Lifestyle

Coś o kocie, Salomonie i ambonie – czyli co mnie dzisiaj wku*wia

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
21 listopada 2016
Fot. iStock / lolostock
 

Zawsze było tak, że to co globalnie dzieje się w naszym kraju średnio mnie obchodziło. Jakoś tak mało rzeczy chyba robiło na mnie piorunujące wrażenie, żeby się jakoś specjalnie podniecać tym, co oni tam w sejmie wyprawiają. Dzisiaj zastanawiam się, czy to tamci byli tak sprytni, czy to ci są tak bezczelni, że robią wszystko, co im się żywnie podoba na naszych oczach.

Czasami sobie myślę: „weź babo wyluzuj, dawaj na wstrzymanie, a niech sobie pieprzą te swoje farmazony, przyjdzie kto inny, pewnie będzie robił to samo, ale może z większą klasą chociaż, że wstydu na cały świat nie będzie”. No więc odwracam, kota ogonem – o kurczę, nie, nie TEGO akurat kota TAMTEGO pana. Tylko jakiegoś burka, co to pozwoli spojrzeć na całość z innej jednak perspektywy, bo że narzekać umiemy, to przecież nikogo przekonywać nie trzeba, a szukać pozytywów. A co tam, nie raz z motyką na słońce się wybierałam, to i tym razem spróbuję. W końcu co ja tam mam do stracenia.

„Co tam panie w polityce”

Jakby nie było, nigdy nie dyskutowaliśmy tyle o polityce, co teraz. Nawet nad zimnymi nóżkami i 50-tką czystej w doborowym tanecznym towarzystwie przewinie się „co oni tam wyprawiają”. No nie ma mocnych polityka w  końcu weszła pod nasze strzechy i już nikt nie mówi: „a co mnie to obchodzi”, bo nagle kurde obchodzi. Tak obudzić w społeczeństwie pasję do polityki – szacun.

O co chodzi z tą demokracją

O matko – społeczeństwo nam biją. Nagle wyszliśmy na barykady, rozłożyliśmy parasolki. Już nie tylko rolnicy blokują drogi, górnicy palą opony pod sejmem, ale łączymy się w międzynarodowym ruchu demokracji – która pokazuje nam środkowy palce mówiąc: „Wy swoje, a my i tak swoje, tyle jest warta ta wasza demokracja”. Trzeba umieć tak dosadnie i wprost powiedzieć, co się naprawdę czuje.

Jak trwoga to do Boga

Chociaż – nie, przepraszam. Właściwie to przecież nie o Boga chodzi. Tylko o instytucjonalność, którą uczynili z religii. Bo okazuje się, że wszystko jest na sprzedaż. Że kupczyć można wiarą i nadzieją na lepsze jutro, że za sznurki decydowania o kobiecym życiu mogą decydować ci, którzy o kobietach – sorry guys – wiedzą najmniej, a właściwie tyle, co nic. No chyba, że prowadzają się z gospodyniami. To spoko, chyba… A jak ktoś ma do jakichkolwiek decyzji rządu wątpliwości, to ksiądz z ambony chętnie wytłumaczy, o co chodzi.

Kłócącymi łatwiej sterować

Tak się właściwie zastanawiam, czy nikt tego nie widzi. Że to kij w mrowisko wsadzany co chwilę ma nas pogrążyć w dyskusjach o tym, czy ateista jest gorszy od katolika, czy może na odwrót. Czy matka samotna to jednak na pomoc państwa nie ma co liczyć, a rodzina z jednym dzieckiem, to żadna rodzina. No i czy ważniejsze jest życie od tego jeszcze nienarodzonego, czy tego, które jest, i walczy ze swoją niepełnosprawnością. Aaa no i o to, czy pigułka antykoncepcyjna to samo zło i źródło kobiecej rozpusty, że o aborcji już w ogóle nie wspomnę. Wszyscy dyskutują, jeden drugiemu urąga, obraża, wymachuje swoimi poglądami przed nosem nie mając zamiaru słuchać cudzych, bo jego są najpierwsze, najlepsze i najważniejsze. A jak chcecie się kłócić – proszę bardzo. Wy się kłóćcie a my swoje robić będziemy.

