Lifestyle

Akademia Elfów Świętego Mikołaja – magiczna gra miejska!

Redakcja
Redakcja
19 listopada 2021
 

Czas powoli zabrać się za pisanie listów do świętego Mikołaja, bo już 28 listopada rusza seria świątecznych gier miejskich, podczas których odwiedzi nas sam Mikołaj! Wydarzenia organizowane przez Fundację Zwalcz Nudę jak co roku oferują świetną zabawę dla całej rodziny. Tym razem uczestnicy i uczestniczki skupią się na ratowaniu świąt w dobie kryzysu klimatycznego.

Topniejące lodowce, smog, wyspy śmieci doprowadziły do niebywałej sytuacji – święty Mikołaj musi ewakuować się z bieguna! Jako nową destynację obrał sobie Warszawę, a mieszkańcy i mieszkanki muszą pomóc mu się zaaklimatyzować. Trzeba się jednak spieszyć, bo święta są coraz bliżej, a Mikołaj sam sobie nie poradzi z sortowaniem listów, przygotowaniem wszystkich prezentów i rozsiewaniem świątecznej magii.

Organizator gry miejskiej Akademii Elfów Świętego Mikołaja – Fundacja Zwalcz Nudę – już po raz kolejny zaprasza na serię wydarzeń w całej Warszawie. Gry odbędą się 28 listopada start: Staromiejski Dom Kultury, 4 grudnia w Factory Annopol, 6 grudnia start: Ferio Wawer, 11 grudnia w Wars Sawa Junior (Pasaż Wiecha), 18 grudnia start: Klub dla Rodzin Zwalcz Nudę. Podczas gry uczestnicy i uczestniczki będą mieli okazję zamienić się w małych pomocników Mikołaja i uratować święta. Ponadto organizatorom zależy na zwróceniu uwagi na kryzys klimatyczny, który dotyka każdego z nas.

 

Fundacja Zwalcz Nudę od lat organizuje gry miejskie w całej Warszawie, a Akademia Elfów Świętego Mikołaja to jeden z naszych flagowych projektów. Temat przewodni co roku ulega zmianie, ale zawsze skupiamy się na pomocy Mikołajowi i elfom w przygotowaniu świąt. To pretekst do tego, by w rodzinie wprowadzić świąteczną atmosferę. Liczymy, że dzięki wspólnej, świetnej zabawie uczestnicy i uczestniczki dowiedzą się, jak celebrować święta w duchu troski o środowisko oraz jak nawet drobna zmiana nawyków może wpłynąć na zmianę na lepsze.

Oczywiście nie zabraknie animacji dla małych i dużych, super wyzwań i specjalnych gości, bo od lat współpracujemy z samym świętym Mikołajem. Tym razem chcemy skupić się na kryzysie klimatycznym i jego konsekwencjach – jako dodatkowy aspekt edukacyjny mówi Krystyna Radkowska, Prezes Fundacji Zwalcz Nudę.

Oprócz gry miejskiej w ramach Akademii Elfów Świętego Mikołaja każdemu wydarzeniu będą towarzyszyć animacje, otwarte także dla osób niezapisanych na grę. Będzie to świetna okazja do rozmowy ze świętym Mikołajem o wymarzonych prezentach czy zrobienie sobie pamiątkowego zdjęcia z bałwanem Olafem!

Udział w wydarzeniach jest nieodpłatny. Obowiązują zapisy na stronie: https://zwalcznude.pl/elfy/ .

Gry są współfinansowane przez miasto stołeczne Warszawę. Zadanie realizowane 12.12. i 18.12. jest dofinansowane ze środków z budżetu Województwa Mazowieckiego.

 

Patroni medialni:

  • Waw4free
  • Miasto Dzieci
  • Radio Supernova
  • Raczkujemy.pl
  • Dobra-mama.pl
  • e-szkrab.pl
  • światnaobcasach.pl

 

 

 


Lifestyle

„Dlaczego Izabela z Pszczyny nie żyje? Opowiem wam o mojej pracy – list ginekolożki

Listy do redakcji
Listy do redakcji
19 listopada 2021
 

Przez Polskę przeszły niedawno protesty po śmierci trzydziestoletniej kobiety z Pszczyny pod hasłem „Ani jednej więcej”. Wiadomo tylko tyle, że na początku listopada Izabela trafiła do szpitala w 22. tygodniu ciąży, kiedy odeszły jej płyny owodniowe. Podczas przyjęcia stwierdzono ogólne zakażenie organizmu, a u płodu już wcześniej – wady rozwojowe. Cięcie wykonano dopiero po obumarciu płodu, a matka zmarła w wyniku wstrząsu septycznego.

