Lifestyle

Baba sama w podróży – bo chcemy i możemy!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
13 lipca 2016
baba sama w podróży
fot. iStock/Maxson_Design
 

Duszy podróżnika nie oszukasz. Możesz być przykładną żoną i matką lub przebojową studentką z ogromnym potencjałem, ale i tak raz na jakiś czas będziesz musiała uciec od codziennego świata i wybrać się w samotną podróż – żeby odpocząć, poznać trochę więcej świata, oczyścić umysł. Ponoć podróżniczki nie są dobrym materiałem na ukochaną, bo nie wytrzymają długo w jednym miejscu. „Ponoć” – to bardzo wygodne słowo.

Palcem po Google Maps

Kiedy już obudzi się w tobie pierwiastek włóczykija, cokolwiek będzie się działo, będziesz wracać do myśli o ucieczce – choćby na trzy dni, gdziekolwiek. Wystarczy jedna chwila, żeby podróżowanie po Google Maps zastąpić biletem na autobus czy pociąg i rezerwacją schroniska czy hotelu w ostatniej chwili. I nie ma w tym nic złego! Jedni odreagowują stres na siłowni, inni chlejąc piwo do lustra, a jeszcze inni potrzebują chwilowego odcięcia się od rzeczywistości. Na szczęście (lub nie szczęście) żyjemy w czasach, w których wszystko jest na wyciągnięcie ręki, nie tylko palca pod myszką. Wystarczy wybrać miejsce docelowe lub korzystając z rady Maryli Rodowicz, „wsiąść do pociągu byle jakiego”. Wszystko zależy od ciebie i tego, ile masz w sobie odwagi.

fot. iStock/ swissmediavision

fot. iStock/ swissmediavision

Do wnętrza siebie

To, że podróże kształcą, wiemy wszyscy. Zazwyczaj jednak na wakacje wybieramy wyjazdy z biurem podróży, najlepiej all inclusive. Może tak jest bezpieczniej, szczególnie teraz, kiedy na świecie panuje zamęt i strach przed kolejnymi atakami terrorystycznymi. Tylko czy ta zorganizowana turystyka kogokolwiek ocaliła? Pomijając fakty bezpieczeństwa masowego, bo samotna wyprawa może się okazać dla nas początkiem czegoś zupełnie nowego. W odosobnieniu łatwiej nam odnaleźć samego siebie, jakkolwiek banalnie to brzmi. To czas na odreagowanie codzienności, stresu, zabiegania, które potrafią nas przecież wykończyć na dłuższą metę. Wyłączenie się ze swojego własnego życia dzięki podróży może skutkować nieodwracalnymi zmianami, jakimi często okazuje się chęć zmiany zupełnie wszystkiego. Z dystansu lepiej widać pewne rzeczy, które umykają nam w domu czy pracy. Nagle widzisz, że twój związek jest do niczego lub przeciwnie, że masz o co walczyć; że pora zmienić pracę, może zadbać o siebie. Podróż to autoterapia, która przyda się każdemu.

Wcale nie tak samotna

Kobieta wyruszająca w samotną włóczęgę po świecie uważana jest za nieodpowiedzialną. Najlepiej, żeby miała obok siebie faceta, bo to gwarancja świętego spokoju i bezpieczeństwa. To trochę tak, jakby sama nie potrafiła o siebie zadbać. Zgoda, czasem robi się niebezpiecznie, szczególnie w przypadku podróżowania autostopem czy nocnych podróży taksówką. W większości takich przypadków wystarczy stanowcze nie, bądź dla bardziej ostrożnych (strzeżonego Pan Bóg strzeże!) posiadanie gazu pieprzowego w torbie. W wielu krajach samotne podróże kojarzą się przede wszystkim z seks turystyką, stąd mogą wynikać nachalne propozycje kierowców. Jest jednak coś w podróżujących kobietach, co otwiera jej drzwi do wielu miejsc. Może to seksapil, a może po prostu solidarność jajników. Samotna podróżniczka wzbudza ciekawość i pewien instynkt opiekuńczy, dzięki któremu możemy poznać prawdziwą kulturę danego miejsca i cudownych ludzi.