Z pustego – ch*j – Samolon nie naleje

Ale są tacy, którzy naleją, bo oni muszą wiedzieć jak rozdając pieniądze na prawo i lewo (i chwała im za to). W końcu 500 zł na dziecko, 4000 zł za urodzenie śmiertelnie chorego dziecka (samo wprowadzenie ustawy to koszt ok. 157 mln złotych), ekshumacje (10 mln), reforma oświaty, obniżenie wieku emerytalnego. Oj można by było wymieniać i wymieniać. Jest jeszcze przecież kara za nieprzyjęcie uchodźców, którzy do nas wcale nie chcieli przyjść, bo mamy opinię kraju przesiąkniętego rasizmem, gdzie brak tolerancji, a kościół trzęsie się, że jednak rodzina na 10 000 ludzi sprawi, że wszyscy przejdą na islam. No ale skoro ostatnio wiara=pieniądze za chrzciny i pogrzeby, to czemu tu się dziwić. Ci co wierzą naprawdę – a znam takich, oj znam – przyjęliby każdego z otwartymi rękami, a nie grozili wodą święconą z ambony i straszyli szatanem. Chciałoby się czasami powiedzieć – ten rodzaj katolicyzmu gorszy niż fanatyzm. Choć co niektórzy nadal chcą jedynie islam cechować fanatyzmem.

A wszyscy i tak mają nas w d*pie

O tym każdego dnia możemy się przekonać. My swoje, a ktoś inny swoje. I tu nawet nie ma racji ten co głośniej krzyczy. Można krzyczeć tysiącami głosów i co to zmieni.

Jakieś tam „nie zgadzamy się”, „protestujemy”, „nie chcemy”. Phi. Sobie gadać możemy, a pod przykrywką nocy przejdzie ta czy inna ustawa, a my rano obudzimy się z ręką w nocniku. W końcu czasami spać musimy, oni jak widać niekoniecznie.

Wku*wia mnie to wszystko na maksa. I to nie chodzi o to, ze to akurat ta partia, co ludzie. Koty naprawdę tylko teoretycznie dla własnych potrzeb przewracam do góry nogami, ale wkurza mnie to, że nic nie można zrobić. Można czekać, aż sami sobie podłożą minę za miną i znikną… Tylko kto będzie sprzątał ten cały syf?

P.S. Złożyłam jednak wniosek o paszport… Pani w okienku powiedziała, że ostatnio ich sporo w urzędzie…


Lifestyle

Trzeba mieć serce z kamienia, albo nie mieć go wcale!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
29 listopada 2016
Fot. iStock/Marjan_Apostolovic
 

Ryczeć mi się chce! Przysięgam. W głowie mi się nie mieści! Jakim trzeba być człowiekiem, by postąpić tak, jak poznańscy urzędnicy. Ja wiem, że system bezduszny, że przepisy i tak dalej. Ale żesz ku*wa na miłość boską znam wielu urzędników, którzy myślą, jak pomóc, a nie jak odebrać szansę na godne życie.

No dobra, może od początku. Pamiętacie Asię? Tę Asię, która w Poznaniu zorganizowała zbiórkę pieniędzy dla swojej ciężko chorej mamy? Ich wspólne życie to raczej długie miesiące spędzone w szpitalu, a nie na popołudniowych spacerach i zabawach. Mamie Asi niezbędna jest rehabilitacja. Wiadomo, że na tę z NFZ czeka się tygodniami, jeśli nie latami. Mama Asi nie ma tyle czasu, potrzebuje pomocy tu i teraz, a środki socjalne jakie otrzymuje z racji swojej choroby są niewystarczające. Dziewczynka więc, aby pomóc mamie, postanowiła zorganizować kiermasz na swoim osiedlu. Przygotowała wszystkie dla niej zbędne rzeczy – swoje ubrania, książki, zabawki, by móc wyprzedać je na kiermaszu i w ten sposób zebrać pieniądze na leczenie swojej mamy. To co się stało po wywieszeniu przez Asię ogłoszenia o kiermaszu, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Sprawa rozniosła się w mediach, zebrali się ludzie dobrej woli, którzy chcieli pomóc Asi i jej mamie. Ostatecznie na leczenie i rehabilitację zebrano UWAGA 101 tysięcy złotych. Po prostu serce rośnie! Jak wiele jest ludzi chcących pomagać! Jak niesamowite jest to, że potrafimy się zebrać tak po prostu, aby wesprzeć przecież obcą dla nas osobę!

