Lifestyle

Córeczka tatusia? To, że mnie wyrzucił ze swojego życia bolało najbardziej. Nie chciałam żyć

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
18 lutego 2022
fot. Choreograph/iStock
 

Córeczki tatusiów. Przez wiele lat to określenie budziło u mnie grymas na twarzy i niesmak. Dlaczego? Córeczka jest mamusi, a nie tatusia. I dopiero jak na jednej z sesji terapeutycznych wyszło, że jestem typową córeczką tatusia, która w dodatku traktuje własną matkę jak rywalkę, to wówczas zaliczyłam nokaut od życia i to w wieku czterdziestu paru lat.


Tato. Pierwszy mężczyzna w życiu. Ten, co pokazuje, co znaczy bezpieczeństwo, odwaga, atrakcyjność, mądrość wyborów, odporność na stresy i sytuacje życiowe. Ten, do którego możemy przyjść się poskarżyć, a tata pójdzie i „nakopie” komu trzeba. Będzie trzymać nas na kolanach, a my będziemy jego oczkiem w głowie. Nauczy miłości i niezachwianej wiary w siebie. Stworzy nam silny kręgosłup, aby nie wybierać pierwszego lepszego co nam wpadnie w ręce, ale to, co najlepsze i to ze świadomego wyboru. Mężczyzna, za którym możemy się schować, gdy się boimy, bo ochroni nas przed całym światem. Będzie pilnować naszych wyborów i ambicji, rozwijać je, pokazywać, jak być przebojową. Nauczy nas, jaki ma być mężczyzna w naszym życiu i jak okazywać mu miłość. Przegoni pierwszych absztyfikantów, ale i poprowadzi do ołtarza. Oszaleje z radości gdy dowie się, że będzie dziadkiem. Jak go nie kochać?

Ale też może być i tak, że będzie mieć w naszym życiu rolę ojca jako kata, lub obojętnego sukinsyna. A mimo wszystko będzie w sercu córki ciągłą tęsknotą za miłością. I będzie się go kochać i utożsamiać się z nim, mimo bólu, który nam zadaje. Tak bardzo może kochać tylko córeczka tatusia, którą każda z nas jest, choć nie chce się do tego przyznać.

Byłam kiedyś w związku, gdzie była dziewczynka, córka mojego partnera. Śliczna i słodka. Miałyśmy ze sobą i te dobre i gorsze chwile, ale nawet po tak długim czasie od zerwania związku, wiem że bardzo mile mnie wspomina. Wiele mi w niej przeszkadzało jak reagowała na moje relacje z jej tatą. Na początku było spoko, ale potem już miała „obczajony” mój teren i mnie. Przeszła do ataku. Nie mogła znieść wpatrzonych oczu „jej mężczyzny” we mnie, naszych przytulanek, pocałunków, a czasem może i też odgłosu naszego seksu. Postanowiła „wygryźć” mnie z tego związku. Prostymi, jak to nastolatka, sposobami: zrzucenie na mnie za coś winy, podburzanie ojca na mnie, wymyślanie problemów na poczekaniu i fochów. Znała jego słabe punkty i wiedziała, co go wkurza, gdzie ma miękkie podbrzusze. On też nie był święty. Jak miał dobry humor, to nosił ją na rękach, dawał gwiazdkę z nieba, gdy ten humor nie był wystarczający, to dochodziło do bicia i wyzwisk. Płakała, błagała, nic. Jeszcze wpuszczał ją w większe poczucie winy, że sama to prowokuje i to jest jej wina. Ale ona nadal go kochała, o wszystkim zapominała, bo był nowy dzień i skrupulatnie pracowała na kolejna dawkę miłości od tatusia.

