy uczy, jak wypracować kompromis.

Wypiszcie sobie na kartce rzeczy, które was wkurzają, o które najczęściej się kłócicie, albo chcielibyście się kłócić. I zacznijcie od góry listy, choćby dzisiaj wieczorem. Usiądźcie i rozmawiajcie. To może być bardzo trudne na początku, ale uwierzcie, że warto. Może krzykiem, może żalem, może usłyszycie rzeczy, których słyszeć byście nie chcieli. Ale poczujecie moc. Na koniec. Rozwiązywanie konfliktów wzmacnia miłość, zbliża. Proszę, kłócicie się i rozwiązujcie wasze problemy. Mówcie o pretensjach, żalach. Znajdujcie wspólne rozwiązania i szukajcie kompromisów. Powodzenia.


Zobacz także

„Jedne panie robią się od razu czerwone, inne zachowują, jakby wychowały się wśród wibratorów”, czyli Polka w sex shopie

Zaufanie czy naiwność? Naucz się ufać zdroworozsądkowo

Zaufanie czy naiwność? Naucz się ufać zdroworozsądkowo

Co chciałbyś powiedzieć nauczycielowi twojego dziecka? Akcja „Lekcja przetrwania”