fot. iStock/csfotoimages

fot. iStock/csfotoimages

Stereotypowa wojażerka

Samotna, bez przyjaciół i faceta lub lecząca się z nieszczęśliwej miłości – tak społeczeństwo odbiera te z nas, które decydują się na zwiedzanie świata w pojedynkę. Może coś w tym jest, bo w końcu po coś wyruszamy w podróż. Szukamy siebie, swojego miejsca na ziemi, ale zawsze wracamy silniejsze, weselsze, jeszcze bardziej otwarte na innych. Pewien podróżnik, który zawsze za swój cel obierał góry, stwierdził, że nie ma nic piękniejszego od kobiety, która powraca z podróży, bo właśnie wtedy jest najbardziej sobą. Może ma to coś wspólnego ze zbieraniem cząstek swojej własnej osobowości od ludzi, których spotykasz na swojej drodze? Widząc, że ktoś inny żyje tak, jak chciałabyś żyć ty, masz w sobie więcej odwagi na spełnianie marzeń i przechodzenie od odległych planów do natychmiastowego działania.

#Viajosola

Dwie przyjaciółki z Argentyny wybrały się w wymarzoną podróż po Ekwadorze. Spakowały plecaki i wyruszyły w drogę, która miała być dla nich przygodą życia. Problemy rozpoczęły się już w pierwszych dniach, kiedy to dziewczyny zostały okradzione. Bez pieniędzy ciężko było im realizować pierwotny plan podróży. Piękne dwudziestolatki postanowiły więc przemieszczać się autostopem. To właśnie wtedy rodzina straciła z nimi kontakt i rozpoczęła poszukiwania. Ciała Argentynek zostały znalezione w strasznym stanie, z workami na głowach. Zawrzało. Kiedy kobietom zdarza się coś złego, społeczeństwo automatycznie kieruje winę na poszkodowane. Na forach roiło się od komentarzy dotyczących ubioru, wyglądu czy potencjalnych zachowań. Bo przecież kto to widział, żeby baby same jeździły po świecie! Na pewno były wyzywająco ubrane, same się prosiły, a do tego wykazały się skrajnym brakiem odpowiedzialności i wyobraźni. W sieci pojawił się hashtag – #Viajosola (podróżuję sama). Bo my, kobiety chcemy, możemy i będziemy podróżować samotnie.


Lifestyle

Wstyd mi za to, jak się upokarzam dla tej miłości…

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 lipca 2016
Wstyd mi za to, jak się upokarzam dla tej miłości...
Fot. iStock / Olga Altunina
 

Wiesz, że podobno o dobrej, szczęśliwej miłości najlepiej rozmawia się przy zimnej wodzie z cytryną, a o miłości niespełnionej czy trudnej, przy kieliszku czerwonego wina? Ale ta twoja kawa parzona, też dobra. I ciasto kruche, z jagodami. Jak ja dawno nie jadłam domowego ciasta… Robert ze słodyczy to jada tylko pączki z tej cukierni, koło nas. W każdy piątek je kupuję dla niego, zawsze cztery, w takim pudełku przewiązanym sznureczkiem. Chyba już od czterech lat.

Wiem, nie przepadasz za nim. Mało kto przepada. Ludzie myślą, że jest zimny, że kpiący, że potrafi być cholernie przykry. Dużo w tym prawdy. Ale wiesz, ja go kocham. Biorę go takim, jaki jest. Choć na początku próbowałam walczyć.

Miłość szalona… moja miłość

Poznaliśmy się w pracy, reprezentował klienta mojej firmy. Po spotkaniu w biurze chwilę rozmawialiśmy i tyle. Był rzeczowy, ironiczny, zabawny… Czyste, jasne zasady, żadnego flirtu, żadnych podtekstów. On – pełen kontrastów. Niby chłodny, ale jednocześnie bezpośredni. Poczułam, jakbym go znała od lat. Zapadł we mnie tak mocno, myślałam o nim intensywnie od tamtego momentu. Kiedy następnego dnia rano odczytałam wiadomość z propozycją spotkania, czułam, że latam nad ziemią. A zawsze podśmiewałam się z moich przyjaciółek, nerwowo odliczających godziny do tych ich randek.