„Pieprz*na córunia mamuni” – usłyszała od męża. Gdy toksyczna relacja z matką niszczy związek

Wyrzekła się nawet matki, bo on jej nienawidził za to, że nie wytrzymała jego agresji i uciekła. Wykradła matce komórkę i dane po to, aby ojciec nie miał problemów w sądzie i nie było na niego haka. Wszystko z miłości silniejszej niż ból. Wkurzała mnie. Byłam jej rywalką. Nie wiedziałam dlaczego.

Moja relacja z moim ojcem była żadna. Rodzice się szybko rozwiedli, jedno zachowywało się gorzej od drugiego. Ojciec mnie nigdy nie uderzył, ale powiedział, że nie chce mnie znać, bo w czasie bójki i awantury między rodzicami, stanęłam jako mała dziewczynka przeciwko ojcu i podniosłam na niego rączkę. Nie pamiętam tego. Mimo, że miałam parę latek, wiedziałam, że bez matki bym nie przeżyła. Próbował mnie już raz oddać do domu dziecka, a matki się pozbyć. To wiem. Kolejne lata to były sporadyczne spotkania, zawsze w jakimś interesie. Sprawa o alimenty? Aby załagodzić sytuację, to jakiś obiad, spotkanie. By na drugi dzień, kiedy po ludzku chciałam porozmawiać, jak córka z tatą, mówił „czego chcesz?” I rzucał słuchawką. To przypominało prowadzenie cielęcia na rzeź. Miłe podprowadzenie pod ścianę i cios. Ale jakoś mój instynkt przetrwania był silniejszy i robiłam skuteczny unik. Studia? „Ty się nadajesz tylko do szmaty i  sprzątania w restauracjach”. Dach nad głową? „Dla mnie możesz mieszkać pod mostem”. Gdzieś to upychałam w sobie, aby nie bolało. Jednak jego pogrzeb był dobiciem. Nie zaproponowano mi nawet, abym się podpisała na klepsydrze. Córki nie ma. Rodzina w kondukcie żałobnym nie znała mnie, oprócz jego rodzeństwa. Ciotki i wujkowie od razu mnie poznali i przytulili. Ale już młode pokolenie było zaskoczone, że wujek miał córkę. Dlaczego nic nie powiedział? Córka uznana i o tym samym nazwisku. Nawet kiedy moje ciotki, a jego siostry, widziały mnie w telewizji przy okazji jakiś wywiadów i mu je pokazywały, mówił, że to nie ja. W testamencie mnie wydziedziczył, winiąc za wszystko mnie i matkę. To, że mnie wyrzucił ze swojego życia bolało najbardziej. Nie chciałam żyć.

Potem nastąpiła moja przeprowadzka do innego miasta. Ciągle tata mi się śnił, gdzieś mnie prowadził i… dobrze prowadził. Pilnował. Przyśnił mi się kiedyś na Dzień Ojca. Powiedział, abym zadzwoniła do jego brata i dowiem się całej prawdy o nim. Tak poznałam bliżej jego rodzinę i moje korzenie. Poznałam jego takim, jakim był człowiekiem, a nie z opowiadań mamy. Poznałam siebie. Jak jestem do niego podobna fizycznie i psychicznie. Ile mamy wspólnych cech i że po nim mam ten pęd do życia, zadaniowość i niepoddawanie się. Zrozumiałam, że kochałam go najbardziej i że byłam mu w stanie wszystko wybaczyć, byle tylko był przy mnie. Że w swoich myślach traktowałam go jako kogoś więcej niż tatę, a jako mężczyznę, który daje poczucie bezpieczeństwa, mądrość, prowadzi i strzeże. Ale to jest tylko tata. Dał mi życie i na tym jego rola się skończyła. Przynajmniej w tym życiu.