Co mogło się wydarzyć? Większość ginekologów-położników milczy w tej sprawie. Nie chcą oceniać sytuacji przed zakończeniem dochodzenia prokuratury w Katowicach. W zasadzie trudno się temu dziwić, bo w ciągu tych 24 godzin mogło dojść do kilku scenariuszy. Redakcja „Oh!Me” dostała list od lekarki ginekolożki, którą ostatnie wydarzenia skłoniły do opisania własnej historii i do apelu, byśmy spojrzeli choć przez chwilę na pracę lekarzy z drugiej strony. Z ich perspektywy! Lekarka prosiła nas o anonimowość.

Wszyscy czekamy na to, jakie będą ustalenia prokuratury

Ja też nie mogę przestać myśleć o tej kobiecie, która zmarła w Pszczynie. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że czasem kobietom odchodzą wody płodowe, ale wtedy procedury medyczne nakazują podanie: antybiotyków i ewentualnie sterydów, bo zdarza się (choć rzadko!), że worek owodniowy zasklepia się, a płyny wypełniają go, bo cały czas są produkowane. Być może była więc szansa, by taką ciążę donosić do 24 tygodnia, kiedy można już ją wywołać i próbować utrzymać wcześniaka przy życiu.

Powiem też tyle, że pracuję w szpitalu ponad 20 lat i nigdy nie widziałam tak szybko rozwijającego się zakażenia, które doprowadziłoby do wstrząsu septycznego. Ta infekcja musiała „iść” piorunująco, bo wszystko wydarzyło się w trakcie jednego dyżuru.

Czy lekarze nie powinni szybciej podjąć decyzję o terminacji tej ciąży? Być może! W jakim naprawdę stanie była pacjentka? Tego nie wiemy, bo nie znamy dokumentacji medycznej. Kluczowy jest poziom CRP i parametry morfologii. Nie możemy jednak wykluczyć, że faktycznie, gdyby lekarze wcześniej zdecydowali się na zakończenie ciąży, to ta kobieta przeżyłaby. Jednak to też nie jest pewne! Wydaje mi się, że zbyt szybko, pod wpływem emocji, wydaliśmy jako społeczeństwo wyrok. Tu naprawdę scenariuszy mogło być wiele. Poczekajmy na wyniki dochodzenia prokuratury i proszę spójrzmy na lekarzy przychylniej.

Coraz częściej mam wrażenie, że myślicie, że jesteśmy bezduszni

Że bez serca, że znieczuliliśmy się na cierpienie pacjentów. Po części jest to prawda. Musimy być twardzi, bo inaczej przecież nie potrafilibyśmy wykonywać swojego zawodu. Ale powiem wam, że większość z nas, ginekologów-położników, tuż po trzydziestce czuje się już wypalona zawodowo. Jesteśmy wrakami ludzi. Serio! My zazwyczaj nie śpimy na dyżurach, większość z nas czuwa, bo po co przymykać oko na 45 minut. Kobiety rodzą dzień i noc, czy pada, czy jest pełnia, czy nów. Bez przerwy! Dlatego też postanowiłam wam opowiedzieć o mojej pracy, byście lepiej nas zrozumieli.

Przyznam się, że do czterdziestki dyżurowałam nawet po trzy razy w tygodniu. Pracowałam wtedy po 90-100 godzin tygodniowo. Pytacie, po co tak robiłam, bo to wygląda na szaleństwo? Dopóki byłam rezydentem, nie mogłam stawiać się, bo w szpitalu nie było wielu lekarzy, a potem, gdy zostałam już szefem dyżuru, czyli miałam cały oddział położniczo-ginekologiczny na głowie, to czułam gigantyczną odpowiedzialność. Chodziłam więc do pracy z migreną, wywichniętym podczas ciężkiego porodu ciąży bliźniaczej barkiem, a nawet przyszłam tydzień po swojej operacji wyrostka. To adrenalina. To odpowiedzialność. To chęć niesienia pomocy. Ta trójka pcha nas w ramiona pięknej, ale jednocześnie upiornie wykańczającej pracy.