Długo trzymał mnie na dystans. Chodziliśmy na kawę, Robert kpił sobie ze swoich współpracowników, z ludzi w kawiarni, z całego świata. Ja byłam jego wierną publicznością. I powiem ci, długo wierzyłam, że jest po prostu lepszy od innych, więc ma prawo być aż tak krytyczny. Głupie, co?

Ze mnie też sobie żartował. – Jak ty chcesz coś osiągnąć z takim podejściem do życia – beształ mnie często. I bezlitośnie komentował sukcesy moich przyjaciół. – Ja bym to zrobił lepiej, ja bym z tego biznesu wycisnął o wiele więcej… – taki ma stosunek do ludzi.

Kiedy on obejmował mnie na pożegnanie pierwszy raz, ja już kochałam. Zresztą, pierwsza wyznałam mu miłość, pierwsza go pocałowałam. Po kilku miesiącach zamieszkaliśmy u niego. Byłam szczęśliwa. Moi znajomi i rodzice już mniej. Chyba przejrzeli go wcześniej.

Gesty? Czasem przynosił mi jakiś kwiatek, raz na kilka miesięcy powiedział do mnie zdrabniając moje imię, kilka razy pogłaskał mnie po policzku. Każdą z tych sytuacji pamiętam dokładnie. Pomagają mi przetrwać trudne momenty. Seksu nie liczę. Dziś wiem, że to, co dostaję, to wszystko na co go stać.

Jaki jest?

Jest niedostępny, nawet dla bliskich. Nigdy nie usłyszałam od niego, że się o mnie martwi, że chciałby mi pomóc. Masz problemy w pracy – twoja sprawa, poradź sobie jakoś. Twoja mama choruje – zdarza się, od czego w właściwie mamy lekarzy? Chcesz wyjechać z przyjaciółką na tydzień – jedź nawet na trzy, tylko nie bierz samochodu, ja potrzebuję.

Zazdrość? Nigdy nie poczułam, żeby był o mnie zazdrosny. Ja, owszem, często umierałam z zazdrości. Nie lubiłam jego nowych znajomych, koleżanek z pracy… Wyobrażałam sobie, że spotka w końcu kogoś, dla kogo zapragnie być inny: czuły, uważny. I jeszcze bardziej chciałam o niego walczyć. Totalne szaleństwo. Wstyd mi za to, jak się upokarzam dla tej miłości.

Kiedyś mieliśmy taką rozmowę. Spytałam go, czy jestem dla niego ważna. Odpowiedział, że tak, ale nie wolno mi wymagać, żeby mi to ciągle udowadniał.

Kiedy chorowałam, nie mogłam liczyć na jego pomoc. Raz  miałam anginę. Dostałam wysokiej gorączki, nie mogłam o własnych siłach wstać z łóżka. – Zadzwoń do mamy – powiedział i wyszedł z domu. Na łóżku zostawił mi 100zł na taksówkę. Ale on tak rozumie troskę o drugą osobę. Nie zadzwonił potem z pracy, nie pisał. Z biura pojechał prosto na jakieś spotkanie. Bolało jak cholera.

Po tej sytuacji zaczęłam mu robić wyrzuty. Że inni faceci potrafią sprawić, żeby ich kobieta czuła się pewnie. A bycie z nim to taka ciągła niepewność: właściwie kocha, czy nie? Zależy mu? Że mógłby mieszkać z byle kim i nie czułby różnicy. Że moje samopoczucie, moje uczucia nie są dla niego ważne. Że ta samotność pod jednym dachem strasznie boli. Że właściwie jest mu chyba obojętne, czy jesteśmy razem, czy nie. Stopniowo docierało do mnie, że mamy zupełnie inne definicje miłości i związku. Co dla mnie i pewnie dla większości normalnych par jest obojętnością, dla niego było dbaniem, żebym nie przekraczała granic jego wolności.

