Lifestyle

Cecilia Chiang – kobieta, która odmieniła oblicze chińskiej kuchni w USA

Redakcja
Redakcja
8 maja 2019
Fot. Materiały prasowe
 

Kuchnia chińska dotarła do Stanów Zjednoczonych w połowie XIX wieku. Szukający pracy jako robotnicy kolejowi lub zwabieni kalifornijską gorączką złota chińscy imigranci zaczęli masowo rozwijać różnego rodzaju gastronomiczne biznesy. Kulinarna kultura ich nowej ojczyzny była jednak całkowicie odmienna od tego, co wynieśli ze swoich rodzinnych domów.

Różnice widoczne były na każdym właściwie poziomie – od żywieniowych nawyków przez preferencja smakowe po dostępność produktów. W ten sposób wyewoluowała zupełnie nowa odmiana kuchni chińskiej, która z pierwowzorem niewiele miała wspólnego. Przekonanie Amerykanów do autentycznych chińskich smaków zajęło kilka dziesięcioleci, a przełom w tej kwestii nastąpił dopiero w latach 60. XX wieku. Ogromną rolę w tym procesie odegrała Cecilia Chiang. Oto historia tej fascynującej postaci.

Cecilia Chiang przyszła na świat w 1920 roku w Wuxi, nieopodal Szanghaju, w rodzinie zamożnych chińskich arystokratów. Jej prawdziwe chińskie imię to Sun Yun, co dosłownie oznacza „kwiat ruty”. Kiedy miała 4 lata, wraz z rodzicami i dwanaściorgiem rodzeństwa przeniosła się do Pekinu, gdzie zamieszkała w olśniewającej, 52-pokojowej rezydencji. Od najmłodszych lat miała styczność z najbardziej wykwintnymi i oryginalnymi chińskimi potrawami. Kulinarny świat bardzo pociągał małą Cecilię. Wbrew rodzicielskim zakazom lubiła zakradać się do kuchni i podpatrywać pracę dwóch znamienitych szefów kuchni, którzy byli zatrudnieni na stałe w jej rodzinnej posiadłości. Presja klasy społecznej, w której dorastała, narzucała jej jednak przeświadczenie, że spożywanie posiłków to wysoce sformalizowany rytuał i że nie godzi się, by osoba o jej statusie społecznym miała z gotowaniem cokolwiek wspólnego.

W 1942 roku, uciekając przed japońską okupacją, Cecilia wyruszyła wraz z krewnymi w kilkumiesięczną tułaczkę po środkowych Chinach, po czym znalazła schronienie w mieście Chongqing. Tam poznała Chianga Liang, odnoszącego sukcesy lokalnego biznesmena. Wielkie uczucie rozkwitło niemal natychmiast – para szybko bierze ślub i osiedla się w Szanghaju, gdzie prowadzi stosunkowo bezpieczne i wygodne życie, w czym nie przeszkadza nawet szpiegowska działalność pani Chiang na rzecz Amerykanów. Małżeństwo doczekuje się dwójki dzieci, May i Philipa, ale nim niepokoje II Wojny Światowej zdążą na dobre przeminąć, odżywa zawieszony na 9 lat chiński konflikt domowy i Cecilia znów musi uciekać – tym razem przed rewolucją komunistyczną.

Rodzina Chiang emigruje do Tokio, gdzie zaczyna na nowo układać sobie życie. Wielu bliskich Cecilii nie miało tyle szczęścia – jej rodzice umierają w biedzie, brat zostaje zamęczony w obozie pracy, a jedna z sióstr popełnia samobójstwo.

W 1960 roku Cecilia Chiang wyprawia się w podróż do San Francisco, by odwiedzić siostrę, której mąż niedawno umarł. Na miejscu – ku swojemu wielkiemu zdziwieniu – odkrywa, że spożywane przez chińską społeczność potrawy bardzo różnią się od tradycyjnego chińskiego jedzenia. Chop suey, egg foo young, kurczak w sezamie, które w Chinatown można spotkać na każdym kroku, tylko nieznacznie przypominają Cecilii dnia, którymi raczyła się w młodości. Któregoś dnia, podczas spaceru ulicami chińskiej dzielnicy, pani Chiang spotyka dwóch swoich tokijskich znajomych. W czasie krótkiej rozmowy okazuje się, że przyjaciele planują otworzyć w San Francisco chińską restaurację. Cecilia postanawia wesprzeć ich pomysł i wystawia im czek na 10 000 dolarów. Wtedy, zupełnie niespodziewanie, przyjaciele wycofują się ze swoich zamiarów. Istnieje tylko jeden sposób, aby pani Chiang odzyskała zainwestowane przez siebie pieniądze – musi poprowadzić ten lokal samodzielnie.