Znaczenie relacji ojciec – córka. Kilka prostych zasad tej miłości

Rozkminienie tego procesu zajęło mi sześć lat, a w sumie ponad czterdzieści. Z ciągłym pytaniem „dlaczego?”. Dzisiaj już nie mam w sobie złości i pretensji do tej dziewczynki, z mojego poprzedniego związku, bo doskonale ją teraz rozumiem. Ile energii wkładała w miłość, która ją raniła, ale nie umiała inaczej. Jak wielkie ma serduszko, zapominając o każdej krzywdzie. Ale to tak jest. Dzieci, nawet jeśli są źle traktowane, nie przestają kochać rodziców, tylko przestają kochać siebie. Uważają, że coś z nimi jest nie tak, że to w nich tkwi błąd. Że one są złe. Tak było i ze mną. Całą winę wzięłam na siebie.

Stąd nasze popsute związki. Nienawiść do kobiet i mężczyzn. Brak wiary w siebie. Potrzeba ciągłego chwalenia i dostrzegania tego, co robimy i kim jesteśmy. Toksyczność relacji. Niewidzenie siebie i swojej atrakcyjności. Szarpanie partnera i wymaganie od niego miłości bezwarunkowej, zamiast od siebie. Ciągle uważamy, że jesteśmy zjebane, nie umiemy sobie i innym wybaczyć. Całość bólu chowamy pod pancerzem albo pod przykrywką świetnego, sztucznego humoru, albo obojętności i izolacji od ludzi. Szukamy cech naszych ojców i rekompensacji potrzeb jako córeczek u naszych partnerów. I powiem wam, że ciężko sobie tę pustkę zrekompensować. Bez względu czy to jest partner starszy, młodszy, odpowiedzialny czy też nie. Nie ma to znaczenia, jaki jest. Nie da się, bo to jest zupełnie inna osoba, z innym losem i potrzebami. Przyciągamy partnerów takich, na jakich jesteśmy gotowe w danej chwili naszego życia. Miłość i zapełnienie pustki po tacie możemy dać sobie same, próbować, ale to jest proces. Nie na jedną sesję. Możemy nawet przez całe życie tego nie przepracować i uciekać od tematu, możemy też się z tym zmierzyć i odkryć w sobie słońce.

Najważniejsze jest wybaczyć. Sobie i jemu. Podziękować, że dzięki niemu jesteśmy na tym świecie.


Lifestyle

Niesnaski między nami są głupie. Dlaczego? Bo wszystkie jesteśmy takie same. Łączy nas kobiecość

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
9 marca 2022
fot. jacoblund/iStock
 

Przyjaciółki. Każda z nas chce mieć przyjaciółkę, lub być nią dla kogoś. Co to znaczy? Lojalna, kochająca, pomocna, akceptująca, powiernica naszych sekretów, rozumiejąca i wspierająca, wybaczająca, mądra, zawsze po naszej stronie. Kobieta kobiecie. Czy takie są? Na pewno.


Kiedyś moja mama zapytała mnie, dlaczego ciągle zmieniają mi się przyjaciółki. Na początku jest ogień, a potem słabnie. Tak, jak w związkach z facetami. Myślałam o tym i doszłam  do wniosku, że może tak  po prostu mam. Ale kiedy usłyszałam o pewnej medytacji znanej coacherki, gdzie do kręgu ognia zaprasza się wszystkie kobiety rodu, a następnie wrzuca do ognia to, co nie służy, to pomyślałam że też tak zrobię. Przyjaciółki – właśnie je mogę zaprosić do mojego kręgu ognia.

Pytanie, czy naprawdę były przyjaciółkami. Czy kobiety, które uważamy sobie za najbliższe, mają te wszystkie cechy opisane powyżej? Taka przyjaciółka od serca i do grobowej deski? Siostrzana dusza. Czuję, że były. Na tyle na ile umiały.

Zdałam sobie sprawę, że to nie chodzi o nie, a o mój stosunek do nich, po różnych sytuacjach w życiu. Od tych psiapsiółek z przedszkola, szkoły, przeżywałyśmy pierwsze miłości, męczyłyśmy jedna drugą czy chłopak który nam się podoba patrzy na nas, opowiadałyśmy o pierwszych miesiączkach po to, aby za jakiś czas się w nich zsynchronizować, dzieliłyśmy się lekcjami, kanapkami, ciuchami, problemami z rodzicami i wzajemnie się broniłyśmy kiedy coś było nie tak. Mężczyźni mają braterstwo krwi, a my jajników.