 

Fot. iStock/vm

Chcę opowiedzieć wam o swoim załamaniu

Tak, bo my lekarze też jesteśmy ludźmi! Każdy z położników z takim stażem jak mój, ma choć jednego pacjenta, który zmarł mu na stole operacyjnym. To jest okropne przeżycie, ale nie o tym chcę opowiadać. Paradoksalnie moje załamanie było związane z osobą, której nawet nie operowałam. W najmniejszym stopniu nie mogę czuć się winna jej śmierci, bo zajmowałam się tylko organizacją pomocy zewnętrznej podczas operacji ratującej jej życie.

Ta kobieta była jedną z pierwszych pacjentek, jakie zobaczyłam po powrocie do szpitala po swoim urlopie macierzyńskim. Wydała mi się sympatyczna, ale wystraszona. Do tej pory pamiętam, że była ubrana w zwiewną sukienkę w drobne kwiaty i miała włosy związane w koński ogon.

Mówiła: „Pani doktor, ja nie wiem, czego się tak boję! To jest jakiś okropny lęk, taki do szpiku kości przejmujący. Urodziłam już dwoje zdrowych dzieci drogami natury. Jestem doświadczoną matką, nigdy nie miałam kłopotu z karmieniem. Ale boję się i to strasznie!”

Pamiętam jej okrągłe oczy, lekko drżące ręce, wilgotne i zimne koniuszki szczupłych palców. Wszyscy w szpitalu pochyliliśmy się z uwagą nad jej obawami, ale ciąża przebiegała wprost idealnie. Zero zarzutów.

A jednak po porodzie jej macica nie chciała się obkurczyć, doszło do atonii. Trzech lekarzy na sali operacyjnej walczyło o jej życie ponad cztery godziny. Nic nie pomagało: ani łyżeczkowanie, ani masowanie. Nie odpowiadała też na leczenie farmakologiczne. Na szczęście dziś mamy o wiele bardziej skuteczne leki i myślę, że ta kobieta miałaby obecnie większą szansę na przeżycie. Wtedy przetoczyliśmy jej kilka litrów krwi i wiele jednostek czynnika krzepnięcia. Krew jednak płynęła i nie krzepła, szybko więc podjęto decyzję, że trzeba wyciąć macicę. Dopiero po sekcji zwłok wiedzieliśmy, że doszło do zatoru płynem owodniowym, co jest ekstremalnie rzadką sytuacją. To coś, czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Byłam wtedy po 24-godzinnym dyżurze w szpitalu, ale kiedy dostaliśmy wiadomość z bloku operacyjnego, nikomu nie przyszło do głowy, by wyjść ze szpitala. To było oczywiste, że cały zespół zostaje. Szukaliśmy dla tej kobiety krwi, szukaliśmy czynnika krzepnięcia w innych szpitalach. Każdy dzwonił ze swojej komórki, próbował coś załatwić. Wsiadaliśmy w swoje prywatne samochody i jechaliśmy po krew, bo mieliśmy za mało kartek. W końcu przewieziono tę kobietę na sygnale na OIOM, gdzie mimo reanimacji, zmarła.

To była już chyba moja 30 godzina na nogach bez snu!

Ale wsiadłam w swój samochód i na prośbę ordynatora zawiozłam dokumentację medyczną na OIOM. Ledwo widziałam na oczy, byłam nieprzytomna z przepracowania, a za chwilę miałam zacząć kolejny dyżur. Dlatego zaczęłam dzwonić po wszystkich lekarzach. Trójka, która tego dnia miała wolne, nie zgodziła się mnie zastąpić. Powiedzieli, że nie mogą w tym czasie odwołać pracy w prywatnych gabinetach i ja to rozumiem. Zgodziła się mnie zastąpić czwarta lekarka, do której zadzwoniłam.