I tak, nie mając żadnego doświadczenia w biznesie, a wiedzę kulinarną opartą bardziej na dziecięcych wspomnieniach i fascynacjach niż rzeczywistej praktyce, Cecilia Chiang zostaje restauratorką w Ameryce. Cecilia Chiang wyszła z założenia, że „dobre jedzenie” to po prostu dobre jedzenie i jest ono smaczne niezależnie od lokalnych upodobań. Dlatego zamiast naśladować chińsko-amerykańskie trendy kulinarne, które obowiązywały wówczas w San Francisco, postanowiła zaproponować gościom prawdziwe chińskie smaki.

Restaurację urządzono w stylu nawiązującym do architektury pałacu, w którym wychowała się Cecilia. Ponieważ pani Chiang nie wiedziała, które dania chińskiej kuchni będą najodpowiedniejsze, pierwsze menu Mandarin, bo tak nazwała swój lokal, zawierało aż 200 pozycji. Początkowo miejsce nie cieszyło się dużym powodzeniem. Cecilia jako jedna z nielicznych kobiet w branży spotykała się z jawną dyskryminacją, a bariera językowa utrudniała jej komunikację z klientami i dostawcami. Ale powoli wszystko zaczęło się zmieniać… Mandarin przyciągał coraz więcej gości, a lokalem zainteresowała się prasa i wielu uznanych krytyków kulinarnych poświęciło mu sporo miejsca w swoich gazetowych kolumnach.

Wkrótce do Mandarin nie chodzono już tylko po to, aby delektować się smakiem wyśmienitych dań kuchni chińskiej, ale także, aby podpatrywać, uczyć się i czerpać inspirację. Restauracja Cecilli Chiang była pierwszym miejscem w San Francisco, gdzie można było spróbować prawdziwej kaczki po pekińsku, a wszystkich oryginalnych chińskich dań, które właścicielka „sprowadziła” do USA i tutaj spopularyzowała, wprost nie sposób zliczyć.

Sukces restauracji sprawił, że Cecilia Chiang postanowiła pozostać w San Francisco. Sprowadziła do siebie dwójkę dzieci, ale nie męża, chociaż formalnie nigdy się z nim nie rozstała. W 1968 roku Cecilia Chiang przenosi restaurację do nowej, mogącej pomieścić aż 300 osób sali; inwestycja ta wymagała wielomilionowych nakładów. Znakiem rozpoznawczym pani Chiang (oprócz olśniewających potraw) stał się charakterystyczny styl goszczenia i zabawiania VIP-ów oraz zamiłowanie do szykownych strojów i biżuterii.

W 1991 roku pani Chiang sprzedaje restaurację i przechodzi na emeryturę, wciąż pozostaje jednak aktywna na polu popularyzowania chińskiej kuchni i działalności charytatywnej. Wieloletnią przyjaciółką i piewczynią talentu Cecilii Chiang jest słynna amerykańska restauratorka i autorka książek kulinarnych Alice Waters. W jednym z telewizyjnych wywiadów Alice Watres stwierdziła nawet, że chce, aby jej ostatnim posiłkiem na ziemi była zupa z płetwy rekina według przepisu Cecilii Chiang.


Artykuł sponsorowany


Lifestyle

Jak to się stało, że tak cudnie się nie dobrali? Boska komedia „Niedobrani”, to prawdziwy majstersztyk

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
8 maja 2019
Fot. Materiały prasowe
 

Jeśli na hasło komedia romantyczna, widzisz przed oczami Hugh Granta sprzed dwudziestu lat, a w głowie kołacze ci: „dziś już takich nie robią…” – pora wybrać się do kina! Wieki tak się nie uśmiałam!

Lada dzień na ekrany trafi genialna, współczesna opowieść o miłości nieco inaczej. Piękna ona, a on… w ortalionowej kurtce z podstawówki. Trochę przygruby, trochę nieogarnięty, za to włochaty. I ona… po prostu Charlize Theron. Bogini, jedna z najpiękniejszych kobiet współczesnego kina – oczywiście uroda to nic w porównaniu z jej niezależnością i pewnością siebie. Te dwa światy zderzają się i trą jak paznokcie po tablicy. Ale choć zęby cierpną na sam widok ich starań, tej miłości nie sposób się oprzeć. No bo co z tego, że są cholernie niedopasowani, #Niedobrani, jak mało kto? Kto im zabroni kochać?

Fot. Materiały prasowe

Jak to się stało? Że tak cudnie się „nie dobrali”?

Charlotte Field, Sekretarz USA. Wpływowa, szanowana, podziwiana. Konkret baba, do tego piękna i diabelnie inteligentna. Pojawia się na jednym z licznych przyjęć, na których trzeba się pokazać i… spotyka Freda. To znajomi z dzieciństwa. Dokładniej rzecz ujmując, piękna Pani Sekretarz, jako nastolatka niańczyła Freda.

Fot. Materiały prasowe

A on? Nasz główny bohater ma sobą dość ciężki dzień – a raczej całą serię kiepskich dni i miesięcy… Jest bezrobotnym dziennikarzem, który nie chciał się sprzedać. Niestety nie udało mu się również dobrze, co bronić niezależności prasy, obronić swojego talentu i posady. Trafia na przyjęcie, zalewa się i zrządzeniem losu, umawia się z ucieleśnieniem kobiecego ideału.