„Zaufałam sobie, przestałam się bać i brać emocje innych za swoje. Przestałam ratować wszystkich wokół”

Miałam taką przyjaciółkę w podstawówce. Nawet jak się wyprowadziłam do innego miasta, to jeszcze wiele lat pisałyśmy do siebie i to nawet tydzień w tydzień. Nie było wtedy komórek i maili. Była poczta. Niedawno się odnalazłyśmy po 20 latach! Ach, nie mogłyśmy się nagadać i świat dla nas znowu przestał istnieć. Znowu miałyśmy 12 lat, byłyśmy tylko dwie i machałyśmy nogami, wesoło przegadując się wzajemnie. Dlaczego przerwała się nasza przyjaźń? I to dosyć nagle i brutalnie. Jedna z nas stwierdziła, że nasze życia jako dorastających kobiet różnią się i nie pasują do siebie, i że powinnyśmy pójść każda swoją drogą. Do dzisiaj tego nie rozumiem, ale tak się stało.

Potem w liceum przyjaźń jak z kart „Ani z Zielonego Wzgórza”. Spałyśmy u siebie, wszystko o sobie widziałyśmy. Znaki świetlne przez okno. Cały dzień razem w szkole, a po południu wiszenie na  telefonie do wieczora, bo się jeszcze nie nagadałyśmy. I to na telefonie stacjonarnym, a nie komórce. Wspólne gadanie o chłopakach, o budzącej się kobiecości i seksualności, wspólne książki, filmy, nawet ospę przechodziłyśmy w tym samym czasie. Siedziałyśmy na telefonie, informując się wzajemnie co której i gdzie wyskoczyło. Dla mnie najgorsza choroba w moim życiu i trwała dwa miesiące! Wspólne wyjazdy, te same sympatie i antypatie. Uczyłyśmy się od siebie wzajemnie.

Aż trach, przyjaciółka pojechała nad morze z mamą i tam poznała pierwszego w życiu chłopaka. Takiego co i za rękę trzyma i się cudownie całuje. Kiedy wróciła z wakacji, była inna. Dostałam od niej list, że nie pasujemy już do siebie, że od życia oczekuje czegoś więcej i tę lukę wypełnia jej ten chłopak. Byłam załamana. Serce rozbite na milion kawałków. Płakałam tak przez tydzień, i tak głośno, że pies wył ze mną, a kot się wyprowadził z domu. Mama i babcia nie wiedziały jak mi pomóc, więc zerwały kontakty towarzyskie z rodziną przyjaciółki. Mama z mamą, babcia z babcią. Coś we mnie umarło. Serce się zamknęło. Ktoś znowu mi powiedział, że nie pasuję do niego, że mnie odrzuca jak trędowatą. Dowcip losu spowodował, że dwa lata później siedziałyśmy jedna za drugą na maturze, którą pisałyśmy z biologii. Słyszę jak ona płacze. Dlaczego? Utknęła w połowie tematu. Wymieniłyśmy się kartkami i dokończyłam za nią pracę. Dostała nawet lepszą ocenę niż ja. W sumie się ucieszyłam, że jej pomogłam, ale nadal nie rozmawiałyśmy. Kiedyś spotkałyśmy się na kawie. Wyglądało to napojedynek na ringu, która lepsza. Kompleksy fruwały w powietrzu. Nastała pustka.

A później już w moim życiu były takie bardziej koleżanki niż przyjaciółki. Żadnych bliskich więzi, bo już nie chciałam być zraniona. Żadnej nie umiałam już zaufać. Parę lat temu pojawiła się kolejna. Zaczęło się od wielkiego WOW, potem przeszło w awanturę gdzie syczałyśmy na siebie, aż przekształciło się w wierną przyjaźń. Tyle, że kiedy straciłam w życiu wszystko, ona też zniknęła.