Rozmowy zawsze kończyły się tak samo: moimi łzami, ocieranymi ukradkiem w łazience. Bo przecież on nie lubi łez. – Jeśli jesteś taka nieszczęśliwa, odejdź – namawiał mnie całkiem poważnie.

A ja byłam nieszczęśliwa i chciałam, żeby on mnie zatrzymywał, żeby obiecał, że będzie się starał być inny: ciepły, wrażliwy. Myślałam, że uleczę go moją miłością. Starałam się, żeby ją czuł na każdym kroku, chciałam go jej uczyć, pokazywać mu na czym polega związek. Chudłam i brzydłam. Moje przyjaciółki mówiły, że to żenujące, że straszne, że powinnam go rzucić, że zasługuję na prawdziwą miłość. Ja wierzyłam, że jego miłość jest prawdziwa i że może być doskonała. Wierzyłam, że to w ogóle jest miłość.

Potem zaczęłam go karać. Próbowałam być taka sama, obojętna, zimna. Przestałam witać w progu z uśmiechem, planować wspólne weekendy. Szybko mnie rozszyfrował. Głupi żart, jakaś namiastka czułości rzucona jak wygłodzonemu psu i łamałam się. Wiesz, ciągle jeszcze byłam pewna, że go zmienię. Myślałam jak tysiące innych, zakochanych dziewczyn.

Próbowałam nawet mieć romans. Umówiłam się wieczorem z kolegą z pracy, poszliśmy na kolację. Uciekłam. Nie potrafiłam nawet zjeść z innym facetem cholernej kolacji.

Mówi, że kocha…

Słowa miłości padały. Równie rzadko, jak zdarzały się te „czułe” gesty. Za każdym razem miałam łzy w oczach. To były momenty, w których znowu zaczynałam żyć nadzieją, że on się jeszcze zmieni.

Po trzech latach przyszedł kryzys. Wróciłam kiedyś z pracy, wykończona, pół miesiąca zamykałam trudny projekt, a moja mama umierała na raka, w szpitalu, dwie przecznice od nas. Poczułam się tak bardzo samotna, że usiadłam w fotelu i łzy same zaczęły kapać. Ryczałam pół godziny, wyłam prawie. Przyszedł z drugiego pokoju, rzucił coś tym swoim sarkastycznym tonem. Zrozumiałam, że muszę natychmiast wyjść. Pamiętam, jak do torby wrzuciłam szybko ulubione dżinsy, kilka płyt, laptopa.

Zadzwonił wieczorem, skłamałam, że chcę pobyć trochę z ojcem. Tydzień później odeszła moja mama. Wysłałam mu SMS. Zadzwonił zapytać jak się czuję ja i jak się trzyma mój tata. Rozmowa trwała może 30 sekund. Na pogrzeb przysłał kwiaty, ale nie przyszedł.

Wróciłam, bo zadzwonił, że pusto w domu. Dla mnie to było jak najpiękniejsze wyznanie miłości. Otworzyłam drzwi kluczem, wyjrzał z salonu, podszedł. Nie oczekiwałam więcej.

Jestem w trzecim miesiącu ciąży. Chcę wychować to dziecko w poczuciu, że jest kochane, ważne, wspaniałe. Wierzę, że kiedy on je zobaczy, coś w nim pęknie. Ale ciągle nie wiem tego na pewno. Czy będzie umiał kochać?

Lubię zbierać palcami okruszki ciasta z talerzyka. Naprawdę dobre ci wyszło to kruche z jagodami.

Wysłuchała: Anna Frydrychewicz


Lifestyle

Syndrom pustego gniazda – zmora matek i… ojców

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 lipca 2016
Syndrom pustego gniazda
Fot. iStock/ AleksandarNakic

Smutek, depresja, uczucie żalu i strach przed przemijaniem – to emocje rodziców, których dzieci opuszczają rodzinny dom i zaczynają życie na własny rachunek, po swojemu. Syndrom pustego gniazda dotyka w większym stopniu kobiety niż mężczyzn, choć i im zdarza się cierpieć. Jednak to kobiety podwójnie przeżywają tę sytuację, bo często moment, w którym dorosłe dziecko wyprowadza się, zbiega się z menopauzą matki, ze starzeniem się i odchodzeniem jej rodziców. 