I chociaż nie powinno mnie to dziwić, bo przecież niemal każdego roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy bije rekordy zbiórek. Każdy pomimo burz i zawirowań politycznych wokół samej Fundacji wrzuca do puszek to co ma najcenniejsze – i nie mówię o pieniądzach, ale o kawałku dobrego serca. WOŚP te pieniądze przekuwa na sprzęt szpitalny, na pomoc najbardziej potrzebującym.

Asia zebrane pieniądze chciała przeznaczyć dla swojej mamy, najdroższej i najważniejszej dla niej osoby. Tyle tylko, że poznańscy urzędnicy uznali zebrane podczas kiermaszu pieniądze za dochód mamy Joasi i cofnęli jej prawo do wszelkich świadczeń z tytułu jej choroby i niepełnosprawności…  Mi się to BARDZO PRZEPRASZAM, ale ku*wa nie mieści w głowie! Najpierw nikt nie robić kompletnie nic, by pomóc Asi i jej mamie, a później się okazuje, że to nic – to i tak było błogosławieństwem, bo można zrobić coś więcej niż nic i odebrać środki do życia!

Czy ktoś może mi to wyjaśnić? Ja wiem, że teraz każdy urzędnik zasłoni się przepisami, ale przecież każdy z nas jest człowiekiem! Jak można być tak bezdusznym, by w ogóle wpaść na taki pomysł! Jak można złożyć podpis pod pismem odbierającym środki do życia kobiecie, której OŚMIOLETNIA córka potrafiła zorganizować pomoc, a nie państwo, które przecież dba o każdego obywatela. Nie każcie mi tam dzwonić i pytać, czy z racji „dochodu” odebrano na przykład też 500 plus, bo rodzina przekroczyła próg dochodowy na jedno dziecko, a jak widać dziecko potrafi sobie pomóc bez jałmużny!

No i ryczę. Ze wściekłości, z bezsilności, z tego, że nie mamy na to wpływu, a przecież wystarczyło jednemu urzędnikowi z drugim zadzwonić, powiedzieć: „Pani kochana, tak bardzo się cieszymy, ale żeby nie odbierać Pani świadczeń podpowiadamy, że…”. To żadne przestępstwo! Mama Joasi nie zabiera pieniędzy państwu, nie jest złodzieje, po prostu jej córka trafiła do dobrych serc setek, jeśli nie tysięcy ludzi! Nie mogłabym spać na miejscu urzędników, naprawdę… Nie byłabym w stanie spojrzeć sobie w oczy. Żeby chociaż odmówić zajmowania się tą sprawą, zgłosić, powiedzieć jakie to nieludzkie…

Myślę teraz o pani Hani od bułek. Znacie sytuację? Otóż zwykły człowiek, przedsiębiorca z Olsztyna szedł sobie ulicą i postanowił kupić bułki od pani, która sprzedawała je przy ulicy. Jedną bułkę – za złotówkę. W czasie, kiedy tam stał straż miejsca wlepiała pani babci mandat w wysokości 200 złotych za nielegalny handel bułkami… Pan Konrad – ten od bułki – wrócił do Warszawy i znalazł panią babcię – Anię. Zaprosił ją na kawę i ciasto. Okazało się, ze kobieta jest po trepanacji czaski, miała guza mózgu, nie ma środków do życia, bo nie przysługuje jej renta, więc sprzedaje te bułki, jej dzienny dochód to kilkadziesiąt złotych… Pan Konrad postanowił jej pomóc, spontanicznie zorganizował zbiórkę dla „pani babci od bułek” i media znów obiegła wieść o człowieku z wielkim sercem. Dla pani Ani zebrano już około 200 tysięcy złotych, na spłatę jej długów potrzeba jeszcze sto tysięcy. Na pewno się uda, nie mam co do tego wątpliwości! Ale nasuwa mi się pytanie – co dalej? Kiedy znajdzie się ktoś, kto położy łapę na tych pieniądzach, kto odbierze daną pani Ani nadzieję na dobre i godziwe życie?