Tak więc te wszystkie przyjaciółki, koleżanki zaprosiłam do tego kręgu ognia i wyrzucałam z siebie co mam do nich. Co mnie boli. Oczyszczałam siebie. Widziałam ich spuszczone głowy, uciekający wzrok i niezrozumienie o co mi chodzi. Tu nie chodziło o nie tylko o mnie. O wpuszczenie wreszcie do siebie zaufania do kobiet, o zaprzestanie rywalizacji, o wzajemne wybaczenie, o zaprzestanie porównywania się, stawiania wyżej od innych, niszczenia siebie i innych kobiet, wyśmiewania i drwienia z kobiecości, że czegoś można nie wiedzieć. I to puściło. Szczególnie jedna z nich bardzo ze mną zarezonowała.

Znalazłam się w punkcie ZERO. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, przede wszystkim posklejać siebie

Dziewczyna o tym samym imieniu, która potrzebowała tła aby samej móc błyszczeć. Wtedy, jako nastolatka w ogóle nie rozumiałam tych świadomych czy nieświadomych manipulacji,
deprecjonowania kogoś. Nie rozumiałam, że tak postępuje osoba która sama czuje się zagrożona i niepewna siebie. Niestety odcisnęła na mnie poważne piętno, które wtrąciło mnie w ogromne kompleksy i zniszczenie swojej kobiecości. Nie chciała mieć atrakcyjnej przyjaciółki, namówiła mnie na ścięcie włosów na chłopaka, co mnie oszpeciło, zaniżała poczucie wartości przy innych, raz porzucała, a raz przyciągała. A my czasem tak bardzo chcemy tej wyjątkowej przyjaźni, że godzimy się na te toksyczne relacje, tak jak na toksyczne związki z partnerami, bo pragniemy miłości i przyjaciółki, bliskiej nam kobiety.

To ten krąg był właśnie po to, aby to wszystko oczyścić i z głowy, i z serca. Docenić siebie i zrozumieć czego się było świadkiem. Podziękować za wszystkie doświadczenia sobie i im, bo to mnie w jakiś sposób ukształtowało. To były lekcje. Bo przecież na prawdziwą przyjaźń zawsze jest czas i miejsce. I niech będzie taka jakiej pragniemy i która nas wspiera i rozwija, a nie która jest zawistna i toksyczna.  To było bardzo oczyszczające. Po wrzuceniu wszystkiego do ognia, stałyśmy i patrzyłyśmy się na siebie, uśmiechając się ciepło, byłyśmy jednością, wszystkie takie podobne, inne ale takie same. Z tymi samymi wyzwaniami, kompleksami, trwogami, nadziejami i oczekiwaniami. Większymi czy mniejszymi piersiami, cellulitem, rozstępami czy fałdkami. Siwe, proste czy pokręcone. Bez względu na wiek, wzrost, wykształcenie. Po prostu siostry, których moc drzemie w jedności. W kobiecej solidarności. Bo przecież to, że jesteśmy tu i teraz, bez gorsetów, z prawem do głosowania, wykształceniem, pracą, równością, to właśnie zasługa tych ruchów, gdzie kobiety były zjednoczone ponad podziałami. Gdzie nie rywalizowały między sobą o stanowisko, o mężczyznę, o władzę, o miłość.