Drobne iskry sprawiają, że filmowa Charlotte zaprasza Freda do współpracy. Jego cięty język i trafione poczucie humoru będą jej bardzo potrzebne – właśnie szykuje się do ogłoszenia światu swojej kandydatury w wyborach prezydenckich. No i się zaczyna! Praca, wyjazdy, dziwactwa – wszystko to skleja tę dwójkę coraz ciaśniej i mocniej.

Odwrócone Pretty Woman pokazuje arogancko środkowy palec wszystkim tym, którzy lubią mówić: „co ON/ONA z NIĄ/NIM robi??!!”. I bardzo dobrze! Cięty język, bezbłędne gagi, ciut seksu i… idealnie wyważone proporcje tej mikstury – czyli świetne kino!

Fot. Materiały prasowe

W główne role wcielili się  Seth Rogen i Charlize Theron. Choć Pani Sekretarz jest cudowna, trzeba oddać honory roli męskiej. Tak cudownie i zabawnie zagranej postaci, dawno nie widzieliście. Fred Flarshy w wydaniu Setha Rogena to majstersztyk. Perfekcyjne lustrzane odbicie bardzo zwykłego faceta.

Co mogę wam obiecać? Na pewno film bije na głowę setki romansideł z tanim humorem, i te, które zawsze uważaliśmy za fajne. Jest pikantnie, zaskakująco i choć czasem naprawdę hollywoodzko (trzeba gdzieś ten budżet wykorzystać, nie? 😉 ) – to z jajem! Rezerwujcie bilety! Cudo!

„Niedobrani”
w kinach od 10 maja


Lifestyle

„Język polski nie jest kobietą!”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
7 maja 2019
Fot. iStock

– A potem będzie mogła zostać pani naszym członkiem – powiedział do mnie miły pan.

Ach, zawsze marzyłam o tym, żeby być pana członkiem. I pana. I pana.

(Zazdroszczę GO panu. Ja skromna posiadaczka waginy.)

Język polski nie jest kobietą. (Pisze ,,W brakującej połowów dziejów’’ Anna Kowalczyk)

Nawet teraz standardem jest przyjmowanie przez kobiety po ślubie nazwiska męża, do 1964 nie było zresztą innego wyboru.

To jak się pani w końcu nazwa. Szota? Eksner? To czy mogę zapisać Eksner – będzie szybciej. (Na szczęście takie propozycje zdarzają się już coraz rzadziej).

Jeśli kobieta wyszła za mąż, a Wy znacie wyłącznie jej imię i panieńskie nazwisko to bardzo trudno będzie Wam ją odnaleźć.

Dla badaczy i badaczek herstorii jest to wielki problem.

Gościni

Członkini

Ministra

Naprawdę tak bardzo rażą Was te formy?

W poprzednich wyborach samorządowych w Pyskowicach jedna z kandydatek na burmistrza uparcie nazywała siebie – radnym.

,,Pani XY radny wielu kadencji.’’

Profesor Miodek tak pisze o żeńskich końcówkach: „Żadnego problemu nie mają Czesi i Słowacy, którzy tradycyjnie operują przyrostkowymi wykładnikami żeńskości i tworzą formacje typu rektorka, profesorka, docentka, doktorka, prezeska – tak jak w codziennym oficjalnym i nieoficjalnym obiegu języka niemieckiego – typologicznie słabiej przecież eksponującego rodzajowość gramatyczną niż języki słowiańskie – znajdują się Kanzlerin, Ministerin, Rektorin, Dekanin, Professorin z przyrostkiem -in – odpowiednikiem naszego -ka (kanclerka, ministerka, rektorka, dziekanka, profesorka).”

W języku polskim im silniejsze jest poczucie ważności danej funkcji sprawowanej przez panie, tym silniejsza skłonność do posługiwania się brzmieniem męskim.

Matematyczka woli być matematykiem, albo nauczycielem matematyki broń boże nauczycielką.

Słowa mają znaczenie a język jakim opowiadamy o sobie – tym bardziej!

Z poważaniem,

Katarzyna Szota-Eksner

(joginka, obywatelka, felietonistka, nie-do-końca  pisarka)

Katarzyna Szota – Eksner:. Prowadzi szkołę jogi Yogasana, ściśle współpracuje z Sunday is Monday i współtworzy gliwicki Klub Książki Kobiecej. Prowadzi autorską rubrykę Be Woman w Magazynie Be. Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie. Spisuje herstorie kobiet z sąsiedztwa .Dziewczyna ze Śląska, joginka, wegetarianka, felietonistka i feministka. Autorka bloga www.her-story.pl


Zobacz także

Co o tobie mówi twój indiański znak? Kto jest twoim duchowym przewodnikiem – bóbr, kruk, a może gęś?

7 typów toksycznych partnerów, którzy zniszczą ci życie

„Rusz tyłek, miła”. Przestań planować, bać się, czekać. Działaj