Sprawy nie ułatwia przedłużenie etapu „gniazdowania” dzieci przy swoich rodzicach. Bywa, że dorosłe już dzieci prowadzą wygodne życie, a rodzinny dom traktują jak bezpłatną stołówkę. Trzydziestolatkowie bojący się wziąć odpowiedzialność za swoje życie i w pełni korzystać z przywilejów, ale i obowiązków dorosłości, odchodzą potem nagle, z dnia na dzień, zazwyczaj wtedy, kiedy znajdują kogoś „na życie”, a rodzice zostają z pustką, którą często trudno wypełnić.

Co ciekawe, często kobiety nie zdają sobie sprawy, że ich problemy zdrowotne, obniżony nastrój, poczucie smutku – to właśnie syndrom opuszczonego gniazda. Warto wiedzieć, jakie są jego symptomy, bo móc w przyszłości – dla jednych dalszej, dla innych bliższej – sobie z nim poradzić.

Jak rozpoznać syndrom pustego gniazda

Uczucie pustki i ciekawość, jak radzi sobie nasze dorosłe dziecko nie świadczą jeszcze o tym, że mamy z tą nową sytuacją problem. Niepokojące są natomiast:

Poczucie utraty tożsamości na rzecz swojego rodzicielstwa (zwłaszcza u pań)

Występuje wtedy, kiedy trudno nam na nowo zorganizować sobie czas i kiedy nie potrafimy zdefiniować swoich potrzeb. Jeśli dotyczy nas problem syndromu pustego gniazda oznacza to, że do tej pory nasze życie kręciło się zbyt mocno wokół dzieci, że żyliśmy głównie ich sprawami. Gdy znikają nam z pola widzenia zaczynamy mieć problem z identyfikacją swojej roli w rodzinie. Nadal czujemy się odpowiedzialnymi rodzicami, ale odbiera nam się możliwości realizowania się w rej funkcji. Kim więc jesteśmy?

Uczucie utraty kontroli nad życiem dzieci (szczególnie panowie)

Do tej pory mocno odczuwaliśmy, że jesteśmy w miarę „na bieżąco” z tym, co wydarza się w życiu członków rodziny. Ważne sprawy prawdopodobnie omawialiśmy razem, w rodzinnym gronie. Teraz, nagle wszystko się zmienia. Jeśli w grę wchodzi miłość, obok naszego dziecka pojawia się ktoś NAJWAŻNIEJSZY, musimy liczyć się z tym, że to właśnie opinia partnera jest (i tak jest prawidłowo) dla niego najważniejsza. Jeśli decydują o swoim życiu, nic nam do tego. Ten fakt szczególnie trudno zaakceptować rodzicom, którzy nadal „nie odcięli pępowiny”. Jeśli wyfruwanie z gniazda nie następowało stopniowo, w naturalny sposób, poprzez stopniowe rozluźnianie więzi – może być naprawdę ciężko. W takich sytuacjach rodzą się konflikty, a rodzice mają tendencję do obwiniania partnera swojego dziecka za „odsuwanie” ich od jego życia i jego spraw.

Poczucie braku celu

Znajoma z pracy powiedziała mi kiedyś „ Nie mam już po co wracać do domu, skoro jego (35-letniego syna – przyp. red.) już tam nie ma i nie możemy wieczorem pogadać, popijając herbatę w kuchni.”. Nie widziała możliwości, pozytywnych stron tej sytuacji, zapomniała nawet, że nie jest w tym domu sama, bo czeka na nią mąż, z którym naprawdę dobrze się rozumie. To częsty błąd matek cierpiących na syndrom opuszczonego gniazda. Odejście dorosłego dziecka traktują jako koniec najważniejszego etapu w ich życiu, a nie jako koniec JEDNEGO z WAŻNYCH etapów w ich życiu. Jeśli przed wyprowadzką syna czy córki ich cele i marzenia dotyczyły jedynie tego, co związane z dziećmi – teraz będzie im bardzo trudno snuć plany dotyczące realizacji osobistych zamierzeń.