Jako puenta niech posłuży ostatni obrazek. Koleżanka zaprosiła mnie na spotkanie coachingowe dla kobiet, które prowadziła. O kobiecej mocy. Gdy przyszłam sala była wypełniona samymi seniorkami. Srebrne włosy lśniły w światłach jupiterów. Panie śmiały się i bawiły, ale też były wzruszone kiedy mówiono im jak są ważne, jakimi są brylantami, jak wiele schematów myślenia i stereotypów im nawkładano przez życie. Życie, które one już podsumowują. Patrzą z dystansu i perspektywy, ale z nadzieją że jeszcze coś fajnego się u nich zadzieje, też ile mogą dać innym kobietom tym siedzącym obok, lub dopiero rodzącym się. Było to bardzo wzruszające, ich twarze poorane zmarszczkami, z wypisaną historią, mądrością i doświadczeniem. Wszystkie trzymające się za ręce, tworzące krąg, śpiewające i tańczące. Patrząc na nie miałam poczucie takiej jedności, a jednocześnie poczucie zażenowania że ze sobą walczymy, rywalizujemy, a przecież wszystkie będziemy też tak wyglądać i się czuć. I zobaczymy wtedy, jak te wojenki między nami były głupie i bezsensowne. Dlaczego? Bo wszystkie jesteśmy takie same. Łączy nas kobiecość.


Lifestyle

Usta kobiety są tylko dla jednego mężczyzny. Usta są wierne

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
11 lutego 2022
fot. CoffeeAndMilk/iStock

Zadzwoniła do mnie przed chwilą koleżanka. Chyba dziesięć lat się nie widziałyśmy, więc nagadać się też nie mogłyśmy. Nie wiedziałam ile ma lat, bo głos zawsze taki młody, radosny jak u dziewczynki i taka sama spontaniczność. Uwielbiam. Powiedziała, że zbliża się do pięćdziesiątki i mąż ten sam. I dużo było o tym mężu. Widać, że ze sobą są bardzo szczęśliwi i nadal sobą zafascynowani, mimo że małżeństwo już z konkretnym stażem. Zapytałam, czy nadal uprawiają seks. „Tak. No wiesz jest inny niż kiedyś, ale jak najbardziej”. Zobaczcie, ile daje radości związek, w którym nadal jest płomień, wzajemne połączenie serc, dusz, umysłów i ciał. Jak można to pięknie prowadzić i być ze sobą jako przyjaciele, partnerzy i kochankowie. Da się? Tak.

Czytałam post na FB, gdzie kobieta prosi o radę co ma zrobić, kiedy mężczyzna po kilku randkach proponuje jej seks, aby zobaczyć czy będzie im dobrze w łóżku, zanim bardziej się zaangażuje uczuciowo i emocjonalnie.

Rozmawiałam potem ze znajomym. Przystojny, postawny mężczyzna, typowy samiec alfa, który bierze, co chce. Pytałam, dlaczego nie sypia z żoną? Dlaczego siedzi na portalach randkowych, na stronach porno i szuka przygód? Wcześniej poprosiłam o zdjęcie żony. Fajna, atrakcyjna, inteligentna kobieta. Wszystko gra. Tylko nie ma seksu. Dlaczego? „A bo wiesz, ile się można bzykać z tą samą kobietą, poza tym nam w łóżku nie styka. Uważam, że ludzie najpierw powinni się bzykać, aby zobaczyć, czy jest ogień, a dopiero później lepiej się poznawać”. Powiedział samiec alfa.

Coś w tym jest. Wiem, że zaraz się posypie grom z jasnego nieba, że przecież seks nie jest najważniejszy, są inne wartości, jak zaufanie i miłość, bezpieczeństwo itd. Ale zobaczcie, od czego najczęściej rozpada się związek? Od braku seksu, ognia, intymności. Co to znaczy dla kobiety? Zaczynamy się czuć mniej atrakcyjne i niepożądane. Popadamy we frustrację, że coś z nami nie tak. Pojawia się też zazdrość i niskie poczucie własnej wartości. Toksyczny facet od razu zwęszy nasze
fobie i będzie to wykorzystywał przeciwko nam. Czasem jest tak, że to my nie mamy driva na  partnera. Wtedy w głowie i nie tylko, spychamy seks na dziesiąty plan, bo dziecko, praca i dom ważniejsze. Albo tak nas męczy, bo nie satysfakcjonuje nas bzykanie z naszym partnerem, robi się nudno i na jedno kopyto, że unikamy i znajdziemy sobie każdą wymówkę, aby do niczego nie doszło.