Pewnie większości z wam od razu przypomina się historia piekarza, który chleb rozdawał charytatywnie, a w wyniku działań urzędniczych był zmuszony zamknąć działalność… Takich historii na nieszczęście tych wszystkich ludzi można mnożyć.

Jedno mnie zastanawia – czy jest granica między systemem, prawem a ludzkim zrozumieniem i empatią. Przecież jesteśmy ludźmi, a nie maszynami wykonującymi zapisane na kartkach papieru zadania! A może się mylę?

Nie ma i nigdy nie będzie we mnie zgody na takie działania. Tyle mogę zrobić. I dołożyć się do kolejnej zbiórki organizowanej dla mamy Asi!


Lifestyle

Być żoną idealną. Kto mi do cholery podsunął ten pomysł?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
8 listopada 2016
Fot. iStock / Todor Tsvetkov

A gdyby tak zostać żoną idealną choć na jeden dzień. Pomyślałam o tym jakiś czas temu, ale realizacja tego zadania jakoś odkładana jest przeze mnie na coraz wyższą półkę. Brzydzę się idealności, bo w nią nie wierzę. Ale wiecie, jak to jest. Jak się nie spróbuje, to się człowiek nie przekona. A eksperymenty najlepiej robić na sobie. A tu jeszcze cel wyższy, bo w końcu chcesz być idealna dla kogoś, kogo kochasz. To jemu chcesz sprawić przyjemność i pokazać: „Kochanie, gdzie ty znajdziesz lepszą ode mnie”, zwłaszcza, gdy myślisz: „Matko, każda ode mnie byłaby lepsza” czepiając się po raz kolejny jakieś pierdoły. Bo ty z tych, co to w tyłek nie wchodzi, matki własnego męża nie udaje, czystych i wycerowanych skarpetek pod nos nie podsuwa. A raczej krzyczy, wymaga, drze się, jak on kawałek rozkrojonego pomidora na desce zostawia i maselniczkę otwartą na blacie, a koty tylko czekają na taką okazję.

No nie. Ja z tych trudnych, co to pranie zostawia w pralce na dwa dni i zdziwiona jest, że on nie porozwieszał. No jedno pierze, drugie wiesza, trzecie ściąga, czwarte układa. Sprawiedliwie prawda?

No i z gotowaniem różnie. Bo choć gotować lubię, to nikt nie powiedział, że w kuchni spędzę pół życia, a bynajmniej pół mojego dnia. Trzy obiady pod rząd to szczyt mojej wytrzymałości, a najlepiej, gdy w jeden dzień zupa, która na drugi zostanie. Później bez skrupułów pałeczkę w kuchennej sztafecie jemu przekazuję. W końcu, jak się chce to i gotować się można nauczyć. I to jak gotować!

Ale miało być o idealnej. Może bycie nią wcale nie boli, a uratować trudne chwile w małżeństwie zdoła? Bo nie ma co się oszukiwać, my baby, uwielbiamy komplikować sobie życie, wyszukiwać problemy, załamywać ręce i narzekać na tysiące głupot, które nam podobno w życiu przeszkadzają.

A gdyby tak raz inaczej? Gdyby tak od samego rana z poczwarki przeobrazić się w pięknego motyla i przywitać świat i partnera uśmiechem i słowami: „Kochanie, co byś zjadł na śniadanie”. Myślę, że to pierwsze wrażenie już byłoby piorunujące. Spojrzałby podejrzliwie, rozejrzał się dookoła, czy to aby na pewno do niego i uszczypnął, czy czasem nadal nie śpi.

A my w tym czasie już jajeczniczkę byśmy smażyły, kawę pyszną robiły z odrobiną cukru, taką jaką on lubi najbardziej. Warto pamiętać, żeby w pracy poinformować, że się tego dnia spóźnimy, bo nie da się być idealną wszędzie – i w domu i w pracy. W końcu życie wymaga poświęceń i ustawienia własnych priorytetów. Chociaż tego jednego dnia, niech on – mąż, partner, czy kochanek (tfu, dla kochanka to my raczej zawsze idealne jesteśmy) jest najważniejszy.