Nie zapomnę też tego, co działo się ze mną przez następne pół roku. Wsiadałam do samochodu rano i zaczynałam płakać. A potem stawałam skupiona do operacji, do porodów. Jeśli nie płakałam rano przed pracą, to płakałam wieczorem po pracy. Zawsze w samochodzie, żeby nikt nie widział! Wszyscy wokoło myśleli, że jestem taka silna! Mąż, przyjaciele, rodzina, lekarze i położne ze szpitala. A ja beczałam jak małe dziecko, mając przed oczami obrazy tego dnia, twarz tej kobiety, myśl, że w domu zostawiła dwójkę małych dzieci i męża, który przyszedł odebrać ze szpitala córkę, która już nigdy nie pozna swojej matki. Przypominałam sobie ten jej atawistyczny strach. To cholerne przeczucie, że wydarzy się coś niedobrego. Do dziś zadaję sobie pytanie:

„Czy można mieć takie przeczucie własnej śmierci?” I odpowiadam, że można! Kiedy pacjentki mówią, że czują niczym niepoparty lęk, nigdy nie przechodzę obok tego obojętnie. Analizuję każdy szczegół, jestem napięta, skupiona do granic możliwości. I tak przyznaję – boję się.

Bo my też nie jesteśmy nieomylni i wszechmocni. Nie mamy zapewnionej w takich sytuacjach złamania pomocy psychologicznej ani psychiatrycznej, a ponieważ pracujemy na kontraktach, sami musimy ubezpieczać się od popełnienia błędu medycznego. To bardzo obciążające.

Ciężko pracujemy, naprawdę przejmujemy się pacjentami. Czy wiecie, ile razy w życiu, zanim położyłam się spać po dyżurze, dzwoniłam do lekarza, który przyszedł po mnie, by spytać, czy na pewno wszystko jest w porządku z moimi pacjentkami? By móc spokojnie zmrużyć oko, a potem biec, odebrać synka z przedszkola? Setki! Nie… raczej tysiące!


Lifestyle

Surowa czekolada – zdrowsza wersja klasycznej tabliczki. Co kryje się pod tą nazwą?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
19 listopada 2021
Surowa czekolada
Fot. iStock

Surowa czekolada to zdrowsza alternatywa dla klasycznej czekolady. Miłośników czekolady jest wielu, ale nie każdy może sobie pozwolić na zajadanie się ulubionym przysmakiem. Surowa czekolada przygotowywana jest z nieprażonych ziaren, które zawierają więcej wartościowych substancji, w porównaniu do ziaren poddawanych prażeniu. Jak powstaje surowa czekolada i jakie posiada zalety?

Wszystko zaczyna się od ziarna

Do wyprodukowania czekolady potrzebne są owoce kakaowca (Theobroma cacao), porastającego lasy tropikalne Ameryki Południowej i Środkowej, a jego plantacje prowadzone są również w Afryce oraz Azji. Zostały one docenione już przez cywilizacje Majów i Azteków, którzy przygotowywali z nich pobudzający i leczniczy napój. Ziarna kakaowca były na tyle cenne, że pełniły one rolę środka płatniczego.

Surowa czekolada

Fot. iStock

Nie bez przyczyny ziarna kakaowca były doceniane od tysiącleci. Stanowią one dobre źródło białka, tłuszczów, oraz węglowodanów, więc są wartościowym źródłem energii dla organizmu. W 100 g kakao znajdziemy aż 37 g błonnika, który jest niezbędny m.in. dla prawidłowej pracy układu pokarmowego. W naturalnym kakao znajdziemy także bogactwo witamin z grupy B (B1, B2, B3, B6), E oraz PP (niacyny). Nie brakuje w nim ważnego dla mięśni i układu nerwowego magnezu (499 mg/100 g), czy niezbędnego dla produkcji hemoglobiny żelaza. Obecny jest również potas, fosfor oraz wapń. Ziarna kakaowca stanowią dobre źródło antyoksydantów, cenionych w profilaktyce nowotworów.

Ziarna kakaowca zawierają pobudzające substancje, które szybko przywracają energię do funkcjonowania. Teobromina oraz kofeina pobudzają i poprawiają koncentrację, ułatwiają naukę.

Czekolada surowa a zwykła — czym różnią się od siebie?

Ziarna kakaowca to skarbnica wielu wartościowych dla zdrowia substancji, ale czekolada przygotowywana z niego rzadko jest aż tak zdrowa. Podczas powstawania czekolady kakao ulega przemianom, które wpływają na jego wartość. Proces ten wygląda nieco inaczej w przypadku klasycznej i surowej czekolady.