Ciała nie oszukasz. Potrzebuje bliskości, pieszczoty, przytulenia, poczucia orgazmu i miłego odprężenia, produkcji endorfin, akceptacji takim, jakie jest. I mówimy tu o dobrym seksie, gdzie partner koncentruje się na potrzebach drugiej osoby, a nie na młockarni zwanej przelotem. To jest fajne raz na jakiś czas, a nie jako standard życia w parze. Tak! Miłość w łóżku, to sztuka i trzeba się wysilić i zadbać o to.

Gdyby znieść wstyd obyczajowy i uznać, że seks jest tak samo ważny na początku żeby się lepiej poznać i poczuć, jak dobra wspólna kolacja, to co by to było? Słucham na grupach kobiet, że jaką to zbrodnią jest pójść do łóżka na pierwszej randce, bo czy potem on to uszanuje, a czy się odezwie?  Z tym różnie bywa. Poznajemy się i jest flow. Oboje zgadzamy się na pójście do łóżka. Kobieta szczęśliwa, a mężczyzna albo kontynuuje z nią relację i wchodzimy wspólnie na wyższy poziom, albo  się rozchodzimy. Okazuje się, że sporo panów uważa, że jeśli poszła kobieta z nimi do łóżka na pierwszej randce to jest rozwiązła. Wtedy urywają kontakt. Tyle, że przecież to on ją namawia. Facet nie leży pod nią jak kłoda, a ona po nim skacze wbrew jego woli, bo to nawet jest wbrew męskiej  fizjologii. Może przecież zaproponować, „słuchaj poznajmy się bliżej, na wszystko przyjdzie czas”.

Zaliczył i przestaje się kontaktować, bo… ladacznica! Nie uważacie, że to jest forma zakłamania? Skorzystał i teraz nas obarcza winą. To po co żyć z takim mężczyzną i tworzyć relację z kimś, kto nas oszukuje oraz jest zakłamany w swoich intencjach? Szczerość jest ponad wszystko. Jeśli laska ma ochotę na seks z gościem, to idą i się kochają, bez oczekiwań. Po prostu, po ludzku miała na to ochotę. Odezwał się potem? Znaczy, że też i jemu było dobrze, i chciałby ją lepiej poznać lub po prostu kontynuować znajomość. Nie zadzwonił? Też spoko. Może doszedł do wniosku, że to nie było dla niego.

Wymyślił, że w każdą niedzielę o konkretnej godzinie będziemy się kochać. To było straszne

I tutaj znajdzie się milion usprawiedliwień, których my, kobiety, nie powinnyśmy brać do siebie. Od stwierdzenia „ladacznica”, po „czasoumilacz” na jeden raz. Mężczyźni oceniają ciało kobiety. Nawet długość palców u nóg, zapach cipki i jej smak, układając w głowie, czy tego chce na dłużej. Wiem, powiecie że kto kocha to akceptuje nas takimi jakimi jesteśmy. To powiem tak, my kobiety kochamy bezwarunkowo, akceptujemy, opiekujemy się, a mężczyźni są wzrokowcami: makijaż, fryzura, bielizna, doskonałość zapachu, głosu, myśli i chwili ulotnej. I zawsze było tak, że to  kobiety musiały być doskonałe i udoskonalone. Kokietować i uwodzić, a on przychodził i albo zabił woła i przyniósł do chaty, albo uciekł do innej. Niesprawiedliwe? Tak, ale tak jest. Przecież my możemy robić to samo, a nie czekać na przysłowiowego Godota i nie zadowalać się pierwszym lepszym, tylko zrobić casting. Który będzie najlepszy?!