Uśmiech – to podstawa sukcesu akcji „Idealna”. Kiedy już potowarzyszymy mu przy śniadaniu, kiedy niby to niespiesznie odstawimy naczynia do zmywarki jest szansa, że on w szoku wyjdzie z domu. Wtedy można włączyć turbo przyspieszenie, tylko najpierw lepiej upewnić się, czy on nie wpadnie po zagubione kluczyki od auta, kiedy my siarczyście będziemy kląć stojąc na środku pokoju z jedną nogą wciśnięta we właśnie co podarte rajstopy. Och kochanie, to taki wypadek przy pracy. Się wymsknęło.

Dalszy przebieg dnia bez zmian, czyli wściekłość, furia w ulicznych korkach, w myślach przeklinanie gościa, który zajął nam ostatnie miejsce parkingowe i wyszarpywanie zawsze za ciężkiej torby z samochodu, z której raz za razem cała zawartość wysypuje się w służbowej windzie, gdy szukamy pomadki do ust… Lajf.

Ale nie wychodźmy do końca z roli. SMS do męża: „Kochanie tęsknię”, „Jak ci mija dzień”, „Dzisiaj zrobię, czego zapragniesz”. Pal sześć czy odpisze, tym już dawno przestałyśmy się przejmować, ważne by na nim zrobić piorunujące wrażenie po raz kolejny. Uśmiechasz się pod nosem wyobrażając sobie jego minę, kiedy na jakimś ważnym zebraniu odbiera MMS-a ze zdjęciem twoich piersi zrobionym w służbowej toalecie. A niech ma.

O obiedzie nie możesz zapomnieć. To nie ten dzień. Zaplanuj coś wyjątkowego, coś co on lubi najbardziej, ale rzadko masz ochotę to robić. O wiem, gołąbki – tak to wymaga poświęceń, z pracy trzeba wyjść wcześniej.

Jeszcze dzieci. Do odbioru. „Nie, nie kochanie, ja dzisiaj wszystko ogarnę” – mówisz słodkim głosem przez telefon wbijając jedną ręką hasło do e-dziennika, żeby sprawdzić plan lekcji, bo NIGDY go nie pamiętasz.

Dobra, docierasz do domu. Z zakupami, dziećmi, które popołudnie spędzą u koleżanek i kolegów – to w myśl zasady, że idealną na wszystkich polach na raz być nie można. Idealna mama plus idealna żona – zadanie dla prawdziwych twardzieli…

Przyspieszamy. Ale wcale nie przebieramy się w dresy. Co to, to nie. Dobra, do tych gołąbków można, ale pamiętajcie, żeby wrócić do wizerunku idealnej, nim mąż do domu wróci.

I on – pomagasz mu powiesić kurtkę, pytasz jak minął dzień i UWAGA – słuchasz, co do ciebie mówi. U ciebie oczywiście było cudownie, wszystko w porządku, jakąś anegdotę ze sklepu może opowiedzieć. I oddychasz z ulgą, gdy on proponuje lampkę wina pytając, czy się dobrze czujesz.

Przyjaciółkom już wcześniej dałaś znać, żeby tego jednego wieczoru do ciebie nie dzwoniły, więc nie zerkasz nerwowo na telefon. Jesteś uwodzicielska, miła, przyjazna i nic nie mówisz, NIC – kiedy on nie gasi światła w łazience, nie domyka lodówki, mleko odstawia nie na tę półkę. MILCZYSZ, kiedy robiąc dla was kawę (o tak wspaniałomyślnie się zgadzasz) rozsypuje cukier po blacie, i przewraca wszystko w szafce w poszukiwaniu czegoś słodkiego na ząb (fuck, zapomniałaś). Uśmiechasz się uroczo, gdy proponuje film – wiadomo strzelanki, hulanka, swawole. I kiedy ośmielony już twoją idealnością proponuje, że może jednak byście się przenieśli do sypialni, ty… śpisz na kanapie. Jednak co za dużo, to nie zdrowo. I ponad siły. Moje bynajmniej.

P.S. Dzisiaj się zastanawiam, kto mi podsunął ten pomysł o byciu idealną? Musiałam mieć gorączkę. Zdecydowanie.