Ciągłe próby ingerencji w życie dorosłego dziecka

Teoretycznie żyjecie oddzielnie. On ma własne mieszkanie, pewni zaraz się ożeni, ma dobrą pracę i spotkania z przyjaciółmi. Ty nadal traktujesz go jak małe dziecko. Planujesz wspólny niedzielny obiad, wspólne zakupy, może nawet wakacje (!), zupełnie tak, jak gdyby nic się nie zmieniło. Dzwonisz, żeby przypomnieć o telefonach z życzeniami dla pozostałych członków rodziny, sprawdzasz, czy dopełnił urzędowych formalności. Próbujesz cały czas mieć kontrolę, nieproszony udzielasz porad i wskazówek. Strofujesz i krytykujesz, niezadowolony oznajmiasz, że powinien postąpić inaczej, że ty byś to załatwił „tak, a tak”.  Odpuść. Tamten etap już minął. Naprawdę pora na zmianę relacji, to wszystkim wyjdzie na dobre.

Brak akceptacji dla decyzji podejmowanych przez dorosłe dziecko samodzielnie, bez konsultacji z rodzicami

Do tej pory dziecko pytało cię o opinie w różnych sprawach. Może nawet traktowało jak powiernika. Jeśli nadal chcesz być dla niego autorytetem, szanuj jego decyzje. Nie narzucaj swoich rozwiązań – to, co było dobre dla ciebie, niekoniecznie sprawdzi się w sytuacji twojego dziecka. Mimo, że w jego żyłach płynie ta sama krew to całkiem odrębna osoba, inny człowiek.

Tego nie rób:

Nie wzbudzaj wyrzutów sumienia: za mało dzwoni, za rzadko cię odwiedza

Jesteś jedyną osobą, którą te wyrzuty naprawdę zabolą. Postawisz się w roli ofiary, która „tyle poświęciła” dla niewdzięcznego dziecka i w efekcie tylko poczujesz się gorzej. Postaw się raczej w sytuacji twojej córki czy syna. Przypomnij sobie, jak to było, gdy marzyłeś o chwili spokoju od stęsknionych rodziców…

Nie udawaj, że nic się nie zmieniło

To nie prawda, że wszystko będzie jak dawniej. Wyprowadzka z domu to naprawdę milowy krok w życiu każdego człowieka. Ciągłe odwiedziny, telefony, próby narzucania sposobu spędzania wolnego czasu tylko znacznie utrudnią ułożenie sobie życia po swojemu i wzięcie za nie odpowiedzialności.

Przestań się ciągle martwić o bezpieczeństwo i dobre samopoczucie twojego dorosłego dziecka

Dorosłość polega na tym, że człowiek sam sobie ze sobą musi sobie czasem poradzić, sam wpaść w tarapaty i sam z nich wykaraskać. I już.

Co możesz zrobić dla siebie:

Odsuwaj od siebie wszelkie negatywne myśli i koncentruj się na pozytywnych stronach wyprowadzki (wolna łazienka!)

Już wcześniej pracuj nad akceptacją tego nieuniknionego etapu i zmian w waszych relacjach

Ustal zasady waszych kontaktów, żeby uniknąć napięć

Zajmij się rozpoznawaniem swoich potrzeb

Odkryj na nowo miłość swojego życia – skoncetruj się na relacji z partnerem

Zacznij „coś nowego”: zapisz się na kurs, zacznij pisać książę – zrób coś, co skutecznie zajmie twoje myśli

Każdy koniec jest początkiem czegoś nowego… Jeśli w tym momencie trudno ci jeszcze wyjść z roli, w której przeżyłeś ładny kawałek swojego życia, pomyśl o możliwościach, które właśnie się przed tobą otwierają. Pora odkurzyć marzenia „sprzed dzieci”…


Zobacz także

Nie taka zima straszna, jakby się nam wydawało. Dlatego korzystaj z jej uroków

Podwójny podbródek? Koniec z nim. Kilka sposobów, które pomogą go zlikwidować w kilka dni

6 oznak, że twoja inteligencja jest powyżej przeciętnej