Kobieta daje w seksie moc i energię mężczyźnie. My Was zasilamy. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o  kobiecej mocy, jaką mamy w sobie i jak potrafimy wzmocnić i co dać mężczyźnie w trakcie aktu seksualnego, to polecam wpisy na FB Justyny Jeska. Wtedy zrozumiecie co to znaczy seks. Że nie jest to bezmyślne stukanie do ulżenia sobie, a akt miłości, czułości, połączenia ciał, energii, emocji i zmysłów. To sztuka kochania istoty, ciała, poświęcenia mu uwagi, ciepła, troski. Orgazm jest jak kumulacja energii. Umiejętność jej wykorzystania jako zasilenie siebie i partnera. To magazyn energii i wiedza, jak czerpać z niego dla związku. To też emocje i intencje, które zostawia mężczyzna w naszym łonie.

Widzieliście twarz kobiety po orgazmie? Jej roziskrzone oczy, skóra, świecące i błyszczące włosy, głos rozćwierkany i uśmiech nieschodzący z ust. To jest właśnie to. Kobieta kwitnie kiedy jest właściwie i systematycznie podlewana jak kwiat. Nie ma co sobie oszczędzać. Jeśli jesteście razem i gdzieś magia przygasa, to porozmawiajcie jak ją rozpalić. Co się przez te lata stało, że zdechło? Gdzie się silnik zatarł? Czy wasze ciała nadają na tych samych falach? I tu nie chodzi o ekwilibrystykę gimnastyczną i kręcenie porno, a połączenie siebie na wszystkich poziomach. Podejrzewam, że wiele z was tego nie  doświadczyło.

Świece, kadzidła, piesek na kolankach i magiczne karty. I właśnie wtedy pokazał się w kartach ON

Ciało jest genialnie skonstruowane i gra się na nim najpiękniejsze utwory, symfonie. Jeśli się umie. Jeśli się szanuje swoją cielesność i łono, które jest generatorem energii, tej najlepszej. Jeśli się wie, co znaczy akt z kobietą i ceni chwilę wzajemnego połączenia. Z taką świadomością mogą dwie osoby zrobić wszystko, też wspólnie przekraczać granice, bo nikt nie będzie się czuł wykorzystywany, ani lepszy ani gorszy. To będzie wspólna podróż w nieznane. Jeśli Panowie uważacie, że kobieta jest „rozwiązła” to zwróćcie uwagę komu oddaje swoje usta. Jak się całuje. Usta kobiety są tylko dla jednego mężczyzny. To nie jest tak, że możemy z każdym. Usta są wierne. To tak jak prostytutki, lub jak pięknie mówią w serialu „After life” – pracownice seksualne, że możesz kupić ich ciało, ale nie usta. Usta są zawsze zarezerwowane dla ukochanej osoby. Wyrażają nasze emocje, są drogą do naszego serca, umysłu i ciała. Całowanie się z partnerem to wyraz miłości, przywiązania, a przede wszystkim czystych intencji. Pocałunek nie kłamie, a jak kłamie to od razu to czujesz.

Zadzwoniła do mnie przed chwilą koleżanka. Chyba dziesięć lat się nie widziałyśmy, więc nagadać się też nie mogłyśmy. Nie wiedziałam ile ma lat, bo głos zawsze taki młody, radosny jak u dziewczynki i taka sama spontaniczność. Uwielbiam. Powiedziała, że zbliża się do pięćdziesiątki i mąż ten sam. I dużo było o tym mężu. Widać, że ze sobą są bardzo szczęśliwi i nadal sobą zafascynowani, mimo że małżeństwo już z konkretnym stażem. Zapytałam, czy nadal uprawiają seks. „Tak. No wiesz jest inny niż kiedyś, ale jak najbardziej”. Zobaczcie, ile daje radości związek, w którym nadal jest płomień, wzajemne połączenie serc, dusz, umysłów i ciał. Jak można to pięknie prowadzić i być ze sobą i jako przyjaciele, partnerzy i kochankowie. Da się ? Tak.