Surowa czekolada

Fot. iStock

Najpierw ziarna zrywa się i wyciąga ze środka grubej łupiny miąższ z białym ziarnem. Miąższ trafia kolejno do specjalnych korytek, w których poddaje się je procesowi fermentacji. Po mniej więcej tygodniu cukry w miąższu rozpadają się, a ziarna stają się brunatne. Dalej przekazuje się je do suszenia, aby uniknąć pojawienia się pleśni. Wysuszone ziarno jest palone lub prażone w wysokich temperaturach i mielone. To jednak nie koniec procesu. Następnie uzyskaną masę rozdziela się na masło kakaowe i kakao, które, w przypadku zwykłej czekolady, jest alkalizowane, co usuwa goryczkę i sprawia, że gotowy produkt łatwiej się rozpuszcza. Niestety alkalizacja sprawia, że kakao traci ponad 90% antyoksydantów. Na końcu następuje dobór i mieszanie składników czekolady.

W przypadku surowej czekolady proces wygląda nieco inaczej, gdyż ziarna nie zostają poddane prażeniu, zamiast tego poddaje się działaniu niskiej temperatury. Również mieszanie jej składników odbywa się na zimno, w temperaturze, która nie przekracza 42°C.

Czym jeszcze różni się surowa czekolada od klasycznej?

Różnice wynikają nie tylko ze sposobu wytwarzania czekolady, ale również ilości jej składników. Surowa czekolada zazwyczaj składa się z maksymalnie kilku produktów. Znajdziemy w niej kakao, masło kakaowe, cukier kokosowy (stewia/ksylitol), ewentualnie owoce lub orzechy. To prosty skład, bez żadnych sztucznych dodatków, które nie zawsze służą zdrowiu i sylwetce. Warto także zauważyć, że surowa czekolada często oznaczona jest jako produkt bio, z ekologicznych, czy też organicznych surowców. Zwykła czekolada w składzie może mieć zwykły cukier, tłuszcze inne, niż obecne w kakao, mleko, sztuczne aromaty, emulgatory. A im mniej kakao w czekoladzie, tym mniejsza jej wartość dla zdrowia. Najmniej wartościowa jest biała czekolada, która w najlepszym przypadku może zawierać jedynie do 33% kakao w składzie, za to dużo cukru.

Surowa czekolada

Fot. iStock

Surowa czekolada — właściwości

Surowe ziarna kakaowca oraz gotowa surowa czekolada to znakomite źródło antyoksydantów. W jej składzie znajdują się katechiny, antocyjanidyny i proantocyjanidyny, które chronią organizm przed działaniem wolnych rodników, przedwczesnym starzeniem się i uszkodzeniem komórek. Znajdują się w niej  fitosterole, które obniżają wysoki poziom cholesterolu, dzięki czemu zapobiegają rozwojowi zmian miażdżycowych.

Surowa czekolada to również bogactwo minerałów takich jak: magnez, żelazo, chrom, cynk, potas, fosfor, mangan, selen, miedź, wapń. Podobnie jak w surowym kakao, nie brakuje w przygotowanej z niego czekoladzie witamin z grupy B, z witaminy E, oraz błonnika pokarmowego. Surowa czekolada jest jeszcze lepszym, niż klasyczna, środkiem na poprawę nastroju. Dzieje się tak ze względu na obecność alkaloidu o nazwie anandamid, który przyczynia się do uczuwania euforii, uodparnia również organizm na odczuwanie bólu.

Surowa czekolada naturalnie pobudza, ponieważ surowe kakao to źródło teobrominy i kofeiny. To pomaga przy wysiłku fizycznym, jak i umysłowym.

Jeśli nie surowa czekolada, to co?

Nie zawsze łatwo jest dostać surową czekoladę w pierwszym lepszym sklepie. Surowa czekolada dostępna jest na półkach w sklepach ze zdrową żywnością oraz w sklepach internetowych. Tabliczka takiej czekolady kosztuje ok. 10 zł za 50 g. Jeśli nie ma takiej pod ręką, a najdzie was ochota na czekoladę, możecie bez obaw sięgnąć po gorzką czekoladę dobrej jakości. Idealnie, by w składzie miała ona co najmniej 70% miazgi kakaowej, oraz jak najkrótszy, naturalny skład.

FB/ohmepl

 


źródło: www.odzywianie.info.pl, www.octochocolate.pl 

Zobacz także

„No daj cioci buziaczka!”. Nie zmuszajmy naszych dzieci do czułości wobec innych!

Siła podświadomości. Jak uwolnić się od stresu w 15 minut

Siła podświadomości. Jak uwolnić się od stresu w 15 minut

Co widzisz jako pierwsze? Zrób szybki test i dowiedz się, co mówi o tobie podświadomość